W końcu seta, czyli Środa w piątek

Piątek, 27 lutego 2015 · Komentarze(13)
No dobra, przyznam się. Miałem gula, i to niezłego, że tyle osób już zrobiło w tym roku sto kilosów, nawet ze sporym nakładem, a ja wciąż nie. Przecież jest już końcówka lutego, heloł!! OK, dobra, napisanie czegoś takiego dawno, dawno temu, gdy zimy były jeszcze zimami skończyłoby się bezpośrednim skierowaniem na badania w Tworkach, ale w tym roku... No trzeba było nadrobić.

Ale po pierwsze się wyspałem, bo dzionek w końcu miałem wolny. Potem kawka, śniadanko i spojrzenie za okno (fajnie, pochmurno, ale bez opadów, temperatura zdecydowanie na plusie) - tak, to idealny dzień na przełamanie impasu. Co prawda trochę mnie zmartwił kierunek wiatru - znienawidzony południowy-wschód, czyli żadnej możliwości na po prostu w tę pod wiatr i po prostu z powrotem z wiatrem. Założyłem sobie więc jako kierunek Środę Wielkopolską, bo tam jeszcze mnie rowerem nie widziano, a co dalej się zobaczy. Tak, prawdziwy ze mnie mistrz planowania :)

Gógelmap przy symulacji wycieczki w żaden sposób nie chciał pokazać stówy, więc stwierdziłem, że będę jechał naokoło. Ruszyłem więc najpierw na Luboń, potem Puszczykowo, Mosina, przekroczenie Warty i lasem, lasem, lasem. W Rogalinie "z rąsi" cyknąłem fotkę kościoła p.w. św Marcelina z pierwszej połowy XIX wieku, wzorowanego na francuskiej świątyni w Nimes. Są tacy, którym się on podoba, jak dla mnie to kicz i tyle :)

Dojechałem do Kórnika, po drodze jak zwykle dziwiąc się, że tam, gdzie stacjonują stałe punkty programu, czyli "grzybiarki", bez skrępowania zatrzymywały się samochody, ale cóż, moralistą nie jestem, a jedynie estetą. Co oznacza, że mogę zostać moralistą :) W samym Kórniku postałem sobie w okołorynkowych koreczkach i postanowiłem na chwilę zatrzymać się przy słynnym zamku. Białej Damy nie widziałem (na szczęście też żadnej Grzybowej Damy), więc zrobiłem sobie mały bezstresowy poligon fotograficzny.


Tu na fotce: Tytus (Działyński), Rower i... aaaa... Tomek (z tyłu, robię zdjęcie) :) :

No i dzik - czyżby i tu byli rolnicy domagający się odstrzału tych w sumie sympatycznych świniaków?

Objechałem sobie dokoła arboretum, oczywiście z zewnątrz, i oczywiście przegapiłem jeden ze skrętów, więc dojechałem do Bnina i musiałem się cofać. Potem zostałem ofiarą "oznakowania" przed S-11, bo po co pisać o miejscowości położonej 10 km dalej, do której się zmierza, jeśli można napisać kierunek: Bytów? Powiem szczerze - gdyby nie smartfonowy GPS to teraz pewnie błąkałbym się po nadmorskiej plaży i głaskał mewy. Ale w końcu się udało, uff... Choć miałem moment zwątpienia, gdy zobaczyłem tablicę z napisem "Dębiec 1 km". Nie, na szczęście nie ten mój Dębiec :) Na "jedenastce" udało mi się upolować ruiny dwóch wiatraków. W stanie wegetatywnym niestety :(

Na horyzoncie pojawiła się Środa... To ten... może wszystko na ten temat. Do centrum trafiłem na czuja, bo tablic żadnych nie było. Jak spojrzałem jak ono wygląda to zrozumiałem tę powściągliwość :) Pogruchotałem się bo paskudnym bruku, objechałem wszystko dokoła i zachciało mi się stamtąd uciekać. Zapytałem miłego pana co i jak (lewo, lewo, lewo) i wyszło mi, że czas kierować się na północ, na Kostrzyn. Z zadumy nad tym smętnym miasteczkiem zapomniałem o klu programu, czyli cukrowni, którą miałem nawiedzić. Ale za późno było wracać... Może w przyszłości.

Kręciłem sobie "asfaltem" (moje zęby), dokładnie 21 kilometrów (szacun dla pana nawigatora ze Środy - dystans podał idealnie), mijając takie metropolie jak np. Węgierskie (tylko nie wiadomo co) czy Ługowiny, które skojarzyły mi się z Rzygowinami i dokładnie tak wyglądały :) Ciut wcześniej, chyba w Płowcach, zainteresował mnie wiatrak, ale tym razem ultranowoczesny, wielkie bydle. Aż musiałem się zatrzymać i go nawiedzić. Poniżej fotka w całej okazałości i rower jako miarka... Oj, robi to wrażenie z bliska. Co ciekawe - niedaleko stał kościół, a nad okolicą górował właśnie ów wiatrak zamiast jakiegoś potworka wzorowanego na Świebodzinie. Przejaw normalności czy wyjątek od reguły?



W końcu Kostrzyn... Też jakoś bez zachwytu. Dwa punkty mnie zainteresowały - gołębia schadzka nad jedną z kamienic (współczuję jej administratorowi) oraz Brama Cechowa, dość słynna i nieźle się prezentująca na tle całego smutnego miasteczka.


Końcówka to już powrót dobrze znanymi szlakami, czyli DK 92. Jedna rzecz mnie zmartwiła - na prawo ode mnie powstawało coś z kostki. Mam pewne obawy... No jakie? DDR? Oby, proszę, proszę, proszę, proszę!!! nie...! W Swarzędzu skręt na Zalasewo, telepanie się asfaltami godnymi rajdów enduro, Malta, Dębiec.

Jestem zadowolony. Zaliczyłem miejsca, w których jeszcze nie były moje pedały (jakkolwiek to brzmi), dorównałem co poniektórym, jechało mi się sympatycznie i bez przygód spod znaku Zła. Tak, zdecydowanie wolny dzień uznaję za udany. A wieczorna pizza z Żoną z pobliskiej żarłodajni była znakomita :)

Komentarze (13)

Humorek wrócił :-) Apetyt nie musiał hehe

lipciu71 22:47 sobota, 28 lutego 2015

Aaaaa :) a się zastanawiałem kto zacz :) pozdro!

Trollking 19:55 sobota, 28 lutego 2015

Jako gość pisałem ja. Z telefonu i z pociągu, więc tak wyszło:)

adamoz 19:34 sobota, 28 lutego 2015

Drogi Gościu - dziękuję. Mi idzie na ambicję jak do okrągłego dystansu brakuje tych kilku kilosów. Nie jestem w stanie odpuścić i lecę jak osioł za marchewką :)

Trollking 16:11 sobota, 28 lutego 2015

Dariusz, coś mi tam Endo zakrzyczało, że już się pocieszyłeś. Ale nie będę Ci psuł zabawy w informowaniu o tym :)

Jurek, nie wiem czy Disneyland to dobre słowo. Mi się bardziej kojarzy z Legolandem :)

Adam, spokojnie. Czekam aż znów mi wyskoczysz z takim dystansem razy pięć jednego dnia :)

Trollking 16:07 sobota, 28 lutego 2015

Niezła średnia. Zazdroszczę. Ja w tym roku 2 razy przekroczylem 90 km i za każdym razem kilka km zabrakło do setki, ale jakoś nie przyszlo mi do głowy aby dociągnąć. Dopiero po Twoim tekście widzę ile straciłem :-) Może jutro seta wpadnie.

Gość 16:06 sobota, 28 lutego 2015

Fajna trasa. Ech kiedy ja zrobię setkę;/:(

Ksiegowy 07:59 sobota, 28 lutego 2015

"Zawistnicy" mówią że jeszcze nam daleko do "europy" !
Ale Disneyland (a la Kórnik) to Nasi wymyślili ! :)

Jurek57 07:49 sobota, 28 lutego 2015

No i oczywiście ja tylko zostałem bez setki. Zawsze na końcu :-(

Urodziłem się na końcu roku, moje imieniny cudem zmieściły się w końcu grudnia, do szkoły pod górkę, tramwaj zawsze mi ucieka, na obiad się spóźniam i dostaję zimny, w pracy sam siedzę i jeszcze tutaj nie dość, że najwolniejszy, to jeszcze bez setki. JAK TU ŻYĆ ja się pytam????????

M. mnie właśnie trzyma za rękę, ociera łzy i pociesza, że jeszcze kiedyś zabłysnę :-)

lipciu71 01:01 sobota, 28 lutego 2015

Tak... to tzw. czas pracy "równoważny". Jakbym był górnikiem to by mi dodatkowo płacili, ale niestety :/ Ma to swoje plusy, bo jak coś należy gdzieś załatwić w tygodniu to po prostu mam na to cały dzień. Choć więcej oczywiście jest minusów. Kapitalizm, taaa... :)

Trollking 22:00 piątek, 27 lutego 2015

Czasu mi brakowało... zresztą, co się będę tłumaczył :) ważne, że w końcu. Trasa faktycznie mi się podobała, bez fajerwerków, ale ważne, że nowe tereny częściowo.

Trollking 21:30 piątek, 27 lutego 2015
Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa mnami

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]