Info
Suma podjazdów to 791701 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Czerwiec30 - 59
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 103.20km
- Czas 03:24
- VAVG 30.35km/h
- VMAX 47.90km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 446m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Seta. A Buk mnie ostrzegał
Piątek, 13 czerwca 2014 · dodano: 13.06.2014 | Komentarze 5
To nie literówka. Ale o tym później :)
W końcu wolny, nieweekendowy dzień, w którym nie miałem nic do zrobienia "na wczoraj" i po pierwsze mogłem się wyspać, a po drugie ruszyć gdzieś dalej. Oczywiście, jak to w takich sytuacjach bywa, istotny był czynnik pogodowy, wedle prognoz opisywany po góralsku: "będzie deszcz albo nie będzie".
Na początku nie było, był za to wiatr. Niby zachodni, niby północno-zachodni, a na pewno bardzo silny. Stwierdziłem, że ruszę przez Zakrzewo na Buk, a potem się postanowi co dalej. Zapakowałem sobie w plecaczek batonika i ruszyłem praktycznie na czczo, w żołądku mając pod kategorią "konsumpcja" tylko punkcik "kawka". Jechało się ok, choć wiatr chłostał i masakrował jak Markiz de Sade swoje ofiary. Dość powiedzieć, że jak udało mi się przydepnąć do 29 km/h to się bałem prędkości :) Bałem się też tego naszego debilnego narodu, który reprezentują kierowcy, dla których podwójna ciągła nie istnieje, a to że jadę z naprzeciwka nie jest żadną przeszkodą, żeby wyprzedzić ciężarówkę. Tak sobie z dystansem patrzyłem na zachowanie tego naszego społeczeństwa i analizowałem ilość przydrożnych krzyży, którymi cała trasa jest po prostu upstrzona. No cóż, do cywilizacji nam sporo brakuje.
Dojechałem do Buku, gdzie jak wszędzie ostatnio jakiś remont, objazd, cholera wie. Zjechałem więc tylko ostrożnie pod prąd do rynku, pokręciłem się po nim, a następnie zatrzymałem się przy kolejnym drewnianym (pięknym) kościele do kolekcji.

No i tu właśnie się zaczęło - nad Bukiem zaczęły zbierać się chmury. Co prawda już wcześniej na trasie czułem delikatne krople, ale myślałem sobie, że to właśnie ten zapowiadany - lub nie - deszczyk, więc niespecjalnie się tym martwiłem. A jednak - Buk mnie ostrzegał :)
Jako że cel wstępny osiągnąłem to postanowiłem ruszyć dalej na północ, być może nawet na Pniewy - tak mi się zamarzyło. Jechałem więc całkiem dobrym asfaltem pod wiatr, noga za nogą, z koszmarną prędkością 27-28 km/h. W pewnym momencie spojrzałem przed siebie, a tu taki obrazek:

Hmmm... No dobra, optymizm mi się włączył i pomyślałem: "z dużej chmury mały deszcz". To ten... jakby ktoś znał jeszcze jakieś kompletnie nieżyciowe przysłowia to proszę ich tu nie cytować.Był czterdziesty kilometr, kropel coraz więcej, ja praktycznie już przed Dusznikami i we krwi czułem, że cały misterny plan... ten, tego.
Dojechałem do tych nieszczęsnych Dusznik, minąłem je i stwierdziłem, że jechać dalej nie ma sensu, skręcać w jakieś boczne dróżki też, bo prowadzą do remontowanej "92"-ki, a jeszcze mi tylko tarki tego dnia brakowało. Już w zacinającym deszczu zawróciłem, zatrzymałem się przed spożywczym, kupiłem dwie bułki i postanowiłem przeczekać, może minie. Dwie bułki dalej zmieniły się tylko dwie rzeczy - miałem w końcu pełny żołądek, a asfalt zrobił się też pełny od kałuż. Dobra, drugi raz w tym tygodniu zmoknę, pomyślałem, nie ma wyjścia, wracam swoimi śladami.
Powrót to zamiast radosnego kręcenia z wiaterkiem z tyłu slalomik między dziurami z wodą, podmuchy raz z boku, raz po raz nawet faktycznie sprzyjające, ale najfajniejsze były te pełne ochłody kaskady wody uderzające we mnie spod kół ciężarówek....................................
To może tyle na temat tej części. Ważne, że wróciłem i udało mi się nadrobić ze średniej 27,9 w połówce do tej trzydziestki na końcu. Biorąc pod uwagę, że w sumie prawie sześć dych jechałem w deszczu, a połowa drogi zmasakrowała mnie pod względem wiatru czuję się kontent z tej stówki.
Buty się suszą, strój się szuszy, rower usyfiony - no to piąteczek trzynastego mam za sobą :)
- DST 57.35km
- Czas 01:51
- VAVG 31.00km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 260m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Napachany :)
Czwartek, 12 czerwca 2014 · dodano: 12.06.2014 | Komentarze 1
Po nocnych opadach rano w końcu było czym oddychać, co niezmiernie mnie ucieszyło, nic mnie bowiem tak nie zniechęca do jakiejkolwiek aktywności jak upały. A tu proszę - niecałe 20 stopni, chmurki przeplatane z niebieskim niebem i słońcem - ideał. No, z jednym poważnym defektem: wiatrem, który znów stał się konkretny (w okolicach 20 km/h). Kierunek północno-zachodni, czyli konieczność jazdy przez moje ukochane MIASTO.
Już na start na skrzyżowaniu Czechosłowackiej z 28 Czerwca o mało nie wpadłem jadąc tą pierwszą, uprzywilejowaną ulicą pod koła idioty, który mając idealną widoczność (musiał mnie widzieć) wyjechał z piskiem opon z tej drugiej. Gdybym nie przyspieszył i nie zjechał na prawo to byłoby po ptokach. Moje pierwsze wypowiedziane tego dnia na rowerze słowo nie nadaje się do cytowania.
Potem czekała mnie droga przez mękę, której nie ma co opisywać ze szczegółami. Powiem tylko tyle, że robiłem co mogłem, a na 10-tym kilometrze przy Ogrodach moja średnia i tak jedynie delikatnie przekraczała 27 km/h. Wiedziałem co mnie czeka dalej - tarka na "92", więc tak zaplanowałem sobie trasę, żeby trafić na nią tylko przez chwilę i odbić na północ. Tak zrobiłem, trochę mnie potrzęsło, do tarki doszły jeszcze niezwykle atrakcyjne wielkie regularne dziury, w które wpadłem z impetem niemal nie urywając kół.
Droga przez Baranowo i Napachanie do Mrowina w większości ma fajny asfalt, pod warunkiem, że nie zauważa się ścieżki z kostki, ciągnącej się na całej długości Napachania, zmieniając jedynie położenie z lewa na prawo. No nie zauważałem :) Kiedyś muszę tam wybrać się z kamerką i przejechać ten kawałek zgodnie z przepisami, oj byłby niezły materiał.
Pierwotnie chciałem zrobić kółko przez Rokietnicę, ale przejechałem zjazd, bo nikt nie raczył zrobić kierunkowskazu. Po co, przecież miejscowi wiedzą co i jak... ;/ Gdy więc już dojechałem do Cerekwicy to stwierdziłem, że nie mam czasu kombinować, bo do pracy trzeba i zawróciłem tą samą trasą, mając nawet kawałek wiatr w plecy. Oczywiście tylko kawałek :)
Jest dobry news - po zjeździe z Przeźmierowa pod wiaduktem tarka w stronę Poznania została już przykryta asfaltem. Jupi! Co prawda korki i tak są, bo 2/3 drogi zajmuje sprzęt remontowy, ale jest nadzieja, że teraz zajmą się drugą stroną.
Ostatni kawałek to ulica Grochowska, niezmiennie mnie fascynująca. Nigdy w życiu nie udało mi się nią przejechać nie stając na światłach, wręcz przeciwnie - i ja, i samochody, które startują ze mną spotykamy się co kilkaset metrów na czerwonym. Niby droga główna, a stoi się na niej częściej niż na tych podporządkowanych. Poznań - miasto know-how ;)
- DST 55.10km
- Czas 01:49
- VAVG 30.33km/h
- VMAX 44.20km/h
- Temperatura 26.0°C
- Podjazdy 246m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Słabiutko
Środa, 11 czerwca 2014 · dodano: 11.06.2014 | Komentarze 4
Nauczony wczorajszym doświadczeniem dziś nie patrzyłem w prognozy tylko w niebo. Nic nie wzbudziło mojego niepokoju, więc zgodnie z tradycją pięć dych rano przed pracą musiało zostać wykonane, nie ma zmiłuj. Zerknąłem tylko na wiatr (wschodni według portali) i zaplanowałem sobie w głowie trasę.
Etap pierwszy to walka o życie na Starołęckiej, gdzie jak zwykle korek na korku, zamknięte szlabany i inne atrakcje. Ale jakoś poszło i guzdrząc się pod wiatr dojechałem do Krzesin, potem do Tulec i skierowałem się do Krzyżownik i Śródki, bo w planach miałem zgrabne kółeczko. Jechać jechałem, a wiatr uparł się, żeby za każdym razem wychodzić mi na przeciw. Co zakręt w jakąkolwiek stronę to czułem jego oddech na twarzy. Miałem sprytny plan nadrobić słabą pierwszą połowę ostrym, szybkim zjazdem przez miejscowość Dachowa, ale udało mi się wykręcić żałosne 44 kilosy (w dół!!!), bo co chwilę mnie hamował jakiś podmuch...
W Robakowie, gdzie znajduje się zakład Sokołowa, na zakręcie zaparkowane były trzy albo cztery tir-y ze świniami czekającymi na rzeź, bo przecież nie przywieziono ich tam na wycieczkę krajoznawczą. Smutny widok, a jak dla mnie takie obrazki powinny być puszczane już w przedszkolach - żeby najmłodsi mieli świadomość, że przepyszna uśmiechnięta paróweczka nie urosła sobie na krzaczku, tylko powstała właśnie w ten sposób. Tak do przemyślenia i może do samodzielnego wyboru w przyszłości.
Cała droga powrotna dłużyła mi się przez wiatr, dziury i objazdy, a do tego jeszcze Endomondo mi się wyłączyło w kieszonce i urwało trening w Gądkach - skapnąłem się dopiero w Poznaniu, więc z pięknego kółeczka wyszedł niedomknięty plemnik :) Średnia słabiutka.
- DST 56.45km
- Czas 01:51
- VAVG 30.51km/h
- VMAX 44.20km/h
- Temperatura 27.0°C
- Podjazdy 231m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Słonecznie, czyli w strugach deszczu
Wtorek, 10 czerwca 2014 · dodano: 10.06.2014 | Komentarze 6
Rano jak zwykle ogarnąłem kilka prognoz pogody. Jak zwykle też w ostatnich dniach pokazały mi się wszędzie piękne ikonki ze słoneczkiem, max co mogło mnie zaniepokoić to ewentualnie informacja o chwilowym zachmurzeniu. No to git, była dziewiąta, za oknem ładnie, jeszcze przed ukropem - ruszam!
Aha, zapomniałem napisać. że wiatr miał być wschodni, przez co zaplanowałem trasę "92"-ką do Kostrzyna i powrót przez Tulce. Żarło dobrze przez jakieś... 15 minut. W okolicach Malty nagle zrobiło mi się ciemno, ale nie przed oczami z wysiłku, tylko z powodu wielkiej, ciemnej chmury nad głową. O co chodzi? Przecież miało być tak pięknie, pewnie zaraz się rozchmurzy - pomyślałem, a w tym momencie dostałem smsa od Żony z pracy, że u nich jest burza. Jaka burza? Przecież to tylko chmurka...
Jechałem dalej, o dziwo z wiatrem, który zupełnie nie był wschodni, a jakiś północno-zachodni. No ale jak dają to się nie będę kłócił :) Najgorsze, że chmura zaczęła mnie gonić, choć jeszcze nie spodziewałem się, że cokolwiek się przez nią wydarzy. Dojechałem do Kostrzyna, zakręciłem na Gowarzewo i w tym momencie się zaczęło... W ciągu jakiejś minuty od pojawienia się delikatnych kropel niebo przecięły błyskawice i grzmoty, a za chwilę zaczęła się regularna megaulewa. Szczęście w nieszczęściu, że skojarzyłem, że za 1-2 kilometry w Gowarzewie jest jakieś mini centrum i popędziłem tam pod wiatr najszybciej jak mogłem, choć opony już latały w kałużach.
Mokry schowałem się przed wejściem do sklepu Lewiatan, licząc na to, że burza szybko przejdzie, a ja wyrobię się do 13 do pracy. Czekałem, czekałem, czekałem, a deszcz zamiast się kończyć to się nasilał. Wyglądało to dokładnie tak:

Czekałem ponad pół godziny, będąc na linii z pracą, Żoną i sympatycznym chłopakiem z pobliskiego kebaba, który jak się okazało ostro trenuje, chodząc kilkanaście kilometrów dziennie w tę i we wte do pracy z Kostrzyna. Ot, bo lubi :) Do tego znam już na pamięć ofertę promocyjną Lewiatana jakby ktoś pytał.
I co najlepsze - dzień z temperaturą ponad 30 stopni, a ja... zmarzłem. Tak byłem przemoczony, a stanie w miejscu jeszcze potęgowało wrażenie, że mamy listopad, a nie upalny czerwcowy dzień.
W końcu się przejaśniło i mogłem ruszać, choć zrobiłem to jeszcze w deszczu, bo musiałem się spieszyć. I dobrze zrobiłem, bo już w Poznaniu znów zagrzmiało i gdy wylądowałem w domu to kilka minut później nastąpiło kolejne oberwanie chmury. Jechałem pod wiatr, bo jak już wiemy dla naszych synoptyków wschód oznacza zachód, a słońce - burze z piorunami :)
Średnia jak na warunki wyszła ok.
- DST 51.45km
- Czas 01:38
- VAVG 31.50km/h
- VMAX 52.40km/h
- Temperatura 27.0°C
- Podjazdy 292m
- Aktywność Jazda na rowerze
Przed parówą
Poniedziałek, 9 czerwca 2014 · dodano: 09.06.2014 | Komentarze 0
Nauczony wczorajszym doświadczeniem zmobilizowałem się i wyjechałem dziś wcześniej o godzinę, dzięki czemu zdążyłem jeszcze przed najgorszą parówą. Konsekwencją jednak był dość mocny jeszcze wtedy wiatr, który wiał z kierunku W+S+N+E (oraz jego wariacjami), przez co nie wiedziałem za bardzo dokąd jechać. Choć mając dylemat: "przez miasto lub nie" zastanowiłem się przez 0,0000001 nanosekundy i ruszyłem na południe.
Na początek remont koło Lidla przy A2, ruch sterowany ręcznie i korki. Dokładnie na pierwszym kilometrze. Potem w Luboniu ten sznureczek jeszcze się kumulował, aż do przejazdu w Łęczycy, gdzie, podobnie jak wczoraj, ścieżka rowerowa zaanektowana przez służby remontowe, a obok zakaz jazdy rowerem. Miałem dość, a gdy pomyślałem sobie, że jadąc dalej na południe czeka mnie jeszcze choćby masakra samochodowa w Mosinie i na przykład znów czekania na kolejnej remontowanej trasie w Krośnie, podjąłem szybką decyzję i skręciłem w Puszczykowie w lewo, potem na Rogalin i prosto aż do Mieczewa. O tyle fajnie, że trasa prowadzi w 70% przez lasy, więc udało się uniknąć najgorszego, czyli masakrującego słońca. Wiatrem się nie przejmowałem, bo wiedziałem, że to, że teraz wieje mi w twarz powtórzy się podczas powrotu tą samą drogą, bo to przecież nieuniknione :)
O dziwo dziś żadnych hardkorów nie było, nikt z zapuszkowanych mnie nie wkurzył ani nie zirytował, pojedynczy kolarze (choć była też jedna trzyosobowa grupka) ładnie się pozdrawiali. Kulturka. Wróciłem lekko zdechnięty od temperatury, tempa specjalnie nie forsowałem, bo szkoda serca. Bosh, jak dobrze, że w pracy działa klima...
- DST 52.28km
- Czas 01:38
- VAVG 32.01km/h
- VMAX 51.40km/h
- Temperatura 27.0°C
- Podjazdy 239m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Smażalni mówię nie!
Niedziela, 8 czerwca 2014 · dodano: 08.06.2014 | Komentarze 5
Być może dla miłośników leniwego stapiania tłuszczu na plaży taka pogoda jak dziś (i przez kolejne dni) jest wymarzona, natomiast ja czuję się przy niej jak usmażony kawałek mięcha, a najlepiej mnie podawać z frytkami i bukietem surówek. Po prostu poziom witalności spada mi do ilości zagrażającej życiu i nie ma mocnych, żeby było inaczej.
Dzień wolny obiecałem, że będzie rodzinny i tak się stało, jednak nie mogło zabraknąć szybkiego kursu z rana, co prawda planowałem wcześniej, ale leń wygrał :) Ruszyłem klasycznie po 9-tej, kiedy dało się jeszcze oddychać, choć już było dla mnie o jakieś 10 stopni za gorąco. Trasę wybrałem "kondomową" i po raz kolejny okazało się, że jeśli przyznawano by nagrody za takie wybieranie trasy, żeby najpierw było pod wiatr, a potem pod wiatr to byłbym niekwestionowanym mistrzem - wiało mi w pysk gdy jechałem na południe, wiało gdy skręciłem na zachód i wiało gdy wracałem na północ. Aż nie wierzyłem w to, co czuję, ale flagi, na które zerkałem w Komornikach nie kłamały. No cóż, ma się ten talent :)
Zaparłem się jednak, żeby utrzymać dobrą passę jeśli chodzi o średnią i z zaciśniętymi zębami powalczyłem choćby o 32 km/h. Udało się praktycznie co do jednej dziesiętnej. Nie powiem, miałem satysfakcję.
A popołudniu zawędrowaliśmy z Żoną na naszą ukochaną Dębinkę (o dziwo niemal pustą!) i tak z piwkiem obserwowaliśmy siedząc nad wodą bogactwo przyrody na tym genialnym kawałku zieleni. No i tak: o banałach typu zaskroniec i żaby nie ma co wspominać, ale bocian czarny dumnie lecący niedaleko nad nami to już było coś. Do tego obowiązkowe stada kaczek i zaprzyjaźniony już chyba z nami po tym dniu kos:
Generalnie - jeśli ktoś z Poznania nie był jeszcze w Lasku Dębińskim to polecam to szybko nadrobić. Byle nie reklamować tego miejsca tłumom, bo póki jest tu cicho i swojsko to jest ono nie do zastąpienia... A mamy je jakiś kilometr od domu. Zresztą - co będę pisał :)
- DST 53.42km
- Czas 01:38
- VAVG 32.71km/h
- VMAX 52.20km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 218m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Jednooki Chrystus i Bezmózdzy Kierowcy
Sobota, 7 czerwca 2014 · dodano: 07.06.2014 | Komentarze 2
Ufff... już dla mnie robi się zdecydowanie za ciepło. Nie jest to co prawda jeszcze typowy letni hardkor, ale i tak wróciłem dziś z treningu z lekkim bólem głowy spowodowanym temperaturą i wiatrem. A wyjechałem po 9-tej (bo praca, praca, praca), więc nie chcę wiedzieć co by się ze mną działo w przypadku wyruszenia na etapie pełnej smażalni.
Zapowiada się, że jak na razie to niestety ostatni dzień z południowym wiatrem, więc odpuścić sobie nie mogłem radochy jazdy bez miejskich atrakcji. Nie oznacza to, że nie było niespodzianek. W Łęczycy zaczęli coś wycinać/remontować przy przejeździe kolejowym, a ja zrobiłem błąd, że wjechałem na ścieżkę (w sumie to mój permanentny błąd ;D), przez co znalazłem się między ciężarówką a koparką, z których żadna nie miała zamiaru mi ustąpić. No bo to taka wygodna ścieżka dla służb remontowych w końcu. Ale dzięki temu mogłem niemal na legalu ruszyć sobie zwykłą drogą, ignorując debilny zakaz jazdy rowerem, nad sensem którego zastanawiam się od dawna i odnaleźć go nie mogę.
W Mosinie zakręciłem klasycznym kółeczkiem na Rogalinek, wdychając przy okazji aromaty nadwarciańskiej oczyszczalni, przejechałem Rogalin i trafiłem do Radzewic, wyprzedzając grupkę całkiem ambitnie pedałujących, choć amatorsko rozwalonych na całej szerokości drogi rowerzystów. Czas mnie naglił, trzeba było zawracać, ale postanowiłem zatrzymać się na chwilkę... na maluteńkim tutejszym cmentarzu. Czemu? Bo lubię, poza tym był cień :) Zacząłem cykać zdjęcia nagrobków, gdy nagle zagadała mnie jakaś pani, mówiąc, że "o tam, jest ciekawie, bo jest Jednooki Chrystus". Podziękowałem, bo zabrzmiało fajnie i mrocznie, więc bez zastanowienia ze swoją ateistyczną ciekawością podszedłem do wskazanego krzyża, gdzie ukazał mi się faktycznie obrazek rodem z "Piratów z Karaibów" :)
Wracałem początkowo tą samą trasą, ale w Rogalinku odbiłem na Wiórek i Czapury. Ilość kolarzy na kilometr kwadratowy przekroczył dziś chyba już wszystkie dopuszczalne normy, pozdrawiałem, mijałem, wymijałem solistów, duety, większe i mniejsze grupki, amatorów, zespoły, no pełen wybór. Fajnie, że większość wiedziała co to pozdrowienie.
O Chrystusie już wspomniałem, teraz o drugiej części tytułu. Bezmózgi były dziś dwa, płci obojga. Ta niby piękna, reprezentowana przez grube babsko w terenówce, wyjechało mi z posesji na wstecznym przed koło w momencie gdy pędziłem jakieś 38 km/h. Drugim "nołbrejnem" był koleś, którzy wyprzedzał na wąskiej Drodze Dębińskiej na drugiego całkiem sporą ciężarówkę, przez co gdybym nie zjechał na pobocze to byłaby czołówka.
Średnia wyszła ciut-ciut lepsza niż wczoraj. Miałem marzenia o 33, ale zostały one pogrzebane przez Starołękę...
- DST 53.25km
- Czas 01:38
- VAVG 32.60km/h
- VMAX 51.10km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 149m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Z kopyta!
Piątek, 6 czerwca 2014 · dodano: 06.06.2014 | Komentarze 12
Oj, dobrze było przemęczyć się przez ten tegoroczny maj, z pogodą, na którą pomstowałem praktycznie codziennie, żeby docenić warunki takie jak dziś. Niecałe 20 stopni na termometrze, wiatr delikatnie zmienny, ale ani nie przeszkadzający ani nie pomagający, niebiesko niebo, fantazyjne kształty białych chmurek, zapach zieleni... Po prostu rowerowy ideał. Nic tylko ruszyć z kopyta.
Tyle o warunkach naturalnych. Te zafundowane mi przez szeroko rozumiany czynnik ludzki to już zupełnie inna, dużo mniej przyjemna bajka. Ale po kolei. Trasę (oczywiście przed pracą, wyjazd około 8:30) zaplanowałem dziś, zgodnie z prognozami (trzema) na zachód, czyli teoretycznie pod wiatr, z odchyłami w każdą możliwą stronę. A mówiąc konkretnie: znów przetestowana już miliard razy "rybka": Poznań - Luboń - Komorniki - Szreniawa - Trzcielin - Dopiewo - Skórzewo - Poznań. No to ruszam. 300 metrów i... obowiązkowo zamknięty przejazd przy stacji Poznań Dębiec (według statystyk jest on w takim stanie co 5 minut). Co dziwne, nikt nie leciał - jak to jest tu w zwyczaju - pod szlabanem, a wszyscy spokojnie i grzecznie stali przed nim. Dziwna i podejrzana sprawa, więc ja też stanąłem, swoje odczekałem i kiedy przejazd się otworzył to rozwiązała się zagadka - dwa smerfy (a może SOK-i, nie wiem, byli na czarno, ale jacyś na tych z kolei za chudzi) czatowały ukryte za budką z dyżurnym. Zawiedzione pysie ustawiły mi dzień na plus :)
No ale potem dojechałem do Lubonia (nienawidzę tej wsi na prawach miejskich) i natrafiłem na remont - zamkniętą ulicę Sobieskiego, oczywiście bez żadnego ostrzeżenia. Po prostu zryty asfalt i znak wjazdu. Bo tak. Dwa samochody właśnie wracały na wstecznym, mi tez to groziło, ale znalazłem lukę - uwalony piaskiem kawałek chodnika, po którym przejechałem, modląc się do Świętego Agnostyka o brak szkła. Modlitwy zostały wysłuchane i mogłem ruszyć dalej.
Z atrakcji dnia codziennego zdarzyły się oczywiście kosmiczne dziury koło Konarzewa, kolejne remonty obok Dopiewa i w Skórzewie, dwa busy, który wyjechały mi z bocznej centralnie przed koła, żeby 10 sekund później zgodnie zablokować drogę z powodu skrętu w lewo, kolejny zamknięty szlaban za Skórzewem (z kolejnymi smerfami, to chyba jakaś zorganizowana akcja była) oraz objazdy upstrzone światłami w Plewiskach. I to wszystko na zaledwie 50 kilometrach. Czemu się jeszcze do tego nie przyzwyczaiłem? :)
Zauroczyły mnie na trasie dwa przepiękne konie, które kiedy je mijałem radośnie skakały i szalały, niestety gdy się zatrzymałem, żeby je sfotografować to egoistycznie udawały, że są oazą spokoju a skubanie trawki to bardzo inspirujące zajęcie, natomiast ja otrzymałem jedynie pełne pogardy i końskiej ironii spojrzenie spode łba :)
Jako że średnia, którą wtedy miałem (na 30-tym kilometrze) oscylowała około 31,5 km/h to stwierdziłem, że jak ma być z kopyta to niech będzie. I mimo wszystkich wspomnianych przeciwności udało mi się wykręcić chyba całkiem przyzwoity wynik, ale w sumie nie z niego jestem dumny, a z faktu, że się zmobilizowałem i nie odpuściłem, choć miałem kilka kryzysów mentalnych na widok choćby znów włączającego mi się czerwonego przed nosem.
Naprawdę fajna jazda, gdyby takie warunki panowały cały rok to chyba bym dostał na mózg ze szczęścia. Jednak wiem, że mi to nie grozi, a moja psychika wróci do równowagi :)
Na koniec - jako że już się i tak lekki zwierzyniec zrobił - kolejny bocian.
- DST 51.40km
- Czas 01:36
- VAVG 32.12km/h
- VMAX 56.90km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 153m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
S / SE !
Czwartek, 5 czerwca 2014 · dodano: 05.06.2014 | Komentarze 2
Jakie tam 25 lat niepodległości? Jaki tam Obama w Polsce? To ma być święto? Gdzie tam, ja dziś miałem prawdziwy powód do celebrowania - w końcu wiatr z południowych kierunków, a jazdy przez Poznań dokładnie całe 2 kilometry i ani metra więcej! :)
Gdy rano wstałem, spojrzałem w prognozy i zobaczyłem magiczne literki S / SE poczułem, że żyję. Do pracy znów na 13-tą, ruszyłem o 9-tej, gdy już zaczęło się ciepełko, póki co jeszcze przyzwoite, ale czuć już, że idzie gorąco. Niestety. No ale nie narzekam, póki co jest przyjemnie. Z doświadczenia wiedziałem, że ten kierunek południowy oznacza, że wahadełko o jego odchyłami pojawi się na pewno i miałem rację - raz wiało ze wschodu, raz z zachodu, a na końcu miałem wiatr centralnie boczny. Nie zaburzyło mi to radości z jazdy i możliwości pokazania czterech liter Poznaniowi :)
Oczywiście nie obyło się bez korków w Mosinie, ale do tego jestem już przyzwyczajony. Ktoś tam chyba średnio mądry zaczął się bawić ustawieniami świateł i jeśli kiedyś jechało się tam w miarę płynnie to teraz stoi się po prostu i bez ściemy zawsze co najmniej dwukrotnie w długim sznureczku. Szkoda, bo średnia mi dziś wyszła dokładnie taka sama jak wczoraj, a bez korków byłaby lepsza.
Trasa już znana z moich porannych treningów, do Sulejewa i powrót swoimi śladami. Pechowo na zjeździe między Sulejewem a Żabnem trafił się przeciwny wiatr na samym końcu, bo byłem rozpędzony do 57 km/h i chciałem przekroczyć 60. No nie było mi dane.
- DST 57.30km
- Czas 01:47
- VAVG 32.13km/h
- VMAX 44.70km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 122m
- Aktywność Jazda na rowerze
Podejrzane :)
Środa, 4 czerwca 2014 · dodano: 04.06.2014 | Komentarze 3
Dziwne. Baaardzo dziwne. Coś jest nie tak. Po pierwsze przejechałem przez miasto płynnie (!), ze średnią przy wyjeździe na Swarzędz na poziomie 29 km/h. Po drugie - nie było deszczu, a jedynie delikatna mżawka pojawiła się na kilka minut. Po trzecie - wiatr dziś mi nic nie urwał, przeszkadzał minimalnie, a temperatura kilkunastu stopni aż zachęcała do jazdy. No kurde, jak to tak? Po koszmarnym poprzednim miesiącu nie mogę uwierzyć, że takie warunki są możliwe. Chyba że to nie przypadek... no ale nie, nie idźmy tą drogą. Choć z pewną podejrzliwością zerkałem do góry i za siebie czy nie ukaże się gdzieś jakaś kamera kręcąca drugą część "Truman Show" w wersji PL. "Zdulski Show" jednak brzmi zdecydowanie mniej nęcąco :)
Naprawdę fajnie się jechało. Droga przez Maltę, Swarzędz, Kostrzyn, Siekierki, Tulce i poznańskie Krzesiny oraz Starołękę chyba już na stale zagości w mojej kolekcji tras. Wychodzi równiutkie, idealne przed pracą 57 kilosów, jeśli wiatr wschodni nie chce się zdecydować czy wiać z południa czy z północy to w tym wariancie mamy obydwie opcje, do tego gdy już zjedzie się z ruchliwej trasy na Warszawę to powrót jest już przez wsie. Oczywiście trzeba mieć w rezerwie trochę zapasów nerwów na sam początek (jazda przez miasto z Dębca do Miłostowa) oraz na koniec (Starołęka), ale najważniejsze, że cala reszta jest płynna. No i średnia wyszła dziś całkiem przyzwoita.
A jakby ktoś natrafił jednak na jakąś relację z mojego dzisiejszego zdziwienia to proszę o informację na jakim kanale :)






