Lubądź
Wiać miało niby z południa i ze wschodu, co jak zwykle okazało się ściemą, bo niespecjalnie mocno, ale jednak gnoiło mnie z każdej strony, nawet z północy i zachodu. Warunek był jeden - akurat ja musiałem jechać w tym kierunku. No życie. Jakoś już się przyzwyczaiłem :)
Wypad zacząłem od mojego, dawno nienawiedzanego Lasku Dębińskiego. Tam przywitał mnie ziomal z obstawą, który co sezon uaktywnia się w okolicach jednego z tutejszych oczek wodnych. Dziś jednak był jakiś taki nastroszony, a po chwili wystawił się do mnie kuprem i zaczął sobie dziobać skrzydła. Zrozumiałem, że mam spadać, tym bardziej, iż nie byłem przygotowany w temacie jakiegoś żarła :)


Następnie już klasyczną trasą anty-DDR-kową, czyli Muminkiem, poleciałem przez Starołękę, Krzesiny, Jaryszki, Koninko, poznańską Głuszynę, Babki, Czapury, Rogalinek, Mosinę, Puszczykowo, udało mi się przedrzeć przez ścieżkę w Łęczycy, by... zakwitnąć gdzie? No gdzie? Ano w Luboniu! Sądzę, że nie było co do tego wątpliwości :)

Co prawda kilka dobrych minut w korkach, jak również pełzania za traktorami i sprzętem budowlanym, zafundowała firma wykańczająca wiadukt dla kolei, ale z moich doświadczeń wynika, że PKP ma się tak samo do innych, normalnie działających firm, jak Luboń do Amsterdamu. Czyli wszystko się zgadzało :)
Do domu dotarłem później, niż zamierzałem, ale do pracy zdążyłem. Tym samym znów udowadniając, że nie będzie lubońskość pluć mi w twarz, ni rowerów nam zniesmaczać:)








