CityŻen(ua) :)
Sobota, 20 sierpnia 2016
· Komentarze(4)
Moja sobota zaczęła się równo o 7:30. Dźwiękiem odpalonej w tej właśnie minucie za oknem kosiarki. Niestety jej bezmyślny użytkownik wykonywał swą haniebną akcję za daleko, żeby przypadkowo spadła mi na jego głowę doniczka z kwiatami. Nie mogło to się stać również z powodu tego, iż takowej nie posiadam, bo znam bardziej praktyczne gadżety do gromadzenia kurzu. W każdym razie spać się już nie dało (choć przepraszam, Żona moja ma niezwykłe umiejętności w tym względzie i jej się udało), w sumie nawet dobrze, bo w południe musiałem być w pracy.
Skoczyłem najpierw po bułki do piekarni, a po szybkiej kawce byłem już w rowerowych cuglach. Pogodę zapowiadano upalną, ale tak źle nie było, bo 22 stopnie (na plusie - info dla Morsa) zawiera się jeszcze w moim górnym limicie komfortu. Natomiast wiatr się nie zawierał, ale też bez przesady - łba nie urywało, czyli jakby go nie było :) Zgodnie z jego kierunkiem ruszyłem najpierw na północ, potem na południowy zachód, żeby w końcu skręcić tam, gdzie planowałem od początku, czyli wschód. Uwielbiam topografię drogową miasta Poznań :)
Na całej trasie od Dębca przez Starołęcką, Czapury, Rogalinek, Rogalin, Mieczewo, za którym zawróciłem (konkretnie to jak zwykle za grochówką), znów Rogalin i Rogalinek, Mosinę, Puszczykowo i Luboń do Poznania mijałem się z rowerzystami maści wszelakiej, w większości pozdrawiającymi z uśmiechem. Ale oczywiście nie może być za różowo :) Gdy zwolniłem na wciąż rozkopanym przejeździe kolejowym na ulicy Mocka w Mosinie zauważyłem za mną cień, a po chwili przede mną sylwetkę kolarza. Ani cześć, ani pocałuj mnie w rzyć, po prostu wzrok przed siebie i zero pozdrowienia. A na wspomnianej rzyci zauważyłem napis "CityZen" i od razu mi się przypomniało, iż opisywana dwa tygodnie temu (TU) szanowna Bucka na równie wypasionym jak ów dżentelmen sprzęcie też miała dokładnie taki sam napis w tym samym miejscu. Nie żebym się gapił, co to to nie :) I teraz nasuwa mi się pytanie: czy to jakiś znak marketingowy zastrzeżony dla buractwa czy co? Kojarzę pewien przybytek o tej nazwie, do tego związany ze sportem, ale czy tam się tego uczą? Bo na przypadek mi to nie wygląda... Chyba że to ja jestem ślepy i głuchy (lub audiobook zakłócił mi wszelkie zmysły) - w takim przypadku z góry sorry za potwarz :)
A pomyśleć, że kilka kilometrów wcześniej, między Świątnikami a Rogalinkiem, jechałem sobie razem z dościgniętym przeze mnie sympatycznym szosowcem ćwiczącym do triathlonu, z którym ponabijaliśmy się z PRO w wersji PL, sztukantów na rowerach za grubą kasę i z zerową kondycją oraz tym podobnych atrakcji... :)
Aha, jechało się mega fajnie. Bez spinki, bez szaleństw, po prostu po swojemu, Tak lubię.
Skoczyłem najpierw po bułki do piekarni, a po szybkiej kawce byłem już w rowerowych cuglach. Pogodę zapowiadano upalną, ale tak źle nie było, bo 22 stopnie (na plusie - info dla Morsa) zawiera się jeszcze w moim górnym limicie komfortu. Natomiast wiatr się nie zawierał, ale też bez przesady - łba nie urywało, czyli jakby go nie było :) Zgodnie z jego kierunkiem ruszyłem najpierw na północ, potem na południowy zachód, żeby w końcu skręcić tam, gdzie planowałem od początku, czyli wschód. Uwielbiam topografię drogową miasta Poznań :)
Na całej trasie od Dębca przez Starołęcką, Czapury, Rogalinek, Rogalin, Mieczewo, za którym zawróciłem (konkretnie to jak zwykle za grochówką), znów Rogalin i Rogalinek, Mosinę, Puszczykowo i Luboń do Poznania mijałem się z rowerzystami maści wszelakiej, w większości pozdrawiającymi z uśmiechem. Ale oczywiście nie może być za różowo :) Gdy zwolniłem na wciąż rozkopanym przejeździe kolejowym na ulicy Mocka w Mosinie zauważyłem za mną cień, a po chwili przede mną sylwetkę kolarza. Ani cześć, ani pocałuj mnie w rzyć, po prostu wzrok przed siebie i zero pozdrowienia. A na wspomnianej rzyci zauważyłem napis "CityZen" i od razu mi się przypomniało, iż opisywana dwa tygodnie temu (TU) szanowna Bucka na równie wypasionym jak ów dżentelmen sprzęcie też miała dokładnie taki sam napis w tym samym miejscu. Nie żebym się gapił, co to to nie :) I teraz nasuwa mi się pytanie: czy to jakiś znak marketingowy zastrzeżony dla buractwa czy co? Kojarzę pewien przybytek o tej nazwie, do tego związany ze sportem, ale czy tam się tego uczą? Bo na przypadek mi to nie wygląda... Chyba że to ja jestem ślepy i głuchy (lub audiobook zakłócił mi wszelkie zmysły) - w takim przypadku z góry sorry za potwarz :)
A pomyśleć, że kilka kilometrów wcześniej, między Świątnikami a Rogalinkiem, jechałem sobie razem z dościgniętym przeze mnie sympatycznym szosowcem ćwiczącym do triathlonu, z którym ponabijaliśmy się z PRO w wersji PL, sztukantów na rowerach za grubą kasę i z zerową kondycją oraz tym podobnych atrakcji... :)
Aha, jechało się mega fajnie. Bez spinki, bez szaleństw, po prostu po swojemu, Tak lubię.


















































