Dziś miałem dzionek wolny od pracy, więc... Tak, tak, od rana padało. Zaskoczenia nie było :)
Na szczęście gdzieś po dziesiątej się lekko wypogodziło, a że zdążyłem zjeść śniadanie, wypić solidną kawę i się pozytywnie nastawić, to z optymizmem wsiadłem (po chwili namysłu) na szosę.
Początkowo - prócz wiatru, wciąż tak samo paskudnego z zachodu - wszystko ładnie żarło. Z Poznania przez Luboń, Wiry, Łęczycę, znów Wiry, Komorniki, Szreniawę i Chomęcice dotarłem do Konarzewa. Tam nie tylko zakwitłem w... korkach, bo cała wieś jechała na pogrzeb, ale też nagle poczułem krople na czole. A po chwili już kręciłem w mini ulewie. Nie było gdzie się schować, więc dopłynąłem do Trzcielina, gdzie zobaczyłem... suchutki asfalt. Moja radość była przedwczesna. Kawałek dalej, w Dopiewie, znów było tak: Miałem dość chlupania w butach, zacząłem więc szukać jakiejś przyjaznej wiaty. Jak na złość, wszystkie przystanki były odsłonięte, ale główka pracowała. Znalazłem swój, zaskakujący nawet dla mnie, azyl :) Fajnie było, choć widok miałem raczej średni :) Do tego w budynku obok włączył się całodobowy monitoring napędzany poduszką, dość nieumiejętnie kryjący się za firanką. Co jednak nie przeszkadzało mi w odkrywaniu zasobów kapliczki (z death metalem w słuchawkach), trzeba przyznać, że trzymającej poziom... taki swojski :) Mimo wszystko było milusio, aż żal było ruszać. Dziękuję za to miejsce, w końcu na rowerze rozumiem ideę istnienia takowych :)
Powrót był... pod wiatr (a jak!) - przez Dopiewiec, Palędzie, Gołuski i Plewiska. Z taką oto aurą. Zgłupieć można. W lipcu jak w garncu :) Aha, super hiper Sigma gdzieś w połowie drogi wyświetliła taki oto komunikat, dość zagadkowy: A potem przestała już wyświetlać cokolwiek. W domu sprawdziłem - nie jest to kwestia baterii, tylko po prostu licznik padł. Nie muszę chyba dodawać, że paragonu w domu nie mam? A przynajmniej nie mogę zlokalizować. I to jest dopiero kaplica.
Średnia masakra, rower był czysty przez niecałe dwa dni - ot, norma.
Roadrunner - pomodlony nie, bez przesady, nie róbmy sobie żartów :) Ale daszek nad głową był, to najważniejsze :)
Evita - oj tak, to lato daje w kość... Czerwiec - upały, lipiec - od dwóch tygodni wiatr spod znaku masakry non stop, mam nadzieję, że chociaż sierpień będzie czymś w typie "25 stopni maks, wiatr 1 m/s maks, opady - 0,1mm maks" :)
Lapec - raczej proboszczowi niech będą (w)dzięki :) Byle nie te najbardziej pożądane ;) To, że nie wyjdę na rower i przez to nie będzie padać, jakoś mnie nie pociesza :P
Katana - moja Sigma ma maks dwa lata i już przestała żyć :P Ale o dziwo zmartwychwstała.
Bozi niech (za wiatę) będą dzięki - czy jakoś tak ;)
Taki okres niestety. Cały czas chmury wiszą i czy coś z nich spadnie zależy tylko od Ciebie i od nas. Jak wyjdziesz/wyjdziemy na rower, to będzie padać, jak nie? To nie :-P
Azyl niczego sobie ;), a zawsze to element kulturowy, jeśli dla kogoś nie religijny ;) Ja już mam dość wiatru. Serio. Nie narzekam tylko w okresie smogowym, bo dałam słowo, ale teraz to już żena :p
No jest to jakiś argument, choć Sigma sprzed lat 11 kontra ta sprzed lat 2 czy 3 to już inna bajka...
Najpierw zobaczę, może odżyje. Znalazłem chociaż opakowanie, choć bez paragonu, więc numer seryjny mam. Zawsze to jakiś punkt zaczepienia, żeby naskrobać do Niemiaszków :)
Czekam na ten nowy licznik, zrobię miliard kopii, już na wszelki wypadek.
Napisz do niemieckiej Sigmy, zobaczysz co odpiszą. Moje Sigmy wyprałem w pralce kilkukrotnie i nic się z nimi nie dzieje. Z resztą mój BC 906 ma już 11 lat przetrwał wiele, trzy podstawki połamałem, przyciski się lekko wytarły, ale działa.
Huann - schronienie w Polsce dość popularne, ale chyba jedno z niewielu, które się na coś przydaje :)
Katana - baterię już wyjąłem, ryż muszę sprawdzić czy mam. Makaron na pewno, ale boję się, że może nie zadziałać :) Dzięki za radę, spróbuję!
Kamil - dzięki również, czyli jest nadzieja :) problem w tym, że nie pamiętam, czy miałem go przed zakupem szosy, czy brałem razem z nią. Muszę poszukać karty serwisowej z Colexu, może tam jest. W sumie patent dobry, tylko muszę znaleźć czas na: a) poszukiwania w domu, b) wycieczkę na Jeżyce. W sumie nie spieszy mi się, mam jeszcze jakiś starszy egzemplarz, do tego zamówiłem ciut lepszy model w promocyjnej cenie. Jak dojdzie, zobaczę, czy będzie mi się chciało walczyć. A może jakimś cudem odżyje po ryżu? :)
Das deutsche qualität. A licznik zamawiałeś przez internet czy kupiłeś stacjonarnie? Jak masz jakikolwiek dowód zamówienia lub tam gdzie kupowałeś albo w jakimś zaprzyjaźnionym sklepie wydrukują ci kopie paragonu, albo ma ktoś paragon (cokolwiek), który może zeskanować, to możesz wysłać do niemieckiej siedziby Sigmy i przyślą Ci nowy licznik. Ja tak zrobiłem ze swoim pulsometrem: nie miałem paragonu, ale miałem na mailu, że zamawiałem taki sprzęt. Wydrukowałem maila spakowałem wszystko do kartonika, wysłałem za zachodnią granicę i po tygodniu miałem nowy pulsometr.
zalał ci się, rozszczelnił....weź wyjmij baterię, osusz suszarkę nawet jak wydaje Ci się że jest suchy, włóż go na noc do ryżu, i powinien załapać. Jeśli nie, to faktycznie kaplica
Katana - hehe, w sumie tak. Ale już niestety statek zatonął, a zachód zamienił się w noc :)
Ania - zazdroszczę, gdybym wiedział, to też bym ruszył przed wieczorem :) A kaplica jest na amen...
Grigor - raczej: miałem, a grałem przez kilkanaście minut. Nawet nie zdążyłem ogarnąć reguł :) A co do schronienia, to bardziej wierzę w te gołąbki o pyszczkach kaczuszek :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"