Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 240108.00 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 784877 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 52.15km
  • Czas 01:49
  • VAVG 28.71km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 53m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wiosna pełną parą (z gęby)

Niedziela, 24 kwietnia 2016 · dodano: 24.04.2016 | Komentarze 13

Zacznę od pogodowego plusa - rano nie padało. A niby miało. Tyle optymizmu na początek :)

Reszta to standard znany z ostatnich dni - wiatr wcale nie odpuścił, a wręcz się jak na moje wzmógł, a do tego stał się jeszcze bardziej przejmujący. No i zimno - przed dziewiątą rano oszałamiające jak na drugą połowę kwietnia 6-7 stopni (dobrze, że na plusie). Zaraz po starcie zastanawiałem się nawet czy nie cofnąć się po zimowe rękawiczki, ale nie po raz pierwszy leń wygrał ze mną walkowerem i w sumie po rozgrzewce okazało się, że było to słuszne zwycięstwo.

Kierunek wiatru był (oczywiście w teorii) północno-zachodni, trasę dziś więc wymyśliłem jako walkę z nudą wobec wybieranych ostatnio dróg. Czyli jak już się wydostałem z Dębca i Górczyna to wzdłuż Bułgarskiej dotarłem do Bukowskiej, którą pokonałem tamtejszą DDR-ką, jak sądziłem już oswojoną. Może i owszem, ale jazda po niej crossem a szosą to jak wybrać się na bieg po rozwalonym szkle w butach lub bez. Niniejszym oświadczam, że jazda boso rowerem nie jest niczym przyjemnym.

Po wydostaniu się z miasta wystawiłem się na wietrzną rzeż na nieosłoniętym kilkunastokilometrowym odcinku DK 307 aż do Więckowic, gdzie skręciłem na Dopiewo i wróciłem przez Palędzie oraz Plewiska. Bez przygód, za to przemarznięty. W nagrodę dostałem lotną premię w postaci możliwości pójścia do pracy. Dziękuję.




  • DST 57.05km
  • Czas 01:58
  • VAVG 29.01km/h
  • VMAX 61.00km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Podjazdy 187m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Drezynowo

Sobota, 23 kwietnia 2016 · dodano: 23.04.2016 | Komentarze 21

Niby dziś wiatr miał osłabnąć, stać się umiarkowany, a było jak zwykle - kicha. Pozostał wciąż nieumiarkowany, szczególnie w tematyce uprzykrzania mi życia. Informację na ten temat umieszczam jedynie pro forma, bo to jakby napisać, że słońce dziś znów wstało :)

Trafił się jakimś cudem dzień wolny, z wyruszeniem nie musiałem się spieszyć, więc dokonałem owej czynności dopiero przed jedenastą. Towarzysza miałem zacnego, bo była nim nowa płyta Hey - na razie wrażenia mieszane, często zagłuszane przez szum wiatru w uszach, ale dwa utwory co najmniej godne. Zagłuszały mnie też watahy motocykli, które jechały z albo na jakiś ogólnopolski zlot odbywający się w Poznaniu.

Z trasą nie kombinowałem i zrobiłem "kondomika" od strony Komornik (korki!!!!!!) i Szreniawy, w Stęszewie zakręt na Dymaczewo oraz Mosinę, końcówka klasycznie, przez Puszczykowo i centrum Lubonia, bo jak zwykle przejazd w Łęczycy był zamknięty. W Mosinie spędziłem dziś trochę więcej czasu niż zazwyczaj, gdyż zatrzymałem się na chwilę na półzawodowe ploty w rowerowym, a wcześniej w ramach zdrowego sadomasochizmu wjechałem sobie na Osową Górę. Zjazd był ciut przyjemniejszy niż wjazd (60+ zamiast 20-), ale w pewnym jego momencie się zatrzymałem, żeby poobserwować odjazd drezyny


Zrobiło się pusto, a mnie zagadał pan widoczny na drugiej fotce, pytając czy chcę ulotkę. Odpowiedziałem, że nie, dziękuję, bo temat znam od bezpośredniej organizatorki tej fantastycznej inicjatywy i tak od słowa do słowa nastąpiła kilkuminutowa dyskusja. Niestety dość smutna, bo okazało się, że niewiadome są przyszłoroczne losy tej kolejki (dla niewtajemniczonych link) i jak zwykle plany PKP Cargo wobec parowozowni w Wolsztynie (co oznacza, że kontynuowane będzie jej powolne zarzynanie). Mimo wszystko pożegnaliśmy się w duchu optymistycznym, ja życząc panu wąskich, szerokich, a przede wszystkim normalnych torów, a on mi bezpiecznej drogi. Eh, jak fajnie spotkać w korpoczasach prawdziwego pasjonata...




  • DST 57.30km
  • Czas 01:58
  • VAVG 29.14km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 165m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dość spory wpis o niczym konkretnym :)

Piątek, 22 kwietnia 2016 · dodano: 22.04.2016 | Komentarze 8

Dobra. Ja się poddaję. Nie mam już inwektywów na wiatr, których nie użyłbym w ciągu ostatnich kilku dni. A że nie lubię się z zasady powtarzać to napiszę tylko - masakra spod znaku CTR-C+CTRL-V trwa, a do tego nie zamierza chyba się skończyć. Zmienił się jedynie nieznacznie kierunek podmuchów, które rzeźbiły dziś moje niezwykle atrakcyjne cztery litery od północnego-zachodu. A oznacza to zazwyczaj jedno: kursik przez całe miasto. Dziś wyjątkowo przyjąłem to ze spokojem, bo przynajmniej jest na co zwalić słabą średnią :)

Aktualnie jazda przez Poznań to jak odkrywanie nowych terenów w XV wieku przez Kolumba. Nie przewidzisz co cię czeka, gdzie zabraknie asfaltu, gdzie zakwitnie objazd.

Na samym początku zatrzymał mnie zamknięty przejazd kolejowy.

Jakoś dopchałem się w całości do wysokości remontowanego od miliarda lat skrzyżowania Dąbrowskiego z Przybyszewskiego, w sumie z pewną ciekawością. Doszły mnie bowiem plotki, że jest tam już lepiej. Zgadza się. To plotki :) Jest co prawda już ciut więcej asfaltu niż ostatnio, ale korki są praktycznie takie same.

Jak już dotarłem do Golęcina to zatrzymał mnie zamknięty przejazd kolejowy.

Gdy zaczęło się robić ładniej i luźniej, czyli na Koszalińskiej, z niepokojem miałem okazje obserwować kolejne etapy budowy tamtejszej DDR-ki. Niby ma byś asfalt - super. Ale zadawałem sobie pytania, kręcąc jeszcze "na wolności", a nie po getcie: skoro tworzą ją tylko po jednej stronie drogi to oznaczać to będzie konieczność dwukrotnego przejazdu przez jej środek podczas jazdy z drugiej strony, czyż nie? Gdzie będą jej początki, bo na razie wygląda na to, że trzeba będzie dotrzeć na inną ściechę, a dopiero z niej na tę opisywaną? No i najważniejsze: jeśli już inwestują tyle środków to czemu do cholery nie poszerzyć drogi, zrobić po obydwu stronach wydzielonych pasów dla rowerów i wszyscy byliby szczęśliwi? Odpowiedzi na owe zagadnienia nie uzyskałem, może dlatego, że zadawałem je w myślach. Choć nie wiem czy jest to wystarczające wytłumaczenie :)

W Kiekrzu zatrzymał mnie zamknięty przejazd kolejowy.

Kolejny kawałek, czyli zapasy z wiatrem aż do Starzyn, Rokietnicy i Mrowina po prostu uznaję za odbyty. W końcu mogłem się odwrócić i liczyć na podmuchy w plecy. Ze dwa się zdarzyły, muszę przyznać. W Baranowie (nazwa nieprzypadkowa?) przyuważyłem u pewnej niewiasty wyjeżdżającej z posesji ciekawy kierunek skierowania głowy podczas wykonywania owego manewru - nie przed siebie, ale za siebie, bo to czy brama dokładnie się zamyka jest zapewne ciekawsze niż to czy nie wjedzie się połową maski na drogę.

Klamrę zamknąłem od strony poznańskich Ogrodów, ale tym razem - nie chcąc kusić losu, bo podobno nowobogackim szybko odwala - postanowiłem ominąć DDR-kę na Bułgarskiej, gdzie znalazłem ostatnio majątek w postaci 5 groszy i pokręciłem lekko naokoło. A jako że pozostanie miliarderem postanowiłem odwlec na później, ale grubą kasiorę miałem wciąż przed oczami, a do tego byłem gdzie byłem, zatrzymałem się na chwilę przy cmentarzu przy Nowinie, nawiedzając tym samym grób Kulczyka (a bardziej Kulczyków, bo leży tam cała familia). Nie ma co, skromnie (choć o dziwo jak na moje z klasą).

Ostatni kawałek podsumuję quizem. Ile procent czerwonych świateł można na swej drodze spotkać w sporym mieście w piątek?

a) 0% (hje, hje, hje);
b) 100%;
c) 110%.

Za łatwe? Tak, odpowiedź "c" jest właściwa, bo przez korki na kilku skrzyżowaniach zanim je minąłem zapalało się owo światło dwukrotnie :)

Przed domem błogosławieństwo - szlaban wyjątkowo nie zamknął mi się tak, jak lubi najbardziej - przed pyskiem.




  • DST 52.60km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.22km/h
  • VMAX 55.70km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 159m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pyskując

Czwartek, 21 kwietnia 2016 · dodano: 21.04.2016 | Komentarze 4

Jeżeli ktoś by się łudził, że wiatr po kilku dniach urywania łbów i innych członków raczył odpuścić to... by się łudził :) Jedne co to to, że urywało ciut słabiej, przy czym "ciut" można porównać do różnicy między pewnymi zupełnie anonimowymi bliźniakami. Więcej nie napiszę, bo znów mi zakręcą ciepłą wodę w kranie na dwa dni, bo taką sytuację miałem jakiś tydzień temu :)

Powtórzyłem dziś trasę, którą katuję ostatnio jakiś czas, czyli do Trzcielina i Dopiewa od strony Lubonia i Wirów, a powrót przez Dąbrówkę, serwisówkę przy S-11 oraz Plewiska. Droga pełna jest zakrętów i zmian kierunku, więc była w teorii jakaś nadzieja, że choć kawałek będzie wiało w plecy, ale life is brutal: jadę prosto: w pysk, w lewo: w pysk, nawracam: w pysk, prawo: w pysk. Czemu do cholery nie wpadłem na to, żeby jechać w przeciwnym kierunku? Zagadka filozoficzna nie do rozwiązania.

Zieleni się coraz bardziej. Piknie.




  • DST 53.20km
  • Czas 01:52
  • VAVG 28.50km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 74m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Masakra za pięć groszy

Środa, 20 kwietnia 2016 · dodano: 20.04.2016 | Komentarze 11

Najpierw o masakrze. Kasą zajmiemy się później :)

Przede wszystkim wiatr. Wczoraj narzekałem, że masakrował? No to cofam. Wczoraj to był delikatny zefirek. Dziś za to zabijał, miażdżył, gnoił. Wyrywał kaski z zapięć. Rozwiązywał sznurówki w butach. Zmazywał napisy z bluzy. I takie tam. Do tego kierunek, z jakiego raczył dmuchać był tak nieokreślony, że czułem się poniewierany jak nowy uczeń w klasie. Dodam, że rudy.

Jakoś udało mi się dotrzeć, człapiąc noga za nogą, przez Plewiska, Skórzewo oraz Zakrzewo do Lusowa, gdzie czekała mnie niespodzianka. Ktoś bowiem po wielu latach postanowił trochę ucywilizować tamtejszą drogę pieszo-rowerową, co oznacza, że wciąż jest to kawał szajsowatego chodnika pomalowanego na dwa różne kolory, ale nie ma już grożących życiu barierek z każdej możliwej strony - zostało tylko po samotnym pasie na środku. Choć jedna rzecz do czepiania się mniej :)

Moim celem było dotarcie do Tarnowa Podgórnego, co na finiszu oznaczało pokonanie jeszcze jednego rzeźniczego kawałka, przy którym najgorsza DDR-ka wydaje się jak garniec miodu dla Kubusia Puchatka. Oto najlepszy element tego dwukilometrowego piekła, robionego pewnie jeszcze za młodu na praktykach szkolnych przez małego Adolfika.

Jeszcze zanim wjechałem na to coś zrobiłem sobie pamiątkowe selfie, na wypadek gdybym nie wyszedł żywy z tego, co przede mną :)

Udało się jednak. Koszmar się zakończył, ja zgrabnie zawinąłem się na tarnowskim wiadukcie i przez kilka kilosów miałem wiatr w plecy! Naprawdę! Oj, przydało się, bo pierwsza połowa wyszła tak żałośnie, że ogarnął mnie drobny rumieniec wstydu. Bez większych, a nawet mniejszych przygód dotarłem do granic Poznania (co zawsze wywołuje u mnie filozoficzne skojarzenia) i wzdłuż Bułgarskiej kręciłem ku domowi, zatrzymując się jak zwykle na światłach. Nudząc się cyknąłem zdjęcie jednego z moich ulubionych budynków w mieście...

...oraz znalazłem kasę! I to nie byle jaką! Wprost nie wierzyłem w swoje szczęście. Nikt mi już nie zaimponuje wygraniem talonów, kół do szosy czy innych banałów. Aktualnie mam dylemat - czy kupić jakiś wypasiony karbonik czy może zacząć w końcu remont kuchni, a z tego co zostanie pozwolić sobie na coś skromniejszego z aluminium. Na razie rozważam, ale wcześniej czeka mnie wizyta w banku, gdyż takiej kasiory nie zamierzam trzymać w domu :) 

Na finiszu, na górczyńskim wiadukcie zatrzymało mnie takie oto coś poniżej. Barwy na tym kawałku latającego pro-obrusa wydawały mi się dość znajome i się nie myliłem, bo gdy wiatr się na chwilę uspokoił to zaczął prześwitywać herb Lecha. Pozostaje pogratulować kibolskich umiejętności montażowych oraz myślenia o innych. Chętnie bym się odniósł do treści, ale nie jestem w stanie, gdyż wyczytać się z tego nic nie dało, ale istnieje podejrzenie graniczące z pewnością, że gdzieś małą czcionką zawarto główną życiową myśl fanów tej drużyny, iż Legia, Legia kur...czak :)




  • DST 54.14km
  • Czas 01:52
  • VAVG 29.00km/h
  • VMAX 51.30km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 67m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

O deszczu, co to go nie było

Wtorek, 19 kwietnia 2016 · dodano: 19.04.2016 | Komentarze 10

Wczoraj miałem pewne obawy czy uda m się dziś cokolwiek pokręcić, bo bębniono w internetach o nadchodzących deszczach. Uspokajało mnie jednak to, że przewidziano je również na portalu epoznan.pl, co dawało jakieś szanse na to, że ich nie będzie. I rzeczywiście - rano przywitało mnie niebem zachmurzonym, ale pozbawionym opadów. Hura.

Niestety w pakiecie był też wiatr. Wiatr? Sorry. Huragan, który urywał mi na trasie wszystko. A najbardziej zapał do pokonywania kolejnych kilometrów. I tak przez 2/3 trasy, dokładnie takiej jak wczoraj, tyle że w odwrotnym kierunku i z małymi korektami (Poznań - Luboń - Wiry - Szreniawa - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Gołuski serwisówką - Plewiska - Poznań), starałem się nabrać jak najbardziej aerodynamicznej pozycji, ale szuranie kaskiem po asfalcie niespecjalnie wpływało na widoczność :) Przyznać jednak trzeba, że jakieś 8 kilometrów z tych 54 wiatr nie przeszkadzał. Bo o jego pomocy nie zamierzam napisać, coby się nie ośmieszyć historią rodem z powieści science-fiction.

Gdy w Komornikach zaświeciło się na dwa dwa samochody przede mną czerwone światło, a z doświadczenia wiem, że oznacza to dobre kilka minut leżakowania, chciałem być mądrzejszy niż ustawa przewiduje i postanowiłem skorzystać z kawałka chodnika oraz przejścia dla pieszych. W sumie nawet dwóch. Efekt był taki, że zanim udało mi się przejecha... przejść na drugą stronę to dawno już zrobiły to samochody, które wcześniej stały za mną. Brawo ja. Za to odbyłem ożywioną i konstruktywną dyskusję z towarzyszącą mi na światłach autochtonką na temat irracjonalności tego, co dzieje się w tych okolicach (odwieczne korki) i jako wybitni eksperci od budowlanki roztoczyliśmy szeroko zakrojony plan rozwoju cywilizacyjnego. Niestety całość rozmyła się w teorii, bo na 5 sekund włączyło się zielone i można było ruszać :)

Z innych wydarzeń: w Dąbrówce jakiś nowo-wiejski, czyli zapewne mieszkaniec świeżutkiego osiedla w tej miejscowości, tak się spieszył z wyjazdem z jednej z bocznych uliczek, że ów manewr zaczął jeszcze gdy moje przednie koło było na równi z maską jego puszki. Byłem co prawda lekko głodny, bo śniadania nie jadłem. ale preferuję raczej coś bardziej namacalnego niż porcję adrenaliny. Zrewanżowałem się solidną dawką łaciny.




  • DST 53.30km
  • Czas 01:49
  • VAVG 29.34km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 11.0°C
  • Podjazdy 179m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Randka ze skrytobójcą

Poniedziałek, 18 kwietnia 2016 · dodano: 18.04.2016 | Komentarze 7

Po weekendzie (o dziwo wolnym) przyszedł czas na powrót do brutalnej rzeczywistości, czyli roboto witaj. A skro witaj to trzeba było być za pan brat również z wczesnym wstawaniem, co jest zadaniem wybitnie trudnym, ale wykonalnym. Choć siły drzemiące w budzikowej funkcji "drzemka" są przeogromne :)

I tak o 8:45 wystartowałem i.... stanąłem. Pokonanie pierwszego kilometra zajęło mi bowiem coś około wieczności. Jeśli trochę przesadziłem to przepraszam, ale takie odniosłem wrażenie poruszając się szosą z prędkością o wartościach ujemnych. Wahadło, objazd, przejazdy kolejowe, autobusy wyjeżdżające z zatoczki, śmieciarka oraz ludzie kursujący z misją samobójczą z jednej na drugą stronę, oczywiście nie zwracający uwagi na to czy akurat trafili na pasy (czy nie trafili, bo ta opcja zdecydowanie była bardziej popularna). Po wydostaniu się z piekła z moich ust wyrwało się jedno wielkie "uffffff...." i pozostało mi nadrabiać stracony czas.

Nadrobiłem niewiele, głównie za sprawą wiatru, co to niby go nie było, a przynajmniej nie widziało się go zerkając na liście (tak, pojawiły już się takowe gdzieniegdzie), ale z zapałem skrytobójcy wbijał zimne ostrza w poszczególne fragmenty próbującego się rozwinąć kolarza. Skończyło się "tak se", ale co tam. Trasa: Dębiec - Plewiska - Gowarzewo (serwisówką) - Dąbrówka - Dopiewo - Trzcielin - Konarzewo - Komorniki - Wiry - Luboń - Poznań. Dość zimno.




  • DST 52.50km
  • Czas 01:52
  • VAVG 28.12km/h
  • VMAX 44.20km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 71m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Patent na spokój + filmik z dwusetki

Niedziela, 17 kwietnia 2016 · dodano: 17.04.2016 | Komentarze 15

Mimo że od rana padało to do tematu i możliwości pedałowania podszedłem dziś wyjątkowo spokojnie. Bowiem lata doświadczeń oraz analizowania prognoz powiedziały mi to, czego nie objawi najbardziej światły Pan lub Pani Pogodynek lub Pogodynka. Cała tajemnica zawarta jest na jednej jedynej stronie.... Nazywa się ona "epoznan.pl", zakładka "pogoda". Jeśli coś na niej jest zawarte to trzeba odwrócić to dokładnie o 180 stopni i wszystko będzie wiadomo. Dziś przykładowo gdy za oknem lało to na ikonce było przepiękne słoneczko, a deszcz miał pojawić się po godzinie dwunastej. A ja zacząłem szykować crossa w samo południe i w tym momencie woda z nieba pozostawała już tylko na poziomie asfaltu. Jakie to proste :)

Początkowo jeszcze po kałużach, potem już po wysuszonych drogach wykonałem kółeczko od Dębca przez Plewiska, powrót na chwilę do Poznania, potem Skórzewo, Wysogotowo, Sierosław, Więckowice, Dopiewo, Gołuski, Plewiska i Poznań. Centrum omijałem szerokim łukiem, bo po ostatnich blokadach "chrzestnych" dziś nastąpiła półmaratońska. Tę przynajmniej jestem w stanie zrozumieć :) Na wysokości wyjazdu z Wysogotowa drogą krajową nr 307 po raz pierwszy w życiu przejechałem się ścieżką, położoną na boku bocznego odjazdu od bocznej drogi. Wcześniej na to nie wpadłem, ale dziś doznałem iluminacji dzięki jadącemu za mną radiowozowi :) Wiaterek - upierdliwy.

Udało mi się w końcu ogarnąć nagranie z wyjazdu do Torunia z Dariuszem. Siedziałem do późna i po fakcie znalazłem literówkę (grr, jak ja tego nie lubię), ale nie chce mi się raz jeszcze całości przerabiać. I tak zrobienie skrótu z takiego dystansu zajęło mi sporo czasu. Pozdrawiam :)




  • DST 52.60km
  • Czas 01:47
  • VAVG 29.50km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 207m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Agro-turystycznie

Sobota, 16 kwietnia 2016 · dodano: 16.04.2016 | Komentarze 9

Dziś cele były dwa.

1. Zdążyć przed deszczem. Udało się, bo - zgodnie z wieloletnią tradycją - umiejętność przewidywania pogody z dokładnością do 5-6 godzin przekracza możliwości polskich meteorologów. Tym razem - na szczęście :)

2. Drugi cel to znaleźć na szybko jakąś niedrogą agroturystykę na weekend majowy, gdyż mojej rodzinie zmieniły się plany na ten okres i być może pojawią się w WLKP. Z założenia ma być cicho, niedrogo i niekoniecznie blisko cywilizacji (ale bez przesady), więc postanowiłem nawiedzić miejsce, które zainteresowało mnie swoim szyldem jakiś czas temu. Czyli gospodarstwo na zadupiu, w Radzewicach, leżących 3 kilometry od Rogalina i jakieś 10 od Kórnika. Inspekcja poszła sprawnie i nawet zabawnie, dokumentacja zdjęciowa powędrowała łączem tam, gdzie miała, zobaczymy co z tego będzie. Czas nauczyć rodzicieli, że moja migracja z gór na płaszczyzny ma i swoje urokliwe elementy :)

Tempo miałem dziś gdzieś. Licznik o dziwo zadziałał, ale na wszelki wypadek i tak nabyłem wczoraj w Lidlu rezerwowy, który jest tak samo pro jak emeryt na kozie wyposażonej w koszyczek. Idealnie komponuje się z led-em w kolorze rose :)

Przed deszczem nawiedziliśmy jeszcze z Żoną spacerem - po raz pierwszy wiosną - Lasek Dębiński. Stęskniłem się.




  • DST 53.40km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.23km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 152m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Circus licznikus

Piątek, 15 kwietnia 2016 · dodano: 15.04.2016 | Komentarze 15

W związku z tym, że do Poznania zawitał, do tej pory stacjonarnie obradujący na Wiejskiej, a od dziś również objazdowy, cyrk pełen osłów, którzy razem z dżentelmenami na co dzień latającymi do pracy w sukienkach zbierają się kolektywnie żeby uczcić pewną zabawną datę, miasto zostało zablokowane. Na szczęście wiatr okazał się łaskawy i mogłem wybrać kierunek wręcz odwrotny, czyli na południe.

Praktycznie bez żadnych przeszkód (prócz koniecznego kursu koszmarną DDR-ką w Mosinie. bo znów zaczęto remontować przejazd kolejowy) pokręciłem w tę i z powrotem do Żabna, gdzie zakręciłem na tamtejszym wzniesieniu i wróciłem swoimi śladami.
Jechałem jednak inaczej niż zazwyczaj, gdyż na samym początku zabrakło mi elementu, bez którego jak sądziłem do tej pory nie da się używać roweru. Czyli licznika, który oszalał: najpierw zaczął pokazywać prędkość jazdy w przedziale pomiędzy 200 a 700 km/h - na co jeszcze ewentualnie przymknąłbym oko :) - ale po chwili zgasł całkowicie i nie dało się go reanimować. Jednak się da, ale dane musiałem wziąć z Endo oraz Stravy, korygując standardową różnicę.

Prędkościomierza szkoda, bo miałem go prawie trzy lata i sprawdzał się bez zarzutu. Spróbuję jeszcze go reanimować, ale szanse małe. A sama sytuacja - biorąc pod uwagę tak silną obecność moich ulubionych czarnych sił w tych okolicach - czy na pewno jest przypadkiem? NIE SĄDZĘ! :)