Info
Suma podjazdów to 784877 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj10 - 14
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 55.20km
- Czas 01:55
- VAVG 28.80km/h
- VMAX 46.00km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 122m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Nuuuda
Piątek, 4 listopada 2016 · dodano: 04.11.2016 | Komentarze 5
Uff... chwilowo pogoda wyluzowała. Co prawda w nocy podobno był przymrozek, ale nad ranem zrobiło się już "komfortowo" - na starcie plus trzy, na mecie upalne plus pięć. Za to wiatrzysko zwolniło lekko, jednak kosztem tego, że wiało tym razem... klasycznie. Czyli tak, że w najlepszym momencie miałem go z boku, a przez większość czasu prosto w pysk. No nie może być normalnie, nie może ;)
Wykonałem "kondomik+" - standardową trasę z Dębca przez Komorniki i Stęszew, poszerzoną o objazd przez Zamysłowo i Będlewo, a następnie Mosinę, Puszczykowo i Luboń. Z rzeczy najzupełniej codziennych - stałem łącznie na trzech przejazdach kolejowych, z czego dwa zamknęły mi się centralnie przed pyskiem. Zakwitłem w korku w Komornikach. Puszkotroglodyci znów chcieli mnie kilka razy zabić. Nuuuuda :)
- DST 51.10km
- Czas 01:49
- VAVG 28.13km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 67m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Nudności
Czwartek, 3 listopada 2016 · dodano: 03.11.2016 | Komentarze 15
Czy ktoś jest w stanie wskazać mi jakąś logiczną różnicę pomiędzy roboczą środą a roboczym czwartkiem? Nie? Ja też.
W takim razie może jakąś trzymającą się kupy odpowiedź na pytanie czemu wczoraj, dokładnie o tej samej porze (okolice 8:30 rano), udało mi się wyruszyć bez problemu i większych przestojów, a dziś wielgachny koras zatrzymał mnie już prawie przy samym domu? Nie wydarzył się żaden wypadek, nie padało, świąt już/jeszcze nie było... Tymczasem tu samochód na samochodzie, jakaś śmieciarka, tu koparka, tam autobus, wszystko chce nagle skręcać w prawo lub lewo, tam jakiś rowerzysta... A nie, to ja :) Pierwszy kilometr przepełzłem więc jak prawdziwy, rasowy Polak - częściowo drogą, częściowo chodnikiem, częściowo na styk między samochodami... I po miliardzie lat wydostałem się z części Dębca. W stanie agonalnym.
Nie zmieniło się za to nic w temacie wiatru. Był on opisywany szerzej we wczorajszym wpisie, więc nie będę się produkował. Dziś jednak zapobiegliwie na trasie z Poznania przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Sierosław, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Gołuski, Plewiska i do domu ominąłem serwisówkę przy S11. Bałem się bowiem pełnego odlotu.
Doszły do tego jeszcze cztery stopnie, wciąż jednak na plusie. Po raz pierwszy tej jesieni odczułem, że jedna para cienkich skarpet to za mało. A i policzki delikatnie szczypały... Chyba lato się skończyło :) Ja też. Co wybitnie widać po średniej, z której może bym się cieszył, ale jadąc składaczkiem, a nie szosą. Cóż, pozostaje poczekać na cieplejsze czasy.
- DST 53.10km
- Czas 02:01
- VAVG 26.33km/h
- VMAX 52.50km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 138m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
! rrrrtaiW
Środa, 2 listopada 2016 · dodano: 02.11.2016 | Komentarze 8
...a w sumie to "wiatrrrr!", ale mi na trasie literki poprzestawiał.
Dziś nie wiało. Dziś gnoiło, miażdżyło, masakrowało... W sumie nic nowego ostatnimi czasy i nie powinno dziwić, ale jakoś ciężko się przyzwyczaić i traktować to jako standard. No ale kopać się z koniem nie ma jak i w sumie nie ma sensu.
Jechałem znów crossem, bo szare niebo wskazywało na potencjalny deszcz. Który finalnie stał się jedynie chwilową mżawką, ale sam sobie gratulowałem decyzji wyboru czołgu, gdy na serwisówce przy S11 prawie wylądowałem na drugim pasie przy jednym z bocznych podmuchów. Kręcąc szosą znalazłbym się pewnie na "esce", i to kaskiem do asfaltu :) Dość powiedzieć, że gdy parę sekund wiało mi w plecy to po płaskim na crossowych gąsienicach rozkręciłem się do ponad 48 km/h, a z lekkiej górki do prawie 53... Natomiast "pierwszej połowy" wolę nie wspominać, bo nawet Legii jak widzę idzie lepiej z Realem niż mi z tą dmuchawicową mendą :)
- DST 54.30km
- Czas 01:58
- VAVG 27.61km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 157m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Po prostu listopad
Wtorek, 1 listopada 2016 · dodano: 01.11.2016 | Komentarze 9
Cały październik był na tyle paskudny, że bez żalu przyjąłem informację, iż się kończy, a zaczyna listopad. W końcu to o jeden miesiąc bliżej do wiosny. I niestety o jeden bliżej do upalnego lata (fuj).
W tym roku wyjątkowo udało się objechać groby w naszym zasięgu kilka dni wcześniej, dzięki czemu uniknęliśmy dość przykrego (przynajmniej dla mnie) najazdu na cmentarze, okraszonego masową konsumpcją kiełbachy, waty cukrowej, badziewia z food trucków i wszystkiego tego, z czym się "je" polskie wspomnienia o zmarłych. W zamian za to udało się w ciszy i symbolicznie przypomnieć o tych, o których powinno się pamiętać.
Wczoraj wieczorem za to wpadli do nas znajomi i udało się ogarnąć nową grę planszowo-karcianą "Cytadela". Nie powiem, sympatycznie morduje się króli, okrada biskupów, kupczy dobrami... Jak w życiu :) Skończyliśmy dość późno, więc i wstawanie poranne poszło, hmmm, niezbyt sprawnie. Z różnych względów :) Z drugiej strony motywacja nie była za duża - w nocy padało, nad ranem mżyło.
W końcu jednak przestało i można się było zbierać. Wyruszyłem o jedenastej, zapobiegliwie wybierając dziś crossa. Jak zwykle gdyby moje cztery litery umiały za to dziękować to pewnie by to zrobiły, bo na trasie (dziś "kondomik" z Dębca przez Luboń, Wiry, Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Stęszew, Komorniki do Poznania) w pewnym momencie dopadł mnie skromny deszczyk, a przez cały czas chlapało mi spod kół. Ale generalnie jechało mi się całkiem sympatycznie, bo mimo wiatru, który mnie momentami solidnie sponiewierał, drogi były jeszcze puste. Taki wyjątkowy świąteczny stan, aż chciałoby się, żeby stał się codziennym.
Klasycznie jeszcze podsumowanie poprzedniego miesiąca. Oj, niełatwy on był. Sporo dni bez roweru, a coś około "większej połowy" wykonane crossem. Praktycznie cały październik to również silny wiatr, co chyba przyznają nawet prześmiewcy mojej "miłości" do tego żywiołu :) Finalnie wykręciłem 1365 kilometrów, ze średnią 28,4. Daleko od ideału.
- DST 53.35km
- Czas 01:50
- VAVG 29.10km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 60m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
DZ - wersja na plus
Poniedziałek, 31 października 2016 · dodano: 31.10.2016 | Komentarze 0
Tak, zdecydowanie z dobrych zmian przemawia do mnie tylko jedna jedyna - ta weryfikująca czas na zimowy. Jak na moje to taka może następować co miesiąc :)
Dziś krótko, bom zalatany. Rano udało się zrobić kurs na zachód, przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę i znów Plewiska, Czyli nic nowego, nic zaskakującego, po prostu orka pod wiatr, dziś już trochę słabszy. Z naciskiem na "trochę". Od jutra wedle prognoz najpierw deszcz, a potem deszcz, aż do czasu, gdy zacznie padać :/
Skończyłem słuchać "Przejęcie" Chmielarza. Oj, jest dobrze. Zaczynam "Wampira". Ma chłopak talent, nie ma co.
- DST 51.75km
- Czas 01:50
- VAVG 28.23km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 134m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Łacina
Niedziela, 30 października 2016 · dodano: 30.10.2016 | Komentarze 6
Pierwotnie miałem
dziś wcześnie rano wracać z Prusimia, ale jak można wyczytać we
wczorajszym wpisie sytuacja się lekko skomplikowała i finalnie
startowałem z domu. Dzięki zmianie czasu (w tę stronę ją nawet
lubię) poszło mi to sprawniej niż zazwyczaj, a poza tym nie za
bardzo mogłem marudzić, gdyż mimo niedzieli grafik był wytyczony prawie co do minuty...
Żyła we mnie abstrakcyjna nadzieja,
iż sytuacja pogodowa się unormuje, ale gdzie tam! Zimno, ponuro,
średnio sympatycznie, a przede wszystkim TEN #*&^% WIATR. Na
całej trasie z Poznania przez Plewiska, Gołuski, Dąbrówkę,
Palędzie, Dopiewo, Trzcielin, Chomęcice, Rosnowo i znów Plewiska
do domu miałem do pokonania trzy wiadukty, z dość ostrymi
zjazdami. I mój dzisiejszy max na nich to… 28 km/h. I to przy
sporym dokręcaniu. Co prawda finalnie udało mi się na jednym
kawałku dobić do pięciu dych na godzinę, ale to w chwilowym
momencie rozkoszy, gdy przez kilka sekund wiało mi w plecy.
Generalnie za swój
sukces uznaję już to, że średnia nie miała wartości ujemnej :)
A to, co zostało wyartykułowane pod nosem z moich ust choćby
podczas walki z huraganem na odsłoniętej całkowicie serwisówce
przy S11 śmiało mogłoby wzbogacić podręczniki współczesnej
łaciny. Lub słów jej pokrewnych :)
- DST 62.00km
- Czas 02:15
- VAVG 27.56km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 142m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
No i dupa :/
Sobota, 29 października 2016 · dodano: 29.10.2016 | Komentarze 27
Oj, dużo miałem dziś czasu na myślenie nad tytułem wpisu. I tylko ten pasował mi w całości.
Po kolei jednak.
Po niełatwych roszadach w pracy, zamianach i nadgodzinach udało mi się załatwić wolną sobotę, która miała być taka w jednym celu - pojawieniu na się na, będącym pomysłem Jurka57, integrującym bikestatowiczów z WLKP JurkoZlocie (tak to roboczo nazwałem). Było to drugie podejście do tematu, gdyż pierwszy termin został przełożony z kilku względów. Tym razem miało się udać. I wszystko było na dobrej drodze.
Wyspałem się, zjadłem bogate śniadanie, Żona zamontowała mi kanapki na drogę, które jako człowiek nieusakwiony zapakowałem wraz z ciuchami na zmianę do plecaka. Tym samym, wyglądając jak niepełnosprawna wersja wielbłąda, ruszyłem.
Ruszyłem... Taaaa... Bardziej adekwatne będzie: wsiadłem na rower i próbowałem ruszyć. Wiatr był tak silny, że zatrzymywał mnie w miejscu, a nawet namiętnie próbował cofać. No ale w końcu wiedziałem na co się piszę - w pełni świadomie podjąłem decyzję o pokonaniu około dziewięćdziesięciu kilometrów do Prusimia, w którym zresztą nigdy nie byłem (co stanowiło dodatkowy motywator do wyjazdu), z huraganem prosto w ryj. Miałem też oczywiście już przygotowany cały zapas wytłumaczeń czemu pokonałem ów dystans z prędkością zbliżoną do ujemnej.
Trasę wybrałem najprostszą z możliwych, wzdłuż zawsze ruchliwej DK92. Zanim jednak do niej dotarłem postanowiłem zafundować sobie spokojniejszy kawałek, przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Lusowo... no właśnie. Do tego momentu było ok, przynajmniej pod względem braku niespodzianek. Walczyłem z każdym podmuchem, wolno bo wolno, ale jednak do przodu. Niestety... właśnie tam, na dwudziestym kilometrze stało się to, czego się podświadomie obawiałem po wczorajszym - lewy pedał zaczął żyć własnym życiem. Pełen optymizmu zastosowałem wiekowy patent, czyli kręciłem nim przeciwnie do ruchu wskazówek zegara aż się odblokuje. Udało się. Na kilometr. Znów stop. Znów ręczna robota. Na dwa kilosy. Potem znów. Dojechałem do Tarnowa Podgórnego, tam jakoś udało się przejechać ścieżką, zatrzymując znów kilka razy. Przy jej końcu skontaktowałem się z Jurkiem, informując, że jest problem i jest opcja, iż nie dotrę, ale jeszcze spróbuję pokręcić. Otrzymałem krótką instrukcję w tematyce kręcenia jedną nogą, nawet próbowałem się zastosować, ale mając przeciwko sobie wichurę nie za bardzo wychodziło :)
W afekcie zrobiłem coś, czego nigdy nie robię za Tarnowem, czyli rondo pokonałem DDR-ką. Hmm. Coś mi się wydaje, że po raz ostatni. Czemu? Eee... sam nie wiem.
Niestety - po minięciu miejscowości Rumianek nic się nie poprawiło w sytuacji. Regularność zatrzymań wzrosła do pięciuset metrów, dojechałem więc do tablicy granicznej powiatów i się poddałem. Jurek nie odbierał, więc zamontowałem sobie w uszach zestaw słuchawkowy, zrobiłem symboliczne zdjęcie, na którym widać smutek poddania się i zawróciłem :/
Jurek oddzwonił, ja jadąc wyjaśniłem sytuację, na co nawet otrzymałem propozycję podwózki do Prusimia, ale pozostawała kwestia jutrzejszego powrotu, który zaplanowałem na poranek, a ekipa miała jeszcze w planach objazdówkę po tamtejszych hopkach, więc odpadało. Ja wpadłem jeszcze na jeden pomysł - przypomniałem sobie, że w Swadzimiu, jakieś dziesięć kilosów wstecz, jest Decathlon, który dawał mi nadzieję na dojechanie, a nie dojście do domu. A może nawet nawrotkę?
Po tym razem brutalnym potraktowaniu pedała z kopa, w sytuacji, gdy już nie musiałem na niego naciskać, a jedynie zdać się na tym razem błogosławiony podmuch wiatru w plecy, o dziwo dało się kręcić (jedno zatrzymanie, całkowita blokada, naprawiona) i powoli odnalazłem drogę do tymczasowego celu. W Decathlonie, który nie jest sklepem mojego pierwszego wyboru, od razu skierowałem się do serwisu, zapytałem czy byłaby opcja wymiany tych dość istotnych elementów na miejscu i ku swemu zdziwieniu otrzymałem odpowiedź: tak, zaraz powiem koledze, który tu będzie, pomoże panu. Szok. Zdecydowanie pozytywny. Do tego ochroniarz sam zaoferował, że popilnuje mi roweru (wow!), więc ruszyłem na poszukiwanie pedałów. Tu mi mina lekko zrzedła, bo aktualnie na stanie były albo tanie plastiki, albo jakieś kosmosy za +/- dwie stówy, albo... no właśnie. Aluminiowe, za mniej niż pięć dyszek, całkiem solidne, tylko że mające się do szosy jak płetwy dla jamnika. I tak mniej więcej wyglądają aktualnie (zdjęcie zrobione pod domem):
Trochę się naczekałem w sklepie, bo akurat kolejeczka interesantów wpadła, tu rower na grudzień, tu kaseta ma za dużo zębów, więc trzeba wybrać nową, tam napisy na ciuchy sportowe dla firmy trzeba zrobić, więc kwitłem, ale i tak tragedii nie było. Gdy już trafiło na mnie to wymiana potrwała, jak to w takich nieskomplikowanych przypadkach, chwilę, a co najlepsze - nie chciano ode mnie kasy za wymianę! Mimo nalegań! Szacun, naprawdę. Niby pierdółka, sama sprawa nieskomplikowana, ale jednak - brawo Decathlon Swadzim! :)
Gdy wyszedłem na zewnątrz... musiałem podtrzymać rower, żeby nie upadł od podmuchu. Była godzina prawie piętnasta, czyli ta, którą zaplanowałem na pojawienie się w okolicach mety. Tymczasem byłem kilka kilometrów od granicy Poznania... Wykonałem więc jeszcze jeden telefon do Jurka, potwierdzający niestety moją ostateczną rezygnację i osobistą porażkę. Nienawidzę tego, nienawidzę się poddawać, ale spojrzałem na sytuację realnie - do Prusimia miałem jakieś siedem dych pod mega mocny wiatr, z tyłu tylko lampkę z marketu, a 9/10 drogi wzdłuż koszmarnie dziś (o dziwo) zaTiR-owanej DK92. Do tego podczas naszej rozmowy zaczęło kropić, potem mocniej padać... No nie, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść :/
Z płetwami pod nogami wróciłem do miasta, tam stanąłem w... korkach. W sobotę. Około szesnastej. No tak, życie cmentarne się zaczęło. Czułem się jak o 7:55 rano przed wjazdem do jedynej drogi prowadzącej do korpo. Cale moje stanie zamiast jazdy dopełniły całości dzisiejszego wyjazdu. Osiągnąłem chyba najgorszą w historii średnią na szosie, po trzech godzinach od startu miałem zrobione czterdzieści kilometrów z małym plusem, cały misterny plan w p...lecy. Bywa.
Tak więc wrócę do tytułu: no i dupa!
PS. Z Jurkiem jako "wodzem" ekipy udało się połączyć wieczorem i symbolicznie otworzyć browara. Choć tyle :)
- DST 52.40km
- Czas 01:48
- VAVG 29.11km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 111m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Wolna Amerykanka
Piątek, 28 października 2016 · dodano: 28.10.2016 | Komentarze 9
Jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami, a w moim przypadku jeżdżą (ja i rower). W związku z tym moje wczorajsze przygody z przednią gumą dziś płynnie zamieniły się w gnój z pedałem. Lewym. Tak bowiem - jak to tylko ja potrafię - wszedłem w zakręt, że zahaczyłem nim o glebę, na szczęście nie wywracając się, ale od tego momentu pod butem zaczęła mi się wolna Amerykanka. A nawet Kanadyjka. Po trzech przystankach i potraktowaniu sprzętu finalnie z kopa dało się jechać, ale pod domem znów coś się przyblokowało. Pomógł następny kop. Mam nadzieję już na stałe, ale coś czuję, że jestem zbyt dużym optymistą.
Wykonałem "kondomika" od strony Górczyna, Komornik, Stęszewa, Łodzi, Mosiny, Puszczykowa i Lubonia na Dębiec. "Wiater" się wzmógł. Fajnie choć, że z zachodu, ale komfortowy to on nie był :) Jako że po prostu nie chce mi się ostatnio cisnąć to olałem średnią i kręciłem wybitnie tempem emeryckim. I jak prawdziwemu polskiemu emerytowi przeszkadzały mi pedały.
- DST 55.60km
- Czas 01:55
- VAVG 29.01km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 166m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Troglobaba i problemy z gumą
Czwartek, 27 października 2016 · dodano: 27.10.2016 | Komentarze 7
Dziś jesień miała dzień sympatyczny. W końcu to kobieta, więc trzeba takie doceniać ;) Nie mżyło. nie padało, nie mgliło, aż chciało się wyruszyć gdzieś dalej, ale niestety - robota wzywała. Wykonałem więc jedynie klasyczne pięć dych z małym nadkładem, wynikającym z konieczności odwiedzenia na chwilę lubońskiego oddziału swojego kołchozu i odebranie dość cennego sprzętu.
Wiatr w teorii miał wiać z południa. I tak było, dopóki nie zawróciłem - wtedy zmienił kierunek na zachodni. Sweet :) Pokręciłem w tę i z powrotem z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę (tam niestety objazd pomiędzy ddr-kami i zakazami jazdy rowerem. Moje zęby...), Żabinko i Żabno, gdzie na górce zawróciłem. Jechało mi się jakoś dziwnie ciężko, w domu okazało się czemu - powietrza w przednim kole było tyle, co kot (na pewno jakiś się znajdzie) napłakał. Pewnie dopompowując je przed wyjazdem coś skopałem przy wentylu i mam za swoje.
Pod sam koniec, już na Dębcu, zostałbym placuszkiem za sprawą jakieś troglobaby, która biorąc azymut na Rossmana skręciła mi przed nosem w lewo, tak, że aż musiałem wjechać na chodnik, będący jednocześnie początkiem wjazdu do sklepu, żeby nie wylądować w okolicach podwozia. Tępa dzida dostała ostro po uszach nie tylko ode mnie, ale i od kobiety, która jechała za nią. Niestety, tutaj zdarza się to coraz częściej - paniusie będące już myślami w drogerii, kupujące mentalnie jakieś podkłady lub inne... eee... lub inne rzeczy (w tej tematyce jak nigdy brakuje mi słów) to broń śmiertelna. Gorzej jest tylko przy giełdzie odzieżowej na Górczynie. Tam powinni zrobić znak: "teren przyjazny samobójcom".
- DST 51.30km
- Czas 01:46
- VAVG 29.04km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 60m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Mlecznie
Środa, 26 października 2016 · dodano: 26.10.2016 | Komentarze 7
Nie może być nudno. Po prostu nie może. Jak nie wieje mocno to pada, jak
nie pada to mży. A czasem na raz mży, pada i wieje. Dziś dla odmiany za
oknem ktoś wylał gęste mleko, co nie tylko jest marnotrawstwem zasobów,
ale aktywnym czynnikiem z gatunku tych upierdliwych. Aż musiałem wykręcić lampkę z crossa i przyczepić w szosie, bo świecić pod tyłkiem słabiutkim led-em jakoś mi się nie widziało. A pewnie kierowcom nie widziało się mnie widzieć :)
Rok temu żałowałem, że nie zamontowałem sobie na sezon jesień/zima wycieraczek do okularów. Dziś przypomniałem sobie czemu. Osiadająca na nich woda czy para powodowały, że mleko było nie stu, ale dwustuprocentowe. W pewnym momencie opuściłem je więc do połowy nosa, przez co wyglądałem pewnie jak emeryt z misją, szukający w skupieniu kolejnego Żyda w polskim sejmie.
A to, co nie wyglądało, wyglądało o tak na początku...
...trochę lepiej później...
...aż w końcu już całkiem ładnie. 
Wykonałem woooolniutkie kółeczko na zachód, z Dębca przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Więckowice, Dopiewo, Gołuski i znów Plewiska. Gdy mijałem słynną stację diagnostyczną w Fiałkowie, słynącą z ciekawych gadżetów na ekspozycji, kadłub samolotu we mgle z czymś mi się skojarzył... Hm... Zupełnie nie wiem z czym. Ale coś czuję, że pierwsze z brzegu odtworzone wydanie "Wiadomości" pomoże mi w wyjaśnieniu tej zagadki :)






