Znów najpierw
poszukam plusów, jak nie ja :) Po pierwsze – w nocy nie padało,
dzięki czemu przy temperaturze bliskiej zera wcześnie rano nie
trzeba się było obawiać o szklankę na drogach. Po drugie – w
dzień również nie padało, dzięki czemu można było pojeździć.
To by było na tyle,
a reszta stałaby się milczeniem, gdybym nie prowadził bloga :) Mus to
mus, więc nie obejdzie się bez kilku słodkich słów na temat
wiatru, który wiał dziś tak średnio około 25-30 km/h, do tego
zmiennie, co w połączeniu z tym, co na termometrze, dawało, hmmm,
nie za wysoki komfort jazdy. I w sumie tytuł zawiera wszystko, co
chciałbym przekazać :) Finalny wynik, mimo że tragiczny, i tak
kosztował mnie sporo męczarni, więc najprzyjemniejszym momentem
tego wypadu był… jego koniec.
Trasa to klasyczne w
tę i z powrotem: Poznań – Luboń – Łęczyca – Puszczykowo –
Mosina – Rogalinek – Rogalin – Świątniki i nawrotka zaraz za
nimi, przy budzie z grochówą. Tutaj Relive.
Miło chociaż, że
drogowcy informują na bieżąco, jakie są warunki :)
W Puszczykowie taka
oto sytuacja – jak widać suche drogi to jedno, a rozważna jazda
po nich – zupełnie coś innego.
Tu kolejny rower do
osobistej kolekcji… Choć raczej akurat na tym bym sobie nie
pojeździł, przez te koszyczki… :)
Natomiast tu
człowiek (z jakimś tam stopniem niepełnosprawności), który –
zima nie zima – kursuje na tym swoim trójkołowcu między Luboniem
a Poznaniem regularnie. Często go pozdrawiam, on – jeśli zdąży
zareagować – mnie również. Brawa dla tego pana – to się
nazywa pasja. Nie trzeba być pro, jeździć na sprzęcie za gruby
hajs, ani wylewać siódme poty w rywalizacji o najwyższe miejsce w
maratonach, żeby codziennie coś wygrywać.
Komentarze (15)
Eeee, w takim razie to klasyczny post-PRL-owski dziadek :)
Ania - postaram się jakoś przekazać te brawa przy kolejnym pozdrowieniu :)
Katana - ale dziadek-dziadek czy taki również z niepełnosprawnością? Bo to osobne kategorie :)
Mors - dramat na drogach trwa i będzie trwał nawet na autostradach :) Za milczenie niech odpowie tym razem tablet, nie pracownicza klawiatura. Ale fakt, trzeba poprawić :)
U nas był Biały Rower w miejscu, gdzie pewnego artystę staranowało auto prowadzone przez dwóch pijaków (sąd chyba ostatecznie nie doszedł, który prowadził, bo każdy twierdził, że to nie on). Artysta jechał w sposób nieprawidłowy (bo po chodniku), zaś rower jakiś czas temu zniknął, prawdopodobnie skradziony przez złomiarzy. Ot, Polska w pigułce.
Katana - znając życie to kwestia czasu... Eh, te mordercze drzewa po drugiej stronie jezdni, jak na złość i nie wiadomo czemu rosnące na terenie parku narodowego... :)
Yurek55 - tak, białe zwykle stawia się na miejscu tragedii, ja w Poznaniu kojarzę dwa takie - przy stacji Poznań Główny oraz przy bardzo ruchliwej ulicy Jana Pawła, zresztą widok jest bliźniaczo podobny do tego z Twojego linku... Ten mój dzisiejszy zdobi artystyczną kwiaciarnię i na szczęście nikogo nie upamiętnia :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"