Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 239634.85 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 783662 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 55.30km
  • Czas 01:58
  • VAVG 28.12km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Podjazdy 149m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

PaSzczur

Poniedziałek, 25 lutego 2019 · dodano: 25.02.2019 | Komentarze 5

Dziś miałem to szczęście, że mogłem wyjechać później niż zazwyczaj. W sumie moment idealny, bo leń mnie dopadł kompletny i zanim się wykaraskałem, była jedenasta, czyli prawie środek dnia. No i szczerze pisząc, spodziewałem się już skromnej wersji lata, a tymczasem momentami czułem, że marznę. A wiatr? Oj, dziś dał mi solidnie popalić, na tyle, że w połowie drogi miałem wyciśnięte ledwo ledwo 25 km/h. Czyli masakra. Na szczęście częściowo zrehabilitował się podczas powrotu, jednak finalnie cudów nie było.

Trasa była robiona na żywca, po żeglarsku, z szukaniem momentów z podmuchami w plecy: Dębiec - Górczyn - Junikowo - Skórzewo - Wysogotowo - Dąbrowa - Sierosław - Więckowice - Drwęsa, tam nawrotka swoimi śladami do Dąbrowy, a stamtąd po raz pierwszy wykonany w tej wersji kursik wzdłuż S11 do Plewisk i do domu.


Wyszedł szczurek, a skoro miało być po żeglarsku, to niech będzie, że pokładowy. I nawet nie muszę mu wyjątkowo niczego dorysowywać :)

Jest też teoria mówiąca o tym, iż jest to rzygający dinozaur, ale raczej mniej popularna :)

W Dąbrowie postanowiłem zrobić mały skok w bok i zobaczyć, jak z bliska prezentuje się tamtejsze łowisko. Dupy widokowo nie urwało, nie da się ukryć, ale temat zaliczony.

Bardziej jednak poruszyły mnie okoliczne tematy postindustrialne, czyli jakieś rozwalone budy, świadczące o tym, że kiedyś coś (choć nie wiem co) tu było. Wygrało zaś przesłanie wyryte na jednej z nich, takie krótkie, konkretne, wręcz wyrwane z polskiej duszy, mające co prawda kilkoro równie ambitnych konkurentów w zasobach języka rodzimego, ale na pewno to akurat jest jednym z najbardziej lubianych wśród rodaków podczas codziennych rozmówek. Myślę, że mama autora (lub autorki!) jest dumna z synka (lub córki!) za ten wykon. Przynajmniej dzieło nie zawiera błędu ortograficznego :)

Relive TUTAJ.




  • DST 51.70km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.20km/h
  • VMAX 50.80km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 210m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kierunkowskazowo

Niedziela, 24 lutego 2019 · dodano: 24.02.2019 | Komentarze 8

Wiem, że dziś była ładna pogoda, świeciło słoneczko, a nawet było całkiem ciepło. Wiem. Ale tylko teoretycznie. Bowiem są takie niedziele w życiu rowerzysty, że musi pojawić się w robocie i odcierpieć swoje za miliony. Szkoda, że nie te na koncie :)

Ruszyłem po ósmej, więc z powyższych cudów skorzystałem tylko w jednym aspekcie - tym słonecznym. No i może ładnopogodowyn. Jedak z temperaturą szału nie było - zero na starcie, jeden na mecie... Dupy nie urwało. A oczywistą wisienką na średnio strawnym torcie był wiatr, obowiązkowy wmordewind+ przez niemal cały czas. Przyzwyczajony już jestem :) Po minach mijanych rowerzystów widziałem, że oni jeszcze nie do końca.

Trasa to "kondominium': Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Dymaczewo - Łódź - Stęszew - Szreniawa - Komorniki - Poznań. Ruch nikły, ale - jak to w niedzielę - bezmyślny. W tym miejscu pozdrowienia dla niewiasty z Lubonia, która słowo "kierunkowskaz" zna zapewne jedynie z... hmm, nie mam pomysłu. O, jednak mam, dzięki panu Góglowi :) Znalazłem portal ewangelizacyjny kierunkowskaz.net :) I może właśnie z tym się jej kojarzy :) A przy okazji - pozdro dla Franciszka, w końcu trafił się jakiś normalny papież, który nie boi się włożyć kij w pedofilskie mrowisko we własnym kościele, do tej pory w sekciarski sposób ochraniane. Szacun!

Łódź wyglądała dziś całkiem, całkiem.

A na śmieszce w Łęczycy sfociłem oznakowanie, które rozumiane dosłownie może być całkiem mądrym przesłaniem :)

Tempo spokojne, choróbsko jeszcze nie odeszło, więc nie ma co szaleć. A nawet jakby było, to i tak podmuszki podstępne by nie pozwliły :)




  • DST 53.20km
  • Czas 01:56
  • VAVG 27.52km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura -1.0°C
  • Podjazdy 179m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ogólnopolsko

Sobota, 23 lutego 2019 · dodano: 23.02.2019 | Komentarze 7

Minusowe temperatury w lutym? Nie no... skandal :) Człowiek trochę się rozwydrzył tymi ostatnimi, lekko plusowymi dniami, więc tym bardziej ciężko się było pogodzić z powrotem do kolekcji zima-zima (taka prawdziwa). Ale jak się nie ma wyboru, także pod względem czasowym (bo do roboty trzeba), to się cierpi. Życie.

Ruszałem lekko przed dziewiątą, wcześniej robiąc dogłębną analizę pogodową, głównie pod względem kierunku podmuchów. Wyszło mi, że powinienem jechać na północny wschód. Gdy pokonywałem pierwsze kilometry, pomyślałem sobie: o kurde, to będzie dobry wypad. Bowiem czułem wiatr w pysk, ale leciutki, dający nadzieję, że jak już będę wracał, to będzie miodzio. Jadąc przez miasto, mimo że z Dębca głównie przez niekolizyjną Wartostradę, i tak zaliczyłem miliardy świateł, szczególnie w okolicach Malty i drogi na Kobylepole, do którego jakoś się doczłapałem. Dalej miałem zamiar jechać przez Zalasewo, ale okazało się, że zakwitł remont, więc poleciałem objazdem, przez Swarzędz. I jak głupi zaufałem tabliczkom kierującym, przez co nie tylko przemęczyłem się przez jak zwykle koszmarny Swarzędz, ale wylądowałem na takiej polskiej, klasycznej (czyli gównianej) DDR-ce, do tego z widokiem na radiowóz. Dopiero gdy się skończyła, a ja byłem w Zalasewie, odżyłem.

Ale... nagle poczułem podmuch. Jak się okazało, ten wiatr, który mi do tej pory towarzyszył, wiał mi w plecy! Mimo że w twarz. A prawdziwa zabawa dopiero się zaczęła, bo arktyczny wmordewind towarzyszył mi już do samego końca trasy, którą poprowadziłem dalej przez Tulce, Żerniki, Robakowo, Gądki, Borówiec, Koninko, Jaryszki, Krzesiny, Starołękę oraz Lasek Dębiński. Szlag mnie trafiał, bo zawsze staram się znaleźć sposobność do wykręcenia fałmaksa na poziomie 50 km/h, a tu ni hu hu. W końcu w desperacji wjechałem na wiadukt w Krzesinach i z niego zjechałem, ledwo dociskając to, co zamierzałem. Oczywiście pod wiatr. Grrr.

Poza tym, że było beznadziejnie, było... fajnie :)



W końcu zabrano się za renowację budynku obok dzisiejszej Wartostrady, gdzie od przełomu XIX i XX wieku znajdowały się Łazienki Rzeczne. Póki co trwa ostry remont, w planach trwający do grudnia.


Ciekaw jestem efektu renowacji - będzie wtedy pewnie i w Poznaniu Trasa Łazienkowska. Tylko stadionu Legii raczej obok nie wybudują :)

A skoro już warszawskie inspiracje, to jeszcze krakowskie. Tam bowiem znajduje się całkiem solidny Kopiec Kościuszki, tu - o wiele skromniejszy - Kopiec Wolności, który również powoli zaczyna po latach posuchy odżywać.

Dodając do tego zaliczone niechcący śmieszki w polskim standardzie antyrowerowym, czyli ogólnopolskie przekleństwo, jezioro (Malta jest zaraz za kopcem) oraz sporą rzekę, zaliczyłem Polskę w pigułce. Fakt, brakuje morza i górek, ale nie można przecież mieć wszystkiego :)




  • DST 53.10km
  • Czas 01:57
  • VAVG 27.23km/h
  • VMAX 52.40km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 167m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rzeź

Piątek, 22 lutego 2019 · dodano: 22.02.2019 | Komentarze 10

Mrozek wrócił, do tego połączony z nocnymi opadami, które na szczęście nad ranem spasowały. Suuuper. W związku z tym miałem pewne obawy, czy jazda szosą to dziś dobry pomysł. Jak się okazało - nie byłby najgorszy, gdyby nie wiatr, zimny, przejmujący i robiący ze mną na polach sopelek. Dziękuję, więcej tematu poruszać nie chcę, za bardzo boli :) Wystarczy zresztą zerknąć na średnią. 

Co do trasy to plan miałem z grubsza wyklarowany - kursik na północny wschód i powrót z podmuchem. Ale jak zwykle coś się rypło :) A mianowicie, gdy już ruszałem, okazało się, że Żona zostawiła w pośpiechu klucze od domu w... domu, więc najpierw czekał mnie kursik na Górczyn. Po dwudziestu minutach byłem znów pod domem i zaczynałem jazdę.

Finalnie wykonałem węzełek: Dębiec - Lasek Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Jaryszki - Gądki - Robakowo - Dachowa - Szczodrzykowo - Śródka - Krzyżowniki - Tulce - Żerniki - Jaryszki - Krzesiny - Staołęka - Lasek Dębiński - dom.

Na górce za Dachową dopadł mnie zawodowiec, mocny zawodnik. Trzymałem mu przez jakiś kilometr, może dwa, koło, ale okazał się za silny, głównie przez boczne podmuchy, które mnie dobiły. Choć widziałem, że cisnął na oparach, gdy mnie przyuważył. Oto on :)

Jak zwykle niemal każdy mój wyjazd łączy się z tym, że ktoś ma gorącą potrzebę akurat wtedy do mnie zadzwonić lub wysłać ważnego smsa. Najczęściej oddzwaniam później, ale są momenty, gdy muszę się na chwilę zatrzymać - tak właśnie dziś było. Tyle że akurat telefon z centrali mojej firmy wypadł gdy jechałem koło rzeźni w Robakowie, więc chcąc nie chcąc mieszały mi się odgłosy "pracowe" z kwikiem szlachtowanych świń. Udało mi się je jakoś odróżnić. A przy okazji zrobić pamiątkowe fotki z egzekucjami w tle.


Skoro jesteśmy w temacie - w radio usłyszałem, że wykryto Salmonellę w kolejnych partiach polskiego mięsa, tym razem na Słowenii, które w końcu ktoś zaczął wnikliwie badać po słynnej aferze. Oj, jak mi przykro :)

Tutaj Relive.




  • DST 31.30km
  • Czas 01:15
  • VAVG 25.04km/h
  • VMAX 42.00km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 107m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut dziadygą motywowany

Czwartek, 21 lutego 2019 · dodano: 21.02.2019 | Komentarze 14

Od rana padało. A jak pada, to Kropa od razu w skowronkach (a może bardziej wronach, gawronach i srokach, bo tych akurat u nas w bród), gdyż wie, że zamiast szybkiego porannego zestawu tego, co każdy pies zrobić musi, szykuje się spacer po Dębinie. Tak było i tym razem, bo ruszać rowerem za bardzo mi się nie uśmiechało.

Ale od czego są motywatorzy? I nie, nie chodzi o jakiś konkretny system, który by mnie męczył informacjami o tym, że należy ruszyć tyłek, a... jakiegoś dziadygę (nie tego "słynnego"), który w zacinającym deszczu pokonywał swoje kilometry... a może raczej metry :) On może, a ja nie? A już dobiła mnie pani listonosz, oczywiście również na dwóch kółkach.

Postanowiłem więc choć poglucić przed pracą. Ubrałem najbardziej syfiasty zestaw ciuchów i ruszyłem, wykonując południowe zachodnie kółeczko: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Komorniki - Plewiska - Poznań. O takie.

Zahaczyłem o Most Żydowski.

I - jak zwykle podczas opadów - miałem ochotę wysłać licznik Sigmy w kosmos. Bowiem ten super hiper wodoszczelny sprzęt, jak tylko lekko zamókł, stracił chęci do działania. I tak - ja jechałem, on nie. Po przetarciu styków - zmiana niewielka. Za to bardzo sprawdzał się na światłach, podczas postoju, nagle ożywając. Tak wygląda Sigma, która uważa, że jadąc 30 km/h, jadę wg niej 0 km/h :)

A tytuł i motywacja zgrał mi się dziś dziwnie z mailem, który dostaję z informacjami od wydawnictwa Karrot Kommando. Dowiedziałem się z niego, że alternatywno-folkowy zespół Żywiołak wydał nową płytę, a pierwszy teledysk ją promujący to... "Dziadyga" :)





  • DST 53.00km
  • Czas 01:55
  • VAVG 27.65km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 141m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ślimaczkowo

Środa, 20 lutego 2019 · dodano: 20.02.2019 | Komentarze 2

Na początek - jak to mam czasem w zwyczaju - pozytyw, żeby nie zalać tego miejsca jedynie negatywami. Oto on: jednak nie padało. Ulewy i takie tam zostały przesunięte na jutro. Dziś więc mogłem oddać się przyjemności z jazdy.

To ostatnie zdanie oczywiście napisałem pod przymusem, z lufą skierowaną w moją skroń przez teoretyka radości z kręcenia w każdych warunkach. Ale że już sobie poszedł, to mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że owej przyjemności miałem dziś mniej niż zero, a może nawet gorzej. Co z tego bowiem, że było w miarę ciepło jak na luty (pięć stopni), skoro wietrzysko tak hulało i dawało się we znaki, że odczuwalna temperatura to coś w okolicach grubego minusa.

Męczarnia męczarnią, ale swoje zrobić było trzeba. Jednak żeby nie połączyć masakry z nudą, wykonałem dziś testowo kombinację, która wygląda na Relive jak struś bez szyi i głowy. Czyli: Poznań - Plewiska - Skórzewo - serwisówki do Dąbrowy - Zakrzewo - Dąbrówka - Plewiska (obowiązkowe kilka minut przy rogatkach) - Dopiewiec - Konarzewo - Chomęcice - Plewiska - Poznań. Wyszło pod względem średniej koszmarnie, ale cóż zrobić, jak nic nie da się zrobić?

Obowiązkowe akcesorium każdego smarkacza trzymałem w pogotowiu :)

Wciąż fascynuje mnie temat śmieszki w Skórzewie, tej, co to powstała jako hybryda kostki oraz asfaltu. Radosną twórczością jest jej zakończenie, które oczywiście w Polsce nie mogło być wykonane normalnie. Za to mamy ślimaczka. Żeby dostać się bowiem na wiadukt widoczny na trzecim tle...

...trzeba zrobić nawrotkę o 360 stopni, dojechać do ronda, tam odczekać swoje w kolejce, potem znów zakręt i... jesteśmy na górce.

Dodam, że póki owo cudo nie powstało (oczywiście ku wygodzie rowerzystów) po prostu się jechało. Teraz... jak na załączonym. Dzię-ku-je-my!




  • DST 52.70km
  • Czas 01:49
  • VAVG 29.01km/h
  • VMAX 54.00km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 201m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Smark, klops i kicha

Wtorek, 19 lutego 2019 · dodano: 19.02.2019 | Komentarze 10

Nie glut! Smark, zwykły, ordynarny smark mnie dziś dopadł, bynajmniej nie rowerowy, a taki "nośny". Mam swoją teorię, łączącą fakt, iż po weekendzie wróciłem do pracy, co spowodowało nagły zanik odporności na rzeczywistość. I klops. Jak miałem wolne, to zdrówko dopisywało - jest to więc teza łatwa do udowodnienia.

No ale kręcić trzeba. Ruszyłem dziś lekko po ósmej, gdy temperatura jeszcze nie zdążyła się rozkręcić, ale wiaterek - a owszem. Z grubsza męczył tak, jak wczoraj czy przedwczoraj, wmordewindując konkretnie, tyle że mocniej. Jednak i tak, jeśli miałbym stawiać na szali te podmuchy kontra potencjalne śnieżyce, to jednak wolę aktualną opcję.

Wykonałem najklasyczniejsze "kodnominium": Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Dymaczewo - Łódź - Stęszew - Dębienko - Szreniawa - Komorniki - Poznań. Były momenty, gdy pomstowałem w głos i przeklinałem wiatr za to, że się na mnie uwziął, do tego stopnia, że przestraszyłem w Witobelu jakiegoś robotnika na budowie :)

W związku z powolnym powstawaniem tego czegoś, co niby ma być śmieszką hańbiącą DW306, zlikwidowano mi słupki, o które mogłem oprzeć szosę do foty z widokiem na płaską wersję tapety w Windowsie. Jakoś sobie jednak poradziłem, żałując jednak, iż tym razem nie miałem ze sobą grabek i łopatki :) A póki trawę od asfaltu odgradza piasek, a nie DDR-ka, jestem całkiem zadowolony.

Pod sam koniec zakwitłem za takim oto - tym razem miejskim - dziadygą. Nie dość, że napisać, iż się ślimaczył byłoby potwarzą dla tych stworzeń, chybotało nim jak Kwaśniewskim po popijawie z Głódziem, to był do tego głuchy jak pień, więc wyprzedzenie go wymagało ode mnie sporej ekwilibrystyki. Finalnie jednak się udało.

Jutro ma od rana padać/ Kicha :/




  • DST 53.25km
  • Czas 01:54
  • VAVG 28.03km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 197m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wpis poniedziałkowy - po "propagacji" (teoretycznie)

Poniedziałek, 18 lutego 2019 · dodano: 18.02.2019 | Komentarze 4

Jak wiemy (a chyba odczuli to wszyscy "uzależnieni"), od wczoraj BS skupiał się na jednej głównej funkcji - niedziałaniu, ale powolutku sytuacja się normalizuje. W sumie nie narzekałem - można było bez wyrzutów sumienia obejrzeć film, poczytać książkę i takie tam, bez bikestatsowego czasozabijacza :)

Dzisiejsza jazda miała z wczorajszą jeden punkt wspólny - wmordewind, znów niezbyt silny, ale jeszcze bardziej upierdliwy niż wczoraj. Wiało z zachodu, wschodu, północy i południa - wszystko naraz! To, plus fakt, iż wyruszyłem przy pięciu, a nie dziesięciu stopniach, bez śniadania, przez zakorkowane miasto, dobiło średnią, która upadła na pysk o dwa kilosy. Paskudztwo!

Trasa to "muminek": dom - Lasek Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Jaryszki - Koninko - Szczytniki - Sypniewo - Głuszyna - Babki - Czapury - Wiórek - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań.

Na Dębince jeszcze zalegały mgły, całkiem malownicze.

Jednak - jak zwykle - wygrywali kierowcy.

Choć i piesi trzymali poziom Tak, to po lewej to część rowerowa :)

Relive TUTAJ. A BS niech już się znormalizuje, bo aktualnie piszę w edytorze jak z lat 90. :)

EDIT: jeszcze dwie fotki z Lasku Dębińskiego:





  • DST 53.55km
  • Czas 01:47
  • VAVG 30.03km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 150m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wpis niedzielny - przed "propagacją" :)

Niedziela, 17 lutego 2019 · dodano: 18.02.2019 | Komentarze 8

Wczoraj wieczorem nadrabialiśmy zaległości towarzyskie, a że jak zwykle opcja ”długo nie będziemy siedzieć” okazała się założeniem nierealnym, to powrót nastąpił długo po zmianie daty w kalendarzu, więc dzisiejsze rowerowanie siłą rzeczy musiało nastąpić ”ciut” później, ze względów wiadomych :)

Gdy już byłem w pełni sił, czyli po kawce, herbatce i śniadaniu, a także gdy nie było obaw o poziom tego, co jest w matematyce wyrażane ”jednym ze sposobów zapisu bezwymiarowego stosunku dwóch wielkości, w którym dana liczba wyrażona jest jako ułamek o mianowniku 100 i odpowiada setnej części danej wielkości” (dzięki, Wikipedio!) w organizmie, ruszyłem. Było samo południe, pogoda wręcz idealna, zresztą jakby kopia tego, co dzień wcześniej. Było jednak małe ”ale”, o którym później.

Trasę wykonałem w wersji ”na zachodzie bez zmian”, jednak dziś odwrotnie niż zazwyczaj: z Poznania przez Plewiska, serwisówki, Dąbrówkę, Palędzie, Dopiewiec, Dopiewo, Trzcielin, Konarzewo, Chomęcice, Szreniawę, Komorniki, Wiry i Luboń do domu.

Wspomnianym ”ale” był oczywiście wiatr. Niby słabiutki, niby niepozorny, niby dyrdymałka :), lecz w praktyce upierdliwy jak nigdy, wrrróććć, jak zawsze :) Gdy jechałem na zachód i mijałem rowerzystów jadących na wschód (a sporo ich było), dziwiłem się, czemu tak wyraźnie się męczą, jeśli to ja się męczę. A pod sam koniec, gdy w Luboniu dogoniłem dwóch kolarzy, z którymi zatrzymaliśmy się na chwilę na światłach, zapytałem, czy im też wiało cały czas w twarz. Odpowiedź była szybka i konkretna: no non stop!

Mimo to jechało się super. Wyciśnięcie tej – całkiem normalnej latem – średniej, kosztowało mnie trochę sił, ale bawiłem się setnie.

Kiedy ten wpis dodam? Nie mam pojęcia, bo propagacja DNS (cokolwiek to oznacza) trwa, ale dzięki Wordowi (a w sumie to jego odpowiednikowi od Libre Office) uznaję, że zgodnie ze swoimi zasadami powstał w terminie :)

Relive... Hmm. Będzie, ale... aktualnie - cóż za zaskoczenie - majstrują przy serwerach... :)

O, jest!




  • DST 55.10km
  • Czas 01:50
  • VAVG 30.05km/h
  • VMAX 60.60km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 266m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Sezon rozpoczęty...

Sobota, 16 lutego 2019 · dodano: 16.02.2019 | Komentarze 5

...że tak delikatnie zapodam ironię w tytule :)

W końcu przyszła ta wiosna zimą. Życzę jej wszystkiego najlepszego oraz - przede wszystkim - długiego życia :)

Co prawda gdy ruszałem, było coś koło trzech stopni na termometrze, ale już przed metą wskaźnik przy drodze pokazał aż dziewięć. Na plusie! W sumie już zaczynało mi być za gorąco :) Jeśli dołożymy do powyższego błękitne niebo oraz niespecjalnie mocny (choć jak zwykle zmienny, grr) wiatr, ciężko uwierzyć, że to jednak luty.

Z trasą nie kombinowałem i wleciało po prostu "kondominium": Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Dymaczewo - Łódź - Stęszew - Szreniawa - Komorniki - Poznań. Na dłuższy wypad czasu nie miałem, a szkoda.

Przygód za wiele nie było, bo o tym na przykład, że w Mosinie korki były koszmarne, a jakiś luboński dziadek w Tico (no bo w czym?) chciał mnie zamienić w paćkę podczas wyjazdu z podporządkowanej, raczej nie ma sensu za wiele pisać, bo po co robić aferę ze zwykłej codzienności? :) Aha, z małych korekt - wleciałem sobie na Osową Górę, dzięki czemu dzisiejszy fałmaks jest całkiem sympatyczny.

Pod koniec chciałem ogarnąć rower pod myjką, ale znów musiałem się poddać z powodu kolejki sięgającej prawie samej stacji - mam wrażenie, że wizyty w tym miejscu to dla Polaków jakiś zimowy i jesienny substytut grilla: na chwilę zrobi się ciepło i słonecznie, a od razu rodacy tłumnie i niespiesznie oddają się celebracji jednego czy drugiego :)

Wczoraj napisałem, że spodziewam się na drogach wielu osobników i osobniczek, którzy czując zew rowerowej krwi ruszą  na trasy kompletnie nieprzygotowanymi dwukołowcami, a tymczasem to ja przeoczyłem moment, gdy łańcuch wysechł i może jeszcze nim nie ćwierkałem, ale czuć było, że nie do końca czuje się on komfortowo. Jestę sezonowcę? :)