Info
Suma podjazdów to 791323 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Czerwiec25 - 51
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 52.25km
- Czas 01:41
- VAVG 31.04km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 227m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Koksiki
Niedziela, 28 maja 2017 · dodano: 28.05.2017 | Komentarze 8
W pracy musiałem pojawić się dziś w samo południe, co oznaczało wczesną pobudkę i tak samo wczesny wyjazd. Plus z tego był taki, że w kumulacyjnym momencie temperatura nie doszła do dwudziestu pięciu kresek, choć i tak był to już mój maks tolerancji na ciepło.
Wykonałem klasycznego "kondomika" z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Łódź, Stęszew i Komorniki do domu. Jechałem sobie najpierw spokojnie, solowo walcząc z podmuchami i z psującymi się słuchawkami (znów). W pewnym momencie, gdy w Puszczykowie intensywnie próbowałem wykonać kabelkowy cud reanimacyjny, usłyszałem koło siebie świst i zobaczyłem, że mija mnie kilkuosobowy rowerowy peleton. Wszyscy "pro", więc oczywiście ani cześć, ani pocałuj nas w SPD-y, bo przecież ja nie pro, tylko powietrze :) No ale cóż, nie zamierzałem się czepiać, tylko się podczepiać :) Zebrałem poślady i dzielnie trzymałem tempo przez dobrych kilka kilometrów, aż do Dymaczewa, gdzie musiałem się zatrzymać, żeby odebrać telefon. I wyjątkowo cieszyłem się z tego faktu, bo ekipa cisnęła godnie, mnie zaczynał już boleć łeb od upału (no nie jestem stworzony do ciepłego klimatu, nie ma co), a głupio było się tak odczepić bez powodu. Choć i tak by pewnie nikt nie zauważył, bo integracja z przelatującym komarem byłaby większa niż ze mną :) No cóż, dzięki owym koksikom przynajmniej mogłem zrobić sobie bazę do dokręcenia średniej, co łatwe nie było, bo wmordewind nie odpuszczał. Wyszło umiarkowanie przyzwoicie. Nie chcę znać wyniku koksików :)
Skleciłem wczoraj wieczorem pierwszy teścik tej mojej nowej chińszczyzny. Za dużo to z niego się dowiedzieć się nie da, ale za to można wirtualnie zwiedzić "słynną" stację kontroli pojazdów z Fiałkowa i poznać Łaciatka:)
- DST 52.20km
- Czas 01:45
- VAVG 29.83km/h
- VMAX 51.40km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 222m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Roklostrada
Sobota, 27 maja 2017 · dodano: 27.05.2017 | Komentarze 5
Upał się szykuje. Na razie jeszcze jest przyzwoicie, ale na początek kolejnego tygodnia zapowiadają Saharę. Czyli tak jak pisałem wcześniej - termin "wiosna" powoli przestaje oznaczać porę roku, która występuje w polskich warunkach. Aktualnie mamy albo zimę, albo lato. Nad jesienią jeszcze zawieszono parol niepewności.
Znów musiałem zmieścić się z pięcioma dychami przed pracą, znów też ciężko mi się wstawało. Gdy przeanalizowałem kierunek wiatru to mina mi zrzedła, bo północno-zachodni oznaczał telepanie się przez całe miasto, ale wnet przypomniałem sobie o nowo otwartym fragmencie Wartostrady i gęba mi się lekko rozjaśniła. I faktycznie - gdy już dotarłem do okolic Mostu Jadwigi i wleciałem na ten fajniutki kawałek asfaltu wzdłuż Warty, podróż do Śródki, a potem dokrętka aż do Bałtyckiej, była niemal sielska. Jednak już pojawiają się pierwsze minusy - teren zaczynają opanowywać rolkarze, pół biedy jeśli ci potrafiący w miarę jeździć, ale dziś prawie bym rozjechał stado pięcsetplusów, uczących się tej sztuki, oczywiście na wjeździe, gdzie jeszcze wydzielony jest pas dla rowerów. Wrrr.



Na Bałtyckiej praktycznie na równi jechałem przez jakiś czas z jednym kolarzem, full wypas rower, lemondka, te sprawy, pełne "pro". Na tyłku miał napisane CityZen, co rozbudziło moją ciekawość poznawczą. Bowiem już trzykrotnie (pisałem o tym zresztą jakieś pół roku temu) ten napis oznaczał jedno: buc (a nawet w jednym przypadku: bucka). Nie zawiodłem się - zero pozdrowienia, wzrok tępo przed siebie, nie mówiąc o uśmiechu. Rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę i pewnie nie będziemy tęsknić :)
Po raz pierwszy od dawna do Swarzędza dotarłem przejeżdżając fajnym kawałkiem przez wspomnianą Bałtycką, potem do Paczkowa, tam klasycznie skręt na Siekierki, Tulce i testowo przez Szczepankowo (moje zęby! Czy ktoś kiedykolwiek wyremontuje tę drogę?) oraz Rataje do domu. W tym Szczepankowie godnie usiadł mi na kole jakiś człowiek na crossie i towarzyszył dobrych kilka kilometrów, ale w końcu gdzieś odpadł i nie zdążyłem pogratulować zacięcia. A cały dzisiejszy wypad nawet mi się podobał, szkoda tylko, że musiałem zaliczyć ten spory kawałek miastem, bo mogła być przyzwoita średnia.
Aha, po czym poznać, że nadszedł "sezon"? Wystarczy wytężyć słuch. Mijałem i wyprzedzałem dziś ze trzy weekendowe rodzinne "masy krytyczne". Nie wiedziałem, że łańcuchy mogą wydawać aż tak różne, gwiżdżące, ćwierkające i przerażające dźwięki. Mogą :)
- DST 52.30km
- Czas 01:50
- VAVG 28.53km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 170m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Kruk i lis
Piątek, 26 maja 2017 · dodano: 26.05.2017 | Komentarze 8
Bywa często zwiedzionym,
Kto lubi być chwalonym.
Kruk miał w pysku ser ogromny;
Lis, niby skromny,
Przyszedł do niego i rzekł:
«Miły bracie,
Nie mogę się nacieszyć, kiedy patrzę na cię!
Cóż to za oczy!
Ich blask aż mroczy!
Czyż można dostać
Takową postać?
A pióra jakie!
Szklniące, jednakie.
A jeśli nie jestem w błędzie,
Pewnie i głos śliczny będzie»
Więc kruk w kantaty; skoro pysk rozdziawił,
Ser wypadł, lis go porwał i kruka zostawił.
Ignacy Krasiscki, "Kruk i lis".
Tyle w bajce. Dziś
za to na trasie natrafiłem na sprawną współpracę dwóch kruków
i jednego lisa, co prawda raczej nie przy serze, a przy jakiejś
padlinie. Żałowałem jedynie, że nie mam przy sobie aparatu z
jakimś porządnym zoomem, bo byłoby co kręcić. A tak wyszła
pikselowa komórkwoa kaszanka, ale wklejam jako dowód, że ciekawe
rzeczy można przyuważyć przy drogach serwisowych, takich jak ta
koło Gołusek. W tle, jako dodatek do zestawu, spacerował sobie
jeszcze żuraw, a na drodze rozpaćkany był jakiś nieszczęsny kot.
Zdjęcie tego ostatniego biedaka sobie darowałem, ale ptaka dołączam
w jeszcze większej pikselozie :)

Zrobiłem dziś
próbę. Wiało z północnego zachodu, a ja ruszyłem najpierw na
południe zamiast na północ (Dębiec – Luboń – Wiry –
Komorniki – Szreniawa – Konarzewo – Trzcielin – Dopiewo –
Palędzie – Dąbrówka – Plewiska – Poznań), bo skoro i tak
czekał mnie wmordewind to może jakimś cudem udałoby się go
oszukać…? No i już wiem – nie dałoby się. Gnojka jednego :)
- DST 65.20km
- Czas 02:17
- VAVG 28.55km/h
- VMAX 50.50km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 141m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Psia pogoda...
Czwartek, 25 maja 2017 · dodano: 25.05.2017 | Komentarze 7
...była wczoraj. Dziś już o wiele bardziej sympatyczna. Nie padało, pojawiało się nawet momentami słońce i było dość ciepło. No i wiatr spuścił z tonu, gdzieś do poziomu połowy z dnia powszedniego, czyli jedynie urywało łeb, a nie konary drzew :)
Ciężko mi się wstawało, więc wyruszyłem późno i nie miałem jak pokombinować z trasą - wykręciłem w związku z tym jeden z klasyków na zachód, z Dębca przez Plewiska, Zakrzewo, Sierosław, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę, znów Plewiska i do domu. Człowiek to jednak jest bydlę, które przystosowuje się szybko do trudnych warunków, w związku z czym pokonywanie rozkopanych Plewisk idzie mi coraz sprawniej, w czym zdecydowanie pomaga chwilowy daltonizm w temacie postawionej czasowo sygnalizacji.
W Fiałkowie zajechałem sobie na chwilę na teren coraz bardziej słynnej wśród rowerzystów z całego kraju stacji naprawy pojazdów, tej z napisem "Poznań Główny", wrakiem samolotu oraz znakiem nisko latających czarownic. Ledwo się pojawiłem podleciał do mnie i przywitał radośnie machający krzywym ogonem piesio, który rozbroił mnie kompletnie i dostał trochę głaskania gratis. Tak, to miejsce widocznie ma bardzo pozytywną aurę :)
Dokonałem dalszej części testów kamerki - wciąż jestem zadowolony, już drugi dzień :) Jednak posiadanie czegoś takiego na łbie daje sporo radochy, o której zapomniałem. Można dzięki niej uwiecznić choćby takie smaczki:
Oczywiście w realu tak panicznie to nie wyglądało :)
Jedyne na co narzekam w SJ4000 to bateria. Trzyma maks godzinę, czyli gorzej niż w starym GoPro. Ale główka pracuje i w internetach wyczytałem, iż jeden z głównych sklepów w Polsce prowadzących sprzedaż akcesoriów m.in. do SJCam znajduje się w Poznaniu, na ratajskim Osiedlu Orła Białego. Czyli: zadupie, ale bliskie zadupie :) Szybki telefon w celu upewnienia się czy da się bez wcześniejszego zamówienia zakupić na miejscu to, co potrzeba, i myk! Szybka akcja, korzystając z chwili spokoju w robocie zebrałem dupę w troki i pojechałem rowerem miejskim, czyli najszybciej jak się da. Za darmo. Bowiem dwa razy zmieniając sprzęt, czyli łącznie kręcąc trzema, zrobiłem jedenaście kilometrów z centrum i z powrotem (wyjątkowo dodaję tę liczbę do dzisiejszego ogólnego) nie wydając na to ani złotówki. Część z oszczędzonych kilku złotych za paczkomat została w mojej kieszeni, a część wylądowała w kapeluszu pewnego żebrzącego pana z pieskiem. Bo dziś (w sumie jak co dzień) psy mają u mnie same plusy :) A cała wyprawa była po zastępczą baterię, która kosztowała mnie całe 24 PLN. Mamusiu, jak ja kocham chińskie standardy cenowe! :P
Tak sobie jadąc cieszyłem się, że wyjątkowo nie miałem problemów ani z wypięciem, ani z wpięciem, ani ze stanem technicznym rowerów miejskich. Nawet zacząłem już wierzyć, że stał się cud i nadają się one do jazdy, gdy nagle na Moście Przemysła I przyuważyłem... :)
- DST 31.50km
- Czas 01:14
- VAVG 25.54km/h
- VMAX 41.50km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 87m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut kamerotestowy
Środa, 24 maja 2017 · dodano: 24.05.2017 | Komentarze 12
Pogoda zbiesiła się kompletnie. Jedyne na co było mnie stać rowerowego w dniu dzisiejszym to mały mikroglut, wykonany crossem pomiędzy jednym deszczem a drugim. Zresztą to "pomiędzy" zahacza o ostatnią ćwiartkę w prawie ulewie, więc formalnie nie spełnia warunków konkursu :)
Kręciłem głównie miastem, bo wiało, nie, przepraszam, nie wiało - wichurowało z północnego zachodu, więc zaliczyłem rundkę przez Górczyn, Bułgarską, Bukowską do Wysogotowa, tam skręt na Skórzewo i powrót przez Junikowo oraz ponownie Górczyn do domu. Momentami wiatr przestawiał minie na pas obok, ale to już jest takim standardem, że nawet się tym nie przejmowałem.
A wypadu nie mogłem odpuścić, nawet w tak skromnej wersji, gdyż chciałem wstępnie przetestować nowy nabytek. Tu krótki wstęp: pomny problemów, jakie bikestatowicz Bobiko miał z pękającymi samoistnie szkłem i obudową w Xiaoyi Yi Action 2 (jak to do cholery zapamiętać?), a w sumie to najbardziej z ich serwisem, postanowiłem nabyć sobie również chińszczyznę, ale dużo tańszą, W razie "w" wtedy łatwiej przeboleć stratę. Jako że moje dogorywające już powoli GoPro 2 jest baaaaardzo stare jak na sprzęt elektroniczny w tych czasach (coś około pięciu lat), a ja nie potrzebowałem fajerwerków i wodotrysków, wziąłem pod lupę skromny model o nazwie SJCam SJ4000. Decyzja o zakupie dojrzewała u mnie długo - jakieś 20 minut :) W końcu została podjęta, po analizie opinii w necie. Wziąłem "po kosztach" model bez wifi, bez bluetooth, bez 4K, bo to mi do szczęścia nie jest niezbędne, za to nagrywające w Full HD (to oczywiście mus) i z wodoodporną obudową. Cena - nieco poniżej trzech stówek. Wygląda toto tak jak poniżej, czyli w sumie tak samo jak wszystkie inne ;)
Najfajniejszym co mi się mogło trafić była zawartość pudełka. Około dziesięciu różnych mocowań, do tego pasujących również do GoPro... poezja :) Co dla mnie ważne - oprócz wodoszczelnej obudowy dodano jeszcze to, co na fotce otacza samą kamerkę, czyli leciutkie mocowanie na śrubę. Jest to o tyle istotne, że ta pierwsza jest dość ciężka, a ta druga powoduje, że sprzęt przyczepiony do kasku nie jest już taki upierdliwy, choć niewodoodporny, o czym dobitnie przekonałem się dziś, pod koniec jazdy będąc zmuszonym do schowania kamerki do kieszeni :)
No i powiem szczerze - póki co jestem mega zadowolony z zakupu. Jakość nagrań jest bardzo dobra, o dziwo stabilizacja jest podobna jak w starszych GoPro, przy niższej wadze. Jedyne moje zastrzeżenie to mikra bateria (900 mAh), ale raz, że nie jestem pewien czy doładowałem ją wczoraj do końca, dwa - można za jakieś groszki kupić zapasową, bo SJCam przewidziało jej wymienność. Spoko rozwiązanie. Generalnie po tej godzince zabawy miałem tylko jedną kreskę, mimo że nie nagrywałem non stop. Kwestia do dalszego testowania.
Kilka print screenów z dzisiejszej walki prowadzonej w ciężkich warunkach jeśli chodzi o oświetlenie, obrazujące mam nadzieję jakość nagrań. Ostatni, gdy już zaczynało lać.



Podsumowując: pierwszy test wyszedł jak najbardziej na TAK. W relatywnie niskiej cenie mam to, czego potrzebuję, co prawda za wifi/bluetooth bym się nie obraził, ale bez tego da się żyć, a przynajmniej przeżyłem dotychczasowe przygody z poprzedniczką. Cóż, niewykluczone, że owa chińszczyzna pewnego dnia mi wybuchnie na kasku, a ja zostanę oskarżony o międzynarodowy terroryzm i mianują mnie jakimś kretyńskim męczennikiem, ale... cóż, raz się żyje. Bum! :)
- DST 56.25km
- Czas 01:56
- VAVG 29.09km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 175m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Oh Man...
Wtorek, 23 maja 2017 · dodano: 23.05.2017 | Komentarze 8
Najpierw o trasie: z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek, Wiórek, Babki, Daszewice, Kamionki, Koninko, Krzesiny, a końcówka przez Starołękę. Kij z tym, że była ona zagmatwana i logiczna niczym Festiwal w Opolu w Kielcach, ale wystarczyłoby ją przejechać w odwrotnym kierunku i miałbym nie tylko wiatr w 100% w plecy, ale i pewnie bym uszczknął jakiegoś KOM-a. A tak... standardowo - wmordewind przechodził w ryjowind, a czasem nawet w pyskowind. Jednak hitem była sytuacja w okolicach Minikowa, gdy walcząc z wiatrem przyuważyłem, że jadący z naprzeciwka rowerzysta... robi to samo, co wynikało z jego ruchów i zacięcia na twarzy. Tego jeszcze nie grali :)
A tak poza tym to sympatycznie się kręciło. Nie brakowało oczywiście imbecyli, dla których podwójna ciągła to oznaczenie zachęty do wyprzedzania na trzeciego, ale przecież w tym kraju to widok znany i klasyczny niczym bocian na wiosnę. Za to słynna (mam nadzieję, bo poświęciłem jej już z setkę wpisów) ulica Starołęcka zyskała dziś nową atrakcję. Mam postulat, żeby regularnie robić na niej zawody parkourowców, choć pewnie zagrożenie by było za duże, bo tego, co tu się może jeszcze zdarzyć ludzki mózg nie przewidzi :)
PS. dla tych spoza Poznania - cała szerokość mega obleganej Starołęckiej to przestrzeń między prawym bokiem niebieskiego auta i lewym reflektorem MAN-a.
- DST 51.75km
- Czas 01:50
- VAVG 28.23km/h
- VMAX 53.50km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 152m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Prawie że żabity
Poniedziałek, 22 maja 2017 · dodano: 22.05.2017 | Komentarze 7
Jakby co - nie ma literówki w tytule. Nie tyle dziś o mało co nie zostałem zabity, a żabity. Bowiem niedługo po starcie, na ulicy Jesionowej, prawie zrobił ze mnie miazgę wyjeżdżający z bocznej pracownik Żabki, w odblaskowym zielonym wozie. W reakcji usłyszał ode mnie sporą dawkę mało kulturalnego kłapania dziobem (styl bociana), ale chyba - nomen omen - skumał, bo po chwili grzecznie przeprosił. Choć tyle.
W ogóle to dziś miałem twarde zderzenie z roboczą rzeczywistością. Jechałem na północ, przez całe miasto, więc najpierw zaliczyłem wszystkie możliwe czerwone światła, a następnie zakwitłem przed zamkniętym przejazdem kolejowym na Golęcinie. To chyba zresztą była już faza późnego kwitnienia, bo dróżnik widocznie zaniemógł na dłużej w toalecie, gdyż korek łącznie w obie strony miał dwa kilometry (patrzyłem na licznik). A w Kiekrzu, do którego dotarłem przez Strzeszyn, sportem regionalnym stało się ostatnio transportowanie czterech liter samochodem między jednym sklepem a drugim, położonym po przeciwnej stronie ulicy, więc i tam było sympatycznie. Odżyłem dopiero za zakrętem na Rogierówko, potem przeżyłem katusze na DDR-kach w Sadach oraz Lusówku, by pod koniec już walczyć głównie z wiatrem, który jak zwykle zmieniał kierunek wraz ze mną, oraz kolejnym etapem rozpierduchy w Plewiskach.
No, to wiem, że żyję po tych czterech dniach wolności :) Nie ma to jak wylądować twardo tyłkiem na ziemi, gdy było się bliżej chmur.
PS. W górach aż tak nie wiało jak tu. Zaczynam się coraz bardziej utwierdzać w jakimś wietrznym spisku, który ktoś złośliwie zesłał mi na te tereny.
- DST 57.70km
- Czas 02:15
- VAVG 25.64km/h
- VMAX 55.00km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 639m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Kacze ostatki
Niedziela, 21 maja 2017 · dodano: 21.05.2017 | Komentarze 13
Ostatni – niestety
– wolny dzień spędzony w górach rozpoczął się od wczesnego
wstawania (bo póki co nie opanowaliśmy jeszcze umiejętności
teleportacji, choć próby intensywnie trwają), żeby w rozsądnych
godzinach wrócić na płaszczyzny. Przyznane mi łaskawie dwie
godzinki na rower postanowiłem wykorzystać na odwiedzenie Gór
Kaczawskich. No dobra, nie będę ściemniał – osobiście wolałbym
jechać bardziej na południe, ale wiatr mnie zmusił do wyboru
takiego właśnie azymutu. I zdecydowanie nie żałuję.
Tak w ogóle to
podczas tego weekendowo-z-okładem-wypadu udało mi się wykorzystać
do cna położenie Jeleniej Góry. Kotlina ma swoje plusy i minusy,
ale największym pozytywem jest fakt, iż wszędzie dokoła są góry,
co zapewniało mi zawsze mentalny komfort, że wraca się zjeżdżając, a nie wjeżdżając
:) A ja tym razem z powodów nie do końca zależnych ode mnie
zaliczyłem: w czwartek samą Jelonkę w wersji
wschodnio-zachodnio-południowo-pólnocnej, czyli kompletny miks
wszystkiego, w piątek kawałek Karkonoszy i Rudaw, wczoraj
Karkonosze i Izery, dziś za to przyszedł czas na chyba jedne z najmniej popularnych,
ale równie piękne (pod warunkiem, że człowiek nie zapuści za
bardzo na północ, bo tam już robi się syf). A że ich nazwa
ostatnimi czasy źle się kojarzy - trudno. Mimo wszystko nie będę za jej
zmianą, gdy w końcu nastąpią czasy powszechnej dekaczyzacji :)
No to do konkretów.
Trasę sobie wymyśliłem jako prostą z odnogami. Pierwszą z nich
była ukazywana już przez mnie tu kilka razy monstrualna zapora w
Pilchowicach. Co tu dużo pisać – wystarczy obejrzeć. I niech
ktoś mi jeszcze powie, że Niemiaszki są przereklamowane :)



Cofnąłem się do
głównej drogi i ruszyłem do Wlenia. Veni, vidi, vici, wystarczyło
mi „uroku” tej miejscowości na tyle, żeby zakręcić się na
kole i szybko wrócić swoimi śladami. Za to pod koniec podjazdu pod Strzyżowiec przyuważyłem tablicę ukazującą ciekawą polsko-czesko-niemiecką historię tej wsi, a i w sumie całego regionu. Tylko jakoś za cholerę mi te osiemset lat nie pasuje, skoro wykonano ją zaledwie kilka kat temu, w 2014 :)
Ostatni etap był
jednocześnie najbardziej wyczerpujący. W Jeżowie skręciłem
bowiem na czterokilometrową randkę z Górą Szybowcową. I była to
jak zwykle randka z użyciem przemocy, procentowych pejczy i innych narzędzi
pieszczot. Gratisowe atrakcje dodawał wiejący mocno w pysk wiatr.
Mój ulubiony fragment, który żeby docenić powinno się wziąć
pod lupę podbudówkę chałup, prezentuję poniżej :)
Sapiący i
prychający dotarłem na szczyt, gdzie jak zwykle czekała nagroda.
Nie, nie, nie… Tych szukających już wzrokiem słowa „piwo”
przywołuję do porządku :) Chodziło o widoki.



Pokontemplowałem
(czytaj: złapałem oddech), pofociłem i rozpocząłem zjazd, który
za szeroki nie jest, a ja jeszcze doznałem przyjemności mijanki na serpentynce z
jakimś autobusem, który cholera wie co robił w tym miejscu. Było…
ciekawie.
Finisz to jeszcze
mała objazdówka miasta, złapanie panoramy centrum Jeleniej i…
koniec. Czas wracać. Odpocząłem, pogoda dopisała, udało się
sporo pokręcić po „moim”. Czemu za to nie płacą i od jutra muszę wracać do roboty? :(
- DST 54.20km
- Czas 02:10
- VAVG 25.02km/h
- VMAX 61.50km/h
- Temperatura 13.0°C
- Podjazdy 897m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Bezgórnie
Sobota, 20 maja 2017 · dodano: 20.05.2017 | Komentarze 9
Prognozy pogody
sprzed dwóch dni: zapowiada się przepiękny, słoneczny i pogodny
weekend. Tylko korzystać i uważać na upały!
Prognoza pogody
usłyszana dziś w radio: zgodnie z zapowiedziami nad Polskę dotarły
chmury z przelotnymi opadami deszczu. Ponadto zrobiło się zimno.
To ten… :)
Na szczęście e
okolicach Jeleniej nie padało, ale w zamian zaraz po porannym wyruszeniu
zacząłem się zastanawiać czy nie wrócić i nie ubrać kolejnej
porcji ciuchów. Jednak stwierdziłem, że twardym trza być, nie
miętkim i z zamiaru zrezygnowałem. Za to postanowiłem zapodać
sobie dziś w końcu mini hardkora – w mojej głowie zakwitła
trasa całkiem konkretna jeśli chodzi o przewyższenia.
Niestety widoczność
była praktycznie zerowa. Gdyby nie to, że ciut ciężej mi się
kręciło to pod względem otoczenia czułbym się ja na nizinach.
Brak więc grubszej fotorelacji, poza tym nie było kiedy jej
wykonać, bo albo sapałem jadąc pod górę, albo trzymałem
panicznie kierownicę podczas zjazdów serpentynami (dzisiejszy Vmax
– 61,5 km/h, biorąc uwagę stan mojego roweru oznaczało to
turbulencje jak w tupolewie).
Najpierw skierowałem
się do jeleniogórskiego Sobieszowa.
Tam uwieczniłem
pięknie górujący nad Jelenią zamek Chojnik. Swego czasu, gdy
chodziłem tu do podstawówki wbiegaliśmy nań na WF-ie i jakoś nie
zastanawiało mnie, kto wpadł na tak abstrakcyjny pomysł, żeby
zbudować ten klocek tam, gdzie stoi do dziś :)
Od tego momentu
nastąpiła ośmiokilometrowa orka, czyli podjazd przez Jagniątków
do Michałowic. Tematu nie będę rozwijał, bo wstyd :) 
Za to na
górze czekałaby nagroda w postaci fajnego widoku, ale nie czekała,
bo po pierwsze ktoś skasował góry, a po drugie wyciął znaczną
ilość drzew.

Za osiem kilometrów
w górę otrzymałem tylko cztery w dół (ciekawostka), bo tyle było
do Piechowic. Potem, żeby mi nie było nudno, zacząłem kręcić
znów pod górę, do Szklarskiej Poręby Górnej. 
Tu też nie było
sprawiedliwości, bo wspinałem się przez ponad siedem, a zjeżdżałem
pięć :)
Końcówka to już
walka z wiatrem na osłoniętych przestrzeniach Trasy Czeskiej i
odcinka między Cieplicami a centrum. Generalnie wyjazd bez historii,
za to nie zmokłem, a i o dziwo nie zmarzłem, szczególnie podczas
jazdy pod dzisiejsze dwie solidne góry. A w sumie to nawet było mi
momentami ciut za ciepło, zupełnie nie mam pomysłu czemu :)
- DST 56.35km
- Czas 02:15
- VAVG 25.04km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 501m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Proszę słonia
Piątek, 19 maja 2017 · dodano: 19.05.2017 | Komentarze 8
Co do tytułu - czy ktoś pamięta z dzieciństwa (lub już nie) tę właśnie książkę Ludwika Jerzego Kerna? Mi się dziś przypomniała na trasie :)
Wpis będzie tekstowo krótki, bo jest późno, a moje samozaparcie w tematyce dodawania relacji - w ramach możliwości tego samego dnia - powoli staje się sporym wyzwaniem. Trzeba jednak mieć jakieś zasady, żeby kiedyś móc je złamać :)
No to lecimy. Trasa: bez pomysłu, ale z zacięciem na południowy wschód, żeby w końcu choć zahaczyć o Rudawy. Czyli: Jelenia Góra - Łomnica - Karpniki - Krogulec - Bukowiec - Mysłakowice - Karpacz Dolny - Ściegny (mimo że już na całe życie to będą Ścięgny) - Kowary - Przełęcz Pod Średnicą - Gruszków - Strużnica - Karpniki - Łomnica - Jelenia. Wiatr: napisać, że solidny to nic nie napisać. Rządził i dzielił, ale niech ma - dziś, podobnie jak wczoraj, wybaczam. A tak poza tym to upał (24 stopnie, fuuuuj) i zbyt słonecznie, co skończyło się bólem głowy, gdyż grzanie bani plus silne powiewy kończą się u mnie zawsze w ten sposób. Mimo wszystko.... nie narzekam :)
Z ciekawostek wyjazdowych - na jakimś dwudziestym kilometrze zorientowałem się, iż powodem mojej wolnej jazdy jest nie tylko aura, ale i nie do końca napompowana dętka w nowej oponie (która dała radę). Lekiem na zło okazał się kompresor na stacji, niestety ten automatyczny, którego nie lubię, bo kiedyś tak mi napompował, że z gumy mogłem składać puzzle :)
Czas na fotki. Mamy rzepak:
Mamy rudawskie cycuchy:
Mamy karpnickie landszafty:
Mamy sudecką panoramcię:
Mamy Karpaczio we fragmencie:
Mamy też siódmy grzech - jak na moje dotyczy on zachowania elementarnych zasad interpunkcji :) Poza tym to, co zrobili w Kowarach z dziko i kliamtycznie kiedyś spływającego z gór strumyka, woła o pomstę do gdzieś tam:
Mamy widoczek na prawdziwy świat zza siodełka :):
I w końcu mamy widok na karkonoskiego słonia. Proszę słonia.






