Ojczyzna dojna
Niestety, była też walka z rowerem. Bowiem z niezrozumiałych dla mnie względów, po ostatniej jeździe szosą w deszczu i chowaniu się po kapliczkach (tu opisywanym, wiedziałem podświadomie, że to nie jest dobry pomysł) coś zaczęło mi trzeszczeć w miejscu nieokreślonym, znajdującym się "gdzieś na dole". Przez kolejne dni wykluczałem już napęd, tylne koło i pedały. Stanęło na suporcie, który wymieniałem... w kwietniu. I do tej pory sprawującym się bez zarzutu. Tymczasem dzisiaj już chrobotanie było tak głośne, że nie pomagała nawet muzyka na full w słuchawkach. Podjechałem więc do "przydomowego" serwisu koło tunelu na Dębcu (ostatnio jestem tam stałym gościem, jak się sypie, to już seryjnie), gdzie potwierdziła się moja diagnoza. A że paragon (taaa....) ze sklepu, w którym kupiłem ową magiczną część marki Shimano jest... gdzieś (albo i nie), na szukanie go czasu nie miałem, nabyłem w centrum jeszcze jeden suport i zostawiłem T-rek(s)a do naprawy. Przy sprzyjających wiatrach odbiorę go jutro po południu. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żebym musiał wymieniać ten element po zaledwie trzech miesiącach, ale jutro będę mądrzejszy i dowiem się, co się stało, żeby myśleć o jakimś sposobie reklamacji. Póki co jestem skazany na grube koła, które mi jutro kompletnie nie pasują, bo muszę być wcześnie w pracy.
Co do trasy: z Dębca najpierw przez Górczyn na Kopaninę (gdzie spędziłem upojne kilkanaście minut na przepuszczeniu trzech pociągów), następnie Junikowo, Skórzewo, Wysogotowo, Batorowo, Sady, Swadzim, Kobylniki, nawrotka do Batorowa, a powrót przez Lusowo, Zakrzewo, Dąbrowę, Skórzewo i Plewiska do domu. Tak jak na Relive.
W Batorowie zwróciłem uwagę na ten znak:

Jak się okazało, miał on swoje podstawy, bo już po chwili mogłem się zatrzymać i podziwiać coraz bardziej rzadki niestety widok, czyli całe stado koleżanek pasących się na zielonej trawce, a nie gdzieś tam stłoczonych ciasno w oborach. Podziwiałem, jak niczym psy sobie dokazują, przytulają i ganiają jak szczeniaki. A po chwili z drugiej strony drogi usłyszałem: "pięć złotych za zdjęcie!", na co odpowiedziałem, że skoro tak drogo, to kasuję, by po chwili gaworzyć sobie z sympatycznym gospodarzem o szczęśliwych krowach. A jakby ktoś potrzebował świeżutkiego mleka prosto od nich, to jest tam do dostania od ósmej rano. Nie wiem, czy się kiedyś nie skuszę :)











