Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242895.55 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791499 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 54.10km
  • Czas 01:48
  • VAVG 30.06km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 184m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Luto :)

Niedziela, 7 lutego 2016 · dodano: 07.02.2016 | Komentarze 4

Co tu dużo pisać. Bosko dziś było! Luty? Jaki luty? Lato prawie. Luto :)

Dycha na termometrze, wiatr upierdliwy, ale do ogarnięcia, sucho, ładnie i och ach. Nawet ja nie miałem powodów do narzekania. A to się rzadko zdarza.

Rozpisywać się nie będę - pokręciłem na południe, przez pustą o dziwo Starołęcką, potem Wiórek, Rogalinek, skręt na Rogalin, potem Świątniki, za którymi zawróciłem (na wysokości baru z grochówą) i nawiedziłem jeszcze Mosinę, Puszczykowo i Luboń. Czyli klasyk.

Jadąc mijałem chyba cały rowerowy Poznań i okolice. Rowerzyści byli wszędzie - za mną, przede mną, obok mnie, na asfaltach, drogach przy nich, lasach, a w pewnym momencie zacząłem uważniej patrzeć na niebo. Tam luz :) Większość uśmiechnięta, radosna - super. Choć nie powiem, gdy nauczony zimowym doświadczeniem odwróciłem się przed nawrotem i zamiast ciągu samochodów zauważyłem kilkaset metrów za mną dwóch kolarzy, a za nimi jeszcze peleton im podobnych - zrobiło mi się dziwnie, Jak nie w Polsce :)

No i w końcu jakaś normalna średnia się udała...




  • DST 53.00km
  • Czas 01:55
  • VAVG 27.65km/h
  • VMAX 45.20km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 170m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

O marchwi, komisji i jasności felg

Sobota, 6 lutego 2016 · dodano: 06.02.2016 | Komentarze 3

"Weekend od rana przywita nas ładną i słoneczną pogodą". Taki oto komunikat wbił mi się w mózg po wysłuchaniu wieczorem prognozy dla Poznania. Taaa... Jeśli jako "słoneczne" rozumieć deszcz ze śniegiem (choć przyznać trzeba, że lekki) oraz niebo szczelnie pokryte chmurami to faktycznie, nie mam zastrzeżeń :) Faktycznie, zrobiło się ładnie (i sucho), ale dopiero około południa. Jeśli dla moich ukochanych synoptyków oznacza to "rano" - szczerze im zazdroszczę godzin pracy, za to na wątrobę bym się z takimi nie zamienił.

Ja musiałem wyjechać z domu najpóźniej po dziesiątej, bo mimo dnia wolnego czekało na mnie kilka obowiązków. Analizując sytuację na drogach (mokro, mokro) zupełnie bez żalu wybrałem na dziś crossa. Zimowe dni przypomniały mi bowiem, o ile mniej wnerwiająca jest walka z polskimi wynalazkami drogowymi, gdy zasiada się w czołgu zamiast na sprzęcie o oponach przyprawiających o stres każdego anorektyka.

Wiało z południa i tam się udałem. Wczorajszy wpis Remika przypomniał mi o tym, że w tym roku jeszcze nie nawiedziłem okolic leżących na południowy wschód od Mosiny. Tym samym po pokonaniu jak zwykle zakorkowanego i syfiastego Lubonia oraz ulubionego Puszczykowa znalazłem się w wymienionej miejscowości, gdzie przywitał mnie zamknięty przejazd kolejowy. Przywitał? Nie! On chciał mnie potraktować jak długo wyczekiwanego gościa, zatrzymać u siebie, a najlepiej nie wypuścić. W końcu jednak się udało - po około 10 minutach czekania między jednym a drugim pociągiem - ruszyłem. Gdybym wiedział to zabrałbym ze sobą książkę, a tak z nudów pozostało mi jedynie podziwiać dziury, które czekały przede mną zanim dojadę do Sowińca.

Bo tam właśnie chciałem cyknąć w końcu fotkę pałacu pana Ś. (podobno wystawionego na sprzedaż - pałac nie jego właściciel. O kwocie nie będę wspominał, bo tego bloga mogą czytać zawałowcy). Oczywiście się nie udało, bo bramy były zamknięte na miliard spustów, dokoła cicho i pusto, co jak wiadomo oznacza, że gdybym jakimś cudem przekroczył prywatny teren choćby o milimetr to miałbym przy sobie sympatycznego pana w czarnej kominiarce z przystawioną mi radośnie do skroni lufą. Nie zaryzykowałem i pojechałem dalej.

Dotarłem do Krajkowa, gdzie kończy się nie tylko świat, ale i asfalt. Wjechałem więc w las i pooddychałem przez kilka kilometrów pełną zieloną piersią. Mimo fiachu było pajnie. Czy odwrotnie - mimo piachu było fajnie :)

Zawracając cyknąłem sobie jeszcze niewyraźną fotę. Czemu o niej piszę? Bo odnalazłem swój trójkąt ber... wielkopolski. Jeśli ktoś pamięta o zębatce, która zniknęła mi w tamtym roku po kursie w te strony, to dziś nieokreślone siły porwały mi do kompletu to coś, co na manetce po lewej pokazywało mi jaki bieg mam z przodu. Było - nie ma. Zdjęcie więc ma swoją wagę.

Panie Antoni...? Jakby co - jestem otwarty na kolejne komisje :)

Wracając swoimi śladami natrafiłem jeszcze w Krajkowie na wyjątkową odmianę marchewki. Gatunek rzadko spotykany, ale za to w promocji :)

Im później tym więcej rowerzystów. Mój szlak wybrało kilka mtb-owców i co najmniej jeden kolarz. Każdy ładnie pozdrawiał - brawo!

Jak już ogarnąłem obowiązki to przed nadejściem ciemności postanowiłem jeszcze porwać się na próbę wykonania rzeczy niemożliwej. Czyli odsyfienia crossa. Ręcznie. Szło ciężko, oczywiście do sukcesu dużo zabrakło. Ale czekało mnie kilka zaskoczeń. Okazało się, że felgi mojego tylnego koła nie są czarne, ale jednak jasne! Szok! :) To samo z kilkoma elementami amortyzatora. Lubię takie niespodzianki. Zapewne kolejna znów za dobrych kilka lat :)




  • DST 51.25km
  • Czas 01:46
  • VAVG 29.01km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 2.0°C
  • Podjazdy 60m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Tysiak spóźniony

Piątek, 5 lutego 2016 · dodano: 05.02.2016 | Komentarze 10

Ruszając dziś rano za cholerę nie miałem określonej trasy, którą podążę, prócz jednego założenia - na zachód, bo z wiatr dął z tego właśnie kierunku. Ale - jak to zwykle bywa - ktoś zadecydował za mnie. Tym ktosiem było PKP. Po przejechaniu bowiem jakieś 300 metrów ukazał mi się zamknięty szlaban, za którym migotał mi... zamknięty szlaban. Poczekałem sobie jakieś 3 minuty, prychnąłem i korzystając ze swojego wieloletniego doświadczenia zawróciłem, darując sobie na oko jakieś 10-15 sześćdziesięciosekundowych jednostek czasu stania w zimnie (2 stopnie).

Wciąż nie mając pomysłu ruszyłem na Luboń, gdzie jak zwykle mogłem podziwiać korki spowodowane przez jednostki z dylematem moralnym: centrum handlowe, McDonald's czy outlet? Postanowiłem nie kombinować i kręciłem już dalej znaną trasą przez Komorniki, Szreniawę, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Plewiska i wróciłem do Poznania. Wiatr minimalnie złagodniał, ale daleko tej mendzie było od przyjemnego wiosennego zefirka.

Przeoczyłem wczoraj fakt, że pyknął mi pierwszy tysiak w tym roku. Dziś więc nadrabiam to informacyjne niedopatrzenie i ogłaszam, że mam już taką wartość na liczniku. Poprawka - na licznikach, dokładnie trzech :)

Jako że dziś nie ma żadnej sensownej puenty to załączam przyuważoną gdzieś w sieci przez moją Żonę ikonografikę. Kto się nie zgadza niech pierwszy rzuci kamieniem. Byle nie we mnie - a jak już to w szybę kierowcy z pierwszego rysunku :)




  • DST 52.20km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.22km/h
  • VMAX 47.70km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 79m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

O bałwanku bez śniegu i mózgu

Czwartek, 4 lutego 2016 · dodano: 04.02.2016 | Komentarze 7

Po wczorajszych wieczornych prognozach pogody spodziewałem się, że rano za oknem przywita mnie sielankowy widok białych dróg i chodników, radośnie rzucających się kulkami szkrabów, dorodnego bałwana oraz sunących po skrzypiącym śniegu sanek. Na szczęście znów szklana kula nie zadziałała w IMGW, dzięki czemu udało mi się nawet ruszyć na swoje pięć dyszek szosą. Bardzo podoba mi się taki kierunek pomyłek :) Oczywiście te nie dotyczą wiatru, bo znów mnie wymęczył strasznie i to dzięki niemu nie mogę dziś się pochwalić przyzwoitym wynikiem.

Choć były dwa elementy z powyżej wymienionych, które jednak wystąpiły na mojej dzisiejszej trasie (od Poznania przez Plewiska, Skórzewo, Dąbrówkę, Dopiewo, Trzcielin, Rosnówko, Komorniki, Luboń po znów Poznań). Pierwszym był śnieżek.Spadło go jakieś 0,000000000047 mm, i to przez chwilę, czyli jak dla mnie idealnie :) Drugim był bałwan. Ale nie ten z marchewką zamiast nosa, a.... No kto zgadnie? Bingo! Za kierownicą.

Bowiem wracając, na granicy Komornik i Wirów, nagle z ciągu samochodów z naprzeciwka wyskoczył jakiś kretyn, imbecyl, palant, debil, frustrat i polski kierowca. W jednej osobie. Z czego ostatni inwektyw uważam za najgorszy. W jakim samochodzie - nie mam pojęcia, bo tego typu pojazdami ostatni raz interesowałem się w dzieciństwie, a potem im więcej kręciłem rowerem tym moja fascynacja zamieniała się w niechęć (by rzec łagodnie). Mogło to być Porsche. Mogło to być jakieś Mitsubishi. Mogło to również być Ferrari. Widziałem go bardzo krótko, za to bardzo blisko. Obok mojego ucha. W każdym razie myślę, że jego wygląd z grubsza nakreśliłem. Jak również to, że MUSIAŁ mnie widzieć na wąskiej drodze, a mimo to zdecydował się zaryzykować swój lakier, a moje życie. Co w jego mniemaniu mogło skończyć się tragedią, bo lakiernik sporo kosztuje. Kurde jego mać, kiedy z dróg znikną takie bezmózgi? Kiedy bezpiecznie będzie mógł czuć się człowiek, który przestrzega przepisów, a w naszych realiach póki co nie ma pewności czy nie zabije go tępak z kompleksem BMW (opisu chyba nie muszę rozwijać, bo akurat nie dotyczy pokrewnej z nim marki)?

Powiało optymizmem, no nie?




  • DST 53.35km
  • Czas 01:53
  • VAVG 28.33km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 99m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Korky

Środa, 3 lutego 2016 · dodano: 03.02.2016 | Komentarze 4

Jeżeli ktoś dziś przejeżdżając lekko po godzinie ósmej przez Poznań doszedł do wniosku, że My, Naród Polski (i takie tam) poszliśmy masowo po rozum do głowy i zamiast puszek wybraliśmy rowery oraz miejską komunikację, bo było zapewne puściutko, to sorry - mylił się. Samochodów było, i to w nadmiarze, ale wszystkie zostały na Dębcu. Tam bowiem nagle zaatakował - niczym biskup ministranta - kolejny etap opóźnionej o zaledwie rok budowy tunelu pod przejazdem kolejowym. Wróciło wahadło na Opolskiej (bo spece od dróg uszkodzili kanalizę), panowie na torowisku robili jakieś magiczne wygibasy, a zamknięte rogatki spowodowały kilometrowe korki po dwóch stronach Dębca. Przez to ja również przypomniałem sobie jak wyglądało moje ostatnie 12 miesięcy, postałem sobie jak idiota (no dobra, jak się dało to nie stałem) i już po 10 minutach od wyjścia z domu byłem 500 metrów dalej, czyli po drugiej stronie trasy kolejowej Poznań - Wrocław. Uff.

Jak już się wydostałem to stałem się ofiarą pogody, która jak to u nas - normalna być nie może. Na szczęście w przeciwieństwie do wczoraj (tylko chomik, 32 km, średnia - 31,9 km/h) nie padało, za to znów urywało łeb. Tak więc 2/3 trasy (Poznań - Komorniki - Rosnowo - Szreniawa - Stęszew - Dymaczewo - Mosina - Luboń - Poznań) kręciłem sobie jak Flinston, byle tylko poruszać się do przodu. Za to 1/3 była milusia, ale niestety nie pozwoliła na nadrobienie emeryckiego tempa.

Drugi kurs w lutym - i to szosą! - zaliczony. Sehr gut! :)




  • DST 51.20km
  • Czas 01:45
  • VAVG 29.26km/h
  • VMAX 52.40km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 60m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Lutujemy. Plus podsumowanie stycznia

Poniedziałek, 1 lutego 2016 · dodano: 01.02.2016 | Komentarze 10

Pierwszy dzień lutego tym się różnił od ostatniego w styczniu, że wiatr postanowił sobie trochę odsapnąć, co oznacza, że był silny, upierdliwy, ale przynajmniej nie zatrzymywał mnie w miejscu. Mała rzecz, a cieszy. No dobra - to wielka rzecz :) Mimo wszystko i tak do dobrego wyniku sporo zabrakło, ale cóż, na to może jeszcze przyjdzie czas w tym roku.

Dzisiejsze kółeczko: Poznań - Plewiska - Palędzie - Dopiewo - Więckowice - Sierosław - Wysogotowo - Plewiska - Poznań uznaję po prostu za odhaczone. Nie opiszę dziś żadnej historii, bo chęć zrobienia ze mnie pasztetu przez kierowców wyprzedzających z naprzeciwka nie zasługuje nawet na wzmiankę. Rzecz to bowiem oczywista niczym oddychanie.

Krótkie podsumowanko specyficznego miesiąca, jakim był styczeń. Nie wykręciłem może w nim jakiegoś dystansowego kosmosu, bo wyszło marne 865 kilosów z masakrującą średnią 27,2 km/h, ale mimo wszystko uznaję pierwsze 31 dni tego roku za moralnie pozytywne :) Udało mi się bowiem na wszystkich trzech (zombie-góral, cross oraz trzy i pół wyjazdu szosą) rowerach zaliczyć kursy po górach, po płaskim, w śniegu, w deszczu i po lodzie. Bez patrzenia na wynik, z czystą radością jazdy w głowie. I tak szczerze - każdy wyjazd uważam za swoje małe zwycięstwo, bo zwlec cztery litery było czasem niełatwo. Aha, do tego ponad 450 kilometrów wyrzygałem jeszcze na chomiku (nie dodaję tego do statystyk), co już w ogóle uważam za sprawiedliwą karę za wszystkie swoje grzechy w życiu (nie wiedziałem tylko, że aż tyle ich mam). Jak znów trzeba będzie nań wsiąść (a to może być nawet jutro, bo na kilka najbliższych dni zapowiadają deszcze) to zrobi się problem, bo kończy mi się piąty sezon "Gry o tron"... A nowego ani widu, ani słychu.




  • DST 51.00km
  • Czas 01:48
  • VAVG 28.33km/h
  • VMAX 54.20km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 96m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wietrznie i zupełnie niepolitycznie :)

Niedziela, 31 stycznia 2016 · dodano: 31.01.2016 | Komentarze 16

Jeśli wczoraj wiatr masakrował to brakuje mi synonimów opisujących to, co robił ze mną dziś. Były fragmenty, gdy naprawdę się wysilając ledwo wykręcałem kilkanaście kilometrów na godzinę (szosą!) oraz takie, że miałem ochotę zejść z roweru i zmienić sposób spędzania wolnych chwil. Przyszła mi na myśl filatelistyka ze specjalizacją "patyczaki i straszyki" lub uprawa kiełków metodą behawioralną. Na razie biję się z myślami, o swej decyzji poinformuję w nieokreślonej przyszłości.

Przyznać jednak trzeba, że powrót był już przyjemniejszy i jakąś 1/3 wiało mi nawet w plecy. I tak: w połowie trasy miałem średnią w okolicach 24 km/h (czułem się jakbym znów wsiadł na rower marki Reksio), a finalnie odrobiłem ponad cztery tego typu jednostki. Na tak krótkim dystansie jak pięć dych mówi to samo za siebie. Komuś. Pewnie :)

Plus jest taki, że nie padało. Jak już staramy się być aż nadto optymistyczni :) Za to niebo robiło się raz sine, raz niebieskie, raz szare. Lubię to.

Jak zwykle wykręciłem któryś ze standardów, dziś był nim mapowy samochodzik: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań. Na trasie mijałem kilku rowerzystów w paru konfiguracjach i widziałem cierpienie na twarzach. Wymieszane z radością. I o to chodzi w tym wszystkim :)

Na koniec mała wstawka okołorowerowa. Wczoraj jadąc do pracy zauważyłem w kiosku taką oto ogólnopolską okładkę weekendowej "Gazety Wyborczej" (zwanej w niektórych kręgach "GW"-nem oraz "Gazetą Żydowską". Mimo że mnie za to zaraz internet zje - zakupłem):

I cóż...  jako że kryteria spełniam (jedno od dziecka, drugie od kilkunastu lat) to gdybym tu nie mieszkał to bym się poczuł zaproszony. A tak zupełnie prywatnie - mimo, że od partii bezideowych cwaniaków i karierowiczów (platfusy), z list których startował prezydent, bardziej nie trawię tylko aktualnie panujących nam frustratów robiących z Polski poligon do leczenia swych kompleksów (nazwy chyba nie muszę wymieniać) - warto przeczytać wywiad (pewnie jeszcze do dostania w jakiejś Żabie). I wyrobić sobie własną opinię. Jak dla mnie - szacun za walkę z polskimi wiatrakami. Głównie mentalno-rowerowymi. Oby tak dalej.

Przecież pisałem, że nie będzie o polityce, prawda? :)




  • DST 52.40km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.11km/h
  • VMAX 62.20km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 117m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Spotkanicznie :)

Sobota, 30 stycznia 2016 · dodano: 30.01.2016 | Komentarze 11

Zwyczajowo ludkom od prognozy pogody coś nie wyszło. Na szczęście dziś owo "coś" okazało się pozytywem, bo zamiast zapowiedzianych opadów deszczu miałem przyjemność zaznać delikatesów, czyli ponownie osiodłać szosę i pokręcić po suchych drogach. Nie pomylono się niestety co do jednego, niezwykle upierdliwego elementu - tak, tak, oczywiście chodzi o wiatr. Przepraszam, nie bądźmy zbyt uprzejmi dla tej cholery - paskudnego wiatrzyska!

Łatwo nie było, ale mus to mus. Pierwotnie chciałem zrobić prostą trasę w tę i z powrotem, przez Luboń i Mosinę do Będlewa, ale zapomniałem o planach i pojechałem kawałek dalej, robiąc standardowe "kondomowe" kółeczko przez Stęszew i Komorniki. Chyba miałem jakiegoś nieuświadomionego czuja, o czym później.

Najpierw jednak krótko o wybitnie polskiej naleciałości, czyli braku mózgu użytkowników czterech kółek. Żadne słowa nie powiedzą tego, co opisze obraz, więc proszę:

Zastanawiające, że pewnie jakbym ja olał widoczną na fotce DDR-kę to znalazłby się pewnie od razu jakiś zagubiony patrol i wlepiłby mi mandat. A czy są jakieś kary za ustanowienie ścieżki nieprzejezdną? Pewnie nie, choć już wyobrażam sobie tłumaczenie - "bo przecież było jeszcze miejsce!" :) Skończyło się na tym, że zawołałem jednego z widocznych na zdjęciu robotników, wytłumaczyłem co oznacza niebieski znak z narysowanym rowerem, po kilku sekundach dostrzegłem w oczach coś na kształt zrozumienia, usłyszałem "ok" i pojechałem dalej. Czy coś z tym zrobili - nie mam pojęcia. Choć chyba znam odpowiedź...

A gdy sobie tak jechałem i jechałem, najpierw walcząc z mega silnym powiewem w ryj, a potem z boku, na wysokości Witobla (Witobela?) standardowo pozdrowiłem się z mijanymi z naprzeciwka rowerzystami. I już bym kręcił dalej, gdy nagle nastąpiła z obydwu (a w sumie oby-tru) akcja-reakcja. Przecież my się chyba znamy? :)

A skąd? Ano wirtualnie - z BS. Po zmasakrowaniu klocków hamulcowych i nawrocie witałem się i poznawałem chwilę później StarsząPanią oraz Jurka, jadących... (a, nie będę zdradzał, coby zabawy nie psuć. W każdym razie wyraziłem niemy podziw dla planów przy takiej wichurze). Po krótkim gadu-gadu, m.in. o zawartości lodówki, sorrrry, sakw Starszej (szpinak, makaron + kuchenka i grill - choć co do tych dwu ostatnich pewności nie mam) i mitycznego wyścigowego roweru Jurka na kołach 26" cyknięta została pamiątkowa fota z poziomu jurkowej szosy jurkowym telefonem (miałem chyba najmniej profesjonalny strój w historii, o wszystkich możliwych i wykluczających się barwach). Pożegnaliśmy się i rozjechaliśmy. Miło się było poznać, drodzy Państwo. Dzięki za sympatyczne spotkanie :)

Wracając musiałem lekko przyspieszyć, bo czas przed pracą naglił. O dziwo po wmordewindowej masakrze były chwile, gdy wiało też w plecki, dzięki czemu udało mi się dwukrotnie przekroczyć sześć dych na liczniku. Praktycznie na płaskim. Milusio. Za wiele w finalnej średniej nie pomogło, ale poczułem, że żyję.




  • DST 52.30km
  • Czas 01:47
  • VAVG 29.33km/h
  • VMAX 53.20km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 162m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Szosa - wersja (prawie) virgin

Piątek, 29 stycznia 2016 · dodano: 29.01.2016 | Komentarze 34

W końcu nadeszło błogosławieństwo pogodowe i można było wziąć dziś szosę na prawie dziewiczą przejażdżkę w 2016 roku, większą niż jeden jedyny dotychczasowy trzydziestopięciokilometrowy glut do serwisu i z powrotem. Z czego skrzętnie skorzystałem, choć lekko się zszokowałem po wyruszeniu, bo przy wczorajszych prawie dziesięciu stopniach marne plus dwa na starcie niespecjalnie były pozytywem. Łagodnie rzecz ujmując.

Wiało delikatnie słabiej niż wczoraj, co oznaczało, że wiało mega. Ruszyłem na południowy zachód, w kierunku Stęszewa i pierwotnie w planach miałem kółko powrotne stałą trasą przez Mosinę, ale po smsie od Żony, że podobno na tym odcinku jest lodowisko (info ze strony epoznan.pl, ile w tym było prawdy - nie sprawdziłem) skorygowałem kierunek i kontynuowałem jazdę "piątką" przez Zamysłowo i na wysokości parkingu przy Srocku Małym (uwielbiam tę nazwę) zawróciłem. W uszach miałem motywatora, bo akurat w TOK FM leciało na żywo expose mojego ulubionego ministra Waszczykowskiego i spodziewałem się czegoś nowego w temacie pałowania cyklistów i zagładzania wegetarian, ale się zawiodłem, bo był tylko Smoleńsk. Kicha :)

Finalnie trip uważam za udany, choć średnia jeszcze nie taka, jaka być powinna. Jako stary wyjadacz sprytnie ominąłem obwodnicę Stęszewa, coby nie połamać sobie kół na tamtejszej kostkowej DDR-ce. Zadowolony dotarłem do Zamysłowa, przez który jadąc nagle wyskoczył mi taki niebieski wypierdek. Ok, wcześniej znaku nie było, podjazdu w tym miejscu prócz krawężnika również... I co w takiej sytuacji można zrobić? Odpowiedź jest prosta: stanąć, cyknąć fotkę na BS i... olać ścieżkę jadąc drogą. Co niniejszym z przyjemnością wykonałem :)





  • DST 51.00km
  • Czas 02:01
  • VAVG 25.29km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Podjazdy 180m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rzeź

Czwartek, 28 stycznia 2016 · dodano: 28.01.2016 | Komentarze 5

Kto rano wstaje ten leje jak z cebra. Jest takie przysłowie. A może i nie? :) W każdym razie ja wstałem rano, ale nie tak wcześnie jak zamierzałem i dostałem za swoje. Ja nie lałem, ale za to mnie zlało.

Gdy przed dziewiątą spoglądałem za okno chmury wydawały się solidne, ale niespecjalnie groźne. Wydawały się. Przezornie jednak mimo suchych dróg nie wybrałem szosy, co było najlepszą decyzją dzisiejszego dnia. Po pierwsze - ciężkość crossa dawało mi kilka punktów więcej w kategorii "nie zostać zwianym", co przy dzisiejszych warunkach pogodowych wcale skomplikowane nie było. Po drugie - z tyłu miałem błotniki, ten najgenialniejszy z genialnych wynalazków.

Ruszyłem na zachód (trasa przez Plewiska, Palędzie, Dopiewo, Trzcielin, Szreniawę, Komorniki oraz Luboń) i początkowo myślałem, że uda mi się przejechać suchą stopą. Gdzie tam. Na dziesiątym kilometrze niebo się rozstąpiło i się zaczęło. W parę sekund z małego opadu zrobiła się ulewa, a z ulewy - megaulewa. Miałem dwa wyjścia - jechać do przodu i zmoknąć albo zawrócić i zmoknąć. Jako że w drugim przypadku nie zrobiłbym nawet 30 kilosowego gluta, postanowiłem zacisnąć zęby i kręcić dalej. Co nie było łatwe, bo wichura zatrzymywała mnie praktycznie w miejscu. Nawet gdy (a jednak!) się kilkanaście minut później rozpogodziło, podmuchy nie odpuściły, a wręcz się wzmogły. Przykładowo za Dopiewem, gdzie na wiadukcie zazwyczaj się rozpędzam do prawie pięciu dych dziś prychając udało mi się wywalczyć zacne... 23,5 km/h. A co najgorsze - po nawrocie było tylko ciut lepiej, bo oczywiście kierunek zmienił się na boczny.

Finalnie - zostałem zmasakrowany, o średniej nawet nie chcę myśleć, czułem się jak tłusty prosiaczek po wizycie w rzeźni, ale za to niech nikt mi nie mówi, że się poddałem. Ewentualnie można powiedzieć, że mam problemy umysłowe. O :)