Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242716.25 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791323 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 55.20km
  • Czas 01:54
  • VAVG 29.05km/h
  • VMAX 50.50km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 122m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bezciśnieniowiec

Czwartek, 27 kwietnia 2017 · dodano: 27.04.2017 | Komentarze 17

Przyzwoicie dziś było pod względem pogodowym. Wiało wmordewindem non stop, ale znów umiarkowanie, a nie masakrująco, nie padał deszcz, słońce też nie grzało zbytnio łepetyny. Jak to człowiekowi niewiele potrzeba do szczęścia. gdy w końcu nie strzelają do niego złem... :)

Co do trasy to bez kombinacji - "kondomik" od strony Lubonia, Puszczykowa, Mosiny, Dymaczewa, Stęszewa, Komornik i do Poznania. Po wielu latach przykrych korkowych doświadczeń udało mi się w końcu wynaleźć jeszcze jeden (prócz tego przez Rosnowo) objazd najbardziej gorącego terenu w Komornikach. Niestety kosztem kawałka przejechanego osiedlową uliczką z kostkową nawierzchnią, ale kostka, która nie leży na DDR-ce, choćby była najgorszej jakości, mniej irytuje niż ta na niej. Taki dziwny psychiczny dysonans :)

Jak wspomniano - wiało mi w pysk w jedną i w drugą, ale to naprawdę nic przy tym, co (mam nadzieję) za nami. Choć ja już przez to chyba straciłem motywację do ciśnięcia i... dobrze mi z tym :)

Na koniec zagadka, związana z tematem-rzeką, czyli Poznańskim Rowerem Miejskim, którym dziś jechałem do pracy (oczywiście nie tym egzemplarzem). Znajdź jeden element, którego brakuje w pojeździe poniżej:

Wiem, wiem, było zbyt łatwo. Chodziło oczywiście o dzwonek :)





  • DST 51.30km
  • Czas 01:46
  • VAVG 29.04km/h
  • VMAX 53.70km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 249m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bez motywu

Środa, 26 kwietnia 2017 · dodano: 26.04.2017 | Komentarze 2

Na początek codzienny raport wietrzny. Gnój się chyba czai i przegrupowuje wojska, bo dzisiaj się uspokoił i lekko spuścił z tonu. Ale czemu najpierw wiał mi w pysk, by w drugą stronę wiać mi w pysk, pozostanie jego słodką tajemnicą. Niech ma, byle tylko na stałe wyluzował.

Pokombinowałem z trasą, bo już mi się znudziły klasyki. Tym samym najpierw przejechałem sobie kilkanaście kilometrów po Poznaniu (jak zwykle masakra), z Dębca przez Bułgarską na Ogrody, stamtąd do Słupskiej, gdzie w końcu mogłem poczuć się jak na rowerze, a nie na zawodach w wańkę wstańkę. Potem Kiekrz, Rogierówko i kurs odkrytym jakiś czas temu przejazdem do Sadów, męczarnie w Lusowie,na tamtejszym czymś (w założeniu - drodze dla rowerów), natomiast dokrętka to Zakrzewo, Plewiska i do domu.

Bez przygód, więc motywu przewodniego dziś brak. I w sumie dobrze. Przy okazji tylko wspomnę, że jak zwykle przegapiłem wykręcony w tym roku kolejny tysięczny kilometr, niniejszym więc chwalę się dystansem 5,5 tysiąca. Ma się ten refleks :)

Może w końcu przyjdzie normalna wiosna? Jestem za, ale przy założeniu, że wiosna tak, upalne lato - stanowcze nie!




  • DST 52.10km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.16km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 62m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Klaksonoklasyk

Wtorek, 25 kwietnia 2017 · dodano: 25.04.2017 | Komentarze 4

Skłamałbym, gdybym napisał, że wiatr dziś był miły i przyjazny, a i że w ogóle choć trochę osłabł. Nie lubię kłamać, więc nie napiszę nic więcej na temat jego dzisiejszych mało śmiesznych wygłupów :) Za to zrobiło się trochę cieplej.

Wykonałem klasyk "na zachód", z Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Chomęcice, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę, Plewiska i do domu. Prócz tego, co ostatnio codziennością, sporo dziś naoglądałem się uprzejmości kierowców, tym razem jednak skierowanej wobec siebie, a nie rowerzystów. Skoro już muszą to lepiej w tę stronę :) Miałem wrażenie, iż dźwięk klaksonu to jakiś element niezbędny do zmiany biegu, a pojawił się również i jeden środkowy palec jako międzynarodowy znak pozdrowienia użytkownika jednego z czterech kółek wobec drugiego. Słodziutko, jak zwykle w tej naszej "Polsce Chrystusem narodów" :) A, pomiędzy Konarzewem i Trzcielinem przyuważyłem ciężki sprzęt i już się cieszyłem, że może ktoś się wziął w końcu za naprawę nawierzchni, bo tamtejsze dziury sięgają prawie jądra ziemi, ale gdzie tam, ekipa była zajęta ważniejszymi sprawami. Czyli cięli... wSzyszko w normie.

Tak w ogóle to dzień miałem wolny, więc ani przez chwilę nie odpocząłęm. Musiałem odwiedzić kilka miejsc, jak również pójść na kolejny etap wojny z firmą od rozliczania wodomierzy. Walczę z nimi od roku niczym Dawid z Goliatem. Oddałem też w końcu crossa do serwisu, bo gdy wykonałem nim testowo jazdę próbną to jedyne co mogłem uznać za w miarę sprawne to koszyczek od bidonu :) Przy pomyślnych wiatrach odzyskam go w piątek, jak nie to... nawet nie chcę myśleć.




  • DST 53.20km
  • Czas 01:53
  • VAVG 28.25km/h
  • VMAX 51.50km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 208m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Gumy pany

Poniedziałek, 24 kwietnia 2017 · dodano: 24.04.2017 | Komentarze 6

Dzień zacząłem od wymiany dętki w przednim kole. Jedyny z tego plus, że guma poszła nie na trasie, a w domu, więc miałem w miarę komfortowe warunki do jej wymiany. Jednak robiłem to w pośpiechu, bo gdy zauważyłem defekt byłem już w blokach startowych, co poskutkowało niedokładnym wykonaniem zadania, a finalnie małym bąblem na wysokości wentyla. Nie miałem już czasu poprawić, ruszyłem mając nadzieję, że będzie ok i było. Do ostatnich dwóch czy trzech kilometrów, gdy poczułem jak koło mi pływa, ale postanowiłem już dopłynąć niczym Robinson do celu. W domu po raz drugi wymieniłem dętkę, w duchu ciesząc się, że jakoś tam pokonałem system, gdyż do pierwszej operacji użyłem nie nowej, a już lekko używanej gumy, która gdzieś mi tam zalegała. Zawsze to jakiś substytut zwycięstwa :)

Wykonałem "kondomika" od strony Komornik, Szreniawy, Stęszewa, przez Dymaczewo, Mosinę, Puszczykowo i Luboń. Złem dawało, zimnem gnoiło, wiatr wyrywał plomby z zębów... Czyli nic nowego. Sama jazda jak jazda - powolna, bo po co cisnąć, skoro i tak się nie dociśnie? :) Za to skończyłem "Pragnienie" Nesbø (polecam jak zwykle) i zacząłem zgodnie z daną sobie niedawno obietnicą słuchać "Na zachodzie bez zmian" Remarque'a, książkę klasycznie antywojenną, napisaną w latach dwudziestych i zakazaną później przez nazistowskie władze. Co ciekawe, już na pierwszych stronach pojawia się pewien dowódca, najbardziej cwany ze wszystkich,  który niby zna się na wszystkim i zna wielu, więc warto być w orbicie jego znajomych. Nazywa się... Kaczyński :) Cholera, prorok z tego Remarque'a czy co?




  • DST 54.30km
  • Czas 01:55
  • VAVG 28.33km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 153m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z zabawkami

Niedziela, 23 kwietnia 2017 · dodano: 23.04.2017 | Komentarze 8

Wiatr w swej niezmiernej łaskawości raczył delikatnie odpuścić. Piszę w takim lizusowskim tonie, bo może to czyta i w końcu uzna, że jednak fajnie jest jak maksymalnie urywa łeb, a nie tak jak ostatnio wyrywa szprychy z kół :) Choć cienko to widzę.

Wyruszyłem późno, bo po jedenastej. Sen pokonał mnie co najmniej hattrickiem. A że wbrew prognozom nie padało to nie było wyjścia - trzeba ruszyć cztery litery i siebie w całości. Północno-zachodni kierunek powiewów oznaczał, iż czeka mnie kursik przez miasto. Perspektywa w niedzielę mniej przerażająca niż w tygodniu, choć i tak nastałem się na światłach za wszystkie czasy. Jakoś dopełzłem do Golęcina, a na Wojska Polskiego, gdy wiedziałem już, że nie mam szans na przyzwoitą średnią, postanowiłem cyknąć fotę przy zabawce, którą bawił się Antoni w dzieciństwie i zapewne była za ciężka. Konsekwencje bolą nas do dziś.

Od tego momentu zaczęło mi się jechać lepiej, przez Strzeszyn, Kiekrz i Starzyny do Rokietnicy. W pewnym momencie zauważyłem, że siedzi mi na kole jakiś rowerzysta, ale że ani się nie przywitał, ani nie zamierzał dawać zmian to postanowiłem na chwilę pocisnąć i przekonać się czy chłopak ma w sobie duszę sportowca. Nie miał, więc wiaterek zostawiłem mu gratis :)

Wróciłem przez Napachanie, Chyby, Przeźmierowo, Baranowo i Zakrzewo, by w końcu dotrzeć do Poznania na wysokości Junikowa. Tam musiałem raz jeszcze przekroczyć granice, by przez Plewiska objechać męczącą Grunwaldzką. I tu jak się okazało wystawiono czujki, o czym dowiedziałem się po chwili drogą telefoniczną. Niniejszym, uprzedzając atak, który niewątpliwie nastąpi tu w komentarzu, raz jeszcze informuję, iż aktualnie w moim audiobooku trwał policyjny pościg za mordercą, a jak wiadomo jadąc na sygnale można więcej i pokonanie przejazdu kolejowego na włączającej się sygnalizacji, ale nie zamykającym się jeszcze szlabanie, było działaniem w ramach wyższej konieczności. No! :)




  • DST 51.50km
  • Czas 01:54
  • VAVG 27.11km/h
  • VMAX 51.10km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 83m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dzień świstaka

Sobota, 22 kwietnia 2017 · dodano: 22.04.2017 | Komentarze 4

Pamiętacie zapewne tytułowy film... Bill Murray budzący się każdego ranka w tym samym łóżku, przeżywający w kółko ten sam dzień. No to dokładnie mam ten dzień rowerowego  świstaka od kilku miesięcy, może z pojedynczymi wyjątkami. Wstaję, za oknem widzę najczęściej pochmurne niebo, po wskaźnikach termometru ciężko jest stwierdzić czy mamy jeszcze zimę czy już wiosnę, a przede wszystkim występuje punkt kluczowy - ten sam, koszmarny i upierdliwy wiatr. Który dziś przekroczył już granice zdrowego rozsądku, jeśli w ogóle kiedykolwiek je miał. Co finalnie kieruje mnie do rozpoczęcia dnia świra.

Ciężko z motywacją do wstania, ale tak już pisałem - samo się nie wykręci. Zwlekłem się więc dziś przed pracą, wypiłem kawkę i ruszyłem. Jak żółw ociężale, para buch... Zresztą jaka para? Nawet gdyby była to ciągnąłby się za mną prawie poziomy jej pas, bo poruszanie się do przodu łatwe nie było. Nie mówiąc już o utrzymaniu pionu na wiaduktach, zakrętach oraz rondach, gdzie podwijało koła nieziemsko. A na trasie latały mi przed kierą gałęzie oraz fragmenty... świeżo wyciętych drzew. Tyle w temacie bezpieczeństwa, które zapewnia wycinka. 

Zrobiłem jeden z klasyków, z Dębca przez Plewiska, Skórzewo, Zakrzewo, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Gołuski i Plewiska do domu. I tyle - po prostu kolejny dzień świroświstaka :)




  • DST 52.75km
  • Czas 01:53
  • VAVG 28.01km/h
  • VMAX 51.10km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 62m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na zachodzie bez zmian

Piątek, 21 kwietnia 2017 · dodano: 21.04.2017 | Komentarze 4

Czyli: zimno, wieje i w ogóle wiosnę mamy piękną niczym buźka ministra rolnictwa. Powoli przestaję mieć nadzieję na to, że wróci w końcu normalność. I wyjątkowo nie piję tu do polityki :)

Wykonałem jedną ze stałych tras, z Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę i znów przez Plewiska do Poznania. Pierwsza część to regularna miazga na mej skromnej osobie zafundowana przez wiatr, druga to już chwile z błogosławieństwem w postaci kilku podmuchów w plecy. Łącznie wyszło tak sobie, ale przynajmniej nie musiałem dziś pchać się przez calutki Poznań, choć koszmarne trio Luboń-Komorniki-Plewiska godnie czyniły korkowe honory :)

Gdy konstruowałem tytuł dzisiejszego wpisu uświadomiłem sobie, że nie czytałem jeszcze owego klasycznego dzieła autorstwa Remarque'a. Czas nadrobić. Natomiast aktualnie od kilku dni przy akompaniamencie opisanej powyżej "wspaniałej" aury jestem w trakcie słuchania najnowszego dzieła Jo Nesbø - "Pragnienie". Jest jak zawsze dobrze, a szczególnie fascynujące są w nim rozmyślania nad tym, co jest nie tak z gatunkiem ludzkim, że z małej, świeżo narodzonej istoty, witanej z radością na świecie, wyrasta potwór, który potem gwałci swoją matkę, a przy kolejnych morderstwach rozcina ofiarom genitalia.

Takie tam sympatyczne zagwozdki na rowerze :) Czas do roboty.




  • DST 53.60km
  • Czas 01:59
  • VAVG 27.03km/h
  • VMAX 51.30km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 271m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Czary i miejskie koszmary

Czwartek, 20 kwietnia 2017 · dodano: 20.04.2017 | Komentarze 15

Na początek pozytyw - wiatr się trochę uspokoił. Stop. Koniec pozytywów na dziś :)

Negatywem zaś wciąż pozostaje jego kierunek, czyli północny, z jakimiś dziwnymi bocznymi inklinacjami, głównie ze wschodu. Nie było wyjścia, bo wewnętrznego imperatywu nie przeskoczę - znów musiałem kręcić przez calutkie miasto, z południa na północ. A skoro już się na to zdecydowałem to ponownie podszedłem do rozwikłania zagadnienia od jakiegoś czasu nurtującego mieszkańców Poznania, czyli "o co chodzi z tym ruchem na Kaponierze". Przez Glogowską dopełzłem do wspomnianego, remontowanego przez zaledwie pięć lat ronda, by oczywiście sugerując się pasami rowerowymi nagle znaleźć się zupełnie nie tam, gdzie chciałem. A wręcz przeciwnie :) Kilka nawrotek, zakrętasów i tym podobnych manewrów i jakoś udało się znaleźć po drugiej stronie. A ja wciąż mało z tego kumam.

Przy okazji cyknąłem fotę wykańczanego już powoli nowego Bałtyku. Przyznam, że nieźle się prezentuje, szczególnie na tle starej targowej iglicy, wpasowany w klocek Sheratona. No i podobno będzie (lub może już jest) na nim punkt widokowy na miasto.
Dalsze przepychanie się przez Piątkowo i Morasko to jak zwykle mordęga. Odżyłem dopiero w Radojewie, gdzie zrobił się luz i można było się rozpędzić, ale się nie dało, bo wiało :) Za to ładnie zaczęło się zielenić w tych "górskich" terenach.


Dotarłem do Biedruska, gdzie zawróciłem, jednak najpierw z ciekawością poobserwowałem sobie manewry jakieś kobiety za kółkiem, z telefonem przy uchu i zagubieniem w oczach. Kręciła się w tę i z powrotem, blokując ulice i pobliskie uliczki. Z twarzy przypomniała mi Beatę Szydło (co już samo w sobie trochę tłumaczy), ale to może już tylko moja psychika szwankuje po ponad roku aktualnych rządów :)

Powrót to kopia pierwszej połowy. Zanim dojechałem do miasta to z lekkim niepokojem obserwowałem dziwne wykopy po prawej stronie drogi między Biedruskiem a Poznaniem. Zbyt mi się kojarzyły z jednym, więc gdy tylko zobaczyłem ekipę robotników krzyknąłem:
- Co tu będzie?
- A ścieżka!
- Rowerowa?
- Rowerowa!
- Aaaa.... - tu moje napięcie sięgnęło zenitu - a z asfaltu?
- Z asfatu!
- Super!
- Super!

Ulżyło mi :) Następnie wjechałem w miejską dżunglę, która zabrała mi przez stanie w korkach i na światłach dwadzieścia dodatkowych minut z czasu, którego nie miałem. No i pewnie nawet czary by mi nie pomogły w dostaniu się do domu, choć w sumie miałem kogo zapytać :)




  • DST 53.30km
  • Czas 01:58
  • VAVG 27.10km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 90m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Oszukać przeznaczenie

Środa, 19 kwietnia 2017 · dodano: 19.04.2017 | Komentarze 10

Do dupy z taką wiosną. Na południu kraju śnieżyce, tu "jedynie" wichury i huragany, a do tego temperatury jak z przełomu listopada i grudnia. Wspomnę jedynie, iż mniej zostało dni do początku czerwca niż wstecz, do początku marca. Znając życie będzie tak jeszcze z tydzień czy dwa, a następnie nagle, w ciągu jednego dnia zrobi się pięćdziesiąt na plusie i będziemy zdychać. Entschuldigung, taki mamy klimat. "Umiarkowany".

Miażdżyło wietrznym gnojem z północy. I to miażdżyło tak, że gdy dotarłem do połowy swojej dzisiejszej wycieczki, czyli przez cały Poznań, Koziegłowy, Czerwonak, Owińska, Bolechowo do Murowanej Gośliny, czułem się jak koń zaprzęgowy po przeoraniu kilku hektarów i osiągając kosmiczną średnią na poziomie 24 km/h. Oł je. Co prawda powrót swoimi śladami poszedł mi przyjemniej, ale co się wymęczyłem to moje.

Samo pokonanie Poznania już tak łatwe jak wczoraj nie było. Wtorkowy luz na drogach się skończył, zaczęła się codzienna masakra, czyli puszka na puszcze puszką pogania. Ja po raz pierwszy przetestowałem już w pełni oddany do użytku wynalazek ddr-kowy przy ulicy Gdyńskiej, prowadzący do granicy z Koziegłowami. I nasunęło mi się pytanie - co brał ten, kto to projektował? Ścieżka nagle się kończy zakazem jazdy rowerem, żeby dalej kręcić trzeba... zawrócić, wspiąć się na wiadukt i z niego zjechać. Pokonując kilka przejazdów przez boczne uliczki, co dzięki naszym kochanym kierowcom jest zawsze zabawą pełną emocji. Plułem sobie w nieistniejący zarost na brodzie, że nie wziąłem ze sobą kamerki, tym bardziej, że studenciaki wróciły na szlaki i było co kręcić na ścieżkach :)

A, no i temat z tytułu. W okolicach Ronda Sródka jak zwykle przedostawałem się lewą stroną w kierunku ulicy Hlonda. I jak zwykle na pewniaka pokonałem abstrakcyjną, może mającą ze 300 metrów wyrwę pomiędzy jedną a drugą DDR-ką. Na profesjonalnie wykonanej przeze mnie mapce (:D) jest to ten czarny kawałek pomiędzy liniami bieli. A na niebiesko jedyny możliwy legalny/nie zagrażający życiu sposób objechania go, żeby finalnie i tak znaleźć się po tej samej stronie, po której było się wcześniej.

Przepraszam, nie jedyny - jest jeszcze możliwość przeprowadzenia roweru przez pasy, zniesienia go do przejścia podziemnego, wyjścia na górę, przejechania kawałek ścieżką, a następnie powrót na drugą stronę przez pasy...

Czemu o tym piszę? Bo dziś byłem świadkiem, jak nieroby ze Straży Miejskiej łapali na newralgicznym odcinku rowerzystów. Ja oszukałem przeznaczenie, co prawda dzięki krzywdzie innych, bo myknąłem w momencie, gdy mandaty były w trakcie produkcji. Osobiście jestem wrogiem jazdy po chodniku, tępię bezmyślne istoty mknące po nich, gdy mają obok zwykłe drogi, ale w tym przypadku zdrowy rozsądek każe wybrać takie rozwiązanie. Jak widać Szkodnicy Miejscy mają inne zdanie, a dochody miasta same się nie zrobią...

Przeznaczenie oszukałem jeszcze raz - w Owińskach, gdzie debilizm jest jeszcze większy, związany z centralnie postawionym w dwóch miejscach zakazem jazdy rowerem i zepchnięciem kolarzy na kostkę. Przezornie zjechałem na ten koszmarek, by po chwili samemu sobie gratulować na widok radiowozu :)




  • DST 53.05km
  • Czas 01:52
  • VAVG 28.42km/h
  • VMAX 55.00km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 92m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kaftanik

Wtorek, 18 kwietnia 2017 · dodano: 18.04.2017 | Komentarze 2

Trzy wolne, z czego dwa ustawowo, dni minęły mi ekspresowo, a co najważniejsze - częściowo na rowerze. Łatwe to nie było, bo albo wymagało pobudki o nieistniejących dla normalnego śmiertelnika porach, albo wyposażenia siebie przed wyjazdem w płetwy i maseczkę do nurkowania. Dziś nastąpił ów wspaniały dzionek, gdy najzwyczajniej w świecie mogę iść do pracy. Aż skaczę pod sufit z radości ;/

Udało się o dziwo znów pokręcić. O dziwo, bo miało lać, a tymczasem około dziewiątej rano niebo zrobiło się błękitne. Tylko ten wiatr... Temat zresztą w tym roku jest na tyle znany przez wszystkich urowerowionych, że szkoda klawiszy do jego rozwijania, Rozpędzał się chłopak z północnego zachodu, co zmusiło mnie do jazdy przez miasto, zaczynając od Dębca przez Maltę, Antoninek, Swarzędz, Paczkowo, gdzie zakręciłem i wróciłem przez wiochy - Gowarzewo, Tulce, Żerniki, by klasycznie finiszować przez Starołęcką. Poznań o dziwo był wyludniony, więc wyjątkowo nie mogę narzekać na korki, a śmiem twierdzić, że gdyby nie światła to jechałoby się... dobrze. Tak, ja to napisałem :)

No to co, do pracy! Raduje się dusza, raduje się serce... Tylko ten dziwny biały kaftan lekko przeszkadza :)