Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250234.13 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 813768 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 52.20km
  • Czas 01:56
  • VAVG 27.00km/h
  • VMAX 44.10km/h
  • Temperatura -6.0°C
  • Podjazdy 206m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

"Rz" jak rześko

Sobota, 23 stycznia 2016 · dodano: 23.01.2016 | Komentarze 8

Miło, że ci nasi kochani meteorolodzy się "czasem" mylą. Albo inaczej - że czasem trafią z prognozą. Z dzisiejszą nie trafili, dzięki czemu rano zamiast zasp za oknem zastałem śliski, ale jednak widoczny gołym okiem asfalt. Jupi!

Czasu przed pracą miałem niewiele, więc wyjechać mogłem maksymalnie w okolicach dziewiątej rano. Nie spodziewałem się tropików, ale chłodek po wyściubieniu nosa za drzwi zdecydowanie nie należał do tych, które specjalnie zachęciłyby mnie do polubienia pory roku zwanej zimą. Na termometrze było minus sześć. Odczuwalnie - minus biliard. Ale wybrało się taki gatunek sportu to trzeba cierpieć. Nasunąłem więc kominiarkę jeszcze bardziej na poliki i próbowałem się rozgrzać. Szło opornie. Na szczęście cross to takie bydle, że już samo ruszenie nim wymaga sporego wysiłku, więc po jakimś czasie czułem, że już nie jestem na Biegunie Południowym, a zaledwie na Syberii :)

Odwiedziłem po raz pierwszy w tym roku Rogalinek, a nawet położone kawałek za nim Świątniki, trasą przez Luboń, Wiry, Puszczykowo, Mosinę. I z powrotem. Lubię tamtędy jeździć, bo i górki, i widoczki, i las, i rzeka, i w ogóle. Szkoda tylko, że zawsze musi się trafić na drodze jakiś kretyn - dziś przykładowo jeden blaszany pustak stwierdził, że to, że jadę z naprzeciwka nie powinno mu przeszkadzać w wyprzedzeniu innego samochodu pełną parą na wąskim odcinku. Minął mnie o centymetry i mam nadzieję, że dotarła do niego wygłoszona w tym momencie przeze mnie Litania Do Bezmózga. Nie nadająca się do zaśpiewania w żadnym kościele :)

Jutro już coś czuję nie mogę liczyć na kolejną pomyłkę - wszędzie trąbią, że będzie śnieg. Eh.




  • DST 55.50km
  • Czas 02:01
  • VAVG 27.52km/h
  • VMAX 43.50km/h
  • Temperatura -2.0°C
  • Podjazdy 100m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ja, czołgista

Piątek, 22 stycznia 2016 · dodano: 22.01.2016 | Komentarze 6

Podobno na weekend zapowiadają powrót opadów śniegu i wciąż mrozik (choć jak wiadomo meteorolodzy są równie wiarygodni jak politycy i cholera wie jak będzie), więc chcąc podkręcić swój skromniutki kilometrowo wynik w tym roku nie zamierzałem dziś odpuszczać. O dziwo dzionek przywitał mnie słońcem i dość przyjemną pogodą - oczywiście do momentu, gdy otworzyłem okno, żeby ocenić rześkość powietrza. Zdecydowanie Eskimosi byliby zadowoleni. Ja nie do końca :)

Ciężko było stwierdzić jaka jest jakość dróg, ale postanowiłem wybrać opcję bezpieczną, czyli znów ruszyłem crossem. Na trasie okazało się, że jadąc bardzo ostrożnie można było pokusić się o zainicjowanie po raz pierwszy w tym roku szosy (zresztą mijałem dwóch odważnych na wąskich gumach), ale nie narzekałem - jednak pewność siebie to dość istotny element całej tej zabawy. Zrobiłem pięć dyszek z małym plusikiem, kręcąc klasyka przez Luboń, Wiry, Komorniki, Stęszew, Dymaczewo, Mosinę i Puszczykowo. W Mosinie zatrzymałem się na kilka minut na dwukołowe ploty w rowerowym i zzieleniałem z zazdrości oraz podziwu nad nowym nabytkiem znajomego, czyli świeżutkiej karbonowej szosie. Zzielenienie zapewne było naturalną reakcją, gdyż ten akurat sprzęt marki Fuji miał sporo elementów właśnie o barwie green :)

W Łęczycy ścieżka rowerowa była pięknie oblodzona, więc z radością olałem zakaz jazdy i pokręciłem asfaltem. O dziwo nikt nie zatrąbił, więc musiałem po powrocie sprawdzić za pomocą gps-a czy wciąż znajduję się na terenie Rzeczpospolitej Polskiej. Pokazało, że tak. No proszę :)

Cyknąłem fotkę mojego crossa, bo w sumie używam go tak rzadko, że pewnie mało kto go widział. Proszę Państwa, oto czołg! Żałuję jedynie, że nie mogę przekazać dźwięku przez BS, bo usłyszeć jak trzeszczy w nim połowa części jest rzeczą bezcenną :)




  • DST 53.10km
  • Czas 02:00
  • VAVG 26.55km/h
  • VMAX 42.20km/h
  • Temperatura -1.0°C
  • Podjazdy 175m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Żółta kartka dla Tarnowa Podgórnego!

Czwartek, 21 stycznia 2016 · dodano: 21.01.2016 | Komentarze 12

Stycznia ciąg dalszy. Lekko na minusie, drogi generalnie przejezdne mimo nocnych i porannych lekkich opadów, solidny wiaterek. Podsumowując - nie jest źle, tylko korzystać.

Więc skorzystałem. Trzy warstwy stroju na sobie, pod sobą cross, na łbie kominiarka oraz kask. Więcej nie potrzebowałem do pełni szczęścia. W sumie - lubię to! Tolerancja na drogach jakby większa, rowerzystów mniej, zimno da się zredukować szybszym tempem. Jestem na tak. Dopiero w lecie będę na NIE :)

Pokręciłem na północny zachód, najpierw przez Górczyn, potem koło Inea Stadionu ścieżką, przez którą straciłem dobre dziesięć minut zaliczając wszystkie możliwe światła, następnie korpodrogą z widokiem na Amazon do Tarnowa Podgórnego. Z niego wymyśliłem sobie powrót inną drogą, która zaczęła się  nazwanym malowniczo na Stravie segmentem "Płyty z gównolitu (2,5 km po betonowych płytach)" (co idealnie oddaje to, co przeżyły moje zęby), stamtąd już klasycznie - Lusowo, Zakrzewo, Skórzewo, Plewiska i Poznań. Łatwo nie było, ale ryj mi się cieszył.

Zaskoczyło mnie - negatywnie - Tarnowo Podgórne. Nie wiem co się stało (Dobra Zmiana?) z miasteczkiem słynącym i chwalonym dotąd nawet przeze mnie za niemal idealną DDR-kę, bo chcąc naiwnie nią jechać natrafiłem na całkowicie nieodśnieżony syf. Oj, oj, oj... Nieładnie. Oczywiście ją olałem i kręciłem asfaltem, podobnie jak kilka kilometrów dalej w Lusowie, ale tym razem modliłem się, żeby to kostkowane szkaradztwo było w stanie nieprzejezdnym. Było. Uff :)

Kolejne pięć dyszek mówi mi, że jestem zwycięzcą.




  • DST 53.20km
  • Czas 01:59
  • VAVG 26.82km/h
  • VMAX 41.80km/h
  • Temperatura -2.0°C
  • Podjazdy 141m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zmartwychwstanie - wersja light

Środa, 20 stycznia 2016 · dodano: 20.01.2016 | Komentarze 17

Dwa ostatnie dni to kompletna masakra - fizyczna, jak i mentalna. W poniedziałek, w związku z L4 części załogi, a także wdrażaniu świeżaków, spędziłem w robocie... 13,5 godziny. Banał. Zdążyłem tylko wcześnie rano pokręcić trochę na chomiku (33 km, średnia 32,5 km/h), a potem umrzeć. Jak już zmartwychwstałem następnego ranka to znów tylko zaliczyłem podobny pseudorowerowy incydent (33 km, średnia 32,8 km/h) i do pracy. Udało mi się z niej wypełznąć koło osiemnastej, by trafić na SOR w szpitalu HCP, żeby zmienić Żonę na polu walki o zdiagnozowanie choroby u Teściowej i finalnie dopilnować przyjęcia na oddział. Udało to się po... zaledwie dziewięciu godzinach od przywiezieniu jej przez karetkę, o godzinie trzynastej. Powiedzenie: "trzeba mieć końskie zdrowie, żeby chorować" mogłem wczoraj naocznie potwierdzić. Na szczęście sytuacja została opanowana i jest pod kontrolą.

Dziś za to w nagrodę miałem dzień wolny. A co może mnie czekać w dzień wolny? A jak! Śnieg od rana. I do południa. I po południu. Z przerwą. Którą oczywiście postanowiłem spożytkować na haniebne wykorzystanie crossa i ruszenie w trasę. Oczywiście po dwóch dniach głodek był wcale niemały, więc nawet mimo faktu, że w połowie drogi zrobiło się nie tylko ślisko, ale i znów śnieżnie, jechałem z uśmiechem na pysku. Pierwotnie sądziłem, że skończy się na trzydychowym glucie, ale udawanie przed samym sobą, że nie pada szło mi na tyle dobrze, że udało się ustrzelić jedyny słuszny pakiecik (Poznań - Plewiska - Skórzewo - Dopiewo - Trzcielin - Komorniki - Luboń - Poznań) :) Były nawet fragmenty z całkowicie przejezdną szosą, bez tego białego szajsu, co niniejszym udokumentowałem dla potomnych. Czyichś.

Zdarzyło mi się też zimowe wydarzenie dekady. Mam taki głupi zwyczaj, że gdy widzę jadący z naprzeciwka samochód z niezapalonymi światłami to powiadamiam kierowców lampką (jeśli ją mam) lub gestami o tym fakcie. Nie jestem na bieżąco z taryfikatorem, ale pewnie przez dobrych kilka lat pozwoliłem zaoszczędzić łącznie grubą kasę należną państwu, nie doczekując się podziękowania. Aż do dziś. W Dopiewcu, dzięki migaczom od pana ze srebrnego auta marki już zapomnianej uwierzyłem w sens swej bezsensownej misji. W końcu :)




  • DST 52.20km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.22km/h
  • VMAX 44.90km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 141m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Słońce, czyli śnieg

Niedziela, 17 stycznia 2016 · dodano: 17.01.2016 | Komentarze 9

Wczoraj lekko przesadziłem w afekcie z opisem, dziś będzie krótko. A przynajmniej się postaram, żeby tak było :)

Dzień wolny, więc przede wszystkim się wyspałem, potem najadłem, by w końcu lekko przed południem zwlec się na dwór. Miałem lekki dylemat w wyborze roweru, który jednak trwał około 0,54 sekundy. Myśl o szosie pożegnałem szybciej niż przyszła. Jak się okazało - słusznie. Ucieszył mnie kierunek wiatru (zachodni), bo oznaczał on, że nie będę pchał się dziś przez całe miasto. Po wczoraj moja psychika dzięki takiemu kursowi wygląda bowiem jak Artur Szpilka po ostatniej walce :)

Zrobiłem jeden z klasyków przez Plewiska, Gołuski, Palędzie, Dopiewo, Więckowice, Wysogotowo, znów Plewiska i do Poznania. Pogoda kompletnie ześwirowała. Wyjeżdżałem w towarzystwie pięknego słoneczka (na co dowodu nie mam, pozostaje uwierzyć mi na słowo pisane). Mam za to dowód robiony z rąsi jak wyglądała sytuacja nieco ponad godzinę później:

A co pojawiło się na niebie po kwadransie? No oczywiście sielski obrazek niebieskich chmurek, ponownie na tle słoneczka. I nieśmiało śpiewające ptaszki. Zwariować można.

Zadowolony jestem ze średniej, bo jak na zimę i crossa nie mam kompleksów. Cieszy mnie też, że znów udało się zrobić jedyny słuszny dystans, tym bardziej, że czeka mnie w związku z ponowną koniecznością zapychania dziur kadrowych znów przerwa w kręceniu. Co najmniej dwudniowa. Jednak za dziś daję sam sobie łapkę w górę :)




  • DST 53.10km
  • Czas 01:57
  • VAVG 27.23km/h
  • VMAX 41.20km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 224m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

No!!!!! :)

Sobota, 16 stycznia 2016 · dodano: 16.01.2016 | Komentarze 6

Myślałem już, że się nie doczekam. Ale jednak. W końcu nastał dzień, w którym warunki do jazdy rowerem nie wymagały zabierania ze sobą łopaty. Ani piasku do posypywania sobie radośnie przed przednim kołem. Jednym słowem (a w sumie dwoma) - było całkiem, całkiem. Oczywiście w mojej klasyfikacji, bo miłośnicy dwóch kołek spod znaku "maj - wrzesień" uznaliby je za przerażająco przerażające, tym bardziej, że przez znaczą część drogi towarzyszył mi puszek z nieba :)

Fakt, do komfortu dużo brakowało, bo po dziesiątej rano asfalt jeszcze lśnił niepokojąco, a pokonywanie zakrętów, nawet crossem (którym oczywiście dziś się wybrałem, bo póki co szosy nie biorę pod uwagę) wymagało wewnętrznej motywacji o treści: tylko spokojnie, nie przyspieszaj. Jakoś się udało. Wybrałem dziś ze względu na wiatr kierunek dawno nie odwiedzany, bo ostatnio jakieś dwa czy trzy miesiące temu, czyli Rokietnicę, do której dostałem się przez cały Poznań (jak zwykle uroczo), Strzeszyn i Kiekrz, a powrót to prawie powtórka z rozrywki z lekką modyfikacją w postaci Starzyn.

Jak wspomniałem dawno mnie w tych okolicach nie było. Nie miałem więc jeszcze okazji podziwiać tego, co zakwitło na remontowanym chyba przez rok kawałku trasy w Kiekrzu. A jest co oglądać. Przede wszystkim ciąg pieszo-rowerowy, który zakwitł tam z imponującym rozmachem, oferując miłośnikom sportów ekstremalnych z górskimi akcentami gratkę nie do opisania. No ale spróbuję :) Przede wszystkim KOSTKA. Zacna polska kosteczka, ułożona na fragmentami węższym, fragmentami szerszym (ale i tak nie spełniającym norm) chodniku z niebieskim znakiem przekreślającym kreską logo pieszego i rowerzysty. Czego jeszcze nie może zabraknąć na DDR-ce oddanej w Polsce do użytku w roku 2015? Oczywiście podjazdów do posesji. I jeszcze czego? Brawo. Nagłych obniżeń poziomów, gdy przerywana jest ona ulicą. Jest też fascynujący moment, gdy "normalny" asfalt prowadzi w jednym poziomie, a ścieżka leci najpierw w dół, ukazuje kilka zaskakujących zakrętów, by znów oferować podjazd. Cud techniki, prawda? A dla mnie poproszę o dodatkowy bonus za to, że się nie przeziębiłem jadąc z rozdziawioną gębą. I przede wszystkim za spostrzegawczość - zauważyć tyle elementów z pozycji drogi nie było łatwo. Bo wjechanie na nią oczywiście nie przyszło mi do głowy :)

W temacie ścieżek jeszcze jeden wątek. Podczas powrotu ulicą Chojnicką usłyszałem pewien tak lubiany przez rowerzystów, sympatyczny dźwięk, o którego brzmieniu już o dziwo zapomniałem. Klakson. A co. Spojrzałem na oblodzony i niebezpieczny dla życia, może z 500 metrowy kawałek DDR-ki po swojej prawej, potem na pojazd, z którego wydobył się ów Pisk Frustrata po lewej, i zauważając napis PZ na rejestracji postanowiłem obudzić w sobie Buddę i nie wyciągnąłem nawet środkowego palca w międzynarodowym pozdrowieniu. Rok 2016 ustanawiam rokiem opanowania i zagryzania zębów. Szanownego kierowcę niniejszym pozdrawiam, życzę miłych zakupów w galerii handlowej, a jak już wróci w swoje rejony to urodzaju w gospodarstwie. Niech się trzoda chlewna owocnie rozmnaża, a zapasy obornika pozwolą na dorodne plony :)

Sporo zimowych rowerzystów spotkałem na trasie. Pięknie. Wszyscy pozdrawiali. Jeszcze piękniej. Szanujmy kulturę i cieszmy się z tego. Maj już niedługo.




  • DST 32.20km
  • Czas 01:14
  • VAVG 26.11km/h
  • VMAX 40.00km/h
  • Temperatura -2.0°C
  • Podjazdy 49m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Śliskoglut

Piątek, 15 stycznia 2016 · dodano: 15.01.2016 | Komentarze 0

Ło Jezu, jak ja się stęskniłem za "żywym" kręceniem. Cztery dni przerwy od poprzedniego, ledwo trzydziestokilometrowego gluta odcisnęło już piętno na mojej psychice, tym bardziej, że gdy we wtorek było wolne to od rana przywitał mnie deszcz ze śniegiem, a w kolejne dni (tak jak dziś) musiałem być na jedenastą w pracy. Życie mi było miłe i nawet krótki wypad w klimacie gołoledzi nie wchodził w grę. Pozostawał chomik. Niniejszym kawałek nudnej statystyki dla mojego użytku wewnętrznego o zaległym katowaniu się:

- czwartek 7 stycznia: 33 km, średnia 32,3 km/h;
- piątek 8 stycznia: 32 km, średnia 31,6;
- sobota 9 stycznia: 33 km, średnia 32,2;
- poniedziałek 11 stycznia: 32 km, średnia 31,6;
- wtorek 12 stycznia: 33 km, średnia 32,4;
- środa 13 stycznia: 33 km, średnia 32,4;
- czwartek 14 stycznia: 33 km, średnia 32,2.

Uff, przebrnęliśmy i dotarliśmy do dzisiejszego dzionka. O dziwo rano NIE PADAŁO! Byłem w takim szoku, że podczas wybierania garderoby przesadziłem i zamiast na realne -2 ubrałem się jak na co najmniej -3 :) Warunki były dalekie od idealnych, bo drogi wyglądały na czarne, ale jednocześnie pokryte delikatną lodową mgiełką, więc do każdego zakrętu oraz ronda podchodziłem ostrożnie jak pies do jeża. A było ich trochę (zakrętów, nie psów ani jeży), bo wschodnia trasa, którą wybrałem okazała się kręta jak nigdzie w Poznaniu - przez Starołękę i Krzesiny do Szczepankowa, w którym zawróciłem na wysokości Lidla. Krok po kroczku, jadąc crossem wolno i ostrożnie dotarłem do domu, z konieczności w obie strony zaliczając najbardziej niebezpieczny fragment, czyli ddr-kę nad Wartą. Miało to jednak jak się okazało jednak plus dodatni, bo podczas nawrotu zakleszczyła mi się linka w manetce od przedniej przerzutki i za nic nie mogłem jej odblokować. A tu proszę, kilkaset metrów po polskiej ścieżce i awaria się sama wytrzęsła :)

Zadowolony, że choć te trzy dyszki zrobione pognałem do pracy. Oj, było mi to potrzebne dla estetyki umysłowej.

Aha, śryż trzyma się mocno i nie zamierza odpuścić.




  • DST 31.50km
  • Czas 01:11
  • VAVG 26.62km/h
  • VMAX 40.50km/h
  • Temperatura -2.0°C
  • Podjazdy 128m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glutanol

Niedziela, 10 stycznia 2016 · dodano: 10.01.2016 | Komentarze 15

Jako dobry, przykładny niekatolik, a zarazem "miłośnik" partii słusznie nam panującej, wielbiący ponad niebiosa aktualnego ministra, co to mu mentalnością i aparycją bliżej do wąsatego i brzuchatego bohatera targowicy niż człowieka na miarę XXI wieku, nie mogłem dziś sobie odmówić wykonania aktywności łączonej, skomplikowanej i wielowątkowej niczym zdanie, które właśnie czytacie :) A mianowicie: nie zeżreć dziś mięsa (to mi poszło najłatwiej, bo nie robię tego od kilkunastu dobrych lat), dać parę groszy na WOŚP (nic skomplikowanego) oraz wsiąść na rower i symbolicznie przejechać choć kawałkiem ścieżki rowerowej (dwa najtrudniejsze punkty).

W pracy musiałem być dziś na jedenastą. czasu miałem więc niewiele. A i warunki za oknem, delikatnie mówiąc, idealne nie były. Wykonałem więc rano rundkę taktyczną krokiem marszowym pod pretekstem wyrzucenia śmieci i oceniłem stan nawierzchni. Organoleptyczny wniosek był jeden: da się jechać crossem, ale na wstecznym. Co niniejszym wykonałem skrupulatnie, jak widać po średniej :) W planach była jedynie godzinka z małym okładem, bo czas z gumy nie jest. W sumie nawet nie mam pojęcia z czego jest.

Jak już ruszyłem to pozostał najbardziej fizycznie i mentalnie niebezpieczny element, czyli zaliczenie ścieżki rowerowej. Zrobiłem to symbolicznie, jadąc nad Wartą i niemal przypłacając to życiem, bo ścieżki o dziwo zostały odśnieżone, ale na lodowisko na nich nie ma mocnych. Swoje wykonałem, potem moje koło nie zaliczyło już ani kawałka DDR-ki, nawet na długaśnej Starołęckiej. Aha, nawet gdybym spadł z tej ścieżynki to byłaby szansa, że bym wyszedł z tego z suchymi szprychami, bo rzeka zawalona została imponującym - uwaga uwaga - ŚRYŻEM. Jestem taki mądry, bo wczoraj się przypadkowo dowiedziałem jak toto się nazywa :)

Co do trasy to pokręciłem pod wiatr na wschód, przez Głuszynę docierając do Sypniewa, gdzie przy granicy Poznania zatrzymała mnie już śliczna ślizgawka, więc lekko zawróciłem, wjechałem inną drogą w lipową aleję, z której też musiałem się ewakuować, choć już na siłę dałoby się jeszcze kawałek pokręcić. Nie ma łatwo.

W ten sposób, po prawie tygodniu rowerowego celibatu zażyłem dziś lekarstwo na całe zło - tytułowy GLUTANOL. Jak fajnie jest kręcić, nawet jeśli zaledwie gluta... Szkoda, że prognozy dają mi szansę na kolejne tego typu eskapady mniej więcej na poziomie 0,00000000016%...




Wpis bezrowerowy + podsumowanie 2015

Środa, 6 stycznia 2016 · dodano: 06.01.2016 | Komentarze 7

Tak jak się rok przyzwoicie zaczął, tak aktualnie zapanowała szeroko rozumiana Kicha. Najpierw mróz, w którym może by się dało jeździć, ale przez konieczność łatania dziur w robocie i tak nie miałbym kiedy, a jak już się zdarzył wolny dzień to śniegu napadało tyle, że Poznań może śmiało wspierać któryś z biegunów w uzupełnianiu białego puchu. Oczywiście - jakbym się bardzo uparł to bym wykręcił na siłę coś na kształt gluta, ale już igranie z własnym zdrowiem mi się lekko znudziło, a poza tym Żonie też należy się czasem spokój psychiczny za to, że ma tolerancję na moje wybryki przez 9/10 roku. Więc odpuściłem. I odpuszczę też pewnie najbliższe dni, bo... (patrz wyżej).

Jako substytut traktuję około godzinne kręcenie na chomiku. Jako że z zasady nie wpisuję tego do statystyk to choć umieszczam wyniki tutaj:
- poniedziałek 4 stycznia - 32 km, średnia 31,2;
- wtorek 5 stycznia - 31 km, średnia 30,6, bo ciężko się jednocześnie kręci i gra w Fifę :);
- środa 6 stycznia (czyli dziś) - 33 km, średnia 32,2.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Rok 2015 był zdecydowanie najbardziej aktywnym z moich dotychczasowych, przynajmniej od kiedy prowadzę jakiekolwiek statystyki. Przejechałem na swoich trzech "legalnych" dwukołowcach dokładnie 17 867 km, ze średnią 29,5 km/h. Po płaskim, po górach, w upale, mrozie, deszczu, a także i w śniegu. Formalnie powinienem dodać do tego jeszcze nigdzie nie rejestrowane kursy do roboty "rowerem" miejskim, które w połączeniu z "chomikami" dają mi pewność, że granicę 18 tysięcy przekroczyłem na pewno. Ale cóż, jakichś zasad trzymać się trzeba, więc niech będzie oficjalnie mniej.

A do tego:
- zużyłem około dwudziestu dętek i i półtora kompletu opon;
- zarżnąłem napęd w szosie (serwis przede mną), a UFO w lesie pod Mosiną zabrało mi jedną z zębatek w crossowej kasecie (wymiana za mną, muszę wysłać uszkodzoną na reklamację);
- mój ukochany kask odszedł do krainy wiecznych łowów i aktualnie kręci sobie po cudownych i bezkolizyjnych asfaltach (r.i.p.) :(;
- zaliczyłem dwie gleby, z czego jedna na ukośnym torowisku w Luboniu kosztowała mnie przerwę spowodowaną skręceniem stawu skokowego;
- wysłuchałem ponad 250 albumów muzycznych;
- ...a także 40 audiobooków. No i jakimś cudem (nie na rowerze, żeby nie było) znalazłem czas na przeczytanie 18 książek.

Pewnie to ostatni taki rok, ale... podobał m się :)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

I jeszcze krótko o dzisiejszym dniu. Zrobiłem sobie rano mały (6,5 km) spacerek po Lasku Dębińskim. Moje ukochane miejsce w Poznaniu jak zwykle mnie zauroczyło (nie tylko mnie, sądząc po ilości brodzących w śniegu ludzi). Udało mi się pospacerować po zamarzniętym stawie, pozdrowić kaczki, ale co najważniejsze - w końcu przejść po czymś, co za skończonej dzięki niebiosom kadencji poprzedniego Pana Na Włościach wydawało się niemożliwe do zrobienia. Czyli kładce pomiędzy Dębiną a Starołęką. Można było dofinansować i dogadać się PKP? Jak się okazuje - można, Trzeba tylko chcieć. Kładka jeszcze formalnie nie jest jeszcze oddana do użytku, ale już żaden SOK-ista nie pilnuje zza krzaków, więc można delektować się bezmandatowym dreptaniem w tę i z powrotem. Brawo! :)







Górki - amen

Niedziela, 3 stycznia 2016 · dodano: 03.01.2016 | Komentarze 2

Miał być glut, ale udało mi się zmobilizować przed wyjazdem do Poznania, wstać w miarę jak na zimę wcześnie i ruszyć po dziewiątej w trasę. No i zrobić przyzwoity, ludzki dystansik. Termometr pokazywał za oknem minus osiem, ale chwilę po wyjściu na dwór mógłbym się założyć, że chodziło o minus osiemdziesiąt. Lub więcej. Tak przynajmniej wyglądała wersja optymistyczna :)

Plusem było to, że po śniegu na drogach pozostały resztki i można było kręcić bez obaw o równie romantyczne, jak nagłe, przytulenie lewego lub prawego policzka przez asfalt. Miał to być wyjazd zimowo pożegnalny, więc ruszyłem - a jak! - na Rudawy, przez Łomnicę, Karpniki, w których jednak patrząc na potencjalne oblodzenie i chcąc ominąć wyższe partie skręciłem do Krogulca, potem Bukowiec, Mysłakowice i powrót do Jeleniej przez Łomnicę. Ale to nie koniec, bo zabrakło mi kilkunastu kilometrów, więc na spokojnie zaliczyłem jeszcze Cieplice i w miarę happy wróciłem do domu. Niniejszym etap górski uważam za chwilowo zamknięty. A szkoda :)


Aktualnie jestem w Poznaniu... Co tu się kurde dzieje? Śnieg, śliskie drogi, tylko temperatura arktyczna taka sama... Niestety na takie warunki mój cross się nie nadaje, a do tego co najmniej najbliższe dwa dni kiblował będę prawie przez cały dzień w robocie, więc ogłaszam przerwę od roweru. Może pokręcę na chomiku jeśli czasu starczy. A jak sobie porównuję to, co działo się w górach z tym co na równinach to stwierdzam, że chyba po raz pierwszy w życiu miałem szczęście w wyborze terenu do jazdy. Świat się skończył :)


Kategoria Góry