Info
Suma podjazdów to 814121 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Listopad4 - 0
- 2026, Październik31 - 16
- 2026, Wrzesień30 - 11
- 2026, Sierpień31 - 24
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 55.50km
- Czas 01:47
- VAVG 31.12km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 123m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Manta
Wtorek, 9 września 2014 · dodano: 09.09.2014 | Komentarze 2
Po pierwsze - wyspałem się. Po drugie - byłem na rowerze. Punkt pierwszy był dla mnie zdecydowanym zaskoczeniem :)
Uwielbiam gdy tak jak dziś wiatr wieje z kierunków zachodnich - do przejechania pozostaje mi tylko kilka kilometrów po mniej uczęszczanych częściach Poznania i nagle znajduję się w spokojniejszych rejonach, gdzie mogę skupić się na jeździe, a nie na walce z daltonizmem w temacie trzech kolorów: czerwonego, żółtego i zielonego. Postanowiłem pojechać dziś do dawno nie odwiedzanego Tarnowa Podgórnego, ale w związku z tym, że jeszcze niedawno najprostszą drogę stanowiła tarka po zrytym asfalcie dotarłem tam trasą przez Lusowo (ach, ta będąca kwintesencją polskości ścieżka z kostki i ze słupkami, którą kiedyś uwieczniłem na filmiku). Tarnowo objechałem całe kółeczkiem, znów ciesząc się jak dziecko chyba jedynym w WLKP dobrze zrobionym DDR-em i wróciłem "92-ką", już na szczęście z remontem na finiszu. Na mapce wyszła z tego jakaś manta, względnie ślimak z jednym ślepiem :)
W uszach jeden z audiobooków Henninga Mankella, co prawda Nesbø to z niego nie jest, ale patrząc na zachowania niektórych kierowców motyw rozkładających się zwłok na opuszczonym pośrodku morza pontonie w jeździe nie przeszkadzały, a wręcz powodowały błogie marzenia :)
- DST 51.50km
- Czas 01:39
- VAVG 31.21km/h
- VMAX 50.90km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 108m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
"King of mountain" :)
Poniedziałek, 8 września 2014 · dodano: 08.09.2014 | Komentarze 6
No proszę, jednak pogoda potrafi czasem pozytywnie zaskoczyć. Miało dziś od rano padać, a okazało się, że co prawda w nocy owszem, lało, ale rano wyszło słoneczko i mogłem ruszyć przed pracą, zabijając w głowie lenia, który postanowił, że się wyśpię. Morderstwo nie przyszło łatwo, ale okazałem się jednak mistrzem zbrodni :)
Jechało się fajnie - wiaterek niespecjalny, choć jak zawsze zmienny, regulowany pode mnie - w ryj, a czasem w pysk. Dobrze, że zachodni, bo praktycznie mogłem ominąć uroki miasta i skupić się na samej jeździe. Zrobiłem kółeczko do Dopiewa, potem do Więckowic i powrót trasą na Buk, gdzie w końcu mogłem się rozpędzić i korzystając z kawałeczka z wiatrem na płaskim prostym przekroczyłem 50 km/h.
Przy okazji, zupełnie bez premedytacji, udało mi się zdobyć drugiego w życiu KOM-a. Generalnie Stravę trzymam w kieszonce w drugim telefonie od niedawna tylko po to, żeby mieć mapkę w razie awarii Endomondo, które zdarzają się nader często. A tu proszę - po powrocie okazało się, że na podjeździe między Szachtami a Plewiskami pokonałem kogoś o 5 sekund, zdobywając tytuł "king of mountain". Patrząc na te wielkopolskie "górki" czuję się naprawdę dumny :D
Aha, na koniec - chyba odkryłem u siebie nową pasję i nie jestem w stanie odpuścić żadnej dożynkowej prezentacji. Muszę się zatrzymać. Dziś więc kolejna do kolekcji, ta co prawda tyłka nie rwie, ale mus to mus :)
- DST 54.25km
- Czas 01:45
- VAVG 31.00km/h
- VMAX 50.10km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 209m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Nie-maratońsko
Niedziela, 7 września 2014 · dodano: 07.09.2014 | Komentarze 3
Dziś w Poznaniu o 11-tej rozpocząć się miał jakiś-tam-chyba znany-maraton, jako że imprezy tego typu z natury omijam szerokim łukiem to... nie brałem udziału :) Tym bardziej, że czekał mnie upojny dzień w pracy. Odczułem za to jeden megazpozytyw organizacji czegoś takiego - normalnie gdy w niedzielę ruszałem w drogę to co zakręt obijałem się o jakiegoś kolarza, rodzinkę na rowerach lub mentalną kalekę snującą się środkiem szosy. Dziś - pusto. Spotkałem może ze trzech rowerzystów, którym raźnie pomachałem. Reszta zapewne pchała się samochodami na maraton. Nie krytykuję, nie oceniam, fajnie, że ludziom sprawia to fun, ale ja bym nie mógł stawiać się o którejśtam godzinie w określonym czasie, czekać na gwizdek i jechać z góry wydzieloną trasą... No bo nie :)
Za to spokojnie pojechałem sobie lekko po ósmej przy przyjemnej temperaturze i niemęczącym wietrzyku przez Puszczykowo, Rogalin do kawałka za Mieczewem, wróciłem tak samo, posłuchałem sobie audiobooka, słoneczko mi przyjemnie grzało plecki... No ideał. Nie szalałem ze średnią, bo w sumie po co - w końcu nie biorę udziału w maratonie, prawda? :)
Upolowałem jeszcze naśladowców "reklamy dożynkowej" - dziś wersja góralska (chyba...), cholera wie czemu na płaskim terenie w Mieczewie. Ale ludziki, lub jak kto woli po poznańsku pamperki, prezentują się dumnie.
- DST 52.40km
- Czas 01:44
- VAVG 30.23km/h
- VMAX 47.40km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 178m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Nieuskrzydlony
Sobota, 6 września 2014 · dodano: 06.09.2014 | Komentarze 0
Wczoraj popełniłem podstawowy błąd
mentalno-taktyczny, zakładając, że wyjdziemy z dawno niewidzianymi
znajomymi na „jedno piwo”. Yhmmm... No i znów okazało się, że
taka kategoria po prostu nie istnieje, chyba że w bajkach i to tych
najmniej wiarygodnych :) Nie powiem, było grubo, ale w końcu nie co
dzień wizytuje się osoby mieszkające na stałe w Rumunii,
spragnione smaku swojskiego Żywca czy Lecha Pils... W każdym razie
warto było, dostaliśmy w prezencie rumuńskie wina, które podobno
są bardzo godne, co pewnie zweryfikujemy za tydzień :)
Było fajnie, ale z mobilizacją dziś
rano na rower nie było za ciekawie – zresztą, co się będę
rozpisywał, sami pewnie znacie temat. Udało się jednak zwlec
trochę po dziewiątej, później już bym nie miał jak, bo do
roboty trzeba się było wyrobić. Zrobiło się strasznie ciepło,
co akurat tego dnia średnio mi odpowiadało, do tego wiaterek nie
mógł się zdecydować co i jak, więc jechało się ciężko. Tym
bardziej, że spisek na moją osobę trwa – jak wybrałem już
trasę wolną od objazdów to na trasie zorganizowali mi... obchody
60-lecia Polskich Skrzydeł na Krzesinach, z różnymi F-16-tkami i
innymi latającymi pierdołami, co spowodowało, że droga została w
pewnym momencie praktycznie zablokowana przez jadące na pokaz
samochody. Nie powiem, dość pomysłowy sposób uwalenia mnie z
kolejnym treningiem :)
Jako że była to moja jedyna
nierozkopana trasa to nie mogłem nawet wrócić inaczej niż
jechałem w jedną stronę – dotarłem przez Tulce i Gowarzewo do
Siekierek, gdzie zrobiłem zwrot, znów zahaczając o Krzesiny.
Średnią praktycznie wyrzygałem, bo polotu w tym moim treningu nie
było.
Aha, a wczoraj czekając na znajomych
zaobserwowałem na poznańskim rynku Rycha „Szczotę” Grobelnego,
który pajacował z jakimiś niebieskimi balonikami Nivea,
fotografował się i w ogóle prezentował och i ach. Wybory coraz
bliżej, pajace zaczynają wychodzić na powierzchnię...
- DST 53.70km
- Czas 01:47
- VAVG 30.11km/h
- VMAX 46.90km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 142m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Ech :)
Piątek, 5 września 2014 · dodano: 05.09.2014 | Komentarze 2
6:45. Nie, to nie skomplikowane równanie matematyczne. To godzina, o której ruszyłem w swój jedyny w tym tygodniu wolny od pracy dzień na rower. Chore? Nie... obietnica dana Teściowe w delikatnej pomocy w temacie remontu. Nie ma to jak rodzinka :)
Jechałem w półśnie, ale szybko się obudziłem. Objazd trasy na Wiórek wzbudził we mnie bowiem dużo emocji, gdyż w znacznej części prowadzi przez Głuszynę, trasę... remontowaną. Wyjazd z jednego objazdu łączy się z wyjazdem z drugiego. Tak więc stałem dziś na jednej ulicy na mijance cztery razy. Na odcinku dwóch kilometrów. Najlepsze były jednokierunkowe kawałki - miesza się tam tyle elementów gleby, kamieni, asfaltu i Bóg wie czego, że niejeden miłośnik wykopalisk skakałby z radości na ten widok... Ja nie. Ale był jeden pozytyw - sam z siebie zjechał mi trochę na bok jeden (słownie: jeden) kierowca! I to... w BMW :)
Udało się w końcu wydostać na wolną przestrzeń i mogłem przyspieszyć, ale w Robakowie shaltowały mnie TIR-y koło Rabena, Znów sobie postałem, podobnie jak dwukrotnie na przejazdach kolejowych. Kurde, wszyscy mi chwalą spokój na wiochach, a dziś gnój był wszędzie - pozostało mi spuścić karnie główkę i przyjmować ciosy :) Dojechałem do domu i odetchnąłem z ulgą. A potem do Teściowej, żeby nie było za miło :)
- DST 57.30km
- Czas 01:53
- VAVG 30.42km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 199m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Bo w mieście nudno być nie może
Czwartek, 4 września 2014 · dodano: 04.09.2014 | Komentarze 2
Co mnie, kurde, podkusiło, żeby wybrać dziś trasę przez Swarzędz - nie wiem. Wiem natomiast, że był to podstawowy błąd, bo ruch wahadłowy zaskoczył mnie tam jak arcybiskup Peatz ministranta w zakrystii. Koreczek, sznurek kilometrowy, wyobraźnia kierowców, która pozwalałaby samemu z siebie zjechać troszkę w lewo, żebym mógł się przecisnąć rowerem - na poziomie ujemnym. Machanie do lusterek, pokazywanie łapami o co mi chodzi - niezauważane. Polska. Na szczęście udało mi się wykonać w pewnym momencie slalomik między pojazdami i mogłem miniętym puszkarzom pokazać wyszczerzone zęby, tym razem jednak powstrzymując się od inwektywów. Niestety jazda na mijance przez jakiś kilometr z prędkością 15 km/h zrobiła swoje względem finalnej średniej.
A tak poza tym to jechało się w miarę fajnie - a już na pewno nie było nudno. Po przeciśnięciu się przez Poznań i ten cholerny Swarzędz kawałek na Kostrzyn pokonałem pod silny wiatr, ale bez specjalnych przeszkód. W Siekierkach - w momencie gdy podmuch miałem chwilowo w plecy - udało mi się na prostej, bez kawałka pochyłu, rozkręcić do 50 km/h, co na płaskich terenach zawsze mnie cieszy. Zrobiłem kółeczko do Tulec, potem na Krzesiny i do Poznania. Właśnie w Krzesinach, na wąskiej drodze, gdzie ledwo mijają się dwie osobówki, jakiś troglodyta w ciężarówce postanowił jadąc z naprzeciwka wyprzedzić traktor, tak jakbym nie istniał. Gdybym się nie zatrzymał to pewnie teraz moje kawałki z asfaltu zeskrobywałby specjalny oddział drogówki. Na szczęście lata poruszania się rowerem nauczyły mnie jeździć z wyobraźnią, więc żyję - ale tym razem w kierunku idioty poleciało sporo, szkoda, że nie wożę ze sobą w kieszonkach jakiegoś skromnego zestawu kamieni, bo wiedziałbym co z nimi zrobić...
A na koniec z atrakcji były jeszcze dwie. Na ścieżce przy Hetmańskiej jak gdyby nigdy nic trzymając w jednej ręce telefon i pisząc smsa, w drugiej kierownicę, jadąc środkiem z prędkością 5 km/h, pojawił się przede mną kurier-hipster, w spodniach rurkach, gejowskich okularkach i obowiązkowym fryzem na boczek. Żeby go wyprzedzić musiałem się sporo napocić, bo koleś na rzęsach by chyba szybciej się przemieszczał. Jeśli takie nam pokolenie kurierów rośnie to ja rezygnuję z nadawania czegokolwiek. Druga atrakcja - pogoda ładna, więc misja działeczka trwa. I nie będą nam - Koneserom Trzeciego Wieku - rowerzyści pałętać się po ścieżkach rowerowych! :)
Nie wiem, może te niebieskie znaczki za mało widoczne są, czy co... :)
- DST 54.40km
- Czas 01:48
- VAVG 30.22km/h
- VMAX 51.30km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 95m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Koniec deszczowej posuchy
Środa, 3 września 2014 · dodano: 03.09.2014 | Komentarze 2
W końcu! Po trzech dniach posuchy, co w praktyce oznaczało tyle samo dni deszczu, udało mi się ruszyć dziś tyłek kolektywnie z siodełkiem i zrobić te swoje obowiązkowe, a w sumie wymarzone 50 kilometrów. Oj, był głodek, trzy doby zrobiły swoje. W sumie w niedzielę udałoby się znaleźć bezdeszczową lukę po południu, ale wcześniej zaplanowane kino i wizyta u Teściowej skutecznie jej istnienie anulowały. W poniedziałek chciałem ruszyć przed pracą, około 9 byłem ubrany, rower przygotowany i w tym momencie oczywiście lunęło. Wczoraj z kolei nawet nie byłem w blokach startowych - padało cały czas. Popedałowałem na pseudochomiku grając w Fifę i tyle miałem ze sportu :) No i oczywiście zapieprz w pracy, co wysysało ze mnie wszystkie siły, nie miałem nawet kiedy wejść na BS sprawdzić czy ktoś w ogóle jeździ w tych smutnych czasach - do nadrobienia.
Dziś wreszcie warunki były do przyjęcia i mogłem ruszyć. Podsumowanie niech będzie takie: nie narzekam!! Nie narzekam!! Ani na korki, ani na 15 minut stania na przejeździe kolejowym i podziwianiu w jednym ciągu pociągu TLK, szynobusa i samej lokomotywy, ani na wiatr, ani na nowe remonty, ani na... No nieważne. Ważne, że znów mogłem wsiąść na rower :) Radocha nieziemska. Średnia jak zwykle przy jeździe przez miasto słabiutka, ale nie ma co czepiać się szczegółów. Kurs do Biskupic i kawałek dalej do Promna, bo mi się Endomondo zwiesiło i musiałem zrobić coś na górkę.
No i jeszcze podsumowanie sierpnia: ponad 1500 km, mimo kilku treningów odbytych w górach na starym złomie i jednym na crossie udało się skończyć ze średnią delikatnie powyżej trzech dych. Generalnie miesiąc udany.
- DST 51.40km
- Czas 01:36
- VAVG 32.12km/h
- VMAX 50.40km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 139m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Zwykłość
Sobota, 30 sierpnia 2014 · dodano: 30.08.2014 | Komentarze 0
Dziś sobota, czyli u mnie... normalny dzień pracy. Co oznacza konieczność wczesnego kursu, jednak ma to swój plus - jest w miarę mały ruch, za to otwarta od ziewania gęba okazuje się mało aerodynamiczna :)
Co to dużo opowiadać - fajnie mi się, praktycznie jak zwykle na trasie "kondomika", jechało. W uszach Stephen King z kolejnym opowiadaniem, przede mną i za mną spokój, mogłem poszaleć, więc średnia wyszła całkiem dobra.
Jutro z pogodą zapowiada się kicha, nie wiem czy uda mi się popedałować.
- DST 52.40km
- Czas 01:44
- VAVG 30.23km/h
- VMAX 52.50km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 221m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Z ryjem :)
Piątek, 29 sierpnia 2014 · dodano: 29.08.2014 | Komentarze 1
Od dziś miejscowości Żabno i Żabinko uznaję za moje ulubione w Wielkopolsce. Nominacja jest dożywotnia i nieodwołalna, a powstała w ramach zasług wywoływania uśmiechu na moim pysku. Już nie pierwszy raz - niedawno umieszczałem tu zdjęcie specyficznego zaproszenia na tamtejsze dożynki, teraz pojawiło się kolejne w tym temacie, przy którym aż mnie zamurowało :)
Po czymś takim miałem cały powrót ustawiony z tytułową buźką. Albo raczej ryjem. Szacuneczek za pomysłowość i poczucie humoru dla twórców.
A sam trening słabiutko - Luboń koszmarnie zakorkowany, remont na Dębcu się pogłębia i tam gdzie na początku trasy miałem zawsze średnią ponad trzydzieści, teraz na liczniku zakwitło nieco ponad dwadzieścia. Wiatr praktycznie ciągle boczny, więc nie za bardzo miałem się jak popisać. Wywalczyłem te nieco ponad 30 km/h i tyle.
Chrum chrum! :)
- DST 52.40km
- Czas 01:43
- VAVG 30.52km/h
- VMAX 44.00km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 112m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Po prostu trening + nie po prostu muzeum Fiedlera
Czwartek, 28 sierpnia 2014 · dodano: 28.08.2014 | Komentarze 2
Urlop co prawda mi się skończył, ale jako że Żony wciąż trwa, a ja załatwiłem sobie wolne, do tego pogoda dopisywała to... byłem dziś na rowerze :) Takie zaskoczenie.
No to parę słów o tym - szosa, wyrysowany na mapie "samochodzik" od strony Plewisk przez Dopiewo, Trzcielin, Komorniki i Luboń do Poznania. Wiatr robił swoje, ja słuchałem muzy (bo znów poczułem jej głód), rowerowym krokiem zrobiłem swoje, bez szaleństw i historii. O średnią (dość słabą) naprawdę powalczyłem, bo powiewy zgodnie z tradycją odznaczały się wybitną upierdliwością dostosowaną do mojego kierunku jazdy.
A po popołudniu kopsnęliśmy się do Puszczykowa, do muzeum i pracowni Arkadego Fiedlera - miejsca, które często mijałem, a jakoś w środku okazji być nie miałem. Błąd. Nadrobiony. W ogóle całe Puszczykowo, leżące 10 kilometrów od nas to jakaś mentalna przepaść - przespacerowaliśmy się wzdłuż i wszerz i szok - ludzie mijają się z uśmiechem, architektura willi położonych co krok powala (z wyjątkami) klasą, no i ten spokój... Przeszliśmy łącznie około 5 kilometrów wielkopolskim zadupiem, a czułem się jak w listopadzie w jakimś kulturowo ambitnym nadmorskim miejscu - ładnie, klimatycznie i z klasą.
No i fenomen samego muzeum - pewnie mieszkańcy WLKP je znają z weekendowych wypadów, ja z założenia nie bywam w takich miejscach w przedziale sobota-niedziela. I po raz kolejny potwierdziło się, że mam rację. Atmosfera czwartkowego popołudnia, gdzie obok nas oprócz obsługi muzeum i położonej na jego terenie kawiarni było może z 8 osób (w tym niestety 3 upierdliwe dzieciaki) jest nieziemska. A może ziemska, ale z innych jej rejonów, tych ciekawszych. O czym Fiedler chyba wiedział decydując się na wieczne zalogowanie akurat tu, a nie gdzie indziej :) Największy szok - na teren pracowni/muzeum da się tak po prostu, w imię polactwa, wejść zupełnie bez żadnego problemu nie płacąc, ignorując napis "kasa". My chcieliśmy, ale niestety jako nieprzygotowani i spaczeni nowoczesnością luzerzy zapytaliśmy czy można płacić kartą. Odpowiedź miłego młodego człowieka brzmiała: "Niestety nie, ale nie ma problemu. Jeśli nie mają państwo gotówki to ja wypiszę bilet, a przy kolejnej okazji lub za kilka dni proszę podrzucić pieniążki". Szok, niedowierzanie - to wciąż Polska? :) Udało nam się po kieszeniach uzbierać te kilkanaście złotych, więc długu nie mamy. Ale wielki, wielki pozytyw został.
To co... na koniec kilka zdjęć niskiej jakości z muzeum (pytałem - robić można było wszystko i wszystkiemu, ale niestety słońce upierdliwie było zawsze w tle). M.in. wierna replika 1:1 statku Santa Maria Krzysztofa Kolumba wraz z kawałkiem tego, co pod pokładem, dwie piranie (żywe) plus niestety już nieżywa gadzina, do tego azteckie i indiańskie klimaty... Dość powiedzieć, że to miejsce odwiedzały takie osoby jak Elżbieta Dzikowska, Tadeusz Mazowiecki, Marek Kamiński, Wojciech Cejrowski oraz... Krzysztof Kolumb, czystej krwi potomek Krzysztofa Kolumba.














