Władca Sudetów, cz.2 :)

Poniedziałek, 21 kwietnia 2014 · Komentarze(2)
Kategoria Góry
Schemat dzisiejszego dnia niewiele odbiegał od wczorajszego. Czyli na zajecia fakultatywne przed śniadaniem mialem dwie godzinki :) i zabralem sie raźno do roboty równiutko o 8 rano, planując nierówną walkę z poludniowo-wschodnim wiatrem. Do tego postanowiłem zapodać sobie hardkora, planując trasę z góry wiedząc, że większość bedzie pod górę. A co!

Pierwszym etapem był Staniszów, czyli miejscowość, która się diametralnie zmieniła od "moich" czasów. Zamiast zrujnowanej wsi zastać tam teraz można będące jej częścią dwa pięknie odrestaurowane pałace. Jednym z nich jest tzw. "Pałac na wodzie", którego nazwa to spora przesada, ale względem ruiny, która tu straszyła to i tak miodzio.

Drugi z pałaców położony jest duuużo wyżej,  w odległości 10 kilometrów od centrum Jeleniej. Z których co najmniej polowa jest pod górę. Zdjęcia nie zrobiłem, bo aparat zalany potem i znojem bywa zawodny :)

Ale w końcu po to są wyjazdy,  żeby były nagrody, i taka właśnie mnie czekała podczas zjazdu do Sosnówki - piękne błękitne niebo, idealna widoczność,  aż musiałem się zatrzymać, żeby cyknąć fotkę. Jak się okazało była to ostatnia okazja na tego typu fanaberie...

Widoczny na zdjęciu emeryt rowerowy zaczął wydawać już z siebie odgłosy rodem z Mordoru - coś strzelało, coś sapało w środku, miałem chwilowo lekką schizę, ale jako odważny hobbit jechałem dalej i - uprzedzając fakty - żyję :) Dojechałem do Miłkowa i ruszyłem na Karpacz, który liznąłem w najbardziej dolnym jego etapie.


Wciąż o dziwo pod wiatr i z coraz bardziej mrocznym niebem w tle poleciałem na Ścięgny, a potem do Kowar, smutnego miasteczka z długim rynkiem w brukowej kostce. Do teraz czuję każdy jego element. 

Kilometrów było jakoś mało, więc postanowiłem zaliczyć kolejne wsie - Kostrzycę i zupełnie niepłaski Bukowiec, który jeśli już się zdobyło to był bonus w postaci zjazdu do Karpnik, z tutejszymi malowniczymi stawami.

No a potem w końcu zaczął sprzyjać mi wiatr (na 35 kilometrze z 50!) i mogłem LEKKO nadrobić tragiczną średnią z tego dnia. Pomogła w tym panorama Rudaw oraz kolejnego powstałego z martwych pałacu - w Łomnicy.


Wyjazd zakończyłem z lekkim spóźnieniem na śniadanie. Ale cóż - zew natury był tego dnia silniejszy...



Władca Sudetów :D

Niedziela, 20 kwietnia 2014 · Komentarze(6)
Kategoria Góry
Tegoroczne święta wielkanocne zaplanowaliśmy sobie niemal już tradycyjnie w Jeleniej Górze,  skąd jak wiadomo jakiś czas temu ucieklem, zdradzając ziemię dolnośląską dla innych rejonów kraju. Ale wracam zawsze chętnie,  choć na częste powroty brakuje czasu. Tym razem żeby być na miejscu jeszcze w jakichś rozsądnych godzinach musieliśmy wyjechać w sobotę wczesnym rankiem, więc z przyczyn oczywistych rower wczoraj w rachubę nie wchodzil.

Za to podczas popołudniowego spaceru po Jeleniej udalo nam się półprzypadkowo trafić na mecz pomiędzy. Karkonoszami a - uwaga uwaga - Orkanem Szczedrzykowice (?????). Wynik 2:2 mógłby być jeszcze bardziej okazaly, ale niestety w 4 lidze montują za male bramki na umiejętności naszych kopaczy :) Nie bylem na tym stadionie dobrych kilkanaście lat, więc milo było sobie przypomnieć jak pod koniec lat 90-tych latalem na drugoligowe mecze, a klub potrafił nawet nie przynieść wstydu w Pucharze Polski, dostając w plecy z ówczesną potęgą - Wisłą Kraków tylko 1:3. Dziś... jedyne co jest godne szacunku to wciąż kilkudziesięcioosobowy mlyn ukryty za sektorówką "Władcy Sudetów". Z której to, nie ma co ukrywać,  mieliśmy z Żoną delikatną polewkę :)

Wieczorem wyciągnąłem z piwnicy swojego emerytowanego górala, zrobiłem niezbedny przegląd i stwierdziłem,  ze da się chyba jechać. Dostałem od rodziny dwugodzinną dyspensę od przygotowywania śniadania i ruszyłem przed 8. Czasu mało, wiaterek wschodni, kierunek więc wybrany: na Janowice Wielkie, a potem się zobaczy. Aaaaaale fajnie było w końcu poczuć pod kołami wzniesienia! Rudawy Janowickie to niewysokie górki,  ale idealnie nadające się na jazdę rowerem - głównie dystans pokonuje się co chwilę wyjeżdżając i  zjeżdżając z uroczych hopek położonych wzdłuż rzeki Bóbr. Minąłem pałace w Łomnicy i Wojanowie, dojechalem do Trzcińska i zrobiłem sobie przerwę "na widoczka".

Zaczęły jednak zbierać się jakieś miejscowe szczekające kundle, które jak wiadomo szczególnie odważne są na odległość i w momencie gdy wiedzą,  że człowiek jest poza ich zasięgiem.  A tak było tym razem, wiec specjalnego spokoju nie zaznałem i ruszylem dalej. Stanąłem jeszcze raz,  ale na szybko,  bo czas gonił,  żeby zrobić fotkę mojego złomu na tle Sokolików, górujących nad Rudawami.

Potem już bez pauzy dojechałem do Janowic, skąd  wdrapałem się do trasy na Wrocław, w Radomierzu, skąd  zjechałem z prędkością prawie 55 km/h. Byloby szybciej, ale nie działają mi najcięższe przerzutki,a nawet gdyby to bym się bał, że w pewnym momencie rama odjedzie w swoim,  a koła w innym kierunku. Taki mam tu sprzęt :) Dotarłem do Jeleniej, ale jako że zrobiłem dopiero około 25 kilometrów to ostrym wjazdem skręciłem znów na Wojanów, a potem przedzierałem się przez miejscowości-maszkaronki, takie jak Mysłakowice, w ktorych zawróciłem trasą z Karpacza. Miałem nadzieję na fajną fotkę panoramy Karkonoszy,  ale niestety mgła wygrała przez nokaut.

Tak to mi minął świąteczny dzień.  Średnią się nie przejmowałem, bardziej tym,  żeby nic nie odpadło z mojego wehikułu :)

PS. Muszę pisać z tabletu,  a jak pewnie wiecie to mordęga. Jeśli są jakieś błędy to przepraszam, a Wasze wpisy ogarnę po powrocie do cywilizacji :)

I jeszcze jeden, i jeszcze raz :)

Piątek, 18 kwietnia 2014 · Komentarze(2)
Ostatni wyjazd przed świętami, które zapewne spędzę bezrowerowo, bo pogoda ma się skopać, wyjeżdżamy, poza tym nie jestem pewien czy mój stary góral jeszcze będzie do użytku. Stojąc przed taką perspektywą nie mogłem dziś rano odpuścić i lekko po ósmej byłem na trasie. Zaplanowałem sobie dziś kółeczko Poznań - Mosina - Rogalin - ogonek do Radzewic - nawrót i powrót przez Czapury, czyli klasyczne pięć dych.

W Łęczycy na ścieżce znów czekał na mnie fragmencik kolejnego odcinka uznanego i opisywanego tu już serialu rodzimej produkcji - "Szkieły na drodze". Wciąż trzyma w napięciu.

Wiaterek się zmieniał, ale to już chyba nikogo nie dziwi, a ja cieszyłem się, że mam szansę jeszcze sobie dziś trochę pokręcić, więc nawet się nie irytowałem. A z ciekawostek - natura chyba postanowiła zrobić mi prezent przed świętami, bo przebiegł mi drogę za Rogalinem dorodny zając :)

Wesołych wszystkim! Życzę udanego budowania masy przez święta, żeby było co spalać :)

Z troglodyctwem ponownie za pan brat

Czwartek, 17 kwietnia 2014 · Komentarze(3)
Mój dzień ostatnio wygląda tak: rano budzę się w pyle z remontu, idę na rower, który każdego dnia staje się bardziej biały, wracam do pyłu, pomagam znajomemu, który robi nam remont i wychodzę do pracy, gdzie siedzę w otoczeniu sterylnie czystym, ale otoczonym masakrującymi oczy jarzeniówkami. Wracam wieczorem i łykam świeżą dawkę pyłu. Każda potrawa, jaką zjadam ma również ten delikatny posmak owego nieuniknionego skutku każdego odnawiania mieszkania. Dzięki temu wszystkiemu zapach spalin na trasie ostatnio wydaje mi się prawie że przyjemny :)

Miałem dziś okazję się o tym przekonać, bo pomimo że jechałem na południe to cała trasa od wyjazdu z Dębca aż do Puszczykowa była strasznie zatłoczona, niemal tak jak w Poznaniu. Do tego wiatr, który wedle wszystkich prognoz miał być słaby, dał mi trochę w kość, bo zmieniał się co chwilę, a praktycznie co najmniej połowę drogi powrotnej wiał mi w twarz. Stąd średnia. Trasa - nuuudy, ale te, które lubię, czyli do Sulejewa i z powrotem. 

Adrenalina skoczyła mi tylko raz - jakiś kurier-troglodyta z "Siódemki" ruszył mi w Mosinie z chodnika przed nosem, żeby za kilkadziesiąt metrów dalej, gdy chciałem go wyprzedzić z prawej zajechać mi drogę przez ponowne wjechanie na ten sam chodnik. Od słowa do słowa - poszło na ostro, okazało się, że idiota chyba od 2011 roku nie miał styczności z kodeksem drogowym, który od tego czasu daje możliwość wyprzedzania z prawej przez rowerzystów. Brawo dla firmy - jej pracownicy świadczą o niej samej, więc niniejszym wystawiam zdecydowanego negatywa - za prymitywizm i za to, że jakby nie patrzeć zawodowy nie zna przepisów. Żal pe el.

Głód bicyklowy w końcu zaspokojony

Środa, 16 kwietnia 2014 · Komentarze(2)
W ostatnim, sobotnim wpisie wykrakałem zmianę pogody. Za co serdecznie przepraszam. Kosztowało mnie to trzy dni bez roweru, co nie oznacza braku "ciekawych" zajęć. Praca to jedno, dwa to remont łazienki, który spowodował, że z pylicą i innymi chorobami przenoszonymi drogą gruzowo-pyłową jestem zdecydowanie za pan brat, a wnoszenie na drugie piętro setek kilogramów płytek i różnorakich worków z klejem weszło mi w krew (i płuca) :)

Dziś jednak w końcu unormowała się pogoda i udało się wystartować. "Unormowała się" oznacza, że nie padało, bo np. o wietrze tego powiedzieć się już nie da. Jeszcze rano, gdy wyjeżdżałem (o ósmej) było w miarę ok, ale w połowie drogi duło już koszmarnie, mocno i zimno z północy. A jako że z północy to znów czekała mnie teleportacja przez cały Poznań. No i tak: korek zaczął się na Dębcu, a skończył na dwunastym kilometrze w Koziegłowach, tak samo podczas drogi powrotnej, na Gdyńskiej przed pyskiem zamknęli mi szlaban, na światłach innego koloru niż czerwony nie uświadczyłem - po prostu brakowało mi tego typu atrakcji przez te trzy dni :)

Chwilę wolności przeżyłem tylko na odcinku od Koziegłów do Murowanej Gośliny, gdzie myknąłem w miarę szybko, choć nie udało się nadrobić braków prędkości z miasta. Jakoś znów "przypadkiem" mi się nie zauważyło dwóch ścieżek przed i za Owińskami, za to z ciekawości zerkałem na boki co mnie omija. Zanotowałem paniusię z 3 pekińczykami rozciągniętymi na całej szerokości ciągu pieszo-rowerowego z obowiązkowej kostki oraz świecące kawałki szkła. Aha, skoro jestem przy kostce to w Czerwonaku budują coś z tego szlachetnego materiału wzdłuż drogi. Tylko czekam aż powstanie niebieski znaczek "ścieżki" rowerowej, obok której wykwitnie kolejny biało-czerwony zakaz jazdy asfaltem...

Znów przed pracą

Sobota, 12 kwietnia 2014 · Komentarze(0)
Piątek mogę uznać za dzień z porządną dawką odpoczynku, dziś znów niestety do roboty. Ale na popołudnie, więc z rana udało mi się wykonać standardową (a jak!) pięćdziesiątkę. I znów mógłbym napisać elaborat o tym, gdzie można sobie wsadzić prognozy pogody w temacie kierunku wiatru, ale się powstrzymam. Wspomnę tylko, że miał być południowy, a był zachodni. Gdzie tu zbieżność - nie wiem, wiem za to, że dzisiaj wiało mi ciągle z boku i w twarz. Zaczynam obmyślać sprytny plan, żeby następnym razem spojrzeć w prognozy i pojechać dokładnie odwrotnie względem tego, co tam będzie. Może wtedy będzie ok? :)

Trasa dziś też już znana - do Żabna i z powrotem. W Mosinie korki ostatnio to jakiś chory standard, nawet w sobotę. Nie wiem czemu tak się tam nagle porobiło, bo kiedyś była to mieścina całkiem przejezdna, teraz to koszmar. Doszła do tego dziś stłuczka, dodatkowo blokująca ruch. Trochę mi to zniszczyło średnią, no ale cóż zrobić.

W Puszczykowie, podczas jazdy przez Wielkopolski Park Narodowy zauważyć już można pięknie kwitnącą zieleń, zapachy powalają, a ptaki dają już regularne koncerty. Pięknie się robi :) szkoda tylko, że od dzisiejszego popołudnia zapowiadają deszcz na kolejnych kilka dni...

Długi opis krótkiego treningu :)

Piątek, 11 kwietnia 2014 · Komentarze(2)
Dziś miałem w końcu wolny dzień przed pracującym weekendem, ale odczuwałem przemożną chęć odespania aktywnego zawodowo i nie tylko tygodnia, więc zamiast dłuższej eskapady założyłem jednie klasyczną pięćdziesiątkę, a przed nią zakaz opuszczania łóżka przed dziewiątą. Oba założenia udało się wykonać bezproblemowo :)

Po wstaniu krótkie spojrzenie na prognozy, które (oczywiście jak zwykle kłamiąc) kierunek wiatru ukazały jako południowy z zapędami zachodnimi. Realnie okazało się, że był zmienny, czyli w momencie gdy jechałem na południe był południowy, jak na zachód to zachodni, a na samej końcówce, gdy wracałem z południa - północny! I nie ma w tym ani kawałka ściemy - przecierałem oczy na trasie, ale łopoczące przy drogach flagi i maszty nie kłamały: wiatrzycho jakby mnie śledziło i robiło na złość.

A sama dzisiejsza trasa to (żeby źle nie zabrzmiało) znów mój ulubiony "kondomik": Poznań Dębiec - Mosina - Łódź - Stęszew - Komorniki - Poznań. Niestety w Krosinku, zaraz za Mosiną, nic nie zapowiada zakończenia robót przez Aquanet - stałem dziś na ustawionej w kilku miejscach sygnalizacji łącznie jakieś 10 minut, gdyż sygnalizacja swoje, a koparki swoje, czyli ruchem kierowali bardzo nieudacznie panowie w pomarańczowych kaskach. Dzięki czemu w pewnym momencie naprzeciw siebie na jednym pasie znalazły się dwa TIR-y. Skończyło się na tym, że jeden musiał włączyć wsteczny, a my razem z nim.

Po wchłonięciu na tym kawałku maksymalnej ilości spalin i rtęci postanowiłem uratować swoje płuca skokiem w bok. W miejscowości Łódź zamiast jechać prosto skręciłem (pierwszy raz) przed kościołem w prawo, całkiem fajnym zjazdem, który miał mnie skierować na Trzcielin. Nie wiem jakim cudem, bo asfalt się skończył na jakimś rozjeździe, dalej oferując piach i szuter. No ale skorzystałem z okazji i przespacerowałem się kawałek wzdłuż Jeziora Dymaczewskiego, niestety z tej strony strasznie zarośniętego. Dzięki temu odkryłem całkiem fajne okolice do pieszych wycieczek. Były nawet niewielkie wzniesienia!

Wróciłem tą samą trasą do głównej drogi, przy okazji cykając jeszcze fotkę  interesująco rozbudowywanego przez wieki kościoła p.w. św. Jadwigi oraz - znów ukrytego za polem karofli, sorrry, pyr - jeziora.


Ruszyłem dalej. Tak jak pisałem wiatr mnie śledził, więc trochę się musiałem namachać, żeby utrzymać jakąś przyzwoitą średnią. Dojechałem do Stęszewa i postanowiłem, że skoro mam jeszcze trochę czasu to nie pojadę obwodnicą, tylko przez miasteczko i je pozwiedzam. No i ten... tego... za dużo roboty nie miałem :) zatrzymałem się w sumie tylko na Rynku, a bardziej "Rynku", bo ratusza tam nie uświadczysz, gdzie moje oczy zaciekawił zegar umieszczony na jakimś słupie ogłoszeniowym. Po podjechaniu okazało się, że ów słup to kapliczka, którą poświęcił jeden z fioletowo-czarnych panów w sukienkach, a konkretnie abepe Gądecki, ustanawiając w 2005 roku Matkę Boską patronką Stęszewa. Jakby ktoś pytał czy żyjemy w państwie laickim to proszę pytać włodarzy tej wielkopolskiej mieściny :)

Zainteresował mnie tylko jeszcze jeden budynek - tutejszego muzeum, z drewnianym podcieniem, który tworzy całkiem zachęcającą jego wizytówkę. Z tego co wyczytałem muzeum otwarte jest od wtorku do niedzieli w arcyciekawych godzinach 10-14. Frontem do klienta :)

Ostatnia część trasy to wiatr w pysk i z boku. Średnia jak na turystyczno-wypoczynkową jazdę chyba ok. Dwie kolejne wielkopolskie miejscowości uznaję za wyeksplorowane. Szału nie było :)

Rzeźnia, czyli dzień z miastem za pan brat

Czwartek, 10 kwietnia 2014 · Komentarze(4)
Rano przed pracą miałem niemały dylemat: ruszać czy nie ruszać? Pogoda niezdecydowana, zimno, niby nie padało, ale co sprawdzałem to jakaś delikatna mżawka się pojawiała, potem niby bez opadów i tak w kółko. Do tego wiatr około 20 km/h. W końcu - po miliardowym spojrzeniu za okno - męska decyzja: ruszam, najwyżej zmoknę. Jednak dziś crossem, szosy szkoda na takie warunki.

No i ruszyłem, oczywiście minutę po starcie pojawił się deszcz. Jaka niespodzianka. Kolejną był zamknięty szlaban na Dębcu, tak jakby nie było to copięciominutową normą. Dobrze, że remont tam trwa, bo od kiedy zamieszkałem w tej okolicy to przejazd przez okolice stacji to regularna masakra.

To nie był koniec smaczków na pierwszym 3-kilometrowym odcinku. Wjechałem na odremontowany wiadukt na Górczynie. W skrócie wyglądało to tak:

Potem zwężenie koło cmentarza, światła czerwone WSZĘDZIE, ulica Obornicka z wiecznym megakorkiem,... Rzeźnia.

Z Poznania wyjechałem po jakichś 40 minutach (13 kilometrów!). Potem sytuacja się unormowała, bo pojawiło się pobocze, którym dojechałem przez Suchy Las i Złotniki do Chludowa. Powrót już w sumie bez deszczu, za to z kolejną niespodzianką - na wiadukcie zaraz po wjeździe do Poznania, po minięciu Suchego Lasu nieopacznie wjechałem na ścieżkę. gdzie w połowie drogi zaparkowany stał wielki, zajmujący całą szerokość wóz sprzątający. Bez obsługi. Zszedłem, przecisnąłem się między wóz i barierkę, nie powiem, miałem ochotę "przypadkowo" potrącić lusterko, ale się powstrzymałem :)

Średnia, biorąc pod uwagę powyższe oraz to, że jechałem crossem, lekko mnie zdziwiła in plus. A i odkurzenie tego rowerka zrobiło swoje, po tylu dniach na szosie komfort jazdy jest genialny.

Stała trasa, stałe korki

Wtorek, 8 kwietnia 2014 · Komentarze(4)
Wczorajsza pogodowa sielanka już się skończyła, rano o dziwo nie padało, ale dmuchało zdecydowanie mocniej i jakoś tak mniej precyzyjnie, niby z południa, a realnie zawiewało czasem z lewa, czasem z prawa. Postanowiłem wykorzystać czas przed pracą i ruszyć jednym z moich ulubionych łuków, przez Mosinę i Żabno do Sulejewa.

Do Mosiny jechało się spoko. Do Mosiny. W Mosinie, zgodnie z ostatnią świecką tradycją ukazał się moim przyciemnionym okularami ślepiom wielki, ogromniasty korek, spowodowany remontem. Po kilku minutach stania w nim wkurzyłem się, zsiadłem z roweru, dotarłem do pierwszego skrzyżowania i zrobiłem objazd jakimiś bocznymi uliczkami, co pozwoliło mi zaoszczędzić pewnie z kwadrans i sporą ilość nerwów.

Do Sulejewa dojechałem już bez przeszkód, powrót jak zwykle z wiatrem o mentalności kobiety przed miesiączką, czyli marudnym i niezdecydowanym :) Średnia spokojna, ale raczej nie jest powodem do wstydu.

Agresoropozbywacz :)

Poniedziałek, 7 kwietnia 2014 · Komentarze(4)
Dzień przerwy chyba jednak dobrze mi zrobił. Odpoczęły mięśnie, ucierpiała za to psychika, bo dziesięć godzin w pracy w towarzystwie tzw. "weekendowego polskiego klienta" potrafi mentalnie zmiażdżyć, za to widocznie kumuluje pokłady agresji, bo dziś z rana (oczywiście przed robotą) nogi same prosiły o mocniejsze tąpnięcie, żeby się wyżyć.

Wiatr w końcu mój ulubiony, południowo-zachodni, dał mi szansę (wreszcie) na przejazd nie przez Poznań, tylko miasteczko-wsie typu Luboń czy Mosina. Dziś postanowiłem być grzeczny i pojechałem nawet ścieżką w Łęczycy, coby nie prowokować ewentualnych stróżów porządku moją grożącą katastrofą ogólnoludzką chęcią jazdy w przyjemnych warunkach. Pod wiatr, który dziś był całkiem milutki, prędkość utrzymywała się non-stop ciągle około trzech dych, więc stwierdziłem, że wynik może uda się dziś zrobić jakiś przyzwoity. Niestety, w Mosinie się zaczęło. Najpierw korek wzdłuż głównej drogi, podczas którego (specjalnie obserwowałem) straciłem kilometr ze średniej, potem ruch wahadłowy w Krosinku, który zafundował mi Aquanet.

Dojazd do Stęszewa przez Łódź i słynne dwa Dymaczewa poszedł sprawnie, w samym Stęszewie jakieś takie zamglone były znaki nakazujące jazdę ścieżką, więc chyba przeoczyłem :) Potem już jazda z wiaterkiem w plecy, założyłem sobie, że dojdę do średniej w okolicach 32 i dzielnie się tego trzymałem, a gdy już udało mi się do niej zbliżyć miałem chrapkę na więcej. No i centralnie polizałem ciastko przez szybę, gdyż na moim horyzoncie pojawiły się Komorniki. Jak zwykle niech obraz przemówi:

Komentować chyba nie muszę, z potencjalnej nadbudowy średniej zrobiła się paniczna walka o jej utrzymanie. Udało się, z lekkim deszczykiem jako towarzyszem, z TIR-ami dokoła i myślami o tym, że niedługo muszę lecieć do roboty, co znów chyba najbardziej poszło w siłę nóg :)

Dzięki powyższym obrazkom upewniłem się tylko, że spisek, o którym mówi Macierewicz przy tym, który stawia mi zakorkowane kłody pod nogi, żeby zwalczać średną to mały, skromny Pikuś. Do tego przekroczył on już granice miasta Poznania. Niedługo otwierając lodówkę znajdę zamiast zielonego ogórka zieloną strzałkę, a w miejscu gdzie zazwyczaj znajduje się musztarda francuska będzie objazd przez dżem wiśniowy i twaróg babuni.

Patrząc na prognozy szansa na jazdę przez najbliższe dni wydaje się mała. Choć obyście się mylili, wszystkie Krety i Omeny Mensahy! :)