Info
Suma podjazdów to 814121 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Listopad4 - 0
- 2026, Październik31 - 16
- 2026, Wrzesień30 - 11
- 2026, Sierpień31 - 24
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 120.15km
- Czas 03:57
- VAVG 30.42km/h
- VMAX 53.20km/h
- Temperatura 25.0°C
- Podjazdy 348m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Seta, obornicki syf oraz wiatr. Czyli pozytywnie :)
Środa, 6 sierpnia 2014 · dodano: 06.08.2014 | Komentarze 4
Od dawna - niczym stary alkoholik - miałem ochotę na jakąś setę. Ale wciąż praca, jak nie praca to wyjazdy i nie było jak. Dziś w końcu po wczorajszej pauzie spowodowanej deszczem udało się zrobić konkretniejszy dystans. Oj, brakowało mi tego.
Wszystkie prognozy mówiły, że wiatr będzie północno-zachodni. No dobra, skoro tak to przemęczę się kawałek i powrót będę miał z przyjemnym podmuchem w plecki - jak zwykle sam sobie stworzyłem w głowie nierealną bajkę. O czym później. Plan był taki, że jadę do Obornik, tam pomyślę gdzie skręcić, a potem się zobaczy. Postanowiłem nie marudzić podczas jazdy przez miasto, zacisnąłem zęby i jakimś cudem do momentu zjazdu z Obornickiej (jak zwykle dzięki koleinom osobiście uznaję to za etap górski) udało mi się dobrnąć ze średnią lekko ponad 28 km/h, czyli jak na Poznań przyzwoicie.
Przede mną rozwinęła się prosta na Oborniki, a na niej obowiązkowo.. no co? Remont. Postałem sobie w ruchu wahadłowym i ruszyłem dalej, by w końcu znaleźć się w tym jednym z najbardziej znienawidzonych przeze mnie pod względem rowerowym miejsc w Wielkopolsce. Oborniki Wielkopolskie to miasteczko, które ma chyba jakieś wielkie europejskie aspiracje, ale jak to w życiu bywa gdy się za bardzo chce to wychodzi odwrotnie. Wystarczy tam spróbować wjechać od strony Bogdanowa, żeby po pierwsze kompletnie zgłupieć, a po drugie puknąć się w głowę i z rezygnacją machnąć łapami. Nie wiem, może ja się za mało znam na przepisach drogowych, ale jeśli jest coś na kształt ścieżki, na której jest niebieski znak drogi pieszej, poniżej napis "nie dotyczy rowerów", a na asfalcie zakaz jazdy rowerem to niech ktoś mi mądry powie czym mam jechać? Na logikę wychodzi, że chyba muszę po obowiązkowej kostce, ale jeśli ona nagle zakręca, kończy się przejazdem na drugą stronę szosy i niknie w jakichś krzakach, a tam gdzie chcę jechać (czyli - o dziwo - prosto przed siebie) zostaje tylko antyrowerowy zakaz to nie wiem, mam przelecieć sobie na skrzydłach na tym kawałku urzędniczego debilizmu czy co? A, bym był zapomniał - zaraz przed przejazdem nad Wartą następuje ścieżkowo-kostkowa rezurekcja, tylko że potem przechodzi na samym moście w coś, czym nawet ciężko się idzie, nie mówiąc o jeździe szosą. Po prostu masakra. Wylądowałem na jakimś chodniku, przede mną wieniec czterech przejazdów po pasach, stwierdziłem, że jak pojadę prosto to z tego co kojarzyłem wykwitnie mi jeszcze więcej kostki, więc pojadę w lewo. Dopytałem przypadkową starszą panią gdzie dojadę, powiedziała, że na Czarnków, dodając z dumą w głosie: "a tam to pan już będzie miał ścieżkę rowerową". No tylko tego mi brakowało - po tych słowach miałem chęć nawrotu i desperackiej ucieczki gdziekolwiek poza tę dziurę :) Ruszyłem jednak dalej i po zupełnym zignorowaniu ścieżki - bo oczywiście była - wyskoczyłem poza Oborniki.
Wjechałem w las i w końcu było mi dobrze. Dość dobry asfalt, mało samochodów - tego właśnie szukałem.
No ale do czasu. Remont. Sterowanie ręczne ruchem. Zaprawdę, ile można? O tyle dobrze, że poczekałem sobie w cieniu, podziwianie wozów remontowych na długości ponad kilometra też było ok, bo widok przedstawiał się imponujący. Gorzej, że gdy już znalazłem się poza zasięgiem remontu to na oponach został mi po raz kolejny osad od smoły i nawet kilka razy się zatrzymałem zastanawiając skąd ten dziwny dźwięk podczas jazdy, bojąc się jakiejś nieprzyjemnej niespodzianki na trasie. W końcu jednak większość się starła, ja w międzyczasie załączyłem ostrą muzę na empetrójce i raczej bezstresowo jechałem dalej - pod wiatr, który się stopniowo wzmagał.
I tak dojechałem do wsi Ludomy, która to powitała mnie... skarbonką. Bo ja inaczej nazwać sprytne rejestrujące urządzonko podłączone do świateł, które co kilkadziesiąt sekund zmieniają się na czerwone, mimo że droga jest kompletnie pusta, podobnie jak pasy dla pieszych (których nawet nie ma), a sam moment zmiany jest tak szybki, że nawet ja jadąc rowerem ledwo zdążyłem się zatrzymać? Jestem ciekawy ile daje taka maszyneria zysków z mandatów sołtysowi, ale sądzę, że za kilka lat będzie to najbogatsza wiocha w Polsce. Zrobiłem zdjęcie tego czegoś w akcji, już wracając.
A właśnie, co do powrotu. Nastąpił on kawałek dalej, dojechałem do miejscowości Gorzewo i zawróciłem, bo 50 km zostało przekroczone i tęskniłem już za tym wymarzonym wiaterkiem w plecy. Tylko, że... go nie było. Wiało mi z boku. No dobra, pewnie chwilowo - pocieszałem się. Gdzie tam. Non stop upierdliwy, boczny nawiew. Znów odczekałem swoje przy remoncie, znów koła mi się zasmoliły, znów nie widziałem ścieżek, znów po jakimś czasie byłem w Obornikach, gdzie się lekko pogubiłem dzięki specyficznemu oznakowaniu kierunków i musiałem wbrew sobie kawałek jechać po chodniku - alternatywą była droga pod prąd. Zatrzymałem się na tych samych światłach co poprzednio, wziąłem głęboki oddech na myśli o kontynuowaniu dalszej podróży przez Oborniki, gdy nagle zobaczyłem napis kierujący na Murowaną Goślinę. Poczułem się jak w "Seksmisji" na widok bociana - jest ratunek, mam alternatywę!
Cieszyłem się póki nie trafiłem na prostą poza Obornikami. Nie wiem jak to możliwe, ale tym razem wiatr znów miałem centralnie w pysk. I tak do końca. Zatrzymałem się na chwilę w Łukowie, bo jako agnostyk-miłośnik drewnianych kościołów nie mogłem ominąć kolejnego do kolekcji. Fotka wyszła tak sobie, bo było mało miejsca i słońce ostro dawało, ale za to udało mi się zrobić zdjęcie w środku, choć przez szybkę, więc jest mało wyraźne.

Dojechałem do obwodnicy Murowanej, na której nie wiem czemu byłem po raz pierwszy w życiu i muszę przyznać, że tamtejsza hopka jest rewelacyjna: długi jak na warunki WLKP zjazd i od razu wjazd - uwielbiam to. Szkoda tylko, że pod wiatr. Nie będę komentował samego powrotu, bo musiało by się tu znaleźć dużo baaaardzo brzydkich słów. Z mojej bajki o przewidywalnych warunkach wyszło to, co zwykle. Wróciłem strasznie wymęczony, nie przymierzając jak poseł Grodzki - czy tam Grodzka - po nocnych naradach z posłem Biedroniem.
Dystansu wyszło dokładnie 119 kilometrów. Ostatni kilometr zrobiłem więc dokoła osiedla, bo by głupio bez tego wyglądało :) Średnia - średnia. Miało być lepiej, ale reklamacje proszę składać na wredna łapska Pana Wiatra.
- DST 52.35km
- Czas 01:40
- VAVG 31.41km/h
- VMAX 50.90km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 79m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Kondopowrót
Poniedziałek, 4 sierpnia 2014 · dodano: 04.08.2014 | Komentarze 2
Ale się stęskniłem za tą trasą! Nie pamiętam kiedy ostatnio objeżdżałem "kondomik", pewnie coś koło miesiąca temu. Dlatego dzisiejszy trening smakował wybitnie, mimo że sytuacja na szlaku się trochę skomplikowała przez naszych kochanych drogowców. Najpierw chcąc uniknąć remontów w Łęczycy pojechałem przez centrum Lubonia, gdzie na drodze do Wirów czekał na mnie... zryty asfalt na całej długości. Jakoś się przebiłem, by w Krosinku obowiązkowo odczekać na kolejnych ustawionych na niekończący się czas remontu światłach. Żeby uniknąć ścieżki na obwodnicy Stęszewa popedałowałem przez samo miasteczko, gdzie co chwila ktoś skręcał przede mną w lewo, a mieszkańcy jak rasowe zombie z bezmózgami na twarzach przełazili z jednej na drugą stronę ulicy, zupełnie nie przejmując się ruchem. Itp, itd...
Ale, ale! Cieszyłem się jak dziecko, że znów tu jadę. Ta trasa ma wszystko, co lubię: przejazd wzdłuż lasu w Puszczykowie, kilka fajnych hopek, widoczek na jeziorko za Dymaczewem, kawałek krajowej "piątki", gdzie można się rozpędzić... No lubię :) Nie lubię tylko Komornik, gdzie nawet w wakacje są korki, przez które dziś straciłem sporo ze średniej i zamiast powtórki z wczoraj jest trochę słabiej, ale też tragedii nie ma.
Wyjechałem po ósmej rano, więc temperatura jeszcze była milutka, ale w pewnym momencie zaczęły pojawiać się wielkie, bure chmury. Nie powiem, żebym nie miał wątpliwości co do kontynuowania jazdy, mając w pamięci m.in. wczorajszy etap TdP. Jednak postanowiłem zaryzykować i się opłaciło - wróciłem suchy, ale gdy dodaję ten wpis za oknem robi się coraz ciemniej. Ale teraz jak dla mnie już może lać :)
- DST 52.30km
- Czas 01:38
- VAVG 32.02km/h
- VMAX 51.40km/h
- Temperatura 29.0°C
- Podjazdy 96m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Syndrom flądry
Niedziela, 3 sierpnia 2014 · dodano: 03.08.2014 | Komentarze 2
W końcu średnia, której nie będę się wstydził. Paradoksalnie, bo jako osoba, która generalnie nienawidzi słońca, a na temperaturę powyżej 20 stopni reaguje - delikatnie mówiąc - mało pozytywnie, zauważyłem ostatnio, że prędkości wychodzą mi czasem lepsze niż przy ulubionych warunkach. Sam sobie tłumaczę to w ten sposób, że mam syndrom flądry uciekającej przed kurtuazyjną wizytą w smażalni - im szybciej będę w bezpiecznym miejscu tym lepiej. Poza tym jak się jedzie to jest w miarę ok, problem zaczyna się przy pierwszym zwolnieniu czy zatrzymaniu - wtedy informacji o tym, że człowiek składa się w większości z H2O nie trzeba przypominać :)
Na trasie jak to w niedzielę na szosach w kierunku Kórnika (ja dziś szanując zdrowie dotarłem do Mieczewa i zawróciłem) masa ludu mniej lub bardziej pro. Generalnie wyprzedziłem wszystkich, których miałem okazję, ale poległem w jednym przypadku: za Świątnikami dopadła mnie grupa pięciu czy sześciu szosowców, których chwilę wcześniej pozdrawiałem jak wyjeżdżali ze stacji benzynowej. Kolesie mieli tak idealnie wypracowaną jazdę w teamie, że minęli mnie precyzyjnym kominem środkiem szosy, tak że nawet nie miałem szansy się podłączyć, bo chwilę później nastąpiła zmiana lidera i było pozamiatane. No cóż, takie uroki rowerowego singlowania.
Nie wiem jak z pogodą w kolejnych dniach, zapowiada się deszczowa. Po południu podczas spaceru w Lasku Dębińskim dopadła nas burza, po której temperatura spadła do jakichś 20 stopni - i niech tak kurde zostanie!
- DST 54.00km
- Czas 01:45
- VAVG 30.86km/h
- VMAX 50.90km/h
- Temperatura 28.0°C
- Podjazdy 208m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Pff...
Sobota, 2 sierpnia 2014 · dodano: 02.08.2014 | Komentarze 8
Parówa wraca. Ruszyłem dziś po dziewiątej a i tak wróciłem już w wersji skroplonej. Nienawidzę takiej pogody, ale cóż - nikt nie mówił, że będzie łatwo. Zrobiłem sobie kurs, który od jakiegoś czasu uskuteczniam, ale tym razem odwrotnie, gdyż zacząłem przez Głuszynę, dojechałem do Dachowej, Śródki i wróciłem przez Koninko. Zmieniłem opcję, bo wolę mieć to co najgorsze za sobą, a nie zostawiać na koniec, więc tarkę przez caaaaaaałą Głuszynę i czekanie na trzech mobilnych światłach zaliczyłem w pierwszym etapie. Czekam na kolejne prezenty od drogowców - w końcu wakacje są dopiero w połowie :/
Krótko, bo piszę z pracy. Jeszcze tylko podsumowanie lipca - mimo wakacyjnych wyjazdów wykręciłem 1400 km ze średnią 30,3. Nie za dobrze, ale biorąc poprawkę na to, że została ona zaniżona przez jazdę starym góralem-zombie po Karkonoszach to tez tragicznie nie jest.
- DST 55.70km
- Czas 01:50
- VAVG 30.38km/h
- VMAX 53.50km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 137m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Falstart, ślimak oraz kolejny poznański Ghostbike
Piątek, 1 sierpnia 2014 · dodano: 01.08.2014 | Komentarze 8
W temacie mojej wczorajszej rowerowej abstynencji: odczekałem rano do 9 aż przejdą największe chmury. Nie padało.
Przeanalizowałem prognozy. Nie padało. Ubrałem się, wykopałem rower i
ruszyłem. Minutę później już lało. Dystans całkowity: 2 km i
rower usyfiony jak przedstawiciel gimbazy po tygodniu na Łódstoku.
Pozostało pedałowanie na chomiku jako marne pocieszenie. Za to zrobiłem sobie dziesięciokilometrowy spacerek do pracy przez Las Dębiński, gdzie - biorąc przykład z któregoś wpisu Remika - przetestowałem możliwości swojego aparatu w temacie ekstremalnych zdjęć ślimaków :) Wyszło tak:
A dziś? Nie padało, ja bonusowo w robocie, więc tylko szybki poranny kursik na NE, najpierw przez miasto, potem na Biskupice, a że miałem chęć na więcej to mimo upływającego czasu dotarłem do Promna, skąd już niestety musiałem się ewakuować, bo czas gonił. Średnia - jak zwykle dzięki dziesięciu kilosom razy dwa przez miasto - nie mogła być dobra i wyszła taka jaka wyszła.
Na koniec - jako kontynuacja z któregoś z moich ostatnich wpisów świeży niestety - kolejny - ghostbike z Poznania. Ocena winy/niewiny rowerzysty jest dyskusyjna, ale fakt pozostaje faktem - kolejny w mieście niebezpieczny przejazd powiązany z idiotycznym systemem świateł i kolejna ofiara. Do przemyślenia - tylko dla kogo?
- DST 52.87km
- Czas 01:44
- VAVG 30.50km/h
- VMAX 53.40km/h
- Temperatura 29.0°C
- Podjazdy 162m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
DDR, czyli Dymamy Dalej Rowerzystów
Środa, 30 lipca 2014 · dodano: 30.07.2014 | Komentarze 9
Może tytuł mało kulturalny, ale jedyny jakim mi się z naszymi realiami kojarzy. Bo jak zwykle czegoś nie rozumiem. Najpierw przez kilkanaście lat upaćkano cały kraj "ścieżkami" zrobionymi z chodników, jak tworzono nowe to były z kostki, piachu, obowiązkowo z priorytetowymi podjazdami na posesje i krawężnikami, które najlepiej pokonywać ze sprzętem do wspinaczki wysokogórskiej. Potem stopniowo zaczęły się pojawiać kawałki asfaltu i nawet kontrapasy, ale raz, że wykwitły z powodu "infrastruktury rowerowej" kolejne zakazy jazdy po drogach, dwa, że ścieżek już wybudowanych nikt nie przerabia na takie, po których dałoby się jeździć. Do tego - przynajmniej w okolicach Poznania - te nieszczęsne relikty radosnej twórczości "profesjonalistów" od budownictwa są ostatnio traktowane jako najlepsze miejsce na parkingi dla wszelakich służb remontowych, wysypywania piasku i postawienia znaku "planowane zakończenie awarii za miesiąc". A zakaz jazdy asfaltem jak był, tak jest. I bądź tu mądry - wedle przepisów można czy nie można spokojnie pedałować przed siebie czy ryzykować życie na ścieżynkach?
Dziś w Łęczycy czekało na mnie takie właśnie coś:
Oczywiście po lewej zakaz jazdy na dwóch kółkach. No i co? Samobójstwo czy mandacik? A tekst z tabliczki: "Uwaga! Wstęp wzbroniony, grozi śmiercią" powinien być ustawiony na każdym polskim DDR-ze. Sam bym lepiej tego nie ujął :)
Trening znów w upale, więc bez spinki. Kurs do Sulejewa i z powrotem.
- DST 52.20km
- Czas 01:42
- VAVG 30.71km/h
- VMAX 50.40km/h
- Temperatura 28.0°C
- Podjazdy 180m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Cisza
Wtorek, 29 lipca 2014 · dodano: 29.07.2014 | Komentarze 2
Dziś trening spod znaku "zgadujemy skąd wieje wiatr". Najbardziej wiarygodnym z kierunków był ten północno-wschodnio-południowo-zachodni z odchyłami, a już na pewno taki, który da się opisać jako permanentny wmordewind. Ani przez chwilę nie odczułem przyjemnej bryzy na plecach, no ale cóż w tym nowego w końcu? :)
Z trasą nie kombinowałem, bo znów zapowiadał się gorący dzień, więc tylko przed pracą poleciałem opatentowanym zawijasem z Poznania przez Mosinę i Rogalin do Mieczewa. Na trasie minąłem kilku rowerzystów, a nawet rowerzystkę, wszyscy zdychający od temperatury, ale uśmiechnięci. Ja w swoim przypadku odkryłem dziś dawno nieuskutecznianą rzecz - gdy straciłem zasięg radia zamiast standardowo włączyć na empetrójce jakąś łupankę to zwinąłem słuchawki, wyłączyłem sprzęt i zacząłem wsłuchiwać się w ciszę, dźwięk kręcących się kół i śpiew ptaków, których na leśnej trasie koło Rogalina nie brakowało. Tak mnie to wciągnęło, że już do samej mety słuchawki się w moich uszach nie pojawiły. Chyba odkryłem nowego motywatora - ciszę :)
- DST 32.00km
- Czas 01:03
- VAVG 30.48km/h
- VMAX 46.30km/h
- Temperatura 25.0°C
- Podjazdy 124m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Test
Poniedziałek, 28 lipca 2014 · dodano: 28.07.2014 | Komentarze 2
Gdy budzik zadzwonił dziś o szóstej rano to słowa Małżonki - gdyby ktoś w ogóle wpadł na taki irracjonalny pomysł - nie mogłyby być wykorzystane w żadnym, powtarzam: żadnym, serialu o tematyce pacyfistycznej. W sumie się nie dziwię - kto normalny wstaje o tej porze, żeby przetestować czy nowa dętka i stara opona nie mają między sobą zgrzytu w postaci draski na wewnętrznej części tej drugiej? Odpowiedź: nikt. Uzupełnienie odpowiedzi: z tych nienormalnych ja :)
No ale jednak. W półśnie, 6:10 ruszyłem na krótki, godzinny przejazd. W razie kolejnego "pfff" miałem plan awaryjny złapania przelatującego F-16 i szybki powrót, żeby na 9-tą być w robocie i jeszcze zdążyć wziąć prysznic. Na szczęście chyba oddział niebios odpowiedzialny za dział opony okazał się dziś łaskawy, bo dojechałem do Mosiny, zawróciłem przed jak zwykle zamkniętym szlabanem i wróciłem do Poznania bez ofiar. Miło. Szkoda tylko, że cała Mosina, całe Puszczykowo oraz cały Luboń postanowiły mi kibicować zza szyb samochodów pod byle pretekstem dojazdu do pracy, więc zamiast imponującej średniej miałem dziś imponującą ilość spalin w płucach na ostatnich dziesięciu kilometrach oraz skill "stanie w miejscu" ogarnięty na poziomie zaawansowanym.
- DST 51.00km
- Czas 01:41
- VAVG 30.30km/h
- VMAX 41.70km/h
- Temperatura 29.0°C
- Podjazdy 199m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Gumowy bluzg
Niedziela, 27 lipca 2014 · dodano: 27.07.2014 | Komentarze 3
Ustawa o ochronie języka polskiego nie pozwala mi skomentować dzisiejszego treningu tak, jak mi się marzy. Więc napiszę tylko tyle: nieodłączny zestaw: polska ścieżka "rowerowa" oraz opona szosowa - co może z tego wyniknąć? Nie trzeba być członkiem Mensy, żeby się domyśleć - tydzień temu wymiana opony z przodu, po dzisiejszym dniu - zapewne też z tyłu. Zapewne, bo diagnozę będę mógł postawić wieczorem, jak spojrzę dokładnie na gumy. Na pewno poszła dętka od uderzenia w powierzchnię tego czegoś, czemu najbliżej do krajobrazu po wybuchu wulkanu, a co udowadnia, że słowo "asfalt" może być rozumiane bardzo szeroko, czyli przejazdu nad Wartą na ulicy Hetmańskiej. Czy to szkło czy tylko wynik konfrontacji z polską myślą technologiczną sprawdzić nie zdążyłem, bo czas miałem wyliczony przed pracą co do minuty, a dzięki skorzystaniu z DDR-a czekał mnie trzykilometrowy spacer, bo rozbierać roweru w miarę blisko od domu nie miało sensu.
Tak to właśnie wyglądają moje ostatnie wyjazdy. Jak nie urok to s...syk dętki :/ Zostałem aktualnie bez jakiegokolwiek roweru, bo cross w serwisie pewnie do połowy tygodnia, ja jutro cały dzień w pracy i z ewentualnym zakupem opony się nie wyrobię. Szczerze mówiąc nie uśmiecha mi się ładować co tydzień kasę w kolejny tego typu element, więc mam nadzieję, że to tylko dętka.
Na trasie dziś też jakoś specjalnie komfortowo się nie jechało, bo gorąco, bo znów władowałem się w tarkę na Głuszynie, bo.... Takich "bobosiów" mógłbym dziś wiele mnożyć, jedyny plus, że awaria łaskawie nie wydarzyła się na przykład w połowie drogi, a dokładnie po przejechaniu już obowiązkowych pięciu dych.
Przed chwilą wyleciałem na chwilę do otwartego w weekendy Intersportu, żeby kupić na wszelki wypadek choć dętkę. Trochę się naczekałem, bo sprzedawca przede mną obsługiwał paniusię w wieku 50+, zainteresowaną zakupem miejskiego składaczka. Wytrzymałem prezentację składania ramy, wciągania kierownicy i pompowania kółeczek. Tolerancję miałem jeszcze nawet przy "kochanieńki, ale pan mi dobierz jakieś wygodne siodełeczko pod pupcię". Zaczęła się kończyć dopiero przy wyborze koszyczka. Na szczęście pani się zdecydowała, ale musiała sprawdzić ile ma na karcie i czy przejdzie zakup. Ja w tym czasie wykupiłem ostatnią dostępną dętkę w pożądanym rozmiarze i skierowałem się do kas, a tu... no kto? Ta sama paniusia. po raz piąty próbująca sprawdzić jaki ma limit na karcie, a ile musi dołożyć gotówką. Czemu o tym piszę? Bo chcąc nie chcąc usłyszałem ile ów składaczek jest wart. Zgadniecie? 2 300 zł. Promocja, bo siodełko można było dostać na podstawie jakiegoś kuponu. Zapłaciłem swoje 17 PLN i szybko wyszedłem, pogrążony w głębokiej zadumie nad gatunkiem ludzkim.
- DST 52.20km
- Czas 01:39
- VAVG 31.64km/h
- VMAX 51.90km/h
- Temperatura 26.0°C
- Podjazdy 86m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Gadżet dnia: kubeczek
Sobota, 26 lipca 2014 · dodano: 26.07.2014 | Komentarze 4
Kilkudniowy maraton w pracy oficjalnie zaczęty, a to co ewentualnie uda się wypedałować przed nią to już moje. Dziś cudem się zwlokłem rano, bo wczoraj skorzystałem z niespotykanego do tej pory pomysłu Żony i zamiast nabijać kabzę taryfiarzom wróciliśmy sobie ze Starego, gdzie odgrzewaliśmy lekko zaniedbane przez permanentny brak czasu znajomości, na piechotę. Zrobione szybkim tempem ponad 7 kilometrów raz, że pozwoliło pozbyć się procentów (nie było ich dużo), dwa, że przypomniało mi klimat moich ukochanych nocnych wycieczek z kawalerskich czasów. Żona dała radę, po pierwszej byliśmy w domu, ale za to wstać dziś łatwo nie było.
Ale jednak ciągnie wilka do lasu - około dziewiątej odpaliłem wrotki i w trasę. Aktualnie, w czasach objazdów, żeby dostać się na wymuszony wiatrem kierunek południowo-wschodni muszę jechać na... południowy zachód (Mosina), potem na północny wschód (Rogalin), by w końcu dostać kawałeczek bonusu w postaci kierunku właściwego (Świątniki, potem Mieczewo). Mimo wszystko jechało się dobrze, wiatr trochę przeszkadzał, ale niespecjalnie, więc udało się jako-tako przyzwoitą średnią wyrobić.
Przed Rogalinem, zaraz za Wartą, jechałem krótko z innym szosowcem, koleś pełna profeska, dobry rower, lemondka i fajny patent: na kierownicy po środku miejsce na... kubeczek :) W kubeczku o gabarytach tych z KFC dwie słomki, żeby nie tracić czasu na zbędne ruchy rękoma, nic tylko siorbać. Chwilę pogadaliśmy na temat jazdy solo i w grupie, a potem nasze drogi się rozjechały - on wracał do Poznania, ja jechałem prosto. I to właśnie najbardziej lubię w całej tej zabawie w rower - kogoś minąć, zamienić parę słów, podłączyć się pod grupkę, ale poza tym być wolnym - nieograniczonym trasą jakiegoś maratonu czy założeń treningowych. I się, motyla noga, nie dam :)






