Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242585.35 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791222 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 53.40km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.81km/h
  • VMAX 52.70km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 184m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Genialnościowo

Niedziela, 16 września 2018 · dodano: 16.09.2018 | Komentarze 11

Genialność pogodowa powróciła. Jakby takie dni były częściej, sumiennie bym obiecał na piśmie, że marudzić nie będę, co przyszłoby mi o tyle łatwiej, że nie miałbym na co. Interes życia :)

Wiało raz mocniej, raz słabiej, ale przede wszystkim przewidywalnie. Plus największy. Nie było gorąco. Plus następny. Był mały ruch. Plus kolejny. Na koniec plus ewenementowy: chyba po raz pierwszy w życiu udało mi się przejechać przez cały Luboń bez ANI JEDNEGO zatrzymania (zdarzały się jedynie zwolnienia przy włączaniu do ruchu), co po części wynikło z kilku powyłączanych świateł, niespotykanej zielonej fali, ale przede wszystkiej mojej autorskiej trasy, która zamiast prowadzić drogą najprostszą, jest szeregiem skrętów, podjazdów, zjazdów i liczenia na cud. Pewnie druga taka okazja trafi mi się po kolejnej epoce lodowcowej, więc jest co celebrować :)

Cała dzisiejsza trasa: Poznań - Luboń - Łęczyca - Wiry - Komorniki - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Dąbrówka - serwisówki - Plewiska - dom. Tutaj Relive.

W Dopiewie czekała mnie niespodzianka. Byłem pewien, że sezon dożynkowy już się skończył, a tu proszę:

Rok temu były tu Minionki :) A tak w ogóle, to zrobienie tego zdjęcia kosztowało mnie sporo nerwów, bo w kadr właził mi co chwilę jakiś bachor, wrrrrróć, poprawność polityczna, miła mała osóbka, która będzie mnie utrzymywała na emeryturze. Dopiero jak rodzice odkleili ją od tego czegoś po prawej, dało się przejść do rzeczy :)

A po południu jeszcze osiem kilometrów spaceru z Kropą wzdłuż reklamowanego tu już kilka razy genialnego Nadwarciańskiego Szlaku (Rowerowego) między Łęczycą a Puszczykowem. Ludzi masa, rowerzystów masa, psów masa, ale na szczęście bezmózgów nie odnotowano, więc w ten ciężki dla miłośnika ciszy i przyrody dzionek (niehandlowa niedziela) wypad udany. Kilka fotek poniżej, co oznacza, że pod koniec miesiąca będą albo relacje tylko tekstowe, albo znów nastąpią przeprosiny z PBS :)










Kategoria Dożynki!!! :)


  • DST 52.10km
  • Czas 01:43
  • VAVG 30.35km/h
  • VMAX 53.40km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 216m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Szoszowrót

Sobota, 15 września 2018 · dodano: 15.09.2018 | Komentarze 23

Dwa dni bez szosy i już się ckniło :) Na szczęście nastąpiło dziś polepszenie pogody do wersji niemal idealnej: zachmurzone niebo i kilkanaście stopni na plusie, czyli w to mi graj, więc i w ruch poszły węższe opony. Głodek niniejszym został zaspokojony.

Wiało całkiem solidnie z południa i zachodu, ale bardziej przejmowałem się korkami, względnie one przejmowały się mną. Pomiędzy nimi dało się jednak całkiem rozsądnie kręcić, stąd lekki smuteczek, że spieprzyły mi średnią, jednak mimo wszystko wyjazd na plus - nie mam na co narzekać, zupełnie jak nie ja :)

Trasa to najbardziej klasyczne "kondominium": Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Dymaczewo - Łódź - Stęszew - Szreniawa - Komorniki - Poznań.

W Łęczycy wciąż dziadyga strajkuje (nie żebym tęsknił), za to w dość szybkim tempie rośnie ilość liści na DDR-ce, więc gwarantowana jesienna gleba zbliża się wielkimi krokami. Lub kołami :)

Wyjątkowo kręciłem dziś w Luboniu najkrótszą drogą z Dębca, czyli przez ulicę Armii Poznań. Każdy, kto nią kiedykolwiek jechał wie, czemu należy jej unikać, ale jakoś tak dziś wyszło. Oczywiście olałem na całej długości śmieszkę leżącą po lewej stronie, ale pod sam koniec zlitowałem się nad dwoma tirami sapiącymi centralnie za mną i wjechałem sobie na mający mniej niż rok wiadukt lubońsko-pkp-owski. Nie ma co, jak takie combo zrobi DDR-kę, to nie ma... wiadomo czego gdzie :)


Pewnie już ten kadr zamieszczałem, ale wciąż mnie fenomen drogi donikąd nurtuje. Jak i to, że jeszcze nikt przez taki czas nie rozkradł tych kostek z pozbruku - byłoby to o tyle proste, że jedną z drugą łączy jedynie grawitacja :)




  • DST 53.60km
  • Czas 01:59
  • VAVG 27.03km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 253m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Słodkościsk

Piątek, 14 września 2018 · dodano: 14.09.2018 | Komentarze 14

Noooo, dziś to już padało. Oczywiście w realu, bo prognozy pokazywały słońce, ale przecież wiadomo, że nie służą one uzyskiwaniu jakichkolwiek wiarygodnych informacji, a bardziej zapewnieniu stabilnej posadki upadłym celebrytom i niedojrzałym paniom oraz panom wróżącym z pogodowych fusów.

Jak wiadomo, naród polski jest niezwykle słodki. Czyli z cukru. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, iż nawet najmniejsza mżawka (a taka dzisiaj była) powoduje, że ludzkość zapomina o komunikacji miejskiej, spacerach czy rowerze, tylko pcha swe szanowne litery w samochód, oczywiście przy okazji jeszcze bardziej korkując miasto. A że naturę mam taką, iż idę (jadę) pod prąd, ruszyłem o tej ósmej rano właśnie na dwóch kółkach.

Wykonałem północno-wschodnią pętelkę, z domu przez Lasek Dębiński...

...zachodnią część Wartostrady, okolice Malty, Główną, Bogucin, Janikowo, Kobylnicę, znów kopsnąłem się traktem leśnym pomiędzy nią a Wierzonką (na Wierzenicę jeszcze czas przyjdzie)...

...wykonałem podjazd i zjazd z Karłowic (uciekła mi sprzed pyska czapla biała, zanim zdążyłem wyjąć telefon :/), następnie Mielno, Kicin, Koziegłowy, Gdyńska, Bałtycka i przez wschodnią część Wartostrady do domu. Tak jak na Relive. Pod wiatr, a potem pod wiatr, bo się zmienił, ale jadąc crossem miałem mniejsze ciśnienie na przejmowanie się tym gnojem.

Do dziś nie mogę zrozumieć idei, która zrodziła się w głowie konstruktora tego czegoś, co jest elementem oddanej rok temu do użytku DDR-ki przy Gdyńskiej.

Dodam tylko, że zdjęcie robiłem stojąc pod kątem prostym od piktogramu na pierwszym planie. Po śladzie na trawniczku widać, czym się różni świat rowerzysty od świata projektanta. To zdecydowanie dwa odrębne wszechświaty :) Pochwalę się, że raz udało mi się jadąc szosą wejść w te "dwa razy po 90 stopni" bez zatrzymywania, ale potraktowałem to jako zabawę i zbieranie doświadczenia na wypadek, gdybym zechciał kiedyś zostać cyrkowcem.




  • DST 54.10km
  • Czas 02:00
  • VAVG 27.05km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 209m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Misja "stopka"

Czwartek, 13 września 2018 · dodano: 13.09.2018 | Komentarze 20

Prognozami pogody dostępnymi w internecie zajmował się dziś prawdopodobnie jakiś stary góral. Po analizie kilku portali wiedziałem bowiem jedno: będzie deszcz.

Albo go nie będzie.

Obie wersje były tak samo wiarygodne. Zachmurzenie było spore, jednak na moje oko nie groziło ulewą, więc że pokręcę wiedziałem, nie wiedziałem jedynie czym.

Jako że jazda szosą po potencjalnym mokrym zakrawa o sport ekstremalny, do tego lubię mieć sucho w okolicach swoich czterech liter, wybrałem do jazdy crossa, zaopatrzonego w zapas błotników - tak z tyłu, jak i od niedawna z przodu. Miałem również ku temu jeszcze jedną motywację: w końcu, po bodajże siedmiu latach od zakupu, pozbyłem się stopki rowerowej, która była w takim stanie, że służyła mi za podpórkę również podczas jazdy, do tego na większości lewoskrętów robiła dziury w asfalcie :) Podczas ostatnich miesięcy jej użytkowania nabawiłem się nawet natręctwa w postaci kompulsywnego uderzania podczas jazdy nogą w tylną część ramy, żeby w miarę skierować podpórkę w kierunku poziomym, a nie pionowym. Nadeszła jednak wiekopomna chwila i rano przed wyjazdem zamontowałem nową, tym razem nie z boku, a na środku, zaraz za korbą. Dla mnie nowy patent, wygląda tak samo pokracznie, ale zawsze to jakiś powiew nowości na rozpadającym się trupie.

Ruszyłem po ósmej, zaopatrzony w plecak, w którym schowałem kurtkę przeciwdeszczową. Wiało solidnie z północy, więc doczłapałem się najpierw do Watostrady, a w sumie to do jej starej, "lekko" już zdemolowanej części, do której da się od niedawna dojechać od strony Hetmańskiej bez konieczności (jak przez jakieś ostatnie, eeee, dziesięć? lat) schodzenia po schodach. Na styku z nowszą częścią wyhaczyłem marinę nad Wartą, więc korzystając z okazji, że nie jadę szosą, skręciłem na pomost. Zresztą niezbyt stabilny.


Potem myk przez Śródkę i dalej naszą najlepszą poznańską ścieżką rowerową do skrzyżowania z Hlonda, pod którym faktycznie, tak jak pisał Remik, da się jednak przejechać. Dzięki za info, to ułatwia kilka spraw :) 

Dalej, na Gdyńskiej, widząc koszmarne korki na ulicy, doceniłem, że faktycznie czasem dobrze zrobione (i tylko pod tym warunkiem) DDR-ki się przydają. Minąłem Koziegłowy i Czerwonak, by pojawić się w 'słynnych" Owińskach, na które przez zakazy nie ma mocnych i trzeba się masakrować dwukrotnie lewo-prawo-lewo-prawo po najbardziej klasycznej z gównianych kostek. Na tle których pięknie prezentuje się nowa stopka :)

Przy okazji cyknąłem z daleka dachy zespołu pocysterskiego

Finalnie dotarłem przez Bolechowo do obwodnicy Murowanej Gośliny, gdzie zawróciłem i popędziłem swoimi śladami. Tym razem z wiatrem bocznym i takim lekko w ryj, bo oczywiście raczył się zmienić.

Nad Wartą wyprzedziłem jeszcze statek "Bajka" (kiedyś nim płynąłem)...

...a jeszcze wcześniej, na wspomnianym odcinku pod Hlonda, uwieczniłem jeszcze takie oto coś:

Myślałem, czy nie zrobić z powyższego widoku pierwszego zdjęcia we wpisie, co by pewnie przez ukazanie go w ikonce z miniaturkami skutkowało biliardem wejść i zapchało mi bloga, ale stwierdziłem, że jednak od tanich prowokacji są inni :) 

W sumie fajnie mi się kręciło dawno nieużywanym crossem. A stopka spisała się na medal.

Tu Relive.

Aha, oczywiście nie padało :)




  • DST 51.80km
  • Czas 01:46
  • VAVG 29.32km/h
  • VMAX 50.60km/h
  • Temperatura 27.0°C
  • Podjazdy 232m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Błee...

Środa, 12 września 2018 · dodano: 12.09.2018 | Komentarze 21

Wszystko, co dobre, szybko się kończy, więc i fajnej pogody nastał kres. Dziś było nie tylko znów gorąco (błeeee), słonecznie (błeeee), ale przede wszystkim ponownie wietrznie (błeeeeeeee), i to jak najbardziej standardowo - gdy jechałem na południe, to walczyłem z wiatrem, gdy skręciłem na zachód, to walczyłem z wiatrem, a gdy zawróciłem na północ, to oczywiście walczyłem z wiatrem. Co lepsze, flagi pokazywały na tym ostatnim odcinku, że mi pomaga, gdy tymczasem co chwilę dawał w pysk. Więc nie tylko media, z największym akcentem na jedno, kłamią, ale również siły natury. Zła zmiana poszerza swe kręgi :)

Wykonałem "kondominium" w wersji: Poznań - Luboń - Komorniki - Szreniawa - Stęszew - Łódź - Dymaczewo - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań. Korki i ludzka tępota zmiażdżyły mnie jak zwykle w Luboniu (przerabiałem dwukrotnie), w Mosinie udało mi się je sprytnie ominąć bokiem. Na światła wszędzie i zawsze czerwone patentu już nie miałem.

Świat zaczyna już powoli, na szczęście bardzo powoli, łysieć.

Koło Stęszewa miałem okazję zapoznać się z bliska z programem CzłowiekToGnój+, bo wyprzedzały mnie dwa transporty śmierci (i śmierdzi) pod rząd: najpierw ze świniami jadącymi na rzeź, a potem drobiem, podążającym z grubsza w tym samym celu. Zawsze mnie dołują takie obrazki. Homo sapiens jest zaskakująco pomysłowy i ekonomiczny, gdy na tapecie ma masowe pozbawianie gatunków, także swojego, życia.




  • DST 53.50km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.28km/h
  • VMAX 54.50km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 207m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

W DPS-ie :)

Wtorek, 11 września 2018 · dodano: 11.09.2018 | Komentarze 15

Jeśli ostatnio pogoda była idealna, to dziś była najidealniejsza :) Temperatura nie przekraczała dwudziestu stopni, przez większość czasu słońca nie widziałem w ogóle, a do tego towarzyszył mi - a chyba najbardziej pasuje tu słowo popierdywał - delikatny deszczyk. Taki przyjemny, ledwo odczuwalny. Nic, tylko kręcić.

No to kręciłem. Skierowałem się na zachód, bo stamtąd wiało (też niezbyt silnie) - z Poznania przez Luboń, gdzie znów nastąpiła awaria świateł, dzięki czemu nawet dałoby się przejechać całkiem płynnie, jednak lubońscy kierowcy to klasa sama w sobie, więc i tak stałem, potem Wiry, Komorniki, Szreniawa, Rosnowo, Chomęcice, Konarzewo, Trzcielin, gdzie wpadłem na pomysł odwiedzenia Lisówek. Wiem, wiem, mało komu mówi to cokolwiek, ale znajduje się tam Dom Pomocy Społecznej, który sam w sobie wabikiem jest słabym, jednak ponad dwa kilometry w jedną stronę przyzwoitego asfaltu w środku pięknego lasu to coś, za czym raz na jakiś czas tęsknię.

Udało mi się akurat trafić na możliwość wjazdu na teren DPS-u (po raz pierwszy) i w sumie mógłbym tam się trochę postarzeć. Ale maks kilka dni :) Cisza, spokój, ptaki śpiewają, choć jak na moje budynek kościoła mógłby być ciut mniejszy względem reszty zabudowań. Najlepiej o sto procent :)


Wróciłem do Trzcielina, następnie dotarłem do Dopiewa, które objechałem "obwodnicą", czyli kilometrem pustej i sympatycznej drogi wzdłuż torów, na której niestety zauważyłem, że budują 'coś"... To zapewne będzie śmieszka, może z asfaltu, może nie, ale mi się nasuwa jedno podstawowe pytanie: po ch...olerę? :) Przecież jest tyle dziurawych traktów w gminie, które można by było wyremontować, zamiast wtapiać kasę w DDR-kę prowadzącą z pola prosto na pole :/ No nic, póki co można kręcić bez dylematów, co będzie później, się zobaczy.

Potem już standardowo: Dopiewiec, Palędzie, Gołuski (tam wciąż wahadło) i przez Plewiska do domu.

We wspomnianych Plewiskach zostałem bohaterem. Uratowałem życie. Swoje :) Bowiem gdyby nie mój wyjątkowo głośny ryk, który dotarł przez blachę jakiegoś czterokołowego szrotu do uszu dziadka wyjeżdżającego z bocznej uliczki, pewnie teraz pisałbym z OIOM-u...

Tutaj Relive.




  • DST 54.00km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.57km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Podjazdy 242m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Końskie zdrowie...

Poniedziałek, 10 września 2018 · dodano: 10.09.2018 | Komentarze 14

...mieć trzeba, żeby chorować. To powszechnie znana prawda.

Dziś nie musiałem iść do pracy. W związku z tym wstałem o godzinie... szóstej trzydzieści. Bowiem wziąłem wolny dzień, żeby towarzyszyć osobistej Teściowej w przyjęciu do szpitala, na przełożoną miesiąc temu operację. Poranne korki irytowały koszmarnie, jednak jak się okazało - niepotrzebnie. Bowiem po raz kolejny okazało się, iż główna zasada w tego typu przybytkach jest z grubsza taka: "szanowny pacjencie, umawiamy cię na godzinę ósmą, pamiętaj, żeby być punktualnie, dzięki temu będziemy mogli zauważyć twoją obecność gdzieś około dziesiątej, a już o jedenastej masz nawet szansę pojawić się na oddziale".

Cóż, tak właśnie było. W pewnym momencie pomyślałem, czy i ja bym sobie nie pyknął przy okazji badania krwi, skoro jestem na czczo :) W sumie jednym plusem długiego oczekiwania była możliwość podziwiania tej bardziej nowoczesnej części Starego Miasta, zza szpitalnego okna.

W końcu przyjęcie stało się faktem, a ja wróciłem do domu, mając w planach rowerowanie, choć niewyspanie plus zaiste letnia temperatura nie prognozowały przyjemnej jazdy. Jednak o dziwo poszło przyzwoicie. Wiatr lekko, ale bardzo lekko, dokuczał, korki w Luboniu i Mosinie były jak zawsze, choć dzięki ruszeniu w samo południe udało mi się uniknąć tych najbardziej upierdliwych.

Z trasą nie kombinowałem: Poznań - Luboń - Łęczyca - Mosina - Żabno - Żabinko, tam nawrotka i powrót swoimi śladami.


W drodze powrotnej, z grubsza przez całą Mosinę, towarzyszył mi taki widok. Na szczęście było to kino maksymalnie 2D, bez efektów zapachowych ;) A konie w pewnym momencie odwróciły łby na ile się dało i dały znać, że mnie widzą, choć to może być jedynie moja wyobraźnia. Co ciekawe, przyczepa miała po bokach napisy z logo PKP Cargo, co mi jakoś zupełnie nie pasuje do rumaków sportowych.

Tutaj Relive.




  • DST 55.10km
  • Czas 01:49
  • VAVG 30.33km/h
  • VMAX 60.00km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 300m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pół godziny w Mieście Rzeźników

Niedziela, 9 września 2018 · dodano: 09.09.2018 | Komentarze 8

W końcu udało mi się jako tako wyspać. Fajne to :) W związku z tym ruszyłem późno, zupełnie nie jak ja, bo przed jedenastą, jednak paradokslanie dało mi to pewien luz na dalszą drogę. Planów - prócz rodzinnego spaceru z psem - większych nie miałem, więc i niespiesznie zabrałem się za nabijanie kilometrów.

Ale ani specjalnie mocno nie wiało (o dziwo), ani ruchu czterokołowego dużego nie było, w związku z czym nie narzekałem, tylko spokojnie robiłem swoje. Minąłem Luboń, Łęczycę (tym razem niedzielniaki zamiast dziadygi, co jest nawet gorsze), Puszczykowo i dotarłem do Mosiny. Skoro już tam byłem, trzeba było skopać średnią - podjazd Pożegowską wydawał się więc naturalny. Wykonałem, a na zjeździe udało się dobić do sześciu dych.

Na dole rozkręcała się moja ulubiona mosińska impreza - zbierała się Kolej Drezynowa na Osową Górę, więc zatrzymałem się na chwilę pozazdrościć, bo to kolejny rok, kiedy nie mogę się zmobilizować czasowo i nią przejechać.


Wróciłem na swój stały szlak, przez Krosinko, Dymaczewo, Łódź, Witobel, by zawitać w końcu do Stęszewa, który zwykle pokonuję "centralnie", bo na obwodnicy straszy koszmarna DDR-ka, więc wybieram mniejsze zło. Generalnie, nie ma co ukrywać, owo miasteczko nie jest pierwszym wyborem turystów z całego świata, więc staram się przemykać jak najszybciej, jednak dziś było inaczej. Kątem oka zauważyłem bowiem otwarte drzwi pewnego przybytku, który od zawsze bardzo mi się wizualnie podobał (drugi - zaraz po kościele najstarszy budynek w mieście) - szybka nawrotka i byłem pod nimi :)

To był strzał w dziesiątkę dzisiejszego wypadu. Muzeum Regionalne w Stęszewie, bo właśnie tam się znalazłem, już na starcie mnie kupiło. A w sumie pani, która po pierwsze nie tylko nie miała obiekcji, żeby zerknąć podczas zwiedzania na rower, ale nawet zaproponowała, żeby wprowadzić go do środka. Moja owijka zdecydowanie tam pasowała :)

Drugie co mnie ucieszyło, to opłata za wstęp. Zero złotych. W tej niewygórowanej cenie zostałem oprowadzony po trzech salach, w tym jednej na piętrze. Wspomniana miła pani zachowała się jak antyteza stereotypowej muzealniczki, czyli wyjaśniła co i jak, poopowiadała o ciekawostkach, po czym dała mi wolną rękę na kompleksowe zwiedzanie - nikt mnie nie pilnował, mogłem pooglądać na luzie, nie spiesząc się i nie czuć się jak potencjalny złodziej. Super. A wbrew pozorom było co robić - muzeum nie jest bowiem jakimś państwowym wynalazkiem, a pomysłem ludzi stąd (nawet budynek został wyremontowany "oddolnie") - większość eksponatów pochodzi od mieszkańców. Jest też specjalna sala poświęcona stęszewskim Powstańcom Wielkopolskim. Co tu dużo pisać, lepiej obejrzeć - zapraszam:













Mega podobał mi się dział AGD :) Te pralki są kosmiczne!


Natomiast podczas dyskusji (nie tylko ze wspomnianą panią, bo był jeszcze pan - razem w międzyczasie z pasją wybierali zdjęcia na jakąś nadchodzącą wystawę) na temat tego typu atrybutów do wysyłania zwierząt na tamten świat oraz ich porcjowania...


...okazało się, że najbardziej popularnym cechem w tych okolicach był właśnie rzeźniczy. Cóż, nie powiem, żebym trafił w miejsce idealnie dla mnie, ale z faktami się nie dyskutuje :)

Na sam koniec poproszono mnie o wpisanie do księgi pamiątkowej, ukradkiem wrzuciłem kilka złociszy do "świnki na szczęście" i opuściłem muzealne progi.

Szczerze pisząc, to spodziewałem się jakiejś skromnej wystawki, a dostałem prawie pół godziny znakomicie spędzonego czasu. Uwielbiam takie miejsca, stworzone z potrzeby serca, bez jakiegoś patosu, a po prostu oddające historyczne realia i zawiłości, których było tu niemało. Polecam każdemu, kto może się na chwilę zatrzymać w codziennym pędzie. Muzeum Regionalne w Stęszewie dodaję oficjalnie do listy miejsc przyjaznych rowerzystom :) Aha, dodam tylko, że mieliśmy dziś niehandlową niedzielę, czas na rozwój osobisty, oddech od komercji, galerii, bla bla bla, więc... w środku byłem sam. Tymczasem w mini parku rozrywki kawałek dalej, w Rosnówku, nie było gdzie zaparkować :)

Przy wyjeździe obrazu Stęszewa dopełnił mi - jak na zawołanie - taki obrazek :)

Powrót do domu nastąpił przez wymienione Rosnówko, Szreniawę i Komorniki. Wiatr się oczywiście zmienił, jakoś jednak dopełzłem.

Po południu jeszcze wspomniany rodzinny spacer przez Lasek Dębiński nad Wartę (osiem kilosów) i niniejszym dzień uważam za niezwykle udany.


A limit zdjęć wyczerpałem chyba do końca roku ;)

Relive z "konodminium" - tutaj.




  • DST 53.20km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 21.0°C
  • Podjazdy 315m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Myk-myk

Sobota, 8 września 2018 · dodano: 08.09.2018 | Komentarze 13

Dziś znów krótko, bo czas - w przeciwieństwie do obietnic potylików podczas trwającej kampanii wyborczej - nie jest z gumy.

Wyjazd dość późny - lekko przed dziesiątą, ponownie w całkiem milusiej aurze (choć wczesnym rankiem jeszcze padało). Wiatr z północnego zachodu, solidny, ale na szczęście przewidywalny, ruszyłem więc znów przez calutkie miasto, z Dębca przez Górecką, Hetmańską, Grunwald, Jeżyce, do Strzeszyna i Kiekrza. Ten poznański odcinek był wyjątkowy i niespotykany, bo całkiem przejezdny - na potencjalny miliard czerwonych świateł trafiło mnie tylko tysiąc. Istne myk-myk :)

Od Psarskiego przez Kiekrz do zjazdu w Rogierówku jechałem sobie z sympatycznym, a co najważniejsze - mimo teamowego stroju - normalnym w temacie podejścia do wyścigów, kolarzem. Potem już, do Sadów i dalej SS-ką (Sady-Swadzim), następnie przez Batorowo, Lusowo, Zakrzewo, serwisówki i Plewiska do domu, samotnie. Finalnie wyszło przyzwoicie, jeśli weźmie się pod uwagę, że łącznie co najmniej dwadzieścia kilometrów to przepychanie się przez tereny miejskie.

Klasyczny kadr z Koszalińskiej zaczyna się już powoli zmieniać na jesienny.

Relive będzie, jak będzie. Android jeden wie, kiedy :)
O, jest.




  • DST 54.00km
  • Czas 01:49
  • VAVG 29.72km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Podjazdy 295m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

BS tu, BS tam... :)

Piątek, 7 września 2018 · dodano: 07.09.2018 | Komentarze 9

Ładnej i sympatycznej pogody ciąg dalszy. Temperatura niemal idealna, niegroźne słońce i brak opadów - to jesień, którą rozumiem, akceptuję, wręcz popieram :) Jedynie ten wiatr, umiarkowany, wcale nie silny, lecz najpierw wiejący mi w pysk i z boku, a podczas powrotu już tylko w pysk (zamieściłem zdjęcie flag na Relive jako dowód) zrobił swoje i uwalił mi potencjalny przyzwoity wynik. Chlip :)

Trasa dziś południowo-wschodnia: z Dębca przez Hetmańską, Starołęcką (korusie wróciły na swoje miejsce), Czapury, Wiórek, Rogalinek, Rogalin, Świątniki, za nimi jak zwykle nawrotka przy grochówce, znów Rogalin, Rogalinek i powrót przez Mosinę, Puszczykowo, Łęczycę (dziadygi brak) i Luboń do domu. Bez przygód, no bo wyprzedzanie na gazetę w ilościach hurtowych na pewno do nich nie należy, a do zwykłej rodzimej codzienności.



W samo południe miałem być w pracy, więc jak zwykle zamierzałem skorzystać z usług miejskiej komunikacji, ale tak się zdarzyło, że niespodziewanie spotkałem naszego BS-owego Jurka, który zaoferował mi podwózkę. A że skandalem by było nie skorzystać z usług zacnego szofera prosto z Buku, to przejechałem sobie te kilka kilometrów w doborowym towarzystwie, choć ze zwłokami na pace, czego oczywiście nie należy czytać literalnie :) Jurek, dzięki, i trzymam kciuki za ten Twój cichy plan rozklepania Biekstatsa :)