Upalnie i kosiernie
Teraz kilka słów o wietrze. No bo jak by to było tu bez niego? Od razu uprzedzę fakty i powiem, że oczywiście prognozy się pomyliły, co nowością nie jest, ale wciąż zaskakuje takiego naiwniaka jak ja. Więc wiało mi najpierw w pysk (gdy jechałem na południowy zachód), potem z boku, a potem w pysk (gdy wracałem na północny zachód). Łatwo nie było, ale wina moja, bom uwierzył w gusła, czyli jednolity powiew z południowego wschodu.
Jako że była niedziela to dziarsko ruszyłem Starołęcką, co prawda pustą, ale i tak czekało mnie grzanie się w ciepełku (wtedy zaledwie 25 stopni) przed zamkniętym przejazdem kolejowym. Następnie pozdrowiłem leżącą kawałek dalej DDR-kę (z boku oczywiście) i znalazłem się już na fajnym do kręcenia kawałku prostej Czapury - Wiórek - Sasinowo - Rogalinek. Tam natrafiłem na przydrożną wystawę kosiarek. Modele może niekoniecznie najnowsze, ale najlepsze, niezawodne i niezapychające się chyba nigdy :)

Skoro Rogalinek, musiał być i Rogalin, potem Mieczewo, gdzie pierwotnie chciałem zawrócić, ale jechało mi się na tyle fajnie w terenie zalesionym, że postanowiłem lekko wydłużyć swoją dzisiejszą wycieczkę i dokręcić do Kórnika. Tak zrobiłem, a już na miejscu skręciłem na Borówiec, świadom co mnie w nim czeka. Jest to bowiem jeden z najjaskrawszych przykładów polskiego paradoksu - wiocha ta ma ze wszystkich możliwych stron drogi z praktycznie idealnym asfaltem, jedynie na jej środkowo-wschodniej części znajduje się jakiś kilometr czegoś, za co wujek Adolf pewnie dostał oklaski od miejscowych, ale w czasach, gdy zamawiało się w katalogach najnowsze modele furmanek. Czyli cholerne, rzeźnicze, nieprzejezdne płyty, które nawet mieszkańcy, zaopatrzeni w dobrze zawieszone samochody omijają objazdami (wiem, bo dyskutowałem o tym w pracy z jednym z nich). Udało mi się tym razem je pokonać bez pękniętej szprychy (raz już to przerabiałem) i po chwili (kilka minut z prędkością 20 minus) znalazłem się na perfekcyjnej, równej drodze... Aha, ten sam mieszkaniec, o którym wspomniałem dowiadywał się u źródeł i podobno na najbliższe klika lat nic się w tematyce płyt nie zmieni... :/
Końcówka trasy to walka z wiatrem od Borówca przez Daszewice i Babki znów do Czapur, poznańskiej Starołęki i domu. Oj, napociłem się, żeby wyjść na "swoje" (czyli wyrzyganą średnią na poziomie trzech dych). Nawet dosłownie, bo pod koniec temperatura podchodziła pod trzy dychy. Brrrrr.








