Info
Suma podjazdów to 813283 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Październik30 - 16
- 2026, Wrzesień30 - 11
- 2026, Sierpień31 - 24
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 58.10km
- Czas 01:56
- VAVG 30.05km/h
- VMAX 57.70km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 219m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Bez tożsamości
Poniedziałek, 15 sierpnia 2016 · dodano: 15.08.2016 | Komentarze 8
Co by nie gadać o kręceniu na mtb w pięknych okolicznościach przyrody, coby się nim nie zachwycać i uwielbiać, fajnie jest jednak usadzić tyłek na szosie, jakkolwiek niewygodne jest jej siodło. Dziś wróciłem do tej przyjemności i za cholerę nie wiem czemu zdecydowałem się na zakup tego rodzaju dwóch kółek dopiero po trzydziestce, a nie jakieś piętnaście lat wcześniej :)
Ruszyłem wyspany za wsze czasy, bo skoro laickie państwo funduje mi święto z okazji wniebowstąpienia, udając że chodzi o polskie wojsko, to trzeba korzystać z tej abstrakcji. Dzięki temu wyściubiłem nos za drzwi pół godziny przed południem, ciesząc się pustymi poznańskimi ulicami i nie ciesząc jak zwykle upierdliwymi światłami. A że nie chciało mi się specjalnie cisnąć to za Golęcinem na moim liczniku zakwitło jakieś marne 26 km/h, co generalnie miałem głęboko tam, gdzie to powinno być i pokręciłem już dalej Koszalińską w ciut lepszych, bo niezakłócanych czerwonym, warunkach. W tym momencie się rozpadało, o czym w prognozach nie było mowy. Ale że już jestem do tego przyzwyczajony to nawet się nie zdziwiłem. Do Kiekrza dojechałem z mokrym pampersem i ze zdziwieniem stwierdziłem, że musiałem trafić na dedykowaną mi chmurę, bo tam nie zauważyłem już ani kawałka mokrego asfaltu.
Przez Starzyny dojechałem do Rokietnicy, skręciłem na Napachanie, po dotarciu do którego przed skrzyżowaniem coś mnie tknęło i zweryfikowałem stan posiadania plastików oraz banknotów w tylnej kieszonce. Dwa razy sprawdziłem, stan papierowy się zgadzał, ten karciany już mniej. Okazało się, że mam kartę bankomatową, mam PEKĘ (którą zawsze zabieram na poznańskie wycieczki, w razie gdyby trzeba się było teleportować komunikacją miejską), mam dowód... A nie. Nie mam dowodu. W sumie strata najmniejsza z możliwych, lecz dość upierdliwa i czasochłonna w tematyce wyrabiania duplikatu, więc postanowiłem zmienić dalszy plan wycieczki i wrócić swoimi śladami. Dziwnie spokojny, że zguba się znajdzie. Przecież to nie portfel :) I faktycznie, dwa kilometry dalej leżałem na kawałku ddr-ki za rondem w Rokietnicy, świecąc PESEL-em jak mnie formalnie państwo polskie stworzyło :) Nie ukrywam, ucieszyłem się, jednocześnie uświadamiając sobie w jakich okolicznościach straciłem niedawno jedną z kart, gdzie otrzymuję część premii z pracy i czeka mnie jeszcze sporo zachodu, żeby uzyskać jej kopię. Wyjmując telefon, w celu odebrania połączenia. Komunikacja (tele) to zło!
Żeby już nie kombinować zawróciłem do Kiekrza, skąd skierowałem ruchy kierownicy ulicą Słupską na Baranowo, Przeżmierowo, Wysogotowo, poznańskie Junikowo, niepoznańskie Plewiska, by finalnie znaleźć się na Dębcu. Znów zmoknięty, ale szczęśliwy w dwójnasób - za wrócenie na szosę i nieutracenie tożsamości. A przynajmniej jej namacalnego dowodu :)
- DST 53.40km
- Czas 02:03
- VAVG 26.05km/h
- VMAX 63.80km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 552m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Szklarska, czyli urlopo finito :(
Niedziela, 14 sierpnia 2016 · dodano: 14.08.2016 | Komentarze 23
Ostatni dzień
pobytu w górach wyjątkowo został wcześniej przeze mnie
zaplanowany i skupiał się na relaksacyjnej trasie w kierunku
Szklarskiej Poręby. Oczywiście słowo „relaks” ma tu swoją
granicę tolerancji, ale w porównaniu z innymi przerabianymi przeze
mnie ścieżynkami tu mogłem zafundować swoim dolnym kończynom
ciut mniejszy wysiłek.
Wyruszyłem o 7:30.
Przypominam – wakacje, niedziela. Tak, mam z głową :) Ale inaczej
się nie dało, bo powrót wstępnie wymyślony został na dość
wczesną godzinę. Mimo wszystko nie żałuję, bo pusta Jelenia
Góra, bez korków przy nowo otwartej gówno-galerii w miejscu
dawnego dworca PKS (czy ta cholerna moda przerabiania wszystkiego
użytecznego na mentalny plastik nigdy się nie skończy?) to widok
rzadko spotykany, szczególnie latem.
Minąłem Cieplice i
tak jak wczoraj skierowałem się z nich ulicą Lubańską na Trasę
Czeską. Góry zaczynały już być delikatnie widoczne zza porannych
mgieł, co dawało szansę na dobrą widoczność podczas dalszego
pedałowania. Się nie zawiodłem.
Po minięciu
Piechowic zaczęła się kilkukilometrowa wspinaczka wzdłuż rzeki.
Jest ona o tyle monotonna, jak sympatyczna, więc postanowiłem
zostać biznesmenem i oficjalnie ogłaszam, że tanio sprzedam
poniższą fotkę jakiemuś zbieraczowi gmin, na przykład z okolic
Suwałk lub Ustrzyk Górnych :)
A sama Szklarska?
Niech mnie ukamienują wielbiciele Karpacza, ale dla mnie jest ona
miejscem o wiele bardziej przyjaznym, mniej komercyjnym, a przede
wszystkim dobrze mi się kojarzącym i sentymentalnym. No bo w końcu
to Trollandia :)

Jak zwykle urzekł
mnie Skwer Jana Pawła II. Jest jeszcze jakieś miasteczko w naszym
pięknym kraju, które nie nazwało choć jednej szkoły, drzewa lub
szaletu miejskiego imieniem JP2, pod pretekstem, że kiedyś obok
przechodził, przejeżdżał lub może po prostu spojrzał z góry
akurat w to miejsce lecąc samolotem na trasie Watykan –
Miejscowość X? Bo tego nigdy wykluczyć nie można, przecież
niezbadane są wyroki… bla bla bla :)
Dokręciłem sobie
spokojnie do dworca PKP, gdzie zobaczyłem skład Kolei Dolnośląskich
opisanych jako Złoty Pociąg. Cóż, jak się nie ma pomysłu na
dobry marketing to się kończy żałośnie i śmiesznie :)
Jeszcze chwila na
dwa widoczki na samej górze...

...i frrruuuuu… Prawie dosłownie, bo przy
zjeździe ze Szklarskiej Górnej z prędkością maksymalną w
okolicach 64 km/h tym moim rozpadającym się trupem miałem
wrażenie, że zaraz każda z jego części poleci w innym kierunku,
a ja sprawdzę organoleptycznie czy moja facjata ładnie komponuje
się z czernią asfaltu, a wnętrzności z ostrą zielenią letniej
przyrody. Na szczęście doleciałem na dół w jednym kawałku, a
nawet musiałem hamować za zbyt ostrożnie jak na moje jadącym
przede mną autobusem.
Końcówka
dzisiejszej jazdy to przedarcie się przez Piechowice, jeleniogórski
Sobieszów oraz kawałek naokoło – Zachełmie, Podgórzyn i
Cieplice. 
Tym samym zamykam etap: Sierpniowy Urlop 2016, jak
najbardziej z niego zadowolony, szczególnie pod względem
zaliczonych miejscówek – Gdynia, Władysławowo, Hel, Karpacz,
Szklarska Poręba – tylu mało popularnych miejsc jak w tym
sezonie nie zaliczyłem chyba jeszcze nigdy podczas jednego miesiąca
:)
- DST 54.50km
- Czas 02:09
- VAVG 25.35km/h
- VMAX 50.60km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 783m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Relax - don't do it :)
Sobota, 13 sierpnia 2016 · dodano: 13.08.2016 | Komentarze 10
W założeniu miałem dziś zrobić sobie jakiś górski lajcik, a w praktyce wyszło jak zawsze :) Finalnie zafundowałem mym nogom całkiem rozsądne przewyższenie jak na banalny kilometraż 50+, ale dzięki podeszczowej pogodzie, jaka zalęgła się w Sudetach, kręciło mi się naprawdę sympatycznie, choć jak to tu bywa - z prędkością półtora pluja.
Wyruszając nie miałem konkretnego planu, więc skierowałem się na Cieplice, skąd rzuciło mnie na Trasę Czeską, którą dotarłem do Piechowic.
Ominąłem je obwodnicą, gdzie postanowiłem zawrócić. Zjeżdżając przypomniałem sobie, że istnieje taka miejscowość jak Michałowice i... już wspinałem się do niej pierwszymi tego dnia serpentynkami oraz mijając mój ukochany mikrotunel.

Samej wspinaczki nie chce mi się szczegółowo opisywać. Bo po co zaśmiecać internety kolejnymi słowami uważanymi za...? :) Ważne, że dotarłem, a jak dotarłem to mogłem się zatrzymać na chwilę i podziwiać genialność "Michalków".

A zjazd? Hmmm. Jak zwykle tak malowniczy, że ani mi się nie śniło zatrzymywać. Dlatego w celach propagandowych przypominam kolejny filmik, w którym jest całość gnoju od wjazdu w Piechowicach przez Michałowice aż do zjazdu przez Jagniątków do Jeleniej. W której jeśli chodzi o wypomniany w nim kawałek krateru nic się nie zmieniło, a mało brakowało, że gdyby nie ostre hamowanie to jeszcze bym do teraz leciał w dół po kontakcie z którąś muldą.
Świadomy stop nastąpił tylko raz (niełatwo było się zmusić), żeby wykonać zdjęcie konkursowe, oczywiście bez nagród, na którym należy znaleźć Zamek Chojnik. 
Zadanie łatwe czy nie, piszę o nim tylko dlatego, że wczoraj w owym przybytku byłem i zapodaję zbliżenie oraz widok z góry. W szkole podstawowej, położonej u stóp trasy na Chojnik, wlatywaliśmy tam co któryś tam WF :)

Po wyjechaniu z JG obrałem azymut na Zachełmie, gdzie wbrew zdrowemu rozsądkowi zacząłem wspinać się na jego górę. Znów serpentynki, znów ostry kąt...
...który postanowiłem ukazać na fotce. Legenda - aparat ustawiony był w poziomie, cała reszta niespecjalnie :)
Teren jest bardzo zalesiony, więc do wyboru miejsc do selfie mojego trupa nie miałem specjalnego pola manewru.
W końcu się udało! Widok tablicy "Zachełmie" z czerwonym przekreśleniem uradował me serce wielce :) Tym bardziej, ze końcówka to morderczy test dla psychiki.

Zjazd jak zjazd :)
GENIALNY :)
Znów brakuje zdjęć, bo nie chciałem sobie psuć zabawy, a że filmik jeszcze nie powstał (i pewnie nie powstanie, bom ostatnio leń straszny) to trzeba ulecieć ze mną na skrzydłach wyobraźni :)
Przesieka minięta, Podgórzyn też. Na trasie jeszcze mała pauza przy Stawach Podgórzyńskich...
...i znów przez Cieplice do domu. Szczęśliwy, uchachany, zmęczony. Tak, zdecydowanie przekonałem się, że żyję. A i Endo dziś o dziwo nie zawiodło, więc mapka jest w całości.
- DST 53.50km
- Czas 02:05
- VAVG 25.68km/h
- VMAX 52.70km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 740m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Karpaczio z trolla :)
Piątek, 12 sierpnia 2016 · dodano: 12.08.2016 | Komentarze 11
Planu na dzisiejszy dzień nie było. Po prostu mając w głowie te wyliczone mi z pewną dozą tolerancji dwie godziny na pedałowanie ruszyłem kilka minut po dziewiątej przed siebie, by po chwili postanowić: Karpacz! I to nie jak to ja mam w zwyczaju, zahaczyć o jakiś jego kawałek, tylko cały full wypas, od dołu do góry. Jak szaleć to szaleć :)
Najpierw zaliczyłem rodzynek wśród większości masakrycznych ścieżek w JG, czyli kawałek asfaltową drogą dla rowerów do granicy Łomnicy i Mysłakowic. Jest to jedno z niewielu wynalazków rodem z PL, a do tego wybudowane już sporo lat temu, które wywołuje na mym pysku uśmiech radości, a nie grymas zniesmaczenia.
W samych Mysłakowicach postanowiłem zrobić zdjęciowe epitafium dla ś.p. trasy kolejowej z Jeleniej Góry do Karpacza, której odżałować nie mogę nie tylko ja. No bo kto by nie chciał raz na jakiś czas pyknąć się pociągiem pięknie odrestaurowaną drewnianą stacją z takim widoczkiem?
Granicą rzezi było rondo w Miłkowie, za którym wybierając kierunek piekielny należało się liczyć tylko z jednym - masakrą podjazdową, do tego mającą około 7-8 kilometrów. Super :)
Karpacz Dolny zdobyć jest dość łatwo, problem zaczyna się potem. Moim założeniem było nie zatrzymać się ani razu na trasie, ale cóż... na drodze do tego stanęli mi harleyowcy, którzy akurat o tej porze postanowili wyłonić się ze swojego zlotu. Przyznać trzeba, że zrobili to sprawnie, gdyż jeden z nich stanął na wjeździe do ronda, poczekał aż przejedzie kilkudziesięciu jego ziomali, by na końcu ruszyć samemu, ale ładnie dziękując za tolerancję i odczekanie.

Potem... no cóż. Opisywać mi się nie chce, tym bardziej, że jest późno. Było godnie, męcząco, ostro pod górę.... Oto zdjęcia robione na szybko, łącznie z gratisową reklamą hotelu-monstrum, czyli Gołębiewskiego, który niestety już na dobre wkleił się w krajiobraz Karpacza.


Były też widoczki najpiękniejsze z pięknych... pobudzające wyobraźnie... ale dopiero na mecie :) Perła Zachodu :)
Finalnie mogłem obejrzeć się do tyłu i pokazać górom, co o nich myślę...
...uwielbiam :)
Zjazd do Sosnówki to jedno wielkie Miodzio! Jednak wolę w dół niż w górę :) Choć przyznać trzeba, że jakość drogi tam się sypie z roku na rok - pod sam koniec musiałem niebepiecznie zjeżdżać na przeciwny pas, żeby nie utonąć w jakiejś asfaltowej dziurze...
Końcówka to już znany banał - do Podgórzyna, potem Zachełmie, jeleniogórski Sobieszów, Cieplice i do domu.
W samej Jelonce zawitałem do rowerowego na Poznańskiej (piękna nazwa ulicy, hje hje), gdzie nabyłem nową parę - no zgadnijcie czego? - oczywiście pedałów. Moja seria uszkodzonych elementów tego typu w roku 2016 trwa nadal, ale i tym razem udało się zagadać i praktycznie za free zamontowano mi je na miejscu, za co serdeczne dzięki :)
Sorry za miałki wpis, ale obowiązki wobec znajomych zobowiązują i trzeba było je spełnić podczas wyjazdu. W związku z tym na rozwijanie się i jakiekolwiek rozsądne zdania nie mam siły. Więc dla przypomnienia cała trasa nakręcona przeze mnie dobrych kilka lat temu, gdy raczkowałem z kamerką na łbie :)
Natomiast mapka poniżej pomija objazd zbiornika w Sosnówce, gdyż Endomondo wyłączyło mi się jak zwykle wtedy, gdy mu się zachciało :)
- DST 53.20km
- Czas 02:05
- VAVG 25.54km/h
- VMAX 59.00km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 739m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Górrrrrki - wróciłem! :)
Czwartek, 11 sierpnia 2016 · dodano: 11.08.2016 | Komentarze 2
Znów brak czasu na wpis o rozsądnej porze, ale tym razem z powodu drugiej, zaległej części urlopu. Na taki brak czasu chętnie się zgadzam :)
Magicznym sposobem jestem już w Sudetach, wczoraj jeszcze kręcąc po Wielkopolsce, a tydzień temu po nadmorskich ścieżynkach. Mimo więc pewnej przerwy w wolności od roboty, uznaję tegoroczny sierpień już wstępnie za wyjazdowo-rowerowo udany. Mimo że rower, którym dziś kręciłem powinien znajdować się w muzeum techniki, a nie pod moim tyłkiem. Łatwiej wymienić bowiem w nim elementy, które nie trzeszczą, skrzypią lub potencjalnie mogą odpaść niż te, które nie mają takich zapędów :)
Do tego rozwaliła mi się pompka, więc pierwszym z kierunków po wyruszeniu była jedna z jeleniogórskich stacji benzynowych, na której zapoznałem się bliżej z możliwościami pana kompresora. Całkiem sporymi, do tego ze zdziwieniem znalazłem na nim informację, że w dziale zakupowym można nabyć, specjalnie dla cyklistów, przejściówki do innych rodzajów wentyli niż te samochodowe. No proszę, świat jednak idzie do przodu.
Gdy już byłem tam gdzie byłem wjechałem sobie na pobliski wiadukt i zrobiłem focię centrum mojego rodzinnego miasta. Które chyba jest ładne, no nie? A przynajmniej ładnie położone? :)
Potem już zacząłem się mordować wytyczonym przy ostatnim pobycie szlakiem, z którego jestem naprawdę dumny, bo pięć dyszek prowadzi nie po jakichś komercyjnych rejonach, a po mało znanych wiochach i zadupiach. Co nie znaczy, że mniej uroczych.
Na początku wspinaczki pod pierwszą solidną górę, czyli szczyt Siedlęcina, stwierdziłem, że nikt tak ja nie potrafi napełnić bidonu napojem aż do najwyższej krawędzi, starannie zakręcić, by finalnie... zostawić go w domu. Brawo ja. Na szczęście było na tyle rześko o tej 8:30 rano, że obeszło się bez. W Pasieczniku, zaraz za kościołem, mało znaną drogą skręciłem w kierunku na Janice, gdzie zacząłem kolejną wspinaczkę, mijając miedzy innymi oddaloną od cywilizacji osadę Franciszkanów. Tym samym kontemplując, a i kątem plując od czasu do czasu, zacnym afsaltem dotarłem do Rębiszowa, zaliczając pauzę na punkcie widokowym, jak zwykle usyfionym przez Szanownych Rodaków.



Stamtąd, wciąż katując Sapkowskiego, tym razem "Chrzest ognia", wspinałem się i zjeżdżałem dróżkami przez Proszową i Kwieciszowice, aż dotarłem do dwóch pań na "k". Czyli Małej, a potem Starej Kamienicy. Skąd myk i znów główną trasą połknąłem Siedlęcin i zjazd do Jeleniej, gdzie prawie bym się rozpędził do sześciu dych, ale nie chciałem mieć swojego pomnika i w przeciwieństwie do pewnego anonimowego Tupolewa nie szarżowałem swoim :)
Oj, brakowało mi tych górek, zjazdów, podjazdów, a także świadomie wybranego tempa, przy którym tutejsze ślimaki patrzyły na mnie z wyższością. Lubię to :)
- DST 52.30km
- Czas 01:47
- VAVG 29.33km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 66m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Lato marzeń :)
Środa, 10 sierpnia 2016 · dodano: 10.08.2016 | Komentarze 2
Znów wyjazd o
godzinie z gatunku irracjonalnych, czyli o siódmej
rano. Życie chłoszcze :)
Mając mało czasu
odpuściłem sobie wybieranie trasy pod względem wiatru i pokręciłem
kółko przez Plewiska, Komorniki, Rosnowo, Konarzewo, Trzcielin,
Dopiewo, Dąbrówkę i znów Plewiska. Okazało się, że czy
przejmuję się podmuchami czy nie, wychodzi na to samo, bo jak zwykle
wmordewind i bocznowind towarzyszył mi przez większość czasu :)
Bardzo podobała mi
się temperatura – 14 stopni. A nie, przepraszam, źle napisałem.
Zgodnie z wytycznymi Komisji Mors-kiej powinno być "+14". I tyle było
:) Biorąc to oraz zachmurzone niebo pod uwagę stwierdzam, że takie
sierpnie mogą być co roku, najlepiej przez 31 dni w miesiącu :)
Średnia wyszła masakryczna. A może bardziej nostalgiczna, bo zamiast na jeździe skupiałem się na analizowaniu wiejsko-industrialnych widoczków wielkopolskiego zadupia :)
- DST 52.30km
- Czas 01:47
- VAVG 29.33km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 52m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
PBC
Wtorek, 9 sierpnia 2016 · dodano: 09.08.2016 | Komentarze 6
...czyli Permanentny Brak Czasu ostatnimi dniami. Na szczęście przede mną na horyzoncie chwila oddechu. Dziś więc wpis na zasadzie: byłem, objechałem, wróciłem, ogarnąłem się, do roboty wyruszyłem. W sumie gdyby nie to kręcenie, które pozwala mi zachować równowagę psychiczną to pewnie już dawno rzuciłbym to wszystko w ... No tam, gdzie się rzuca takie sprawy :)
Jechałem w deszczu. Którego według prognoz nie miało być. Pod wiatr każdy możliwy, tylko nie ten zapowiadany (północno-zachodni). Jak ja kocham tych naszych meteorologów. Trasa to kółeczko przez Górczyn, Bułgarską, Bukowską, Wysogotowo, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę, Plewiska. Średnia - wybitnie rekreacyjna.
Z atrakcji. Na DDR-ce wzdłuż Bułgarskiej jadący przede mną "miejskorowerzysta" tak się przestraszył wyrażenia "przepraszam", która z założenia miało mi ułatwić wyprzedzanie, że w panice skręcił w lewo przed moimi kołami. Mi udało się go zgrabnie minąć z prawej, a on sam wjechał z impetem w krzaki. Upewniając się, że nic mu się nie stało pokręciłem dalej, choć raz w życiu czując się zwycięski jak Rafał Majka. Lecz bez medalu :)
- DST 53.60km
- Czas 01:49
- VAVG 29.50km/h
- VMAX 53.70km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 172m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Dżejms Błąd
Poniedziałek, 8 sierpnia 2016 · dodano: 08.08.2016 | Komentarze 6
Musiałem dziś z pewnych względów znów wyruszyć o godzinie, która formalnie powinna być zakazana ustawowo, czyli o siódmej rano. Udało się wstać, udało się zebrać, udało się wyruszyć, ale już wygrać z korkami na odcinku Poznań - Mosina - niestety nie. Cierpliwie więc odstałem swoje, by za wspomnianą miejscowością wpaść na genialny pomysł, żeby popedałować na południe, czyli do Żabna. Myśl miała jeden poważny defekt - konieczność pokonania objazdu dokoła remontowanego od jakiegoś miliona lat przejazdu kolejowego, co szosowe koła wypominać mi będę przez najbliższy rok, gdyż prowadzi on przez DDR-kę z dizajnem by Polska Myśl Techniczna. Co jak wiadomo oznacza ból, pot i łzy. No, może prócz tych ostatnich ;)
Podczas powrotu postanowiłem oszukać system i objazd ominąć, pamiętając że dawało się kiedyś przebić przez remontowane torowisko wolno kręcąc po rozjechanym przez ciężki sprzęt terenie. No to już wiem, że aktualnie się nie da, a ja, jako osoba, dla której cofanie się to akt dezercji, zafundowałem sobie spacerek najpierw wzdłuż linii kolejowej, potem przeskoczenie z rowerem na plecach dzikim (ale oficjalnie oznaczonym przez PKP!) przejściem przez tory, by finalnie wylądować na "uroczej" stacji w Mosinie, skąd uciekłem jak niepyszny. A ze niewstydliwą średnią pożegnałem się już wtedy na dobre, więc jeszcze pozwoliłem sobie na "górski" etap z podjazdem przez Stare Puszczykowo.
No cóż, błądzić jest rzeczą ludzką, więc z racji częstotliwości owego błądzenia jestem człowiekiem w co najmniej 110%. Nawet jeśli nie mam szacunku dla akurat tego gatunku ssaków :)
- DST 52.18km
- Czas 01:41
- VAVG 31.00km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 66m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Bucka drogowa :)
Niedziela, 7 sierpnia 2016 · dodano: 07.08.2016 | Komentarze 9
Rzadko kiedy jeździ mi się tak komfortowo jak zdarzyło się to dziś. Idealna temperatura - 18 stopni. słońce nierzeźnicze, wiatr solidny, ale do ogarnięcia, puste drogi... Nawet ja nie miałem na co marudzić - skandal :) Pokręciłem sobie na zachód, przez Plewiska, które trudno jest ominąć, Skórzewo, Wysogotowo, gdzie skręciłem wzdłuż DK307 w kierunku na Sierosław, potem Więckowice, Dopiewo, Palędzie i znów Plewiska. Japa mi się cieszyła, bo średnia w końcu pojawiła się jako tako przyzwoita.
W Plewiskach wyprzedziłem jakąś niewiastę na wypasionym szosowym sprzęcie, z lemondką i pełnym wyposażeniem, zwyczajowo mówiąc przy tym "cześć". Napotkałem ciszę i minę zamyślonego cyborga. No dobra, każdemu może się zdarzyć chwilowa blokada umysłowa. Jednak gdy kawałek dalej zwolniłem przed rondem w Skórzewie i znów zobaczyłem tę personę przed sobą, gdy przejechała beze mnie bez słowa, postanowiłem zrobić jeszcze jeden test i ponownie podczas wyprzedzania za kościołem znów pozdrowiłem. I zgadnijcie - znów nic, nawet grymasu. Ja wiem, że może nie jestem do końca pro, moja koszulka teamu Vacansoleil jest zdeka nieaktualna, spd-ów nie używam, a i rower w jakimś mega wielkim dwukołowym markecie sprzedawany byłby z najniższej półki, a do tego nie miałem czasu go ostatnio wyszorować, ale kurde. Jakaś kultura chyba (?) obowiązuje. Tym samym mogę się pochwalić spotkaniem na trasie wyjątkowego egzemplarza kobiety-buca. Czyli krótko mówiąc bucki :)
Na szczęście w dalszej drodze honor płci przeciwnej został uratowany, bo kolarki sztuk dwie ładnie pozdrowiły i to z uśmiechem. Dobrze, bo seksizm rodzi się z małych rzeczy :) Jeśli chodzi o tę samą sprawę w przypadku facetów to dziś 100% rowerowej poprawności zostało utrzymane.
- DST 52.20km
- Czas 01:44
- VAVG 30.12km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 83m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Jajecznica + zaległe podsumowanie lipca
Sobota, 6 sierpnia 2016 · dodano: 06.08.2016 | Komentarze 2
Króciutki wpis, bo w robocie nie mam czasu zająć się pracą, tyle się dzieje :)
Wykonałem, walcząc z - a jak - z mocnym wiatrem, jeden z klasyków, z Poznania przez Plewiska, Gołuski, Dąbrówkę, Dopiewo, Trzcielin, Konarzewo, potem znów Pleiwska, do Poznania. Bez przygód, bez kontrowersji, a i wyjątkowo bez emocji.
Choć nie, te ostatnie były, prawie jak na grzybach. Halucynogennych :) Zaczyna się powoli sezon na takie odblaski, wyprzedzanie tych jajecznic do łatwych nie należy, a mój dzisiejszy egzemplarz był wyjątkowo przepisowy i jechał dokładnie tyle, ile miał na nalepce. I ani kilometra szybciej. A ja za nim przez jakiś czas, bo z naprzeciwka ruch trwał w najlepsze. 
Przez wyjazd nad morze zapomniałem podsumować rowerowego lipca. Było całkiem ok, bo mimo kilku jednodniowych pauz udało się wykręcić ponad 1750 kilometrów. Główna zasługa tutaj wyprawy z gatunku 200+ do Kalisza. Za to średnia słabiutka - 28,9, ale to z kolei zawdzięczam dość dużej ilości wypadów crossem.






