ProGnoje pogody
Wyruszyłem jak na siebie wcześnie, bo sporo przed dziewiątą. Przed wyjazdem przejrzałem cztery prognozy, z których na jednej pokazano delikatny opad śnieżku o wartości 0,1 mm. I to by się nawet zgadzało, bo coś mnie tam w Luboniu w tym stylu smyrało po kasku. Ale po chwili przeszło i bez obaw kręciłem dalej, przez Wiry, Komorniki, Szreniawę, Konarzewo, Trzcielin. W sumie "kręciłem" to za dużo powiedziane, bardziej można to było nazwać "ambitnym działaniem mającym na celu nieporuszanie się wstecz". Tak duło, wiało i masakrowało. W połowie trasy jedyne, co udało mi się wyciągnąć to niecałe 24 km/h średniej, i to tylko dzięki nowemu napędowi, bo na starym nie decydowałbym się na mocniejsze stąpnięcie na pedały.
Miałem jednak świadomość, że przecież zaraz się cofam, zaraz wiatr mi pomoże, a jest minimalna szansa, że stanie się moim sprzymierzeńcem! Co prawda za Dopiewem nie za bardzo miał na to ochotę, ale i tak było zdecydowanie lżej. Gdy jednak dotarłem do Palędzia z niebo zaczęło sypać, początkowo nieśmiało, by za chwilę już stracić skrupuły i uderzyć pełną parą zimowego gnoju. Pojawił się nawet na chwilę grad. W kilka chwil drogi zrobiły się blade, a wiadomo co to oznacza przy temperaturze "minus zero"... W Dąbrówce już kombinowałem jak znaleźć optymalną pozycję do utrzymania środka ciężkości, co na lodowych płatach łatwe nie było, natomiast cała jazda po serwisówce przy S11 to czysta walka o utrzymanie pionu. Każdy skręt był ciekawą przygodą, a zjazd z wiaduktu prawie skokiem Małysza z K230 (czy jakie tam są te skocznie). Udało się dotrzeć do drogi na Plewiska, gdzie chwilę musiałem odsapnąć od wrażeń.

Było grubo przed jedenastą. W prognozach pierwsze "większe" (czyli 0,3 mm) opady zapowiedziane były na... po piętnastej. Gdybym wiedział to nie ruszyłbym szosą, a czołgiem. Lub nawet w ogóle. A tak - pozostało mi mega ostrożnie doczłapać się do domu. Ta misja zakończyła się sukcesem i radosnym przywitaniem klamki od bramy. Mocnej, stabilnej klamki przy solidnej bramie. Taaaak, tego mi było potrzeba :) Przezornie nie patrzyłem już na średnią, coby mi nie przyszły na myśl jakieś głupie pomysły. I dobrze zrobiłem :)
Za oknem widzę perspektywę. Braku roweru przez najbliższe kilka dni. Bo coś czuję, że początek grudnia będzie pogodową rzeźnią.








