Info
Suma podjazdów to 783662 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj2 - 3
- 2026, Kwiecień30 - 49
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 53.70km
- Czas 01:51
- VAVG 29.03km/h
- VMAX 51.40km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 127m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Ojczyzna dojna
Poniedziałek, 15 lipca 2019 · dodano: 15.07.2019 | Komentarze 13
Wypad z gatunku "tak se" - ani szybko, ani specjalnie wolno, bez ikry, ale też bez jakiegoś człapania. Po prostu walka z mniejszymi lub większymi korkami i koreczkami oraz znów mocniejszym, średnio pomocnym wiatrem.
Niestety, była też walka z rowerem. Bowiem z niezrozumiałych dla mnie względów, po ostatniej jeździe szosą w deszczu i chowaniu się po kapliczkach (tu opisywanym, wiedziałem podświadomie, że to nie jest dobry pomysł) coś zaczęło mi trzeszczeć w miejscu nieokreślonym, znajdującym się "gdzieś na dole". Przez kolejne dni wykluczałem już napęd, tylne koło i pedały. Stanęło na suporcie, który wymieniałem... w kwietniu. I do tej pory sprawującym się bez zarzutu. Tymczasem dzisiaj już chrobotanie było tak głośne, że nie pomagała nawet muzyka na full w słuchawkach. Podjechałem więc do "przydomowego" serwisu koło tunelu na Dębcu (ostatnio jestem tam stałym gościem, jak się sypie, to już seryjnie), gdzie potwierdziła się moja diagnoza. A że paragon (taaa....) ze sklepu, w którym kupiłem ową magiczną część marki Shimano jest... gdzieś (albo i nie), na szukanie go czasu nie miałem, nabyłem w centrum jeszcze jeden suport i zostawiłem T-rek(s)a do naprawy. Przy sprzyjających wiatrach odbiorę go jutro po południu. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żebym musiał wymieniać ten element po zaledwie trzech miesiącach, ale jutro będę mądrzejszy i dowiem się, co się stało, żeby myśleć o jakimś sposobie reklamacji. Póki co jestem skazany na grube koła, które mi jutro kompletnie nie pasują, bo muszę być wcześnie w pracy.
Co do trasy: z Dębca najpierw przez Górczyn na Kopaninę (gdzie spędziłem upojne kilkanaście minut na przepuszczeniu trzech pociągów), następnie Junikowo, Skórzewo, Wysogotowo, Batorowo, Sady, Swadzim, Kobylniki, nawrotka do Batorowa, a powrót przez Lusowo, Zakrzewo, Dąbrowę, Skórzewo i Plewiska do domu. Tak jak na Relive.
W Batorowie zwróciłem uwagę na ten znak:
Jak się okazało, miał on swoje podstawy, bo już po chwili mogłem się zatrzymać i podziwiać coraz bardziej rzadki niestety widok, czyli całe stado koleżanek pasących się na zielonej trawce, a nie gdzieś tam stłoczonych ciasno w oborach. Podziwiałem, jak niczym psy sobie dokazują, przytulają i ganiają jak szczeniaki. A po chwili z drugiej strony drogi usłyszałem: "pięć złotych za zdjęcie!", na co odpowiedziałem, że skoro tak drogo, to kasuję, by po chwili gaworzyć sobie z sympatycznym gospodarzem o szczęśliwych krowach. A jakby ktoś potrzebował świeżutkiego mleka prosto od nich, to jest tam do dostania od ósmej rano. Nie wiem, czy się kiedyś nie skuszę :)


- DST 53.10km
- Czas 01:46
- VAVG 30.06km/h
- VMAX 50.80km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 222m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Jak zostałem chodnikowcem
Niedziela, 14 lipca 2019 · dodano: 14.07.2019 | Komentarze 7
No, w końcu wiatr
się uspokoił i dało się kręcić bez efektu cofki. Super!
Niestety kierunek
powiewów był północny, co oznaczało jazdę przez calutkie
miasto, czyli konieczność pokonania z grubsza miliarda świateł,
oczywiście w większości świecących się na czerwono. Jakoś
jednak poszło i z Dębca przez Górecką, Hetmańską, Grunwald oraz
Jeżyce dotarłem do Obornickiej, której poznańska końcówka zwykle jest granicą, po przekroczeniu której można
zacząć się rozkręcać. Od Suchego Lasu było już całkiem
przyzwoicie, tak samo na odcinku od Złotnik przez Sobotę do
Rokietnicy.
Pogoda generalnie była miodzio.
Jechało się na
tyle dobrze, że już nastawiłem się na jakąś fajną średnią,
ale zaraz po wjechaniu do poznańskiego Kiekrza musiałem ostro
hamować, gdyż… No właśnie, ukazał się mym oczom jeden z
”ulubionych” widoków, czyli weekendowa impreza masowa :/ Tym
razem triathlon…
Drogi oczywiście
zablokowane, ale postanowiłem zapytać pana policjanta, czy jakoś
przejadę. Stwierdził, że rowerem ok, tyle że chodnikiem, co
przerodziło się w sympatyczne żarciki na temat tego, że po raz
pierwszy policja sugeruje mi, żebym zrobił coś nielegalnego :)
Chcąc nie chcąc zacząłem mozolne przebijanie się przez pieszych
oraz innych rowerzystów, a po chwili zjechałem na jezdnię, mijając
jadących z naprzeciwka zawodników, oczywiście upewniając się, że
nie stwarzam zagrożenia.
Ale nagle wyskoczył
mi zza jednej z blokad, przy której zacząłem zwalniać widząc
zakręt, jakiś jegomość z plakietką, krzyczący z pianą na
ustach:
- Natychmiast zjechać na chodnik! Natychmiast!
Tylko że tak się
zapluł, że zabrzmiało to z grubsza jak ”natyśśmiast miii sfsjechaććć na chofnik!”. Na potrzeby cytatów będę
jednak tłumaczył z zaplutego na nasze :)
- Ale widzi pan, że
na chodniku nie ma miejsca.
- Nic mi to nie
obchodzi! Na chodnik, natychmiast!
- Przecież stoję
przy samej krawędzi jezdni, praktycznie na trawniku, w miejscu bezpiecznym.
- Proszę nie
dyskutować! Jest pan zawodnikiem? Ma pan numerek?
- Nie, nie mam
numerka. Jestem gorszego sortu.
- To natychmiast na
chodnik!
- Człowieku,
uspokój się, to przecież tylko sport? Po co te nerwy?
- Nie mam czasu na
dyskusje z mądralińskimi!
- Ja w sumie też…
Bałem się, że
Kierownik Zakrętu, jak go roboczo nazwałem, zejdzie zaraz na zawał,
więc żeby mieć czyste sumienie ustąpiłem i jakoś wepchałem się
między przechodniów. Rozumiem wszystko –
odpowiedzialność za bezpieczeństwo, konieczność nadzoru i takie
tam. Ale nie lubię chamstwa. Jakże inaczej by wyglądało, gdyby przekazane wszystko zostało w spokojny sposób. A triathloniści bulą po trzy stówy za możliwość bycia nadzorowania przez takich szeryfów...
Cyknąłem jeszcze z nudów fotkę kręcących…
...i w końcu inny
pan (ten w niebieskim) mnie przepuścił. Bez numerka :) Kierownika Zakrętu nie wskażę, po po co?
Potem jeszcze jedna
blokada, gdzie pani ze Straży Miejskiej wskazała mi drogę bez
focha, a nawet z uśmiechem, i mogłem zacząć nadrabiać to, co
straciłem. Jakoś tam się udało, na trasie przez Słupską, DK92,
Wolę, Ogrody, Bułgarską i Górczyn do domu.
Łatwo nie było,
ale w sumie wyszło przyzwoicie :)
Aha, wczoraj doszedł
do mnie zamówiony - trochę za szybko, bo ten stary zmartwychwstał - licznik Sigma, ale model wyżej
niż ostatnio. Póki co nie narzekam, poczekam na pierwszy deszcz :)
Relive TUTAJ.
- DST 60.50km
- Czas 02:19
- VAVG 26.12km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 240m
- Sprzęt Czarnuch :)
- Aktywność Jazda na rowerze
Nieglut maltańsko-ślimaczy
Sobota, 13 lipca 2019 · dodano: 13.07.2019 | Komentarze 11
Gdy rano po obudzeniu zerknąłem za okno i zobaczyłem, że leje, zwątpiłem.
Ale gdy już ogarnąłem psa i nawiedziłem piekarnię, stwierdziłem organoleptycznie, że w sumie już "tylko" pada i od biedy jechać się da. Od dużej biedy, takiej jak przez "osiem ostatnich lat" przed zapanowaniem nam na ziemi (tej ziemi) rządów jedynie słusznej partii jednego wodza :)
No to ruszyłem, od razu z zamiarem wykonania zaledwie gluta, bo było już po dziewiątej, a ja wczesnym popołudniem musiałem się stawić w pracy. Jako sprzęt wybrałem oczywiście Czarnucha, bo... Wystarczy spojrzeć, jak się nazywa :)
Początkowo było nawet lepiej niż się spodziewałem - na chwilę nawet pojawił się element bezopadowy, jednak szybko wszystko wróciło na z góry ustalone pozycje. Czyli mokre.
Na południowo-zachodnim odcinku Wartostrady, jak zwykle przy takiej aurze, musiałem poruszać się wężykiem, żeby nie zrobić ślimaczej rzezi. Chyba obyło się bez ofiar, a ja nawet na chwilę zniżyłem się do odpowiedniego poziomu :)
Pomysłu na kierunek nie miałem, skierowałem się więc klasycznie na Maltę, bo mimo soboty coś mi się wydawało, że tłumów tam nie zastanę :) I faktycznie, było praktycznie pusto, więc wykonałem dwa okrążenia tego jeziora - jedno wolniejsze, nastawione na zrobienie kilku zdjęć, drugie już z większym przytupem.

Licznik dawał radę, bo to jakaś tanizna z Martes Sport, w której wodoszczelność polega na tym, że telefon nie pada od kilku kropel, jak w przypadku Sigmy :)
Udało mi się w końcu "upolować" Maltankę, genialną kolejkę wąskotorową jeżdżącą na trasie do ZOO i z powrotem, z przystankami typu "Balbinka" czy "Ptyś" :) Dodam, że porusza się ona z prędkością jakichś kilkunastu kilometrów na godzinę, co bodajże dwa lata temu nie przeszkodziło we wjechaniu pewnemu kierowcy BMW (a jak!) pod jej koła :)
Z obrazków znanych i codziennych...
Tam to jest norma, nie pomagają znaki pionowe i poziome, nie pomaga co jakiś czas kręcąca się Straż Miejska... Pismo obrazkowe - nie do ogarnięcia dla rodaków.
Aha, na Malcie trwały treningi wioślarskie, więc kajaki na pełnej wodzie, trenerzy na rowerach na lądzie, a gdzieś obok "bawił" się jakiś jegomość na motorówce, oczywiście tworząc małe tsunami, więc nad jeziorem co chwilę można było usłyszeć gromkie "kurrrrrr..." :)
Kilometrów brakowało, więc przez rozkopaną Śródkę i Hlonda doczłapałem do Wartostrady, tam zrobiłem nawrotkę i przez Ostrów Tumski wróciłem na Dębiec.
Już pod domem zauważyłem, że pada coraz mniej (a nawet przestaje!), wpadłem więc na szatański (czyli najlepszy) pomysł, że brakujące dwadzieścia kilometrów wykonam kręcąc lekko naokoło do pracy. Szybko się ogarnąłem, wykąpałem, zmieniłem ciuchy na te jeszcze suche i - jak to mawiają rodzimi Ukraińcy - dawaaajj!
Tym razem przez Śródkę i Rataję (znów błąd - miliard świateł, do tego co krok to policja, widocznie mieli dziś jakąś akcję łapania delikwentów niedaleko PosnaniI) dotarłem do okolic... Malty, ale objechałem ją ulicami Dymka oraz Browarną, a następnie Warszawską, znów Środką i Grabarami (jak zwykle koszmar) doczłapałem do centrum. I nawet zdążyłem do pracy.
Relive TUTAJ, jedno z bardziej oryginalnych, jakie stworzyłem :)
Aha, dobiłem - chyba wczoraj - do dziesięciu tysięcy kilosów w tym roku. Cel minimum wykonany.
- DST 63.10km
- Czas 02:10
- VAVG 29.12km/h
- VMAX 51.80km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 198m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Bezdowodowo
Piątek, 12 lipca 2019 · dodano: 12.07.2019 | Komentarze 24
Dziś rano nastawienie do jazdy miałem całkiem pozytywne, póki nie zorientowałem się, że w moim rowerowym pakiecie niezbędników, który pakuję zawsze do podsiodłówki, brakuje jednego elementu. W sumie najważniejszego z nich, czyli dowodu osobistego.
Jeszcze nie panikowałem, dając sobie jakąś nadzieję, że jeszcze go odnajdę, więc po prostu ruszyłem, wykonując "muminka" w najbardziej klasycznej wersji: Dębiec - Las Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Jaryszki - Koninko - Szczytniki - Sypniewo - Głuszyna - Babki - Czapury - Wiórek - Sasinowo - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań.
Jazda bez większych przygód, bez ciśnięcia, bo wciąż wieje, za to na światłach w Mosinie pogadałem z sympatycznym Holendrem na szosie. Fajnie w końcu w tym kraju zobaczyć kogoś autentycznie uśmiechniętego na rowerze :)
A dowód? Oczywiście nie znalazłem. Popytałem koło domu, w sklepach, w których bywam zazwyczaj. Nic. Pozostała jeszcze jedna szansa - podjechanie na Jeżyce, po których wczoraj się kręciłem, i zorientowanie się tam. Do pracy podjechałem Czarnuchem (wliczone do dystansu), ale średnio uśmiechało mi się człapanie tam również na nim, więc znalazłem alternatywę w postaci... hulajnogi. Ale nie tej syfiastej, na minuty, tylko wypasionej, którą kumpel przetransportował się do roboty. W sumie to całkiem fajna zabawa, tak legalnie (lub może inaczej - nie da się nielegalnie, bo przepisów brak) jechać po chodniku na dwóch kółkach. Oczywiście do 25 km/h rozpędzałem się tylko wyjątkowo, gdy wiedziałem, że nie stwarzam zagrożenia.
Dowodu oczywiście nigdzie nie było. Szybko zastrzegłem więc go sobie przez profil zaufany, ale że nie wiem, kiedy go straciłem, to być może już jestem posiadaczem jakiejś chwilówki :/ Oby nie.
A właśnie odwiedził mnie w pracy kolega Kamil - miło było pogadać, pozdro :)
PS. Powrót z roboty do domu w deszczu. Wymyśliłem patent w postaci owinięcia butów foliopakami do przesyłek kurierskich - polecam, do tego są znakomite :)
- DST 53.80km
- Czas 01:52
- VAVG 28.82km/h
- VMAX 53.00km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 215m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Stop dyskryminacji oraz rezurekcja
Czwartek, 11 lipca 2019 · dodano: 11.07.2019 | Komentarze 4
Dzisiaj wpis dodawany na szybko, bo wolny dzionek oznacza konieczność załatwienia tysiąca rzeczy. Zaległości BS-owe nadrobię więc później.
Najpierw trasa, pod wciąż silny, pónocno-zachodni wiatr i w większości przez miasto: Dębiec - Górecka - Hetmańska - Grunwald - Jeżyce - Golęcin - Strzeszynek - Psarskie - Kiekrz - Rogierówko - Kobylniki - Sady - Swadzim - Batorowo - Lusowo - Zakrzewo - Dąbrowa - Wysogotowo - Skórzewo - Poznań.
Korki faktycznie jakby zniknęły. Może to przez już trochę lepszą pogodę? Cholera wie. Ale za to światła jak czerwone były, tak są, więc co się nastałem to moje.
Dwie klasyczne foty...

...oraz jedna nieklasyczna.
Gdy ją robiłem, akurat z górki zjeżdżała jakaś młoda kolarska matka z przyczepką dziecięcą. Nie widziałem, żeby odwzajemniła pozdrowienie. Ciekawe czemu? :)
No i informacja najważniejsza: licznik zmartwychwstał, prawdziwie zmartwychwstał :) Albo wysechł sam, albo pomogła rada z ryżem, w każdym razie działa. Co nie zmieniło mojego zdania, że to szajs, bo jaki jest sens w wodoszczelności, która działa tak, że po lekkim deszczu licznik odmawia współpracy?
Relive TUTAJ.
- DST 52.20km
- Czas 01:51
- VAVG 28.22km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 148m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Kaplica
Środa, 10 lipca 2019 · dodano: 10.07.2019 | Komentarze 17
Dziś miałem dzionek wolny od pracy, więc... Tak, tak, od rana padało. Zaskoczenia nie było :)
Na szczęście gdzieś po dziesiątej się lekko wypogodziło, a że zdążyłem zjeść śniadanie, wypić solidną kawę i się pozytywnie nastawić, to z optymizmem wsiadłem (po chwili namysłu) na szosę.
Początkowo - prócz wiatru, wciąż tak samo paskudnego z zachodu - wszystko ładnie żarło. Z Poznania przez Luboń, Wiry, Łęczycę, znów Wiry, Komorniki, Szreniawę i Chomęcice dotarłem do Konarzewa. Tam nie tylko zakwitłem w... korkach, bo cała wieś jechała na pogrzeb, ale też nagle poczułem krople na czole. A po chwili już kręciłem w mini ulewie.
Nie było gdzie się schować, więc dopłynąłem do Trzcielina, gdzie zobaczyłem... suchutki asfalt.
Moja radość była przedwczesna. Kawałek dalej, w Dopiewie, znów było tak:
Miałem dość chlupania w butach, zacząłem więc szukać jakiejś przyjaznej wiaty. Jak na złość, wszystkie przystanki były odsłonięte, ale główka pracowała. Znalazłem swój, zaskakujący nawet dla mnie, azyl :)


Fajnie było, choć widok miałem raczej średni :)
Do tego w budynku obok włączył się całodobowy monitoring napędzany poduszką, dość nieumiejętnie kryjący się za firanką. Co jednak nie przeszkadzało mi w odkrywaniu zasobów kapliczki (z death metalem w słuchawkach), trzeba przyznać, że trzymającej poziom... taki swojski :)


Mimo wszystko było milusio, aż żal było ruszać. Dziękuję za to miejsce, w końcu na rowerze rozumiem ideę istnienia takowych :)
Powrót był... pod wiatr (a jak!) - przez Dopiewiec, Palędzie, Gołuski i Plewiska. Z taką oto aurą. Zgłupieć można. W lipcu jak w garncu :) 
Aha, super hiper Sigma gdzieś w połowie drogi wyświetliła taki oto komunikat, dość zagadkowy:
A potem przestała już wyświetlać cokolwiek. W domu sprawdziłem - nie jest to kwestia baterii, tylko po prostu licznik padł. Nie muszę chyba dodawać, że paragonu w domu nie mam? A przynajmniej nie mogę zlokalizować. I to jest dopiero kaplica.
Średnia masakra, rower był czysty przez niecałe dwa dni - ot, norma.
Relive TUTAJ.
- DST 62.75km
- Czas 02:13
- VAVG 28.31km/h
- VMAX 52.80km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 207m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Globalnie
Wtorek, 9 lipca 2019 · dodano: 09.07.2019 | Komentarze 7
Szosa odebrana z serwisu śmiga ładnie i gładko, a napęd - mimo że już archiwalny - wygląda tak, że go nie poznaję. Jest dziwnie czysty :) Jednym słowem test wypadł poprawnie, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie czysto techniczne.
Inne? Hm. O tym zaraz.
Najpierw o trasie. Wpadła dziś północno-zachodnia pętelka, zawierająca kilkanaście kilometrów miejskiej walki: Dębiec - Hetmańska - Grunwald - Jeżyce - Golęcin - Strzeszyn - Psarskie - Kiekrz - Rogierówko - Kobylniki - Sady - Swadzim - Batorowo - Lusowo - Zakrzewo - Dąbrowa - Wysogotowo - Skórzewo - Plewiska - Poznań.
Główną atrakcją dzisiejszego wypadu były korki. Bo tak jak mamy globalne ocieplenie, powodujące, że nie da się za bardzo odróżnić zimy od lata (dziś jechałem w jesiennej bluzie, to akurat rewelacja), tak mamy powiązane z nim globalne zakorkowanie. Kiedyś w wakacje był luz na ulicach, teraz - można zapomnieć. Oczywiście, remonty mają w tym swój udział, no ale bez przesady.
Na Reymonta i Przybyszewskiego musiałem sobie stworzyć korytarz życia :) 
A, i muszę szczerze przyznać, że na Hetmańskiej AŻ dwóch kierowców na jakieś pięćdziesiąt zrobiło mi miejsce, żebym mógł minąć ich z prawej - cześć i chwała bohaterom. Innym... a, dobra :)
Generalnie o średniej mogłem zapomnieć już po powyższym odcinku, więc nawet nie walczyłem. Tym bardziej, że - ha, zaskoczenie! - wiało, i to godnie oraz nieprzyjaźnie.
Nawet z fotkami stricte rowerowymi dziś bida, więc na koniec jedynie klasyczna, z drzewkami na terenach na zachód od Poznania. To normalnie jak oaza na pustyni :)
Relive TUTAJ.
Jak to ostatnio mam w zwyczaju - wpis zawiera dojazd Czarnuchem do pracy.
- DST 72.60km
- Czas 02:46
- VAVG 26.24km/h
- VMAX 51.80km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 196m
- Sprzęt Czarnuch :)
- Aktywność Jazda na rowerze
Urrrr(y)wał i serwisował
Poniedziałek, 8 lipca 2019 · dodano: 08.07.2019 | Komentarze 9
Całe piętnaście stopni na plusie było najfajniejszą informacją dzisiejszego dzionka :) Resztę wolałbym przemilczeć, ale niestety nie da się zapomnieć o tym, co zimny huragan robił ze mną na polach. Chociaż wolałbym mieć taką moc :)
To, że szosa była niedysponowana, w sumie niewiele (prócz smuteczku) zmieniło w męczarniach - i tak duło z zachodu, gdzie z terenów zadrzewionych mogę wymienić... no nic nie mogę wymienić. Za to pola mieszają się z serwisówkami. A na wypad w teren nie miałem dziś wybitnie czasu, gdyż musiałem być punktualnie w pracy. Pozostało przetestowanie Czarnucha w środku asfaltowego cykloniku.
Trasa: Dębiec - Szachty - Luboń - Komorniki - Szreniawa - Trzebaw - Dębienko - Kręplewo - Joanka - Trzcielin - Konarzewo - Dopiewiec - Palędzie - Dąbrówka - Plewiska - dom.
Zdecydowanym plusem kółek 29 jest to, że nie muszę się szczypać jazdą naokoło, tylko na przykład Szachty przejechałem na szagę, część asfalten, a część jakimiś polnymi ścieżynkami. Przy okazji nie omieszkałem zatrzymać się na pomoście, jak widać po śladach bardzo lubianym przez ptactwo, oraz przy wieży.


W Dąbrówce budują Sejm :)
A teraz do kwestii naprawczych: daleko nie musiałem szukać miejsca, gdzie mogę udać się z T-rek(s)iem w celu diagnozy. Ponownie poratował mnie sympatyczny pan z serwisu przy tunelu na Dębcu, który dostał szosę w swe łapki przed południem, a po szesnastej zadzwonił z informacją, że jest ona do odebrania. I to mimo całkiem pokaźnej kolejki innych sprzętów do ogarnięcia. Przy okazji tego, z czym przyjechałem (czyli dokręceniu kasety, czyli banał, ale bez narzędzi ani rusz) jeszcze wyczyścił mi napęd, wyregulował przerzutki, dokręcił bębenek w felernym kole, usunął luzy w kierze i coś tam jeszcze, biorąc za to niewygórowaną cenę. Brawa i dzięki. Szkoda tylko, że poza "sezonem" ów punkt naprawczy jest tylko w soboty.
Dystans dzisiejszy wygląda więc następująco: najpierw pięć dyszek plus na Czarnuchu, potem również nim do pracy, po południu szybkie wyrwanie się w ramach przerwy z roboty po odbiór szosy, kawałek jazdy na jednym rowerze, a z drugim pod pachą, i znów powrót do pracy i z powrotem, tym razem szosą.
- DST 53.30km
- Czas 01:54
- VAVG 28.05km/h
- VMAX 52.60km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 143m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
O (z)boże, awaria oraz Pan Mercedes
Niedziela, 7 lipca 2019 · dodano: 07.07.2019 | Komentarze 17
Na początek zacznę
od… końca. Bo niestety humor mam lekko skwaszony, jak zwykle, gdy
coś szwankuje w rowerze. Otóż zauważyłem dziś jadąc, że jakoś
dziwnie, lekko, ale jednak, "faluje” mi koło. Jechać się dało,
choć były problemy z niższymi biegami (raz nawet spadł mi
łańcuch). Stwierdziłem, że na trasie nie będę niczego
rozkręcał, i – jak się okazało – dobrze zrobiłem. Bowiem po
powrocie, gdy odkręciłem koło… wypadły mi luźne zębatki z
kasety. Z jakichś
powodów się wykręciła (oczywiście klucza nie mam), a ja boję
się pomyśleć, co jeszcze wyjdzie, gdy uda mi się
przetransportować szosę do serwisu (mam raczej złe przeczucia czy jakaś część nie pękła, bo będzie problem).
Jakoś poskładałem napęd na słowo honoru i będę musiał jutro
gdzieś wyprosić o szybką diagnozę oraz interwencję… :/
Co do samego wypadu
– wiało koszmarnie, chyba dziś w całej Polsce tak samo. Co
prawda miałem inne zmartwienia (wymienione powyżej), ale jakoś
trzeba było te swoje pięć dych zrobić. Z naciskiem na słowo "jakoś”,
nie mylić z "jakość”, bo tego zdecydowanie zabrakło.
Trasa to zachodni coś: Poznań – Plewiska – Dąbrówka – Palędzie – Dopiewiec
– Dopiewo – Trzcielin – Konarzewo – Chomęcice – Szreniawa
– Komorniki – Wiry – Luboń – Poznań.

Podpoznańskie pola
zaczynają wyglądać tak, jak powinny latem, czyli mimo suszy kwitną
zboża, na razie nieśmiało, ale dobrze, że w ogóle. Na tym kończę
kącik rolniczy na dziś :)
Aha, dowiedziałem
się, że jestem pedofilem :) Skąd? Ano mam swojego hejtera, który
usilnie domaga się uwagi (w końcu się zlitowałem) pod jednym z moich filmików (dokładnie pod TYM). Z
ciekawości zerknąłem, kto zacz, ale wiem jedynie, że ów
dżentelmen lubi sobie jeździć Mercedesem po Frankfurcie i kręcić
z komórki (lub kamery) w ręce (nie jest to wideorejestrator) to, co
za szybką. A w wolnych chwilach życzy mi śmierci – ot, taka
pasja. Lepsza niż żadna :) W sumie fajnie jest mieć swojego Pana Mercedesa :)
- DST 62.10km
- Czas 02:04
- VAVG 30.05km/h
- VMAX 52.20km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 194m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Goniąc króliczka :)
Sobota, 6 lipca 2019 · dodano: 06.07.2019 | Komentarze 6
"Hurra!"-ki dziś były dwa - znakomita temperatura (osiemnaście stopni) oraz zachmurzone, mrocznie malownicze niebo.
"NieHurra!"-kiem był za to wiatr, który na trasie zmienił mi się z południowego na północny, oczywiście wtedy, gdy wracałem, ale w sumie nie było z nim tak najgorzej.
Trasa to najbardziej klasyczne z klasycznych "kondominium": Poznań - Luboń - Wiry - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Krosinko - Dymaczewo - Łódź - Witobel - Stęszew - Dębienko - Szreniawa - Komorniki - Poznań. Bez przygód, choć nie powiem, korki w Mosinie oraz Stęszewie mnie zaskoczyły, ale przecież jutro jest niedziela bez handlu, trzeba więc zaopatrzyć się na cały tydzień.
Na granicy Witobla i Stęszewa koszmarek rośnie w siłę. Już nie ma złudzeń - to będzie DDR-ka, najbardziej biało-czerwona z rodzimych, bo z kostki, z falami Dunaju i obowiązkowo z przejazdem z prawej na lewą. Tak, przypominam, mamy XXI wiek, a nie lata 90. wieku XX...

Skoro już jestem przy śmieszkach - gdy jechałem sobie tą w Łęczycy, na horyzoncie ukazał mi się jeden szoszon, który nie tylko zignorował zakaz jazdy rowerem (fakt, abstrakcyjny, ale tylko na takie nie mam patentów na wytłumaczenie się przed policją) oraz wszystkie możliwe czerwone światła.
Postanowiłem sprawdzić, czy go dogonię, kręcąc antyrowerowymi wynalazkami i przestrzegając przepisów. Pojechałem naokoło, bo się inaczej nie dało, postałem chwilę na wjeździe z podporządkowanej, odstałem swoje na światłach i.. dogoniłem. Tylko jak się okazało nie tego. Podobni byli :) Pozdrowiłem i zacząłem dalszy pościg. W Mosinie dogoniłem króliczka :) Właściwego. Tyle że po sekundzie już każdy jechał w swoją stronę, więc nie zdążyłem dopytać o to, jakim cudem wciąż żyje.
Z innych polskich klasyków...
No i w końcu mam chwilę na podsumowanie czerwca. W mega upalnym, więc ciężkim miesiącu, zrobiłem 1735 kilometrów, ze średnią 28,8 km/h, w tym wpadła jedna stówa do Czyśćca i jedna Przełęcz Karkonoska wykonana na trupie. Ujdzie :) De tego doszło prawie 95 kilometrów spacerów z Kropą.
Dystans - jak zwykle - zawiera dystans "pracowy".






