Info
Suma podjazdów to 813882 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Listopad2 - 0
- 2026, Październik31 - 16
- 2026, Wrzesień30 - 11
- 2026, Sierpień31 - 24
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 53.55km
- Czas 01:42
- VAVG 31.50km/h
- VMAX 50.00km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 110m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Jest mocz! :)
Środa, 25 lutego 2015 · dodano: 25.02.2015 | Komentarze 15
Nie, nie, spokojnie. Nie będzie to wpis urologiczny. Po prostu wyrażenie "jest moc" zostawiam osobom bardziej "pro", ja jako zwykły, szary zjadacz chleba (najczęściej z małych piekarni z Puszczykowa lub Krosinka) skromnie pozostanę przy powyższym. Z pełną świadomością, że na forum rowerowym operowanie "glutami" i "moczem" pewne nie przysporzy mi rzeszy wiernych czytelników. No cóż, sztuka nie znosi kompromisów :P Ale obiecuję za daleko się nie zagalopowywać, bo sam się boję dokąd by to zaprowadziło :)
Jechało mi się dziś re-we-la-cyj-nie. Słaby wiatr, idealna temperatura (4 stopnie), suche szosy, zaledwie jedna DDR-ka do pokonania (ta wzdłuż Głogowskiej, koło omawianej już nie raz giełdy odzieżowej - z podziwem obserwuję jak powstają na niej kolejne wykopaliska z pobitego szkła, naliczyłem już trzy, najstarsze wciąż w stanie idealnym od jakiegoś miesiąca) i mój ulubiony kierunek na zachód - oto patent na przyjemność z jazdy! Jak już wyczułem, że może być dobrze to starałem się nie odpuszczać, mimo że wiaterek się nie mógł zdecydować skąd, co i jak. Trochę więc popiekło, ale jak na zimową jazdę solo jestem zadowolony. Zaczynam chyba zbierać nagrody za te 2,5 tysiaka zrobionego od początku roku wśród wichur i zimna. Choć z drugiej strony nie wiem po co mi one, skoro nie mam zamiaru się "maratonić" i "tourzyć" :)
Zgrzytem było tylko to, co znajduje się we łbach niektórych istot ludzkich płci żeńskiej (w niektórych przypadkach było to domniemanie, analizując aparycję) siadających za kółka samochodów. Jedna z nich chciała mnie zabić już 500 metrów od domu, "jakoś tak" nie zwracając uwagi na znaki pierwszeństwa, a chyba w ogóle na świat, bo obudziła się dopiero jak jej krzyknąłem prosto w szybę podczas uskakiwania przed maską. Potem jeszcze dwa egzemplarze wpieprzyły mi się na centymetry wyjeżdżając z podporządkowanych. Ech, czasem mam wrażenie, że gdyby nie moje około dwudziestoletnie doświadczenie w jeździe na rowerze i wykształcone dzięki temu oczy dokoła głowy (jak u mutanta) to leżałbym już dawno sześć stóp pod ziemią, zgrabnie zeskrobany z jakiejś ulicy albo ścieżki. I co najlepsze - nie jestem i nie zamierzam być, dopóki mnie do tego sytuacja nie zmusi, aktywnym kierowcą, a wydaje mi się, że znam przepisy i staram się je respektować bardziej niż nasi praktykujący władcy szos...
- DST 53.10km
- Czas 01:45
- VAVG 30.34km/h
- VMAX 52.20km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 109m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Znaleziono klucze
Wtorek, 24 lutego 2015 · dodano: 24.02.2015 | Komentarze 11
Znalazłem dziś na trasie klucze. Było ich kilka w pęku, a każdy dzielił się na dziesiątki.
Znalezisko niestety dość szybko utraciłem, więc nie uszczęśliwię nim nikogo.
Jedyne co mi się udało to jadąc zrobić komórką niskiej jakości zdjęcie owych kluczy:
Piękny grawer, prawda? :) Szczególnie biorąc pod uwagę, że mamy miesiąc luty, a klucze kierowały się na północ. Zwariowała nam ta pogoda...
A generalnie porównując to, jak mi się jeździło w dniu wczorajszym z dniem dzisiejszym czuję się jakby były to dwie alternatywne rzeczywistości. Oświadczam, że dzisiaj:
1. Nie pękła mi żadna dętka.
2. Nikt mnie nie chciał zabić, zepchnąć do kanałów ani zrobić ze mnie kawałka krwistego befsztyka.
3. Ja nikogo nie chciałem zabić, zepchnąć do kanałów ani zrobić z nikogo kawałka krwistego befsztyka.
4. Jeden kierowca w Puszczykowie nawet na światłach zjechał delikatnie w lewo, żeby mnie przepuścić (!!!!!). Otrzymał gorące podziękowania.
5. Nie użyłem na trasie żadnego wulgaryzmu.
6. Wiatr nie robił na mnie testów w temacie: "pod jakim maksymalnym kątem odchylenia rowerzyście udaje się utrzymać na drodze".
Słowem - cuda Niespotykane cuda. A że znajomość trasy "kondomikowej" przez Mosinę i Stęszew mam w jednym palcu to niczym nie rozpraszany celebrowałem to wydarzenie.
- DST 52.20km
- Czas 01:45
- VAVG 29.83km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 179m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
"Sezon na laczka" trwa. Troglodyci są gratis
Poniedziałek, 23 lutego 2015 · dodano: 23.02.2015 | Komentarze 24
Po tym, jak rozpoczął mi się dziś dzień miałem pokusę, żeby wziąć sobie wolne i przeczekać aż potencjalny koniec świata ominie moje w miarę wygodne łóżko.
Najpierw wyjazd rowerem. Wiatr w południowego wschodu, więc obowiązkowy kurs przez Starołękę. Generalnie omijam tam jeśli tylko mogę położoną wzdłuż niej DDR-kę, ale dziś na horyzoncie zakwitł mi kogut radiowozu, więc nie chcąc ryzykować dyskusji, tłumaczenia się "czemu nie", a nawet ewentualnego mandatu po prostu zrobiłem wyjątek i na nią wjechałem.
Błąd.
Wystarczyło kilkaset metrów i poczułem, że w przednim kole mam powietrza tyle, ile szarych komórek hoduje przeciętna użytkowniczka ajfona z włosiem koloru blond. W skrócie - może nie zero, ale wartość zbliżoną :) "*&&%$# !!!" - pomyślałem - "który to już raz w tym roku?". Do przyczyny defektów w tylnej oponie w końcu doszedłem, teraz możliwości miałem dwie: albo szkło (to samo, co ostatnio opisywane) albo dętka nie wytrzymała konfrontacji z jednym z krawężników, czyli elementów na zawsze związanych z polską szkołą tworzenia ścieżek. Na oko po rozbrojeniu koła dziury nie zauważyłem, ale nie chciałem ryzykować i po wymianie gumy wolałem się cofnąć w kierunku domu i ewentualnie gdyby okazało się, że nic się nie dzieje pojechać dalej inną trasą. Sama zmiana trochę mi zajęła, a jako towarzysza miałem pana o aparycji lekkiego żulika, przybyłego spod niedaleko położonej Żabki, który zaczął się uzewnętrzniać, że sam jeździł i że też pięć dych dziennie. Początkowo słuchałem tego z lekkim przymrużeniem ucha, ale jak pan zaczął fachowo wypowiadać się w temacie ilości atmosfer w szosówce to mi kopara lekko opadła :) W domu okazało się, że tak jak sądziłem winna była ścieżka - dziura powstała od wewnątrz, ewidentnie w skutek uderzenia w krawężnik...
Przejechałem obok domu i nie widząc kolejnych symptomów tragedii ruszyłem dalej, przez Luboń do Puszczykowa, tam skręciłem na Rogalin, zatrzymałem się przy punkcie zaopatrzenia w miodek i wróciłem tą samą drogą. Pomny przeżyć tego uroczego poranka "nie widziałem" żadnej ze ścieżek. No i zgadnijcie czy nasze wybitnie tolerancyjne społeczeństwo rozumiało mą boleść. pochyliło się nade mną, albo po prostu, czysto po ludzku DAŁO MI SPOKÓJ?
Taaa.... Na granicy Puszczykowa, gdzie ciąg pieszo-rowerowy raz, że jest z kostki, do tego ma szerokość może metra, a pośrodku kwitną sporej wielkości drzewa usłyszałem za sobą klakson. Olałem. Chwilę później ten sam dźwięk usłyszałem bezpośrednio za sobą, tyle że w tonacji agresywno-powtarzalnej i zobaczyłem koło siebie wielkie bydlę (marki nie zanotowałem, ale coś w temacie SUV-owym), otworzyło się okno od strony pasażera, z którego wyłoniła się i zaskrzypiała jakaś babcia o wyglądzie ostro przepitej Baby Jagi: "Tam, pan powinien jechać!! Tam pan powinien jechać!!". Coś tam wyburczałem, że może i tak, ale po tym NIE DA się jechać, na co kierowca, pieprzony zakompleksiony troglodyta, którego niestety z ryja nie udało mi się zauważyć, zaczął mi zajeżdżać drogę, starając zepchnąć na trawę dzielącą asfalt od kostki! W tym momencie z mojej strony uprzejmości się skończyły, ale nasz bohater nie miał cywilnej odwagi, żeby się zatrzymać i porozmawiać twarzą w twarz - po prostu przyspieszył i tyle go widziałem. Może i dobrze, bo w plecaku wiozłem trofeum w postaci uszkodzonej dziś dętki i miałem ochotę wcisnąć mu ją głęboko w.... no, nieważne. Klakson usłyszałem potem jeszcze raz, od innego troglo, w Luboniu, w tym samym temacie. Proszę się więc nie dziwić, że mój głęboko zakopany patriotyzm nie ma jak się rozwinąć (i pewnie się już nie rozwinie), skoro żyję w kraju frustratów i tępych, agresywnych młotów, dla których empatia to słowa oznaczające nowy rodzaj smartfona, a nie uczucia wobec bliźnich.
Trening dziś fizycznie i mentalnie wyrzygałem. Średnia pewnie byłaby i dobra, gdyby nie... (patrz treść wpisu).
Koleina część dnia to spóźnienie do pracy, bo czekałem na torach 10 minut, żeby przepuścić... samą lokomotywę. Po drodze chciałem jeszcze kupić zapasową dętkę, ale przywitała mnie tabliczka: "przerwa od 12 do 14"... W robocie staram się więc nie komunikować z ludzkością, bo przy moim szczęściu kogoś niechcący opluję albo gorzej :)
- DST 55.40km
- Czas 01:50
- VAVG 30.22km/h
- VMAX 46.00km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 77m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Hen, hen? Nein, nein...
Niedziela, 22 lutego 2015 · dodano: 22.02.2015 | Komentarze 10
Co robi normalny człowiek w niedzielę 22 lutego o ósmej rano?
Śpi.
Co robię ja w niedzielę 22 lutego o ósmej rano?
Zakładam "pedalski" (cytując dowolny komentarz pod artykułem, w którym pojawiają się rowerzyści na stronie epoznan.pl) strój i uzbrojony w kask ruszam w bój. Czemu tak wcześnie? Bo "jak kapitalizm to kapitalizm" i mimo, że dzień święty święcić bla bla bla to do pracy na popołudnie iść trzeba. Niestety nastały czasy korpodominacji i nie ma zmiłuj.
Są jednak plusy - jazda o tej porze w niedzielę to prawdziwa poezja. Pusto, cicho, spokojnie, do tego dziś - o dziwo! - niemal bezwietrznie (!!!!!!!!!!). Tylko kręcić. I robiło mi się to naprawdę zacnie, aż się chciało gdzieś dalej hen, hen pojechać, ale niestety, nie ma tak dobrze. Arbeit muss sein :/
Towarzyszył mi dziś Marian Opania czytający "Mroczną połowę" Stephena Kinga. We trójkę czuliśmy się doskonale we własnym sosie ;)
- DST 51.30km
- Czas 01:45
- VAVG 29.31km/h
- VMAX 52.20km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 192m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Osowa mio! ♫
Sobota, 21 lutego 2015 · dodano: 21.02.2015 | Komentarze 28
Gdyby tak nie wiało to bym pomyślał, że to już wiosna.
Głupoty piszę. Przecież wiosną też "tak wieje". W sumie to "tak wieje" niezależnie od pory roku.
No to jeszcze raz - gdyby tak nie wiało to bym pomyślał, że to już wiosna, lato, jesień albo zima :) Według daty wychodzi, że zima. Według temperatury (7 stopni!) już dla mnie niemal na granicy przegrzania - lato. Do tego słoneczko, sucha szosa - pięknie. Jedynie porywy przeszkadzały w jeździe, a jako że trasę miałem dziś zupełnie niezależną od wiatru (ja!!!) to oczywiście przez 2/3 wiało mi mocno w lewe ucho, prawą pachę i środkowy nos. Czyli upierdliwie. No nie poszalałem.
Zachciało mi się dziś pojechać do Mosiny w tę i z powrotem od d... rugiej strony - przez Starołękę, Wiórek i Rogalinek, przy okazji wjeżdżając na Osową Górę. Tak też zrobiłem, a taka trasa chyba już wejdzie mi w krew. Las - jest. Asfalt - jest. Rzeka - jest. Górka - jest. Do kompletu brakuje tylko zmrożonego browara i kawałka pizzy cztery sery. Z dodatkowym szpinakiem.
Na Osowej, takim poznańskim Mount Evereście (taaa...) na chwilę się zatrzymałem, cyknąłem focie i swoją obecnością nie wiem czemu przegoniłem leżakowiczów. Może czas pomyśleć nad zmianą kasku? :)

Miejsce okazało się dziś rowerowo popularne, bo podczas powrotu zjeżdżało przede mną dwóch kolarzy, a na całej trasie nie skłamię jeśli napiszę, że naliczyłem około dwudziestu rowerowych gęb. I o dziwo w większości uśmiechniętych.
Łyżką dziegciu - ojej, jaka nowość - było miarowe "piiiip piiiip piiiip" (dążące ku nieskończoności) podczas powrotu wzdłuż Starołęckiej z jednej z puszek - no bo ścieżka przecież, taka słodka i urocza w swojej kostkowości i krawężnikowości. A skoro już jesteśmy w temacie to zagadka: czy w ciągu tygodnia udało się służbom czyszczącym miasto usunąć szkło na DDR-ce przy Hetmańskiej, którą ostatnio udokumentowałem zdjęciowo?
No dobra, wiem, że w tym temacie nie będzie emocji. Nie udało się. Emocje by były gdyby odpowiedź była inna.
- DST 53.50km
- Czas 01:47
- VAVG 30.00km/h
- VMAX 46.20km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 117m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
DDR-y... (b)rrrrrrrrrrrrrrrrr...
Piątek, 20 lutego 2015 · dodano: 20.02.2015 | Komentarze 10
Zapewne można było już wywnioskować z moich poprzednich wpisów, że jestem miłośnikiem... nie!, fanatykiem... nie!, apologetą..., o to właściwe słowo, naszych rodzimych ścieżek rowerowych. Kocham je tak bardzo, że najchętniej z tej miłości dałbym im sobie spokojnie istnieć i nie naruszać ich intymności swoją obecnością. No ale się nie da. Dziś więc parę słów na ten temat, a konkretnie na to jak wygląda mój rowerowy dzień przy wyborze trasy na południe od poznańskiego Dębca.
Najpierw przejazd nad A2, gdzie już na granicy Poznania - na szczęście po drugiej stronie - zaczyna kwitnąć kosteczka. Ale - oczywiście gdybym chciał skorzystać z dobroczynności naszych konstruktorów - musiałbym na odcinku jakichś 700 metrów pokonać 5 par świateł, z czego kilka nie posiada pasa dla rowerów, więc zgodnie z przepisami powinienem tam rower przeprowadzać. No więc... jadę ulicą (dwa światła). Cała ulica Armii Poznań w Luboniu ma zainstalowaną w sobie minę w postaci kontynuacji powyższego, ale poszerzonego o torowiska, krawężniki (jeden na moje oko ma jakieś 10 centymetrów), podjazdy do posesji (czyli falujemy jak na morzu), a do tego poza "sezonem" (hje hje) jest usyfiona najpierw błotem, śniegiem i lodem, a potem ich pozostałościami, które po jakimś czasie zamieniają się w piaskowe hałdy. Kilka lat temu, gdy jechałem tam góralem zaczaił się na mnie gwóźdź, na którym śmiało można by powiesić jakiegoś Kossaka czy innego Malczewskiego. Kosztu nowej opony niestety nie można odliczyć od podatku.
Zaraz za permanentnie zamkniętym przejazdem kolejowym na trasie Poznań - Wrocław zaczyna się Łęczyca. Kiedyś to był w sumie jak na polskie warunki DDR jeszcze do przeżycia, bo po remoncie kilka lat temu pojawił się na nim asfalt. No ale aktualnie PKP buduje kolejny tor, więc... ścieżkę zamknięto. Ale nie, nie, nie ma tak różowo! Zamknięto kawałek, resztę pozostawiając. Jak już się minie kilkaset metrów remontu to można na nią zjechać, oczywiście ryzykując życie, bo przecinając asfalt w poprzek. Jak już się na niej znajdziemy to jest też jedna atrakcja - czerwone światło przy pokonywaniu jakiejś bocznej uliczki - dla rowerzystów zawsze w tym samym kolorze, mimo że w życiu widziałem tam może ze trzy samochody. Aha, jeśli chcemy jechać dalej prosto do Puszczykowa to znów musimy przełajem pokonać szosę, robiąc dość niebezpieczny manewr skrętu pod kątem 90 stopni - kiedyś zimą centralnie się tam wywaliłem na lodzie, na samym środku - na szczęście akurat wyjątkowo nic nie jechało.
Samo Puszczykowo to miodzio - aż do Mosiny kawał zwykłego, nieupstrzonego wynalazkami asfaltu, do tego położonego w WPN. Choć i tu zdarzyło mi się raz, że puszkowy troglodyta zatrzymał się i wykrzyczał, że tu się nie jeździ, bo w centrum Puszczykowa są przecież ścieżki! Szkoda, że szybko się zwinął i nie zdążyłem sięgnąć łokciem lusterka :)
Potem Mosina. Kiedyś miałem możliwość jechania prostu na Żabno, ale aktualnie remontowany jest przejazd kolejowy i trasa jest nieprzejezdna. Więc skazany jestem na... taaak, DDR-a. O którym już kilka razy pisałem, więc w skrócie: asfalt marnej jakości plus kawałki z żużla plus podjazdy plus drogi podporządkowane z ograniczoną widocznością przez żywopłoty plus... myjnia samochodowa. To równanie daje mosiński patent na komfort dla rowerzystów. No cóż - można po prostu nie jechać. Nie można. Jak wół wisi zakaz jazdy rowerem. Zresztą miałem już w tym temacie kiedyś przeboje ze Strażą Wiejską.
Znów kawałek szosą do Pecnej i... DDR. Z asfaltu, który przypomina swoją strukturą bardziej twarz gówniarza w najbardziej zaawansowanym stadium trądzika, do tego z wychodzącymi żyłami zrobionymi z wystających korzeni. Oczywiście na drodze znów zakaz jazdy bicyklem... Osobiście dziś moja psychika powiedziała NIE i po prostu skręciłem w prawo, wybierając jakieś koszmarne boczne drogi - i tak lepsze niż to, co by mnie czekało na tym "prorowerowym" wynalazku...
Powrót wygląda dokładnie tak samo, z tą różnicą, że ciężej jest się wymigać od jazdy po ścieżkach, gdyż położone są one najczęściej wzdłuż mojego toru jazdy... Generalnie na trasie, która ma 50 kilometrów, około 30 z nich to dumnie nazywana przez wszelkiego rodzaju sołtysów i innej maści włodarzy chlewików i poletek z pyrami oraz rzepakiem "polityka dla rowerzystów"... To ja jednak podziękuję, czy mogę być apolityczny? Tym bardziej gdy jadę rowerem szosowym...?
Strasznie długi wpis mi wyszedł - sorry. Ale już mi lepiej po dzisiejszej traumie :)
- DST 53.00km
- Czas 01:47
- VAVG 29.72km/h
- VMAX 45.70km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 66m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Przez Drzewny Cmentarz
Czwartek, 19 lutego 2015 · dodano: 19.02.2015 | Komentarze 12
Trasą, którą dziś wybrałem - klasycznym "kondomikiem" przez Stęszew, Łódź i Mosinę - przemieszczam się dość często. Jednak jeszcze nigdy nie miałem okazji poruszać się tamtędy jak po cmentarzu. Cmentarzu z drzew. Nie wiem z jakiego powodu i za czyim przyzwoleniem już za Komornikami przy krajowej "piątce" rozpoczął się jakiś drzewny holokaust i ciągnął się on przez kilkanaście kilometrów, aż do granic Dymaczewa Nowego.
Smutny to był widok, gdy zamiast dorodnych, pięknych - i co najdziwniejsze, na oko zdrowych zielonych grubasów - mijałem co chwila przewalone kloce i smętnie sterczące pnie. Z tego co wiem to na tej trasie żadna rozbudowa się nie szykuje, więc po co? Jaka jest logika z dewastowania całkiem przyjemnej do tej pory trasy i robienia tam drugiej Sahary...? Nie ogarniam.


Zatrzymałem się tylko dwa razy, przed i za Łodzią, ale taki krajobraz towarzyszył mi naprawdę długo... Smutno mi się zrobiło. Czyżby znów swoje w motywacji do takich rozwiązań miało magiczne słowo: KASA?
Pięć dych zrobione w smętnej zadumie.
- DST 52.00km
- Czas 01:46
- VAVG 29.43km/h
- VMAX 55.70km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 79m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Zwykłość + nowy filmik
Środa, 18 lutego 2015 · dodano: 18.02.2015 | Komentarze 6
Dzisiejszy trening po prostu się odbył. Nie poszalałem, nie marudziłem, męczyłem się pod wiatr (w końcu znów zachodni) i momentami cieszyłem się, że mi on pomagał. Trasa to "samochodzik" w wersji odwróconej: do Dopiewa i powrót przez Konarzewo (pałacyk "się robi"). Raz tylko się zatrzymałem, bo sympatyczny pan z TIR-a (a bywają i tacy) poprosił mnie o topograficzną pomoc w temacie miejsca, gdzie może nawrócić. No i jechałem bardzo ostrożnie, bo w nocy chyba kropiło i drogi były przymarznięte na tyle, że na kilku skrętach nieźle mną zakręciło.
Odnalazłem ostatnio na dysku nagranie, które zrobiłem jakoś na jesieni ubiegłego roku crossem, z kamerką na cycu, na trasie od mojego domu do północnych granic Poznania. Wczoraj wieczorem (a w sumie już w nocy) udało mi się to jako tako obrobić, choć błędów się nie ustrzegłem. Efekt poniżej. Tak wygląda mój klasyczny dzień, podczas którego muszę pokonać te kilkanaście kilometrów w jedną stronę po mieście. I jeszcze zawrócić. Raczej nie złamałem prawa ani razu (przynajmniej na obrobionej części filmiku, he he), choć pewnie dla niektórych mój styl jazdy wyda się zbyt agresywny, ale w realu i z perspektywy żywej osoby wygląda to jak wiadomo o wiele bezpieczniej niż na nagraniu. W każdym razie przeżyłem :)
Przy okazji przypominam, że wcześniejsze filmiki znajdują się w dziale "Jestę reżyserę" :)
- DST 52.25km
- Czas 01:47
- VAVG 29.30km/h
- VMAX 46.00km/h
- Temperatura -3.0°C
- Podjazdy 104m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
SPK-WS :)
Wtorek, 17 lutego 2015 · dodano: 17.02.2015 | Komentarze 6
No proszę - znów pojawiło się słońce. Nie żebym bym jakimś wielkim miłośnikiem, ale zimą jego obecność warunkowo mogę uznać za dopuszczalną :) W przeciwieństwie do wiatru, który dziś minimalnie osłabł, ale podobnie jak wczoraj zimny był niczym główny target szeregowego, przeciętnego nekrofila.
W związku z tym znów nie poszalałem, ale i tak jechało mi się o niebo lepiej niż podczas tripu sprzed 24 godzin. Głównie to zapewne kwestia trasy, która w znakomitej większości prowadziła mnie przez szosy otoczone lasami - czyli te z Puszczykowa, Rogalina i Mieczewa. Jechałem spokojnie, delektując się głosem Roberta Gonery i wartką akcją "Ptaszydła" Maxa Bentowa. Powiewało mi najpierw w pysk, potem z boku, więc odpuściłem ambicje dotyczące średniej prędkości. Na to może (?) przyjdzie jeszcze czas.
A na koniec klasyka gatunku - na Armii Poznań w Luboniu dłuuugi dźwięk klaksonu, oczywiście nawiązujący do istnienia DDR-a "full wypas", czyli kostkowanego, z wysokimi krawężnikami, podjazdami i zwałami piasku, który jakoś nie przyciągnął mnie do siebie. W odpowiedzi Szanowny Pan Kierowca - Władca Szosy (SPK-WS) usłyszał krótką instrukcję dotyczącą jednego z aspektów wydalania - widziałem zawahanie czy aby się nie zatrzymać, ale w końcu SPK-WS odpuścił. W sumie szkoda, bo nudno się jechało :)
- DST 52.00km
- Czas 01:50
- VAVG 28.36km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 109m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Wąchock Zwei
Poniedziałek, 16 lutego 2015 · dodano: 16.02.2015 | Komentarze 11
No to chyba oficjalnie eksperyment p.t. "Wiosna w lutym 2015" możemy uznać za zamknięty. Dziś już standardowo - lekko poniżej zera na termometrze o ósmej rano, a do tego mój ulubiony pieszczoch - bardzo silny, a momentami porywisty wiatr. Pożegnałem się z rękawiczkami bez palców, przeprosiłem z kominiarą i dwoma parami skarpetek. Cóż, przynajmniej śnieg nie padał. Wiem, wiem, ten mój wrodzony optymizm :)
Za to na wiatr nie ma mocnych. W moim przypadku jego kierunek, czyli południowo-wschodni to konieczność pokonania Starołęckiej (ech...) i choćby opisywanego wczoraj DDR-a (żadnych zmian. Ja natomiast już zaczynam pokonywać ową szklaną pułapkę zgrabnie, jednym żabim skokiem. Miasto Poznań uczy nawyków jak Pawłow swojego psa). Zadowolony póki co jestem za to z jakości drogi na Głuszynie po remoncie - jedzie się równo i sprawnie. Warto było czekać ten rok.
Wiało mi w pysk, wiało mi z boku, a że z poznańskiego Dębca nie ma jak zrobić trasy "po prostu" na SE to postanowiłem w ramach testu dziś skręcić za Koninkiem na Borówiec. Jak już się tam znalazłem to co mi się rzuciło w oczy? Proszę:
I nie chodzi wcale o absurd samej ścieżki, bo na wjazd na nią nie dałbym się zaciągnąć nawet wołami :) Ale w sumie - ja tam na taki układ idę - rowerzyści na drogi, puszkowcy na takie ścieżynki...
Dalej w kierunku na Skrzynki znałem już sytuację drogową, czyli żywy skansen betoniarstwa płytowego, więc pokręciłem się po samym Borówcu. Oczy przecierałem, bo ukazała mi się piękna trasa, chodniki z dopuszczonym (a nie nakazanym - brawo!!!) ruchem rowerowym. I tak było przez dwa kilometry, do granicy z wiochą o nazwie Kamionki. A tam... No cóż, musiałem upewnić się czy nie jestem w Wąchocku - nagle okazało się, że sołtys nie zdążył rozwinąć asfaltu po nocce. I masz:
A miałem nadzieję, że remont tych okolic to już pieśń przeszłości. Oj, naiwny ja, naiwny... Ostatni raz byłem tu jakieś dwa lata temu, szkoda że nie cyknąłem fotki, bo mógłbym zrobić konkurs z cyklu "znajdź dziesięć różnic". Jechać dalej nie było sensu, zawróciłem, starałem się wyrzygać choć namiastkę przyzwoitej średniej - nie wyszło. Życie.
Ale dziś wykręciłem już dwutysięczny kilometr w tym roku. I tym optymistycznym akcentem... ruszam do pracy. Poniedziałek w pełni :)






