Kolejny dzień z cyklu: "byle przeżyć". Znów start po ósmej rano, znów na wschód, znów z jednym marzeniem - nie zatrzymywać się, tylko jechać, bo każde "stop" oznaczało włączenie funkcji "grzanie" w organizmie. Oczywiście się nie dało, bo najpierw czekała mnie przeprawa przez Poznań, dziś wyjątkowo dość puste jeżeli chodzi o samochody, za to zakorkowane przez rowerzystów, których prędkość maksymalna na obowiązkowych ścieżkach oscylowała w granicach od 5 do 10 km/h. Przy czym ta ostatnia wartość obowiązywała na zjazdach.
Jak już się udało wyzwolić z miejskiej dżungli to już śmielej pokręciłem DK-92 przez Swarzędz do Kostrzyna, gdzie postanowiłem w ramach pełnego hardkora przejechać się kawałkiem tamtejszego ddr-a, zaraz przy tablicy granicznej. O kurde. Takie zabawy są może dobre dla czterech liter na przykład prezydenta Słupska, ale nie dla mnie. Uciekłem z tego czegoś szybciej niż nań wjechałem. Nigdy więcej.
Powrót przez Siekierki, Tulce i Jaryszki przebiegł bez przeszkód. To znaczy przeszkody były, i to wcale niełatwe do ominięcia, bo zaczął się sezon na kombajny, ciągniki, traktory, furmanki i wszystko, co łatwiej i szybciej przeskoczyć niż objechać. Natomiast w Krzesinach musiałem przetrzeć oczy, żeby potwierdzić, że dobrze widzę. Bo przede mną ukazał się widok niewiasty w bielusieńkim SUV-ie (a jak!) włączającej przy wjeździe na małe, jednopasmowe rondo migacz. No ok, co kto lubi. Ale LEWY???... Jak już się ogarnąłem to próbowałem się wczuć w damską logikę i w sumie... przecież na rondzie skręcamy na początku właśnie w lewo, więc... :)
Właśnie usłyszałem, że upały mają potrwać dwa tygodnie. Dziękuję. Idę się powiesić.
Mając w tyle głowy (zaraz pod tą podłużną częścią kasku) perspektywę nadchodzących upałów postanowiłem się zmobilizować i wyjechać godzinę wcześniej niż zazwyczaj, czyli lekko po ósmej rano. Decyzja słuszna, o czym przekonałem się podczas powrotu, gdy powoli zmieniałem już swoją formę egzystencji ze stałej w płynną.
Jak zwykle nie trafiłem z wiatrem, ale to też kwestia wyboru trasy, bo jechałem w każdy z możliwych kierunków. Najpierw na południowy wschód, przez Starołękę i Jaryszki do Żernik, potem na wschód do Tulec, skąd pokręciłem na północ, kiedyś koszmarną, a dziś genialną i pokrytą świetnym asfaltem trasą przez Garby i Zalasewo do południowej części Swarzędza, gdzie odwróciłem się na pięcie i wróciłem swoimi śladami. Wiało wciąż pysk (choć niespecjalnie mocno, ale jednak), więc nawet z górki, żeby się rozpędzić musiałem się ostro napocić. Było to pocenie dodatkowe i gratisowe, niezależne od temperatury :)
Jako że wczoraj uwaliła mnie podczas popołudniowej wycieczki do zoo osa, to dziś, w ramach rewanżu na tej małej mendzie musiałem, po prostu musiałem, pojawić się na Osowej Górze. To jak pielgrzymka w intencji. W tym przypadku - jak najszybszego nadejścia pory roku, gdy te wredne paskudztwa wyluzują, bo póki co - pewnie dzięki łagodnej zimie - urodziło się tego tałatajstwa nagle tyle, ile wyborców Kukiza podczas ostatnich wyborów.
Zanim jednak dotarłem do głównego celu, zupełnie olewając wschodni, czyli zupełnie nie pasujący mi do trasy wiatr, przez Luboń i Wiórek dojechałem do Łęczycy. Gdzie - bo przecież to Polska, bo przecież to poranek, bo przecież to niedziela - nie usłyszałbym klaksonu? Ja? "BO TAM JEST ZAKAZ JAZDY ROWEREM!!!" - usłyszałem przez szybkę. No pewnie - na odcinku kilometra, a ścieżka położona jest po drugiej stronie drogi i nie ma na nią możliwości wjazdu od strony Wiórka bez ryzykowania życia. Ale to przecież szczegół. Przez sekundę myślałem, czy może to wszystko powiedzieć temu miłośnikowi dźwiękowej kakofonii z okolic środka kierownicy, ale postanowiłem być ponad to i olać frustrata. Chyba już jestem dojrzałym kolarzem :)
Do Osowej dojechałem zaliczając jeszcze Stare Puszczykowo (zresztą tamtędy wracałem, więc dwa razy). Gdy już pojawiłem się na Pożegowskiej to poczułem się jak na autostradzie. Za mną, przede mną, pode mną, nade mną - rowerzyści. Co najważniejsze - wszyscy uśmiechnięci, pozdrawiający się chociaż kiwnięciem głową. To lubię. Zdublowałem dwóch dżentelmenów (uśmiechniętych mimo wszystko) i pojawiłem się na "szczycie". Strava mi rzekła, że poprawiłem swój wynik o 11 sekund. No "wow", od razu mnie na TdP :)
Po zjeździe postałem sobie w rowerowym korku na światłach i po wyjeździe z Mosiny ruszyłem w końcu na wschód, do Rogalinka, Rogalina, a w końcu do Świątnik, gdzie zawróciłem, widząc na horyzoncie pędzący kilkuosobowy peleton. Świadomy tego, że i tak mnie dojdą jechałem swoje i miałem rację - grupa dopadła mnie między zjazdem a podjazdem w Rogalinie. Nikt mnie nie pozdrowił, nikt nawet nie machnął stopą, więc bez spiny trzymałem tyły przez jakiś czas. Bo co, ja nie skorzystam? :) Tempo było zacne, widać że grupa z najwyższej rowerowej półki, ale cóż, nie będę się prosił o nowe znajomości. Oddając szacunek kolarzom - bo naprawdę robili świetną robotę w temacie (non stop średnia w okolicach 40-50 km/h) - odpuściłem, tym bardziej, że skręcali na Wiórek, a ja wracałem swoimi śladami. Za cienki Bolek ze mnie, z mojego rowerku, z mojej amatorszczyzny. Potem Strava (a właściwie Flybys) pokazała mi, że faktycznie nie mam się czego wstydzić, bo oglądałem plecy nazwisk częstych zwycięzców wśród mastersów w całej Polsce. A że sportowa złość pozwoliła mi poprawić wynik na wspomnianym zjeździe i wjeździe w Rogalinie o 20 sekund to już moje :)
Średnia ogólna - słaba. Bo podjazdy, bo temperatura. No i "bo ja", czyli amator kompletny. I z tym mi dobrze :)
Ło matko! Jak dobrze jest, gdy wiatr się uspokoi. Błogosławiony ten dzień w końcu nastąpił i póki co sierpień uważam za miesiąc genialny. Pewnie tylko do jutra, bo ma się znów zacząć w naszym kraju pogoda zamówiona przez jakieś lobby Afropolaków, ale póki co jest ok :)
Jechało mi się na tyle dobrze, że w połowie trasy miałem na liczniku średnią na poziomie 30 km/h i w tym na oko jeden z lepszych czasów podjazdu na długiej hopce od Dachowej do Szczordzykowa. Na oko, bo jak na złość nikt nie wpadł na to, żeby zrobić tam segment na Stravie i mogę tylko sobie gdybać w tym temacie. Potem, podczas powrotu przez Tulce i Jaryszki zmienił się - no bo jakżeby nie - kierunek podmuchu na bardziej południowy i towarzyszył mi z boku, więc jakiegoś super wyniku nie wykręciłem, choć i tak jestem zadowolony.
W Gądkach trafiłem na korek... traktorów. Chyba rozpoczęły się jakieś skupy zboża czy czegoś tam (póki KRUS-u nie opłacam nie mam zamiaru wiedzieć o co chodzi) i calutka trasa miała przez to tylko jeden dostępny pas ruchu. Początkowo myślałem, że to jakiś protest, cofnąłem się do roku 2004 i wchodzimy znów do Unii lub mamy kłopot ze świńską górką, ale chyba jednak nie. Zegarki na Androidzie i w Windowsie są w tym temacie zgodne.
Dziś kontynuacja z góry przegranej walki z wiatrem. Jedyną różnicą było to, że jego siła ciut-ciut spadła, co oznaczało, że był wczoraj był huragan, a dziś jedynie wichura. Według TEJ SKALI SIŁY WIATRU (a w sumie tabelki na dole) było gdzieś na poziomie punktu dziewiątego, co oznacza, że piwo musiałbym trzymać obydwiema rękami. Spoko, ale ile można jechać bez trzymanki? Teraz dopiero zrozumiałem o co chodziło z tym zakazem picia podczas jazdy :)
Pięć dyszek samo się niestety nie zrobi, więc sapiąc, dysząc i stękając musiałem osobiście wykręcić swoje. Znów za darmo, a w sumie nawet jestem stratny, bo nic nie zarobiłem, a sporo mnie ta jazda kosztowała. Trasa to dojazd przez Plewiska do Dopiewa, potem Więckowice i powrót przez Wysogotowo. Na jednokierunkowej drodze w poznańskim Fabianowie lekko (ale tylko lekko, bo w końcu żyję w Polsce) zdziwił mnie widok dostawczaka jadącego pod prąd. Przyznać trzeba, że jechał bardzo ostrożnie. Może dlatego, że przy uchu miał komórkę? :)
Niniejszym rowerowo miesiąc lipiec mogę uznać za umarły (r.i.p.). Wyszło mi ponad 1650 kilometrów plus to, czego nie wpisuję tłukąc się hulajnogą miejską (bo mentalnie nie jestem gotowy, żeby tratować tego jako roweru). Jeździłem wszystkimi moimi sprzętami, a w sumie tydzień spędziłem w górach, z tyłkiem na siodełku mojego staruszka "mtb", kręcąc w koszmarnych upałach. Miało to wpływ na średnią - zaledwie niecałe 29,3 km/h.
Czy istnieją jeszcze jakieś językowe kalumnie, których nie użyłem pisząc tego a bloga, a mógłbym opisać wiatrzysko takie jak dziś? Szukam w pamięci oraz w nabytych w moim dotychczasowym życiu zasobach słownictwa i nie mogę nic znaleźć. Poświęcę więc mu krótką linijkę:
Po tym, z czym się dziś musiałem zmagać przez co najmniej połowę trasy, można mi teraz śmiało zafundować podjazd rowerem pod Rysy i będę dziękował, że dostałem tak banalne i łatwe zadanie. W pewnym momencie, gdy chciałem wyprzedzić kombajn pędzący w granicach 20 km/h i skierowałem się na lewo, w wolną przestrzeń, miałem wrażenie, że zaraz mnie zwieje i zostanę kawałeczkiem drobno zmielonej papki składającej się ze skoszonej trawy i moich bebechów. Z drugiej strony - gdy zdarzył się na Głogowskiej błogosławiony moment, gdy wiało mi w plecy - rozpędziłem się na prawie płaskim terenie do prędkości 61 km/h. I nie będę ukrywał, że w przypływie szaleństwa poczułem sympatię do wiatru, tak jak bite żony wielbią swoich mężów podczas dni trzeźwości. Chwilę później znów go nienawidziłem :)
Trasa: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Trzcielin - Dopiewo - Dąbrowa - Plewiska - Poznań. Moim skromnym zwycięstwem jest to, że wyrzygałem te trzy dychy średniej. Bogowie (wszyscy, mono i politeistyczni) świadkami, ile mnie to kosztowało.
Myślałem, że już nigdy nie dożyję dnia, w którym wiatr będzie przewidywalny. A tu proszę, stało się. Dnia Pańskiego 29 lipca 2015 roku wiało z kierunku ogólnego południowo-zachodniego, raz z południowego, raz z zachodniego, ale jedna jedyna słuszna linia partii została zachowana. I od razu jechało mi się lżej. Byłem tak zdziwiony, że w szoku zapomniałem zrobić kółeczka, tylko dojechałem przez Mosinę do Będlewa, a tam zawróciłem swoimi śladami niczym młody Apacz w panice po zobaczeniu pierwszego białasa.
Podczas powrotu, na w sumie niezłej ścieżce w Łęczycy, doszłoby do czołówki między mną a innym, jadącym z naprzeciwka rowerzystą. Na szczęście obaj możemy sobie pogratulować refleksu. Wszystko przez to, że zrobić jako taką drogę to jedno, ale o nią zadbać wycinając gałęzie ograniczające widoczność na zakrętach - drugie. Nawet zachowując ostrożność można się tam nadziać i tak było dziś. Jednak doświadczenie robi swoje - uff.
W Będlewie dostałem smsa od Żony, że nie żyje Jan Kulczyk. W sumie był to człowiek zupełnie mi obojętny, ale włączyła się gmatwanina myśli. Głośno było na temat afer z udziałem tego najbogatszego Polaka, ale nigdy sądowo chyba nie potwierdzonych. Fakt faktem, że część inwestycji w Poznaniu z jego nazwiskiem w tytule rozwinęło miasto, a z ostatnich czytanych wywiadów z nim wynikało, że zmienia mu się punkt widzenia na bardziej prospołeczny. A osobiście w oddziale swojego kołchozu pisałem drobną umowę z przedstawicielem jego (a w sumie bardziej jego córki) fundacji. I nagle... - nie ma człowieka. Jak widać żadne pieniądze nie dają gwarancji na zdrowie i długie życie. Taki mi się nierowerowy filozof, a nawet fizolof, włączył.
Genialnej pogody ciąg dalszy. Niebo pochmurne, a kilka minut po starcie zaczęło siąpić, dość wyraźnie, ale nie upierdliwie i nie przestało do połowy trasy. Pod koniec co prawda niestety wyszło słońce, ale już byłem blisko domu, więc moglem się prędko ewakuować do schronu :) Jedyne co wymienić można na minus to dość silny wiatr. Choć przecież ostatnimi czasy pisanie o tym zawiera w sobie tyle pierwiastków zdziwienia jak odpowiedź starszej pani z trwałą ondulacją barwy fioletowej, wychodzącej z kościoła, na pytanie: na kogo zamierza pani głosować w najbliższych wyborach?
Trasa: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Stęszew - Dymaczewo - Mosina - Poznań. W Luboniu - jak zwykle, doświadczenie robi swoje - miałem oczy dokoła głowy, a i tak kilku tamtejszych kierowców spod dumnego znaku "PZ" na rejestracji, jadąc z naprzeciwka zaskoczyło mnie nagłym manewrem skrętu w lewo centralnie przed moim kołem. Coraz bardziej jestem pewny, że to jakaś odmiana tamtejszego sportu narodowego i dają za to jakieś punkty, a może nawet medale? Na przykład z buraka?
W związku z tym, że zafundowano mi wizytę w tym przybytku wyjątkowo na godzinę 11-tą to też musiałem zwlec się z łóżka o koszmarnie bezsensownej porze - 7:20. Ruszyłem na wschód i po raz kolejny okazało się, że nie tylko bimber, ale również zaspanie przyczyną ślepoty, a nawet głupoty, bo dopadła mnie jakaś wersja pomroczności jasnej i na rondzie w okolicach Minikowa zachowałem się niczym przeciętny polski puszkarz, w zamyśleniu wymuszając pierwszeństwo. Fakt faktem, że rondo jest zbudowane koszmarnie, ale to mnie nie tłumaczy. Wyjątkowo bez szemrania przyjąłem na klatę dźwięk klaksonu i przeprosiłem skruszony. Cóż, nawet saper musi się kiedyś pomylić.
Sytuacja mnie zdecydowanie orzeźwiła i potem jechałem już odpowiedzialnie - przez Krzesiny, Jaryszki, Gądki, Krzyżowniki, Tulce oraz znów Jaryszki i Starołękę. Pogoda genialna - chłodno jak na lato, wiaterek umiarkowany, lekko coś tam pokropiło z nieba - mój ulubiony klimacik. Powinienem za to dostać honorowe obywatelstwo w Wielkiej Brytanii. A już na pewno tamtejszy zasiłek :)
Wczoraj nie miałem wytłumaczenia dla swojej słabej formy, dziś już bym się przed jakimś sądem kapturowym wybronił, jako winnego wskazując wiatr. Gdzie tam wiatr - wiatrzysko! Rano drzewa pukały nam niemal do okien, a po wyjściu z klatki schodowej lekko zdmuchnęło mnie na podążającego do niej sąsiada - to, że on sam miał problemy z równowagą sądząc po oddechu w jego przypadku niekoniecznie wynikało z warunków pogodowych, ale cóż, mieszkanie na Dębcu ma swój koloryt :)
Zrobiłem pętelkę "kondomikową" od strony Komornik, Rosnowa, Stęszewa, Mosiny i Lubonia. Do Stęszewa tak mnie podmuchy masakrowały, że ledwo-ledwo wyciągnąłem średnią o astronomicznej wartości 26 km/h. Potem co prawda dość sporo nadrobiłem, ale i tak poniżej krytyki. Wiatr proszę w moim imieniu postawić przed plutonem egzekucyjnym, rozstrzelać, a prochy rozsypać na... no właśnie, na czym w takiej sytuacji? Zagadnienie filozoficzne :)
W Puszczykowie - żeby nie zapomnieć co to górki (tu: "górki") - zaliczyłem jeszcze podjazd ulicą Jarosławską, wyprzedzając na niej jakiegoś młodego adepta kolarstwa w pełnym rynsztunku. Sprawdziłem (nie żebym miał co do tego wątpliwości) - da się podczas tego manewru pozdrowić tę drugą osobę prostym "witam" i nawet otrzymać odpowiedź zwrotną. To na wypadek, gdyby przeróżni anonimowi i bojący podpisać się swoimi prawdziwymi danymi goście tego bloga chcieli się czego dowiedzieć o życiu :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"