Netto, brutto

Czwartek, 15 maja 2014 · Komentarze(0)
Wiatr dziś postanowił być z północy. Ci, którzy mieszkają w tej właśnie części miast pewnie zacierają ręce, a dla mnie jest to osobiste przekleństwo, bo żeby dostać się najpierw pod wiatr na wolą przestrzeń muszę przemknąć przez caaaaaaaały Poznań. Postanowiłem zrobić eksperyment: jechałem beż żadnych nadużyć przepisów, tam gdzie trzeba to ścieżkami, tam gdzie światła to zawsze stałem, nie wyprzedzałem na ósmego itp. No i wyszło: czas jazdy netto (samo pedałowanie): 1:54. Czas jazdy brutto (korki, światła, wskakujący na drogi emeryci): 2:13. Prawie 20 minut z mojego ruchu to stanie! Ot, paradoks. Winna - oczywiście - Unia, Tusk i Conchita Wurst.

2/3 trasy spędziłem właśnie w samym Poznaniu, więc gdy już minąłem okolice Suchego Lasu poczułem się chwilowo jak człowiek, a nie przeszkadzający wszystkim wrzód na zadowolonym z siebie zgniłym miejskim organizmie. Naprawdę nie rozumiem czemu ludzie, skoro już muszą kisić się w tym osobowych puszkach, robią to pojedynczo... Zamiast zebrać się w kupę np. we czwórkę, co daje nam jeden samochód, jeżdżą (a głównie stoją) cztery puste samochody z samym kierowcą... No nic, kończąc te naiwne mrzonki - dojechałem do Chludowa i zawróciłem, jednak wpadłem na szatańską myśl - jako że groziła mi ponownie ulica Obornicka, co mogło spowodować, że średnią prędkość miał bym na finiszu w okolicach 5,6 km/h, skręciłem sobie na Morasko i z przyjemnością zaliczyłem tamtejsze hopki. I nawet miałem kawałek zieleni! Minąłem też Osiedle Chrobrego, lekko sentymentalnie, bo przemieszkałem tam kilka lat temu trochę czasu.

Na Przybyszewskiego jeszcze wlokłem się 30 km/h za jakimś dostawczym z logo mrożonek, który za nic sobie miał moje machanie z tyłu, żeby przyspieszył. W końcu - wnerwiony - wyprzedziłem go, niech ma, będzie wyśmiany na dzielni :)

Tarka!

Środa, 14 maja 2014 · Komentarze(2)
Zacznę od tego, że naprawdę lubię jeździć DK92 na odcinku od Poznania do Tarnowa Podgórnego - jest w miarę prosta, można się nieźle namęczyć pod wiatr, żeby (bywają takie dni) mieć przyjemną bryzę w plecki podczas powrotu. W związku z tym zaplanowałem sobie dziś trasę przed pracą właśnie w tym kierunku. Zachowałem się jak owieczka radośnie dzwoniąca dzwoneczkiem przed wejściem do rzeźni :)

Miasto minąłem nawet szybko, jeśli można tak nazwać żabie skoki na światłach aż do Ogrodów. Potem zaczęła się 92-ka, którą ruszyłem dziarsko, mknąc dość pewnie pomiędzy wirującymi samochodami. Aż do momentu, gdy... no właśnie! Czemu nikt nie raczył mnie ostrzec o łącznie siedmiu kilometrach regularnej tarki pod dwu stronach trasy na wysokości Przeźmierowa? Bym się przygotował, zorganizował jakiś podręczny worek na kartofle, a tak to podwaliny pod placki będę musiał zrobić sam. Chamstwo. Szukałem panicznie kawałka asfaltu, w końcu udało mi się znaleźć jeszcze nie zryty pas dla busów, którym jakoś dojechałem do końca remontowanego kawałka. Maskara.

Dojechałem do Rumianka i postanowiłem wrócić chwaloną już przez niejednego rowerzystę ścieżkę w Tarnowie Podgórnym. Raz jeszcze przekonałem się, że jak się robi coś z głową to się da. Zresztą wystarczy spojrzeć:

Marzenie...  Choć jedna łyżka dziegciu musi być, ale bardziej związana z ludźmi - szkło niestety leżało w dwóch miejscach.

Cyknąłem jeszcze z daleka budującą się siedzibę Amazona. Mimo mojej nienawiści do wielkich korpo to bydle będzie wyglądało imponująco jak skończą.

Mimo tarki, mimo jazdy przez miasto średnia wyszła ok. A ręce mi się jeszcze trzęsą jak konsumentowi denaturatu po tym zwijanym asfalcie :)

Zwykły, przewiany dzień

Wtorek, 13 maja 2014 · Komentarze(0)
W życiu cenię sobie przede wszystko stabilność i powtarzalność. Dlatego rano z uśmiechem na ustach przyjąłem dziś trzy zamknięte przejazdy kolejowe, deszcz, troglodytki w puszkach wyprzedające mnie po to, żeby sekundę później skręcić w prawo milimetry przede mną, objazdy, remonty oraz - a jakże - silny wiaterek z kierunku (z grubsza) północno-południowo-wschodnio-zachodniego. Czyli zwykły, szary majowy dzień :)

Cieszę się, że w końcu wsiadłem znów na szosę, choć dzisiejszy wynik zdecydowanie nie powala. Ale każdy kolejny wyjazd zaczynam od spojrzenia za okno i jak widzę te pochylające się drzewa to zmęczony jestem już na kilka minut przed treningiem. Prognozy mówią, że... jeszcze będzie tak długo. Rozpatruję opcję zmiany dyscypliny na żeglarstwo lądowe.

Trasa jedna z klasycznych - Wiry, Szreniawa, Trzcielin, Dopiewo, Plewiska i do Poznania. Remont Fabianowa się (jakie to zaskakujące) przedłużył, więc jeszcze 2 miesiące śmigał będę objazdami przez Leroye Merliny i inne Agaty Meble w Komornikach.

Pod patronatem

Poniedziałek, 12 maja 2014 · Komentarze(4)
Jak to u mnie bywa znów wolny dzień zamienił mi się w zaplanowany niemal co do minuty kierat. Na rower miałem czas między 9 a maksymalnie 11. Praktycznie punkt 9 byłem ubrany, przygotowany do startu, z szosą pod pachą. I w tym momencie spadł deszcz. Myślałem, że coś mnie trafi, ale zamiast dać się trafić intensywnie zacząłem rytualne modły do Świętej Suszarki o nagłą interwencję. I... udało się. Padało kilka minut, ale przestało tak samo szybko jak zaczęło. Szybko więc płynnie zamieniłem spod pachy szosę na crossa i ruszyłem.

Wiało... ale to już wszyscy wiemy, więc nie będę ciągnął tematu, napiszę jedynie, że było jak ostatnio - paradoks jeżdżenia w obydwie strony pod wiatr staje się chyba regułą. Czemu tylko jest tak, że zawsze tak sobie wybiorę trasę, że tak się dzieje? Czemu nie jechałem odwrotnie? Głębia tych pytań była na tyle duża, że nawet nie próbowałem sobie odpowiadać ;)

A co do trasy to wybrałem dziś znów tę "kondomową", tylko że - nie zrozumcie mnie źle - od tyłu względem tradycji. Czyli najpierw Komorniki i Stęszew, a potem dopiero Mosina. Nad średnią pastwić się nie będę.

Chwilę po wylądowaniu w domu oberwała się chmura. Czyli jednak Święta Suszarka istnieje i miała mnie w swojej opiece. A ja o dziwo wyrobiłem się ze wszystkim, co na dziś było zaplanowane.

Cross-no! Czyli podpoznańskie Krosno i "nie!" dla pewnej ścieżki

Niedziela, 11 maja 2014 · Komentarze(5)
Niby wolny dzień, a dopiero teraz (po godzinie 21) mam chwilę czasu, żeby coś napisać. Czas się za to oczywiście musiał znaleźć rano na rowerek, choć koło dziesiątej już musiałem być w domu. W nocy padało, pozostałości trzymały się jeszcze mocno, więc miałem w końcu okazję na odkurzenie crossa.

Gdy już na nim się znalazłem poczułem się jak jakiś król albo panisko. Rozsiadłem się wygodnie, łapy rozłożyłem przed siebie i w pierwszej sekundzie już chciałem sięgać po pilota i browara, gdy w drugiej powiew wiatru wygładzając wszystkie zmarszczki na uszach przypomniał mi gdzie jestem :)

Znów ten oto wiatr miał być z kierunku "x", a był z kierunku "y", gdzie "y" oznacza "zawsze w pysk". Centralnie zmienił mi się na odwrocie, ale nie mogłem popuścić, choć pewnie za słabą średnią na tym właśnie rowerze sam bym siebie nie ukamienował. Trasę wybrałem sobie na południowy zachód, a serdecznie pozdrowiłem podmuch z zachodu, południowego wschodu i dużą dawkę północnego. Ot, normalka :)

Ale za to temperatura była genialna - jakieś 12 stopni, kałuże z tych małych, aczkolwiek upierdliwie przyjemnych, chmury tworzące malownicze bałwany - rewelacja. Pojechałem przez Mosinę do Iłówca, mijając słynną dla mnie ścieżkę rowerową przez Krosno, ale o niej później. Walczyłem jak mogłem i mimo zwiewania mnie z trasy udało się połowę dystansu zakończyć ze średnią 26,9 km/h i z chrapką na odpoczynek podczas powrotu. Taaaa... Pozdrawiam wiatr z kierunku "y".

Jazda pod wiatr miała miała jedną zaletę - miałem więcej czasu na podziwianie tego, co wokół mnie. I teraz zagadka: co to za miejsce?

Ładne, prawda? A to pozostałości po jakimś parczku przyległym do (chyba) upadłego już dawno PGR-u w Iłówcu, ukrytego za zamkniętą na cztery spusty bramą.

Jechałem, zerkałem sobie w niebo i na boki, aż w końcu szlag mnie trafił i wjechałem na chwilę do lasu, gdzie czując jego zapach poczułem, że żyję.

Wspominałem o ścieżce rowerowej. To ta sama, na której niedawno udało mi się wykpić przed mandatem za jej nieużywanie. Traf chciał, że udało mi się dziś sportretować typowy obrazek na niej obecny - tym razem naturalnymi modelami była parka emeryto-bikerów, ale spotkać tu można wszystkie bezmyślne gatunki istot żywych. Prędkość na liczniku mówi sama  za siebie, kombinowałem na kilka sposobów jak "toto" ominąć:

No i tak właśnie dojechałem swoim sfatygowanym czasem crossem do Poznania. W międzyczasie sponad szprych usłyszałem skrzypienie rowerka, jakby nie było miłośnika sportu, o obiecaną w końcu fotkę z jakąś drużną. No to ma: :)


Walka trwa!

Sobota, 10 maja 2014 · Komentarze(0)
Nie poddaję się. Wczoraj co prawda uległem w temacie deszczu, dziś na szczęście przed pracą nocne opady trochę zluzowały, za to wiatr - w żadnym wypadku.Zafundował mi dziś taki trening, że czułem się jak w średnio wypasionych górach. Ale nie ma bata - póki mogę będę mu się przeciwstawiał, aż w końcu zrezygnuje, zdechnie i da nam spokój. A ja za tę zasługę mam nadzieję zostać wyniesiony na jakieś rowerowe ołtarze :)

Ruszyłem lekko po dziewiątej, ciesząc się, że trochę podeschło na dworze. Minutę po starcie... deszcz. Słabiutki, ale nie pomagał. Wiatrzysko znów się nie mogło zdecydować, skąd wiać - ja w związku z tym też nie mogłem się zdecydować gdzie jechać. Wybrałem znów kółeczko przez Trzcielin, Dopiewo i Skórzewo, uzyskując na połowie trasy kosmicznie słabą średnią: 26.9 km/h. Wracając próbowałem nadrobić ile się dało - a dało się przez boczny wiatr niewiele. Skończyło się niewielkim przekroczeniem 29 km/h, co w przypadku szosy mnie lekko podłamało.

Rano słuchałem sobie w TOK FM audycji "Skołowani", gdzie jakaś aktywistka Zielonych na swoim przykładzie omawiała problemy niepełnosprawnych rowerzystów. Sama jeździ na rowerze trzykołowym i słuchając jej, niezwykle o dziwo optymistycznej dziewczyny, zdałem sobie sprawę, że to, że ja psioczę na polskie ścieżki przy niej nie oznacza nic. Najbardziej bliskie mi było utyskiwanie na obowiązek jazdy nimi, niezależnie od tego czy się kończą w połowie, są kawałkiem chodnika czy w miarę przejezdnym kawałkiem asfaltu. Jakby ktoś miał ochotę posłuchać tej i innej audycji w wolnej chwili to polecam: http://audycje.tokfm.pl/audycja/22.

Wietrząc

Czwartek, 8 maja 2014 · Komentarze(4)
Ja się pytam: czy w końcu ten wiatr kiedykolwiek zamierza osłabnąć? I od razu zaznaczę, że oczekuję tylko i wyłącznie odpowiedzi pozytywnej, najlepiej z rygorem natychmiastowej wykonalności :) albo choć, jeśli się nie da, ustalić jeden kierunek, z którego raczy podążać, bo dziś znów czułem się przez niego pomiatany jak nowy w klasie z rudymi włosami...

Jedyne co fajne to to, że nie padało - i to mi się ostatnio podoba, bo w kwietniu było tak, że lało z rana, a po południu, kiedy gniłem w pracy się wypogadzało. Teraz jest odwrotnie - i tak może jak dla mnie zostać.

Nie podobało mi się za to dziś to, co wyczyniali kierowcy większych samochodów - od trucków w górę. Trzykrotnie mijali mnie dosłownie o centymetry, a do regulaminowego półmetrowego odstępu brakowało jakieś... pół metra. Wyraziłem za każdym razie głośno co o tym myślę, ale czy dotarło do tępych i nieodpowiedzialnych łbów - nie wiem.

Trasa: "kondomik" - przez Mosinę, Łódź i Stęszew. Przy okazji uwaga: jeśli zależy wam na czasie to omijajcie Krosinko - remont czegoś-tam jeszcze potrwa chyba dłuższy czas. Ofiarą ruchu wahadłowego stałem się dziś dwukrotnie, stojąc i z napięciem oczekując na zmianę kolorów na sygnalizacji. Co nie jest łatwe dla takiego lekkiego daltonisty jak ja :)

Dobry dzień

Środa, 7 maja 2014 · Komentarze(0)
Wczytując się wczoraj w prognozy i czując w kościach widmo deszczu udało mi się dokonać heroicznego wyczynu pójścia spać przed 23. I to jest to! Dziś wstawało mi się bez problemu, więc jakoś tak dziwnie, na niebie chmury zapowiadające opady, ale z perspektywą, że jeszcze przed nimi się wyrobię, temperatura idealna - ani za ciepło ani za zimno - no miodzio, i to z takiej zaufanej pasieki :)

Wyjątkowo też wiatr poszedł w miarę na współpracę, czyli zachowywał jeden kierunek - południowy - z lekką czkawką w lewo lub prawo. Ruszyłem więc o 7:40 przez Mosinę i Żabno do Sulejewa, czyli poleciałem, jak jakaś Budka Suflera czy inne brzydkie dinozaury dobrze znanym standardem. Mimo że wiatr utrzymywał się silny to się zaparłem i na 25-tym kilometrze miałem średnią w okolicach 29 km/h, a przed sobą perspektywę powrotu z choć minimalną jego pomocą. Udało się wyciągnąć te równiutkie 31, a byłoby lepiej, gdyby nie permanentne ostatnio korki we wsiach typu Mosina czy Luboń.

We wspomnianej Mosinie zamajaczył mi samochód Straży "Miejskiej", chyba ten sam, który ostatnio mnie spisywał za ślepotę w temacie zauważania ścieżek rowerowych. Na szczęście dziś jechałem inną trasą, bo tą ówczesną skutecznie mi zniesmaczyli. A ja mam pomysł - jeśli zostanę kiedyś jakimś wójtem, sołtysem czy burmistrzem to będę zamiast stawiania radarów budował ścieżki o typowo polskim standardzie i ustawiał tam uzbrojonych strażników spisujących bojących się o własne życie kolarzy. Moja wieś/miasteczko zostanie najbogatsze w Polsce :)

StaŁking

Wtorek, 6 maja 2014 · Komentarze(3)
Dziś przyszło mi podczas jazdy na myśl, że skoro istnieje takie pojęcie jak „stalking”, czyli uporczywe nękanie niewinnej osoby, to ja jestem ofiarą „staŁkingu” - ktoś/coś uporczywie zmusza mnie do tego, żebym stał, a nie jechał. Na zdjęciu „przypadkowy” remont z objazdem i tarką na drodze w Głuszynie. Przypadkowy, taaaa.... :)

Tak mniej więcej wyglądał mój wyjazd z rana, przed pracą. Robi się już wyraźnie cieplej - zapobiegliwie ubrałem się w ocieplaną bluzę rowerową i było mi za gorąco. Według prognoz wiatr miał być dość silny albo wschodni albo południowy. Okazało się, że był i taki i taki, tylko że nie wtedy kiedy go potrzebowałem. Stąd po raz kolejny średnia, którą raczej się nie będzie chwalił.

Jechałem trasą przez Starołękę, Głuszynę i Robakowo do "górskiego" wjazdu przez Dachową do Szczodrzykowa. W sumie trasę polecam każdemu, bo szczególnie końcówka jak na nasze płaskie tereny jest całkiem wymagająca, tylko te dziury... Są tam od kiedy jeżdżę po tych terenach i jakoś nikt nie zabiera się za ich załatanie. Może w sumie i dobrze, bo znów bym narzekał, że to przejaw stałkingu :) Na górze stoi - kiczowaty, bo kiczowaty, ale nie mnie oceniać - odbudowany krzyż, zniszczony przez hitlerowców podczas wojny.

Wróciłem trochę inną trasą - w Robakowie skręciłem na Borówiec, przejeżdżając wiaduktem nad S11. Nie omieszkałem i tam cyknąć szosie sweet focię:

Potem jeszcze kawałeczek przez las, gdzie w końcu pooddychałem choć przez chwilę świeżym powietrzem, mając w perspektywie męczarnie, które rodziły się przede mną: Głuszynę z opisywanym remontem oraz zawsze koszmarną samą w sobie Starołękę.

Przewiało mnie strasznie, na dłuższą jazdę czasu nie miałem, a prawdę mówiąc i ochoty. Więcej ze średniej nie udało się wyciągnąć, no ale w końcu nie nią samą człowiek żyje. Tym bardziej, że siły wyższe nie ułatwiały sprawy.

Ktoś ma namiar na Macierewicza? Bo już w temacie spisków czuję pokrewieństwo duszy :)

Rendez-vous z wiatrem

Poniedziałek, 5 maja 2014 · Komentarze(2)
Wiatr zastosował dziś wobec mnie przemoc domową - gdziekolwiek jechałem było w pysk. Niespecjalnie mocno, ale jednak. I piszę to bez ściemy, bo nawet gdy według łopoczących flag powinno wiać mi w plecy to na poziomie gruntu powiew był dokładnie przeciwny - zadziwiające zjawisko.

Wyjechałem oczywiście rano, bo popołudnie pracodawca zaplanował mi w pewnym uroczym budynku. Nawet nie myślałem o krótkim rękawku i dobrze zrobiłem, bo jeszcze lekko po ósmej nawet w bluzie rowerowej było mi chłodnawo. Łudziłem się, że wyczuję wiatr i zaplanowałem trasę z kilkoma zmianami kierunku, czyli "samochodo-rybkę": Dębiec - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Trzcielin - Dopiewo - Skórzewo - Dębiec. Jak było - stoi akapit wyżej :) Dawno się tak nie namęczyłem, żeby osiągnąć tę banalną trzydziestkę średniej. Za to w końcu odpocząłem od kierunku północnego, dzięki czemu Miastu Poznań mogłem pokazać cztery litery.