Mój półtoradniowy wypad do Jeleniej Góry był równie nieplanowany, jak czasowo kompletnie bezsensowny. No ale czasem trzeba Rodzicielom pomóc w kwestiach technicznych, więc jeden dzień wolnego i jeden dzień urlopu załatwiły się ekspresowo, a ja wczoraj wczesnym popołudniem zlądowałem w stolcu Karkonoszy :)
Swoje wykonałem, można było wracać. Jednak jeszcze udało się zrobić jedną, zupełnie nieplanowaną rzecz - trening po górkach. Wczoraj Jelenia powitała mnie mega pluchą, dziś od rana była co prawda lekka mżawka, ale z tych mniej upierdliwych. Szybki wlot do piwnicy, sprawdzenie czy od ostatniego przyjazdu ze starego trupa a'la mtb nic dodatkowego nie odpadło, dopompowanie kółek i już mnie nie było. Ruszyłem bez kasku, bez dobrego obuwia etc., bo o zabraniu takich zbytków z Poznania nawet nie pomyślałem.
Wiatr z północnego zachodu wiał dość silnie, więc standardowo wybrałem zgodny z nim kierunek jazdy. Na początek 4 kilometry wspinaczki do Siedlęcina, po której już nie pamiętałem co to chłodek. Potem już pofałdowana jazda w górę i w dół, po na szczęście już w większości rozjeżdżonym asfalcie, choć kawałków błocka i śniegu momentami nie brakowało. W Pasieczniku coś mi odbiło i zamiast dalej kręcić prosto skręciłem na północ, w kierunku Lwówka. No cóż, błądzić jest rzeczą ludzką. Jak i grzeszyć mową, bo stan nawierzchni już po chwili mnie do tego zmusił :) Ale twardym, nie miętkim itp., więc zaciskając zębiszcza pokonywałem kolejne wjazdy i zjazdy. W końcu się poddałem na wysokości Golejowa - miałem co prawda w dół, ale bardziej wszystko przypominało tu drift na lodzie niż zgrabny zjazd na góralu. Zawróciłem.
Jak już wdrapywałem się z powrotem pod górkę to moje zainteresowanie wzbudził wyciąg. Nie, nie narciarski. Psi. Zaczął mnie bowiem z boku gonić jakiś wilczur, na pierwszy rzut oka bez zabezpieczenia. A jednak - Burek przywiązany był do linki wiszącej wysoko nad nim, a reszta działała na zasadzie orczyka. I tak latał sobie w tę i z powrotem. Sprytne. Zdjęcie zrobiłem na szybko, gdyby jednak psia chęć ugryzienia mnie była silniejsza niż owe inspirowane amatorską szkółką narciarską zabezpieczenia :)
Jechałem bardzo ostrożnie, w Pasieczniku jeszcze zaliczyłem jedną górkę pod podmuch, a potem już z wiaterkiem w plecy. Przez 3 kilometry. Potem zaczęło duć z boku i już nie przestało. W międzyczasie wszelkie kawałki śniegu zamieniły się w kałuże, więc śmigałem jak zawodowy bajker wodny, jeśli takowi w ogóle istnieją. A profil trasy pokazuje, że ani w jedną, ani w drugą stronę nie miałem za dużo chwil na relaksacyjne śmiganie w dół.
Wróciłem jak zwykle ostatnio cały usyfiony. Plus był taki, że tym razem to nie ja muszę zająć się praniem :) Niespodziewany wypad rowerowy - jak na luty - uznaję za udany. Niewiele mi potrzeba jak widać :)
Sorry za jakość wpisu i zdjęć. Fotki robiłem jadąc, "z rąsi", a ktokolwiek próbował dodawać wpis na BS tabletem, tak jak ja teraz, wie zapewne, że nerwy trzeba mieć do tego piekelne...
Wczoraj dałem się pokonać przez pogodę i skończyłem na szafocie, czyli chomiku (godzinka na najwyższym obciążeniu, średnia 32 km/h) oraz zrobiłem sobie sześciokilometrowy szybki spacer do pracy. Patrząc na prognozy miałem dziś chrapkę na normalny, przyzwoity (wolny!) dzionek, czyli z udziałem kół, bynajmniej nie zamachowych.
Taaa... Spojrzenie rano za okno i co? Ulice zawalone śniegiem. Co prawda gdybym polegał tylko na spoglądaniu na niebo to już bym startował, i to w krótkich gatkach, bo prezentowało się niebiesko jak opaska Leonarda z Turtlesów (tak, tak, idoli się nie zapomina :P) z płynącymi chmurkami. Problemem były "jedynie" zaspy, lód i takie tam. Postanowiłem zrobić rekonesans w postaci znów sześciokilometrowego spaceru do Lasku Dębińskiego, żeby choć trochę świeżego powietrza łyknąć i skończyć audiobooka "Pan Mercedes" Stephena Kinga (genialny!). Klimacik był, oj był... Wróciłem do domu, zjadłem śniadanie, podomowiłem się - sielanka. Jednak to niebo nie dawało mi spokoju, tak jak delikatna odwilż za oknem. Oczka Shreka wersja hard, westchnięcie Żony (dziękuję) i już się ubierałem w najstarsze ciuchy i najstarszy kask (ten Lidlowy) - zgoda na godzinkę z kawałkiem pedałowania została wyżebrana. Oczywiście nie szosą - bo gdzie diabeł nie może tam crossa pośle.
Dżizas - jaki był syf na drogach! Błoto pośniegowe, placki śniegu, lekko odmrożone kałuże - żadna szanująca się świnka nie miałaby na co narzekać. O tym, co leżało na ścieżkach wspominać raczej nie muszę. Olewałem więc wszystkie DDR-ki, jechałem asfaltem i ani mi się śniło zjeżdżać na pobocze, bo Sajgon był tam nie mniejszy. Kierowcy oczywiście to rozumieli, wyrozumiale zjeżdżali na bok, ustępowali.... Żartuję oczywiście. Trzy razy usłyszałem klakson, raz ktoś mnie minął o milimetry - co nie pozostało bez reakcji, w moich ustach zdecydowanie nie była to więc święta niedziela...
Dodajmy do tego porywisty, północny wiatr, przez który to jechałem przez miasto (wszystkie możliwe czerwone zaliczone, a jak) i mamy kompleksowy obraz mojej dzisiejszej krótkiej jazdy. Przejechałem przez (a taki paradoks) SUCHY Las i zakręciłem z powrotem zaraz za tablicą graniczną miejscowości Jelonek. Powrót to powtórka z powyższego, tyle że z wiatrem - i tu niespodzianka - bocznym. I love this game :/
Ale, ale... ważne, że się udało. Wróciłem tak usyfiony, że mało co musiałbym podawać hasło przy wejściu do mieszkania - a mało smaczne błotne kawałeczki wyjmuję z zębów do teraz :)
Jutro i pojutrze dwa dni na wyjeździe - nierowerowym. Tym bardziej cieszy ten śniegowo-błotny dzisiejszy glut.
Nie wiem czy to pech, czy bardziej złośliwość rzeczy martwych (i to dosłownie), ale ponownie złapałem dziś kapcia w tylnym kole. Przed wyjazdem ciśnienie było ok, początkowo na trasie również, aż tu nagle (a w sumie chyba bardzo nie nagle) - powtórka z poniedziałku - kręcę, męczę się, myślę czemu tak ciężko, staję, sprawdzam ciśnienie - dupa. I to strasznie sflaczała. A że zauważyłem to na dwudziestym kilometrze, za Kobylnicą, to miałem do wyboru: wymieniać dętkę na trasie przy temperaturze minus cztery, zawrócić na piechotkę albo spróbować czy dopompowanie coś da i dokręcić te swoje pięć dych. Wybrałem opcję namber fri.
No i jechałem. A bardziej - "jechałem". Chyba każdy z nas zaliczał komfort jazdy z takim defektem - jak się rozpędziłem do trzech dych to śmierć w oczach i prawie zerwanie ścięgien. A co pięć kilometrów pauza, pompka w ruch i dawaj. Nooo, raz zrobiłem wyjątek i zatrzymałem się kilometr później, bo jeden z piątych kaemów wypadł na wysokości zjazdu do Uazarzewa i teren był zajęty. Przez panie grzybiarki. Odpuściłem - raczej by głupio było przy nich załatwiać temat pękniętej gumy (taki prymitywny żarcik).
Przekroczenie progu domu to był dziś mój ulubiony moment dnia. Taki byłem zrąbany psychicznie i fizycznie zaistniałą sytuacją oraz kręceniem przez miasto, że poczułem ulgę, że stoję na nogach, a nie telepię się z kapciem pod tyłkiem. W domu na szybcika przed pracą jeszcze wymieniłem dętkę, żadnej dziury nie znalazłem, tak samo na oponie, również koło nie wydaje się uszkodzone. Ciekawostka :/
Jednak jestem uzależniony. Nie żebym kiedykolwiek w tą wątpił (a już na pewno nie bliskie mi osoby), ale dziś po raz kolejny sam siebie o tym przekonałem. Po dniu przerwy wsiadłbym nawet na hulajnogę, gdyby tylko miała pedały, byleby tylko trochę pokręcić. Trochę mnie to przeraża, bo dwa tygodnie przerwy pewnie skończyłyby się u mnie ostrym załamaniem nerwowym lub - najbardziej ekstremalny przykład - sięgnięciem po lekturę "50 twarzy Greya"... Brrr. Nie chcę o tym myśleć ;)
W każdym razie - gdy okazało się, że czwartek jest dniem bez opadów śniegu, nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. W sumie to nie trzeba było ani razu. bo prosto po przebudzeniu obrałem kurs na kuchnię, gdzie mam zaparkowane rowery (dziwne? wcale nie... No dobra, dziwne), co prawda zachowując pozory, że chodziło tylko o zaparzenie kawy. Cross praktycznie sam się osiodłał, a ja po chwili krygowania się zdecydowałem się ruszyć, dając sobie jednak margines na powrót, gdyby było za ślisko.
Nie było. To znaczy może było, ale koła od crossa zasłaniały mi asfalt niemal w 100%, doszła do tego jeszcze mgła, więc się nie wypowiem :) Za to postąpiłem dziś trochę wbrew sobie, bo wiatr wiał z północnego wschodu i wedle własnych zasad powinienem jechać w tym kierunku. Jednak perspektywa upojnej zimowej rundki przez cały Poznań skorygowała mi plany i zrobiłem zgrabny haczyk - najpierw na południe do Żernik, potem przez Tulce i Zalasewo do Swarzędza i nazad.
Tak, bałwanek. Tak wyglądałem gdzieś w końcówce dzisiejszego treningu. Wyjeżdżałem w słońcu, wracałem wśród śniegu z deszczem, początkowo słabiutkim, potem już całkiem konkretnym. Pięknie ośnieżony omijałem wszelkie przydrożne szkoły i przedszkola, coby jakieś małe tałatajstwo nie zaczęło mnie gonić w celu zainstalowania marchewki na nosie i węgielków na oczach :)
Znów nie udało się wycisnąć dobrej średniej, częściowo z powodu śliskiej nawierzchni i ostrożnej jazdy, częściowo z powodu mocnego wiaterku, a częściowo z powodu... funduszy unijnych. Tak nam się PKP rozbisurmaniło z ich wykorzystywaniem, że zafundowało mi kolejny objazd - tym razem spowodowany budową wiaduktu nad przejazdem kolejowym w Mosinie. Tym samym mam komplet - podczas ruszania z domu czekam na mijankach spowodowanych podkopem pod torami, a tam - nadkopem nad nimi. Sytuacja mnie lekko zaskoczyła, bo wiedziałem, że planują tam jakieś prace, ale że zamkną cały przejazd? Zapytałem grzecznie więc panów robotników jak przedostać się na drugą stronę, na co uzyskałem równie miłym tonem: "a tu ma pan przejście, śmiało". Podziękowałem, ruszyłem z rowerem na plecach i poczułem się jak hobbit na granicy Shire i Mordoru - trzy zwodzone mostki, przepaście, czterokołowe potwory dokoła... Jakoś udało się osiągnąć wymarzony drugi brzeg, ale zmieniłem lekko trasę, żeby nie fundować sobie powtórki i zrobiłem kółko od szubienicy przez Żabno, Grzybno i Pecnę. A w Mosinie mój "ulubiony" DDR - znów zwycięski, bo pokonany w jednym kawałku.
Z dobrych newsów - Rowerowy Poznań mi napisał, że poszło pismo do ZDM-u w opisywanym też przeze mnie temacie kartofliska na Hlonda. Oby skuteczne!
Powoli zaczęły mi się kończyć pomysły na trasę spod wietrznego znaku SW. Dziś zrobiłem opcję kombinowaną, testowaną w tym kształcie po raz pierwszy. Kryptonim operacyjny - Słonik. I to nawet z trąbą zdecydowanie ku górze, co mogłoby sugerować przyjemne doznania, ale - w przeciwieństwie do wczorajszego wyjazdu - słonina okazała się bardziej pechowa niż szczęśliwa.
Zacząłem od Lubonia, potem Wiry, Komorniki, Szreniawa, w Stęszewie przejazd przez centrum i wyjazd na trasie przez Łódź i Mosinę. Na papierze trasa bezproblemowa, w praktyce - wiatr również ją sobie wybrał jako przedmiot drwin. Ze mnie. Jadę na południe - w pysk. Na zachód - w pysk. Na wschód - w pysk (!). Na północ - w boczek. Chwilowo gdzieś między Mosiną a Puszczykowem poczułem kawałek podmuchu od tyłu, ale i tak dziwnie ciężko mi się jechało. Kręcę, pocę się, walczę, a idzie mi jak po grudzie. Zagadka rozwiązała się na DDR-ce na granicy Lubonia, czyli podczas pokonywania obowiązkowo wbudowanych w nią krawężników. Łup! W tylnym kole może z 0,5 atmosfery. Maks. Do domu 5 kilometrów, zmiana dętki nie miała sensu tak niedaleko od warunków cieplarnianych, sięgnąłem więc po pompkę i uzupełniłem powietrze w kole na ile się dało. 2 kilometry dalej to samo. Jakoś dojechałem, wściekły na siebie i tę nieszczęsną gumę, z którą były problemy już od jej założenia w styczniu. Pożegnaliśmy się bez żalu.
A to, że jechałem z kapciem jakieś 15 kilosów traktuję jako trening siłowy. Jak już muszę szukać plusów w tej czarnej d...ziurze :)
Tak to ja mogę zaczynać nie tylko luty, ale nawet i... marzec :) Sucho, na granicy zera, wiatr lekko męczący, ale bez przesady, do tego słoneczko nieśmiało wystające zza chmur. Na odkurzenie szosy idealnie. W sumie to ja tak bym mógł mieć przez cały rok, bo temperatur powyżej 20 stopni nienawidzę, a tak to nawet się spocić nie ma jak.
Wiało z południowego zachodu, czyli mojego ulubionego. Ostatnio co prawda ten kierunek jest dość częsty, więc jestem rozpieszczany, minus tego jest taki, że trasy mi się kończą, a jeżdżenie dzień po dniu swoimi śladami nie dla mnie. Trochę więc dziś pokombinowałem i do Stęszewa dotarłem przez Będlewo, wydłużając "kondomik" o pięć kilometrów. Najpierw jednak zrobiłem prezent ambitnemu rowerzyście na MTB, którego pociągnąłem na kole od Lubonia aż do granic Mosiny. Kolega, z którym chwilę pogadaliśmy na obowiązkowym postoju na przejeździe kolejowym w Łęczycy (dwa pociągi, czyli standard, 10 minut w plecy) okazało się trenował przed sezonem szosowym. W sumie nie wiedziałem, że są sezony na różne rowery, ale muszę przyznać, że dzielnie nie odpuszczał i utrzymywał tempo lekko ponad trzech dych. Mi co prawda wiatr zmasakrował facjatę, ale przecież nie codziennie jest się rowerowym Świętym Mikołajem :)
Potem już pozostało mi samotne kręcenie, momentami nie było łatwo, ale już powrót to była poezja, Wiatr w plecy złapałem co prawda dopiero na 20 kilometrów przed finiszem, za Stęszewem, ale postanowiłem wycisnąć z niego wszystko co można. Udało się - średnia (którą się jak zwykle nie przejmuję nic a nic, tjaa...) w miesiącu zimowym mega cieszy. W tym małym fruwaniu na ziemię sprowadzało mnie jedynie zachowanie puszkowców, którzy - jak to niedzielę - musieli wyprzedzać na trzeciego, na podwójnej ciągłej, na styk, etc., etc... Szczególnie na krajowej piątce ten kompleks małego cylindra był wyraźny :/
No i jeszcze tradycyjnie podsumowanie poprzedniego miesiąca. Nie będę sypał banałem, że styczeń był "lekko" walnięty i bardziej przypominał wczesny listopad niż to, co pan zbuk nakazał. Nie zamierzam zaglądać darowanej kobyle pogodowej w zęby, tylko ją pogłaszczę za możliwość zrobienia ponad 1300 kilometrów i utrzymania średniej (mimo że znaczną część treningów wykonałem na crossie) na poziomie 29 kilosów. Poproszę to samo za rok :)
Rano przed pracą miałem dylemat jaki rower wybrać na dzisiejszą jazdę - zakurzoną ostatnio szosę czy katowanego crossa? Skłaniałem się ku tej pierwszej opcji, już nawet zaczynałem przekładać moje pseudo lampki z jednej kierownicy na drugą, gdy zaczął padać śnieg. Lampki wróciły na swoje dotychczasowe miejsce, a ja - zrezygnowany jak szczeniak, któremu obiecano miskę żarcia, a nakarmiono chrupkiem - wyjechałem crossem.
Pierwsze co poczułem po wyjściu na dwór to mocny, bardzo silny podmuch wiatru, który towarzyszył mi już całą drogę, tylko pod koniec trochę pomagając. Na trzecim kilometrze pochowałem tylny błotnik pod akurat stojącym przydrożnym krzyżem - odpadło mocowanie i nie dało się już nic z nim zrobić. Trochę ze mną przejechał, ale że wyglądał jak wyglądał to specjalnie po nim nie płakałem :)
Jako że jechałem przez Górczyn to na wysokości usytuowanej tam giełdy odzieżowej jak zawsze załączył mi się radar ostrzegawczy. I bardzo dobrze - najpierw bym przejechał paniusię idąca samym środkiem DDR-ki, a potem jakaś tępa dzida w białym SUV-ie, która ewidentnie musiała widzieć, że jadę ścieżką na jej wysokości, próbowała skręcić na giełdę jakbym nie istniał, wymuszając pierwszeństwo i w gratisie próbując zrobić ze mnie krwawy placuszek. Nie ze mną te numery, lekko tylko skorygowałem tor jazdy i krzyknąłem troglodytce obrazową krótką paralelą w języku łacińskim co myślę o jej sposobie prowadzenia. Prowadzenia SIĘ, a nie samochodu. Eh, gdyby taka sytuacja trafiła mnie tam pierwszy raz to trudno, pewnie przypadek, ale połączenie: samochód + wypindrzona paniusia + giełda odzieżowa wzbudza we mnie już po tylu latach palpitacje serca mocniejsze niż ekstremalny downhill bez ochraniaczy.
Trasa dzisiejsza - klasyk ("kondomik" przez Stęszew, Łódź, Mosinę, Puszczykowo). Średnia dzisiejsza - marność nad marnościami. Ale śnieżek (który na szczęście potem ustąpił) i wiatrzysko mnie tam jakoś tłumaczy.
A paniusię w białym SUV-ie zobaczyłem raz jeszcze wracając, w okolicach Łęczycy. Skręcała z Lubonia na Mosinę, co w pewnym sensie wyjaśniło mi kilka spraw :)
Od kiedy mam nowy napęd (ten dziwny, co to w nim nic nie przeskakuje) to w sumie... polubiłem crossa. Wygodne siodełko, szeroka kiera, opony, których nie powstydziłby się średniej wielkości walec drogowy, a do tego plecki nie bolą i w ogóle jest wszystko och i ach. Oczywiście prócz prędkości, bo gdy przesiadam się z szosy na tego mojego grubasa to czuję się jakbym poruszał się w zwolnionym tempie, coś jak replay w niskiej klasie kanale TV. I pomyśleć, że jeszcze nieco dalej niż rok temu był to mój podstawowy rower, a alternatywą był jedynie rozpadający się góral... Łezka w oku :)
Nie miałem dziś więc specjalnie wyrzutów sumienia wybierając właśnie ten środek transportu - zmrożona nawierzchnia pod oknem nie zachęcała do śmigania szosą, a widoczne gdzieniegdzie lodowe placki tylko mnie upewniły, że dobrze robię. Stuprocentowe potwierdzenie otrzymałem - jak zwykle - na DDR-ce. Ślizg w lewo, ślizg w prawo, niczym Justyna Kowalczyk pokonywałem te kolejne usyfione "udogodnienia" dla rowerzystów, na Starołęckiej, standardowo usytuowane po drugiej stronie względem mojego kierunku jazdy. Postanowiłem odświeżyć dawno nie pokonywaną z powodu remontów na Głuszynie trasę przez Koninko, potem koło Rabena w Gądkach, górka do Szczodrzykowa i powrót przez Śródkę, Tulce i Krzesiny. Jednym słowem - biedny, kaleki foksterier bez nóżek :) Mega plus (kolejny w tym roku) - Głuszyna jest już całkowicie przejezdna! Żadnych szykan, żadnych objazdów, żadnych wahadeł. Aż się odnaleźć nie mogłem.
Ostatnie pół godziny jechałem tak, jak powinno się jeździć zimą - wśród pięknie wirujących śnieżynek. No dobra, to nie szajs od Disneya - wściekle atakujących, upierdliwie kąsających szpilek, bo wiatr dawał znać o sobie.
W tym miesiącu każde moja wcześniejsza pobudka to prawdziwe powstanie styczniowe. Ciężko się zwlec, dotarcie do kuchni w celu urodzenia kubka kawy to prawdziwy heroizm, a zebranie się w sobie w temacie rowerowym wymaga ode mnie spojrzenia w głęboko ukrywane mroki psychicznej motywacji. Dziś się udało jednak wyjechać nawet mimo tego, że w pracy musiałem być już lekko po jedenastej, a po nocnych opadach drogom bliżej było tym w Wenecji niż w Polsce.
Oczywiście ruszyłem crossem, bo nie tylko opony, ale i siodełko szersze, więc tyłek mniej narażony na dyskomfort. Nie zmienia to faktu, że po powrocie pierwsze co zrobiłem to... umycie zębów :) Szlifowanie klawiatury kamyczkami i błotem to niby norma zimą, ale jakoś nie mogę się do niej przyzwyczaić. Wrócił mocny wiatr, tym razem z południowego zachodu, więc z prędkościami nie poszalałem, wymyśliłem za to nową trasę - pojechałem przez Mosinę do Dymaczewa, gdzie skręciłem na Bolesławiec i wyjechałem w Drużynie. Zabrakło kilku kilometrów do pięciu dych, więc dokręciłem do Pecnej i wróciłem przez Krosinko, zaliczając z narażeniem życia tamtejszego DDR-a, który na szczęście przy jeździe crossem mniej boli.
Skończyłem słuchać "Niespokojnego człowieka" Henninga Mankella i na końcówkę trasy zafundowałem sobie powrót do dzieciństwa - "Zagładę domu Usherów" Edgara Allana Poe. Tak, miałem specyficzne dzieciństwo :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"