Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242716.25 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791323 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 52.25km
  • Czas 01:41
  • VAVG 31.04km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 227m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Koksiki

Niedziela, 28 maja 2017 · dodano: 28.05.2017 | Komentarze 8

W pracy musiałem pojawić się dziś w samo południe, co oznaczało wczesną pobudkę i tak samo wczesny wyjazd. Plus z tego był taki, że w kumulacyjnym momencie temperatura nie doszła do dwudziestu pięciu kresek, choć i tak był to już mój maks tolerancji na ciepło.

Wykonałem klasycznego "kondomika" z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Łódź, Stęszew i Komorniki do domu. Jechałem sobie najpierw spokojnie, solowo walcząc z podmuchami i z psującymi się słuchawkami (znów). W pewnym momencie, gdy w Puszczykowie intensywnie próbowałem wykonać kabelkowy cud reanimacyjny, usłyszałem koło siebie świst i zobaczyłem, że mija mnie kilkuosobowy rowerowy peleton. Wszyscy "pro", więc oczywiście ani cześć, ani pocałuj nas w SPD-y, bo przecież ja nie pro, tylko powietrze :) No ale cóż, nie zamierzałem się czepiać, tylko się podczepiać :) Zebrałem poślady i dzielnie trzymałem tempo przez dobrych kilka kilometrów, aż do Dymaczewa, gdzie musiałem się zatrzymać, żeby odebrać telefon. I wyjątkowo cieszyłem się z tego faktu, bo ekipa cisnęła godnie, mnie zaczynał już boleć łeb od upału (no nie jestem stworzony do ciepłego klimatu, nie ma co), a głupio było się tak odczepić bez powodu. Choć i tak by pewnie nikt nie zauważył, bo integracja z przelatującym komarem byłaby większa niż ze mną :) No cóż, dzięki owym koksikom przynajmniej mogłem zrobić sobie bazę do dokręcenia średniej, co łatwe nie było, bo wmordewind nie odpuszczał. Wyszło umiarkowanie przyzwoicie. Nie chcę znać wyniku koksików :)

Skleciłem wczoraj wieczorem pierwszy teścik tej mojej nowej chińszczyzny. Za dużo to z niego się dowiedzieć się nie da, ale za to można wirtualnie zwiedzić "słynną" stację kontroli pojazdów z Fiałkowa i poznać Łaciatka:)




  • DST 52.20km
  • Czas 01:45
  • VAVG 29.83km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 222m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Roklostrada

Sobota, 27 maja 2017 · dodano: 27.05.2017 | Komentarze 5

Upał się szykuje. Na razie jeszcze jest przyzwoicie, ale na początek kolejnego tygodnia zapowiadają Saharę. Czyli tak jak pisałem wcześniej - termin "wiosna" powoli przestaje oznaczać porę roku, która występuje w polskich warunkach. Aktualnie mamy albo zimę, albo lato. Nad jesienią jeszcze zawieszono parol niepewności.

Znów musiałem zmieścić się z pięcioma dychami przed pracą, znów też ciężko mi się wstawało. Gdy przeanalizowałem kierunek wiatru to mina mi zrzedła, bo północno-zachodni oznaczał telepanie się przez całe miasto, ale wnet przypomniałem sobie o nowo otwartym fragmencie Wartostrady i gęba mi się lekko rozjaśniła. I faktycznie - gdy już dotarłem do okolic Mostu Jadwigi i wleciałem na ten fajniutki kawałek asfaltu wzdłuż Warty, podróż do Śródki, a potem dokrętka aż do Bałtyckiej, była niemal sielska. Jednak już pojawiają się pierwsze minusy - teren zaczynają opanowywać rolkarze, pół biedy jeśli ci potrafiący w miarę jeździć, ale dziś prawie bym rozjechał stado pięcsetplusów, uczących się tej sztuki, oczywiście na wjeździe, gdzie jeszcze wydzielony jest pas dla rowerów. Wrrr.




Na Bałtyckiej praktycznie na równi jechałem przez jakiś czas z jednym kolarzem, full wypas rower, lemondka, te sprawy, pełne "pro". Na tyłku miał napisane CityZen, co rozbudziło moją ciekawość poznawczą. Bowiem już trzykrotnie (pisałem o tym zresztą jakieś pół roku temu) ten napis oznaczał jedno: buc (a nawet w jednym przypadku: bucka). Nie zawiodłem się - zero pozdrowienia, wzrok tępo przed siebie, nie mówiąc o uśmiechu. Rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę i pewnie nie będziemy tęsknić :)

Po raz pierwszy od dawna do Swarzędza dotarłem przejeżdżając fajnym kawałkiem przez wspomnianą Bałtycką, potem do Paczkowa, tam klasycznie skręt na Siekierki, Tulce i testowo przez Szczepankowo (moje zęby! Czy ktoś kiedykolwiek wyremontuje tę drogę?) oraz Rataje do domu. W tym Szczepankowie godnie usiadł mi na kole jakiś człowiek na crossie i towarzyszył dobrych kilka kilometrów, ale w końcu gdzieś odpadł i nie zdążyłem pogratulować zacięcia. A cały dzisiejszy wypad nawet mi się podobał, szkoda tylko, że musiałem zaliczyć ten spory kawałek miastem, bo mogła być przyzwoita średnia.

Aha, po czym poznać, że nadszedł "sezon"? Wystarczy wytężyć słuch. Mijałem i wyprzedzałem dziś ze trzy weekendowe rodzinne "masy krytyczne". Nie wiedziałem, że łańcuchy mogą wydawać aż tak różne, gwiżdżące, ćwierkające i przerażające dźwięki. Mogą :)




  • DST 52.30km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.53km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 170m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kruk i lis

Piątek, 26 maja 2017 · dodano: 26.05.2017 | Komentarze 8

Bywa często zwiedzionym,
Kto lubi być chwalonym.
Kruk miał w pysku ser ogromny;
Lis, niby skromny,
Przyszedł do niego i rzekł:
«Miły bracie, Nie mogę się nacieszyć, kiedy patrzę na cię!
Cóż to za oczy! Ich blask aż mroczy!
Czyż można dostać Takową postać?
A pióra jakie! Szklniące, jednakie.
A jeśli nie jestem w błędzie,
Pewnie i głos śliczny będzie»
Więc kruk w kantaty; skoro pysk rozdziawił,
Ser wypadł, lis go porwał i kruka zostawił.

Ignacy Krasiscki, "Kruk i lis".

Tyle w bajce. Dziś za to na trasie natrafiłem na sprawną współpracę dwóch kruków i jednego lisa, co prawda raczej nie przy serze, a przy jakiejś padlinie. Żałowałem jedynie, że nie mam przy sobie aparatu z jakimś porządnym zoomem, bo byłoby co kręcić. A tak wyszła pikselowa komórkwoa kaszanka, ale wklejam jako dowód, że ciekawe rzeczy można przyuważyć przy drogach serwisowych, takich jak ta koło Gołusek. W tle, jako dodatek do zestawu, spacerował sobie jeszcze żuraw, a na drodze rozpaćkany był jakiś nieszczęsny kot. Zdjęcie tego ostatniego biedaka sobie darowałem, ale ptaka dołączam w jeszcze większej pikselozie :)


Zrobiłem dziś próbę. Wiało z północnego zachodu, a ja ruszyłem najpierw na południe zamiast na północ (Dębiec – Luboń – Wiry – Komorniki – Szreniawa – Konarzewo – Trzcielin – Dopiewo – Palędzie – Dąbrówka – Plewiska – Poznań), bo skoro i tak czekał mnie wmordewind to może jakimś cudem udałoby się go oszukać…? No i już wiem – nie dałoby się. Gnojka jednego :)




  • DST 65.20km
  • Czas 02:17
  • VAVG 28.55km/h
  • VMAX 50.50km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 141m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Psia pogoda...

Czwartek, 25 maja 2017 · dodano: 25.05.2017 | Komentarze 7

...była wczoraj. Dziś już o wiele bardziej sympatyczna. Nie padało, pojawiało się nawet momentami słońce i było dość ciepło. No i wiatr spuścił z tonu, gdzieś do poziomu połowy z dnia powszedniego, czyli jedynie urywało łeb, a nie konary drzew :)

Ciężko mi się wstawało, więc wyruszyłem późno i nie miałem jak pokombinować z trasą - wykręciłem w związku z tym jeden z klasyków na zachód, z Dębca przez Plewiska, Zakrzewo, Sierosław, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę, znów Plewiska i do domu. Człowiek to jednak jest bydlę, które przystosowuje się szybko do trudnych warunków, w związku z czym pokonywanie rozkopanych Plewisk idzie mi coraz sprawniej, w czym zdecydowanie pomaga chwilowy daltonizm w temacie postawionej czasowo sygnalizacji.

W Fiałkowie zajechałem sobie na chwilę na teren coraz bardziej słynnej wśród rowerzystów z całego kraju stacji naprawy pojazdów, tej z napisem "Poznań Główny", wrakiem samolotu oraz znakiem nisko latających czarownic. Ledwo się pojawiłem podleciał do mnie i przywitał radośnie machający krzywym ogonem piesio, który rozbroił mnie kompletnie i dostał trochę głaskania gratis. Tak, to miejsce widocznie ma bardzo pozytywną aurę :)

Dokonałem dalszej części testów kamerki - wciąż jestem zadowolony, już drugi dzień :) Jednak posiadanie czegoś takiego na łbie daje sporo radochy, o której zapomniałem. Można dzięki niej uwiecznić choćby takie smaczki:

Oczywiście w realu tak panicznie to nie wyglądało :)

Jedyne na co narzekam w SJ4000 to bateria. Trzyma maks godzinę, czyli gorzej niż w starym GoPro. Ale główka pracuje i w internetach wyczytałem, iż jeden z głównych sklepów w Polsce prowadzących sprzedaż akcesoriów m.in. do SJCam znajduje się w Poznaniu, na ratajskim Osiedlu Orła Białego. Czyli: zadupie, ale bliskie zadupie :) Szybki telefon w celu upewnienia się czy da się bez wcześniejszego zamówienia zakupić na miejscu to, co potrzeba, i myk! Szybka akcja, korzystając z chwili spokoju w robocie zebrałem dupę w troki i pojechałem rowerem miejskim, czyli najszybciej jak się da. Za darmo. Bowiem dwa razy zmieniając sprzęt, czyli łącznie kręcąc trzema, zrobiłem jedenaście kilometrów z centrum i z powrotem (wyjątkowo dodaję tę liczbę do dzisiejszego ogólnego) nie wydając na to ani złotówki. Część z oszczędzonych kilku złotych za paczkomat została w mojej kieszeni, a część wylądowała w kapeluszu pewnego żebrzącego pana z pieskiem. Bo dziś (w sumie jak co dzień) psy mają u mnie same plusy :) A cała wyprawa była po zastępczą baterię, która kosztowała mnie całe 24 PLN. Mamusiu, jak ja kocham chińskie standardy cenowe! :P

Tak sobie jadąc cieszyłem się, że wyjątkowo nie miałem problemów ani z wypięciem, ani z wpięciem, ani ze stanem technicznym rowerów miejskich. Nawet zacząłem już wierzyć, że stał się cud i nadają się one do jazdy, gdy nagle na Moście Przemysła I przyuważyłem... :)




  • DST 31.50km
  • Czas 01:14
  • VAVG 25.54km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 87m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut kamerotestowy

Środa, 24 maja 2017 · dodano: 24.05.2017 | Komentarze 12

Pogoda zbiesiła się kompletnie. Jedyne na co było mnie stać rowerowego w dniu dzisiejszym to mały mikroglut, wykonany crossem pomiędzy jednym deszczem a drugim. Zresztą to "pomiędzy" zahacza o ostatnią ćwiartkę w prawie ulewie, więc formalnie nie spełnia warunków konkursu :)

Kręciłem głównie miastem, bo wiało, nie, przepraszam, nie wiało - wichurowało z północnego zachodu, więc zaliczyłem rundkę przez Górczyn, Bułgarską, Bukowską do Wysogotowa, tam skręt na Skórzewo i powrót przez Junikowo oraz ponownie Górczyn do domu. Momentami wiatr przestawiał minie na pas obok, ale to już jest takim standardem, że nawet się tym nie przejmowałem.

A wypadu nie mogłem odpuścić, nawet w tak skromnej wersji, gdyż chciałem wstępnie przetestować nowy nabytek. Tu krótki wstęp: pomny problemów, jakie bikestatowicz Bobiko miał z pękającymi samoistnie szkłem i obudową w Xiaoyi Yi Action 2 (jak to do cholery zapamiętać?), a w sumie to najbardziej z ich serwisem, postanowiłem nabyć sobie również chińszczyznę, ale dużo tańszą, W razie "w" wtedy łatwiej przeboleć stratę. Jako że moje dogorywające już powoli GoPro 2 jest baaaaardzo stare jak na sprzęt elektroniczny w tych czasach (coś około pięciu lat), a ja nie potrzebowałem fajerwerków i wodotrysków, wziąłem pod lupę skromny model o nazwie SJCam SJ4000. Decyzja o zakupie dojrzewała u mnie długo - jakieś 20 minut :) W końcu została podjęta, po analizie opinii w necie. Wziąłem "po kosztach" model bez wifi, bez bluetooth, bez 4K, bo to mi do szczęścia nie jest niezbędne, za to nagrywające w Full HD (to oczywiście mus) i z wodoodporną obudową. Cena - nieco poniżej trzech stówek. Wygląda toto tak jak poniżej, czyli w sumie tak samo jak wszystkie inne ;)

Najfajniejszym co mi się mogło trafić była zawartość pudełka. Około dziesięciu różnych mocowań, do tego pasujących również do GoPro... poezja :) Co dla mnie ważne - oprócz wodoszczelnej obudowy dodano jeszcze to, co na fotce otacza samą kamerkę, czyli leciutkie mocowanie na śrubę. Jest to o tyle istotne, że ta pierwsza jest dość ciężka, a ta druga powoduje, że sprzęt przyczepiony do kasku nie jest już taki upierdliwy, choć niewodoodporny, o czym dobitnie przekonałem się dziś, pod koniec jazdy będąc zmuszonym do schowania kamerki do kieszeni :)

No i powiem szczerze - póki co jestem mega zadowolony z zakupu. Jakość nagrań jest bardzo dobra, o dziwo stabilizacja jest podobna jak w starszych GoPro, przy niższej wadze. Jedyne moje zastrzeżenie to mikra bateria (900 mAh), ale raz, że nie jestem pewien czy doładowałem ją wczoraj do końca, dwa - można za jakieś groszki kupić zapasową, bo SJCam przewidziało jej wymienność. Spoko rozwiązanie. Generalnie po tej godzince zabawy miałem tylko jedną kreskę, mimo że nie nagrywałem non stop. Kwestia do dalszego testowania.

Kilka print screenów z dzisiejszej walki prowadzonej w ciężkich warunkach jeśli chodzi o oświetlenie, obrazujące mam nadzieję jakość nagrań. Ostatni, gdy już zaczynało lać.




Podsumowując: pierwszy test wyszedł jak najbardziej na TAK. W relatywnie niskiej cenie mam to, czego potrzebuję, co prawda za wifi/bluetooth bym się nie obraził, ale bez tego da się żyć, a przynajmniej przeżyłem dotychczasowe przygody z poprzedniczką. Cóż, niewykluczone, że owa chińszczyzna pewnego dnia mi wybuchnie na kasku, a ja zostanę oskarżony o międzynarodowy terroryzm i mianują mnie jakimś kretyńskim męczennikiem, ale... cóż, raz się żyje. Bum! :)




  • DST 56.25km
  • Czas 01:56
  • VAVG 29.09km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 21.0°C
  • Podjazdy 175m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Oh Man...

Wtorek, 23 maja 2017 · dodano: 23.05.2017 | Komentarze 8

Najpierw o trasie: z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek, Wiórek, Babki, Daszewice, Kamionki, Koninko, Krzesiny, a końcówka przez Starołękę. Kij z tym, że była ona zagmatwana i logiczna niczym Festiwal w Opolu w Kielcach, ale wystarczyłoby ją przejechać w odwrotnym kierunku i miałbym nie tylko wiatr w 100% w plecy, ale i pewnie bym uszczknął jakiegoś KOM-a. A tak... standardowo - wmordewind przechodził w ryjowind, a czasem nawet w pyskowind. Jednak hitem była sytuacja w okolicach Minikowa, gdy walcząc z wiatrem przyuważyłem, że jadący z naprzeciwka rowerzysta... robi to samo, co wynikało z jego ruchów i zacięcia na twarzy. Tego jeszcze nie grali :)

A tak poza tym to sympatycznie się kręciło. Nie brakowało oczywiście imbecyli, dla których podwójna ciągła to oznaczenie zachęty do wyprzedzania na trzeciego, ale przecież w tym kraju to widok znany i klasyczny niczym bocian na wiosnę. Za to słynna (mam nadzieję, bo poświęciłem jej już z setkę wpisów) ulica Starołęcka zyskała dziś nową atrakcję. Mam postulat, żeby regularnie robić na niej zawody parkourowców, choć pewnie zagrożenie by było za duże, bo tego, co tu się może jeszcze zdarzyć ludzki mózg nie przewidzi :)

PS. dla tych spoza Poznania - cała szerokość mega obleganej Starołęckiej to przestrzeń między prawym bokiem niebieskiego auta i lewym reflektorem MAN-a.




  • DST 51.75km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.23km/h
  • VMAX 53.50km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 152m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Prawie że żabity

Poniedziałek, 22 maja 2017 · dodano: 22.05.2017 | Komentarze 7

Jakby co - nie ma literówki w tytule. Nie tyle dziś o mało co nie zostałem zabity, a żabity. Bowiem niedługo po starcie, na ulicy Jesionowej, prawie zrobił ze mnie miazgę wyjeżdżający z bocznej pracownik Żabki, w odblaskowym zielonym wozie. W reakcji usłyszał ode mnie sporą dawkę mało kulturalnego kłapania dziobem (styl bociana), ale chyba - nomen omen - skumał, bo po chwili grzecznie przeprosił. Choć tyle.

W ogóle to dziś miałem twarde zderzenie z roboczą rzeczywistością. Jechałem na północ, przez całe miasto, więc najpierw zaliczyłem wszystkie możliwe czerwone światła, a następnie zakwitłem przed zamkniętym przejazdem kolejowym na Golęcinie. To chyba zresztą była już faza późnego kwitnienia, bo dróżnik widocznie zaniemógł na dłużej w toalecie, gdyż korek łącznie w obie strony miał dwa kilometry (patrzyłem na licznik). A w Kiekrzu, do którego dotarłem przez Strzeszyn, sportem regionalnym stało się ostatnio transportowanie czterech liter samochodem między jednym sklepem a drugim, położonym po przeciwnej stronie ulicy, więc i tam było sympatycznie. Odżyłem dopiero za zakrętem na Rogierówko, potem przeżyłem katusze na DDR-kach w Sadach oraz Lusówku, by pod koniec już walczyć głównie z wiatrem, który jak zwykle zmieniał kierunek wraz ze mną, oraz kolejnym etapem rozpierduchy w Plewiskach.

No, to wiem, że żyję po tych czterech dniach wolności :) Nie ma to jak wylądować twardo tyłkiem na ziemi, gdy było się bliżej chmur. 

PS. W górach aż tak nie wiało jak tu. Zaczynam się coraz bardziej utwierdzać w jakimś wietrznym spisku, który ktoś złośliwie zesłał mi na te tereny.




Kacze ostatki

Niedziela, 21 maja 2017 · dodano: 21.05.2017 | Komentarze 13

Ostatni – niestety – wolny dzień spędzony w górach rozpoczął się od wczesnego wstawania (bo póki co nie opanowaliśmy jeszcze umiejętności teleportacji, choć próby intensywnie trwają), żeby w rozsądnych godzinach wrócić na płaszczyzny. Przyznane mi łaskawie dwie godzinki na rower postanowiłem wykorzystać na odwiedzenie Gór Kaczawskich. No dobra, nie będę ściemniał – osobiście wolałbym jechać bardziej na południe, ale wiatr mnie zmusił do wyboru takiego właśnie azymutu. I zdecydowanie nie żałuję.

Tak w ogóle to podczas tego weekendowo-z-okładem-wypadu udało mi się wykorzystać do cna położenie Jeleniej Góry. Kotlina ma swoje plusy i minusy, ale największym pozytywem jest fakt, iż wszędzie dokoła są góry, co zapewniało mi zawsze mentalny komfort, że wraca się zjeżdżając, a nie wjeżdżając :) A ja tym razem z powodów nie do końca zależnych ode mnie zaliczyłem: w czwartek samą Jelonkę w wersji wschodnio-zachodnio-południowo-pólnocnej, czyli kompletny miks wszystkiego, w piątek kawałek Karkonoszy i Rudaw, wczoraj Karkonosze i Izery, dziś za to przyszedł czas na chyba jedne z najmniej popularnych, ale równie piękne (pod warunkiem, że człowiek nie zapuści za bardzo na północ, bo tam już robi się syf). A że ich nazwa ostatnimi czasy źle się kojarzy - trudno. Mimo wszystko nie będę za jej zmianą, gdy w końcu nastąpią czasy powszechnej dekaczyzacji :)

No to do konkretów. Trasę sobie wymyśliłem jako prostą z odnogami. Pierwszą z nich była ukazywana już przez mnie tu kilka razy monstrualna zapora w Pilchowicach. Co tu dużo pisać – wystarczy obejrzeć. I niech ktoś mi jeszcze powie, że Niemiaszki są przereklamowane :)




Cofnąłem się do głównej drogi i ruszyłem do Wlenia. Veni, vidi, vici, wystarczyło mi „uroku” tej miejscowości na tyle, żeby zakręcić się na kole i szybko wrócić swoimi śladami. Za to pod koniec podjazdu pod Strzyżowiec przyuważyłem tablicę ukazującą ciekawą polsko-czesko-niemiecką historię tej wsi, a i w sumie całego regionu. Tylko jakoś za cholerę mi te osiemset lat nie pasuje, skoro wykonano ją zaledwie kilka kat temu, w 2014 :)

Ostatni etap był jednocześnie najbardziej wyczerpujący. W Jeżowie skręciłem bowiem na czterokilometrową randkę z Górą Szybowcową. I była to jak zwykle randka z użyciem przemocy, procentowych pejczy i innych narzędzi pieszczot. Gratisowe atrakcje dodawał wiejący mocno w pysk wiatr. Mój ulubiony fragment, który żeby docenić powinno się wziąć pod lupę podbudówkę chałup, prezentuję poniżej :)

Sapiący i prychający dotarłem na szczyt, gdzie jak zwykle czekała nagroda. Nie, nie, nie… Tych szukających już wzrokiem słowa „piwo” przywołuję do porządku :) Chodziło o widoki.




Pokontemplowałem (czytaj: złapałem oddech), pofociłem i rozpocząłem zjazd, który za szeroki nie jest, a ja jeszcze doznałem przyjemności mijanki na serpentynce z jakimś autobusem, który cholera wie co robił w tym miejscu. Było… ciekawie.

Finisz to jeszcze mała objazdówka miasta, złapanie panoramy centrum Jeleniej i… koniec. Czas wracać. Odpocząłem, pogoda dopisała, udało się sporo pokręcić po „moim”. Czemu za to nie płacą i od jutra muszę wracać do roboty? :(



Kategoria Góry


Bezgórnie

Sobota, 20 maja 2017 · dodano: 20.05.2017 | Komentarze 9

Prognozy pogody sprzed dwóch dni: zapowiada się przepiękny, słoneczny i pogodny weekend. Tylko korzystać i uważać na upały!

Prognoza pogody usłyszana dziś w radio: zgodnie z zapowiedziami nad Polskę dotarły chmury z przelotnymi opadami deszczu. Ponadto zrobiło się zimno.

To ten… :)

Na szczęście e okolicach Jeleniej nie padało, ale w zamian zaraz po porannym wyruszeniu zacząłem się zastanawiać czy nie wrócić i nie ubrać kolejnej porcji ciuchów. Jednak stwierdziłem, że twardym trza być, nie miętkim i z zamiaru zrezygnowałem. Za to postanowiłem zapodać sobie dziś w końcu mini hardkora – w mojej głowie zakwitła trasa całkiem konkretna jeśli chodzi o przewyższenia.

Niestety widoczność była praktycznie zerowa. Gdyby nie to, że ciut ciężej mi się kręciło to pod względem otoczenia czułbym się ja na nizinach. Brak więc grubszej fotorelacji, poza tym nie było kiedy jej wykonać, bo albo sapałem jadąc pod górę, albo trzymałem panicznie kierownicę podczas zjazdów serpentynami (dzisiejszy Vmax – 61,5 km/h, biorąc uwagę stan mojego roweru oznaczało to turbulencje jak w tupolewie).

Najpierw skierowałem się do jeleniogórskiego Sobieszowa.

Tam uwieczniłem pięknie górujący nad Jelenią zamek Chojnik. Swego czasu, gdy chodziłem tu do podstawówki wbiegaliśmy nań na WF-ie i jakoś nie zastanawiało mnie, kto wpadł na tak abstrakcyjny pomysł, żeby zbudować ten klocek tam, gdzie stoi do dziś :)

Od tego momentu nastąpiła ośmiokilometrowa orka, czyli podjazd przez Jagniątków do Michałowic. Tematu nie będę rozwijał, bo wstyd :)

Za to na górze czekałaby nagroda w postaci fajnego widoku, ale nie czekała, bo po pierwsze ktoś skasował góry, a po drugie wyciął znaczną ilość drzew.

Za osiem kilometrów w górę otrzymałem tylko cztery w dół (ciekawostka), bo tyle było do Piechowic. Potem, żeby mi nie było nudno, zacząłem kręcić znów pod górę, do Szklarskiej Poręby Górnej.

Tu też nie było sprawiedliwości, bo wspinałem się przez ponad siedem, a zjeżdżałem pięć :)

Końcówka to już walka z wiatrem na osłoniętych przestrzeniach Trasy Czeskiej i odcinka między Cieplicami a centrum. Generalnie wyjazd bez historii, za to nie zmokłem, a i o dziwo nie zmarzłem, szczególnie podczas jazdy pod dzisiejsze dwie solidne góry. A w sumie to nawet było mi momentami ciut za ciepło, zupełnie nie mam pomysłu czemu :)


Kategoria Góry


Proszę słonia

Piątek, 19 maja 2017 · dodano: 19.05.2017 | Komentarze 8

Co do tytułu - czy ktoś pamięta z dzieciństwa (lub już nie) tę właśnie książkę Ludwika Jerzego Kerna? Mi się dziś przypomniała na trasie :)

Wpis będzie tekstowo krótki, bo jest późno, a moje samozaparcie w tematyce dodawania relacji - w ramach możliwości tego samego dnia - powoli staje się sporym wyzwaniem. Trzeba jednak mieć jakieś zasady, żeby kiedyś móc je złamać :)

No to lecimy. Trasa: bez pomysłu, ale z zacięciem na południowy wschód, żeby w końcu choć zahaczyć o Rudawy. Czyli: Jelenia Góra - Łomnica - Karpniki - Krogulec - Bukowiec - Mysłakowice - Karpacz Dolny - Ściegny (mimo że już na całe życie to będą Ścięgny) - Kowary - Przełęcz Pod Średnicą - Gruszków - Strużnica - Karpniki - Łomnica - Jelenia. Wiatr: napisać, że solidny to nic nie napisać. Rządził i dzielił, ale niech ma - dziś, podobnie jak wczoraj, wybaczam. A tak poza tym to upał (24 stopnie, fuuuuj) i zbyt słonecznie, co skończyło się bólem głowy, gdyż grzanie bani plus silne powiewy kończą się u mnie zawsze w ten sposób. Mimo wszystko.... nie narzekam :)

Z ciekawostek wyjazdowych - na jakimś dwudziestym kilometrze zorientowałem się, iż powodem mojej wolnej jazdy jest nie tylko aura, ale i nie do końca napompowana dętka w nowej oponie (która dała radę). Lekiem na zło okazał się kompresor na stacji, niestety ten automatyczny, którego nie lubię, bo kiedyś tak mi napompował, że z gumy mogłem składać puzzle :)

Czas na fotki. Mamy rzepak:

Mamy rudawskie cycuchy:

Mamy karpnickie landszafty:

Mamy sudecką panoramcię:

Mamy Karpaczio we fragmencie:

Mamy też siódmy grzech - jak na moje dotyczy on zachowania elementarnych zasad interpunkcji :) Poza tym to, co zrobili w Kowarach z dziko i kliamtycznie kiedyś spływającego z gór strumyka, woła o pomstę do gdzieś tam:

Mamy widoczek na prawdziwy świat zza siodełka :):

I w końcu mamy widok na karkonoskiego słonia. Proszę słonia.



Kategoria Góry