Wszędzie dobrze, ale... i tak dalej. Mimo uroków górek fajnie w końcu wsiąść na ten wątły kawałek aluminium oraz gumy i popędzić nieskrzypiącym rowerem po kawałku płaskiego.
Trening znany i lubiany, czyli "samochodzik" przez Skórzewo, Dopiewo, Trzcielin, Komorniki i Luboń do Poznania. Średnia w końcu przyjemna dla nóg - nie ma co, brakowało mi tego.
No i nadszedł dzień ostatni, wyjazd zaplanowaliśmy na popołudnie, więc była jeszcze okazja pokręcić. Nie chciało mi się kombinować i ruszyłem po prostu do Szklarskiej, jednak tym razem dojeżdżając do parkingu pod Kamieńczykiem i wracając tą samą drogą. Nogi na tyle już przystosowały się do górek, że nawet specjalnie się nie zmęczyłem wjazdem, choć oczywiście przy tym moim sprzęcie drugim Majką nie zostałem, a o jakości zjazdu wspominać może lepiej nie będę. Za to zmarzłem, bo temperatura nie przekraczała dziesięciu stopni. Akumulatory naładowałem, swoje zrobiłem, odpocząłem i najważniejszą część urlopu uważam za udaną. 2,5 tysiąca to łącznie przewyższenie, które w ciągu tych czterech dni zrobiłem starym, rozsypującym się trupem plus do tego kilka górskich wypraw. Nie wiem czy to mało czy dużo, fakt jest jeden - w końcu znów poczułem, że żyję po codziennym, niemal wyrzygiwanym pobycie w pracy :)
Wiatr przez cały pobyt wiał z kierunków południowo-zachodnich, więc już trzeciego dnia dała o sobie znać pewna monotonia. Trzeba było coś kombinować, żeby ciągle nie jeździć tymi samymi ścieżkami. No i wykombinowałem ósemeczkę. Najpierw podjazd do Staniszowa, czyli trasa obok dwóch odrestaurowanych niedawno pałaców. Potem zjazd genialną widokowo drogą w dół do Sosnówki i skręt w lewo określonym na Stravie odcinkiem "Sosnówka masarnia", który wcale lekki nie jest. W końcu Miłków, jak zwykle dziurawy, z nową atrakcją, która jeszcze się buduje. Widok mnie zaskoczył, nie ma co :) Dla relaksu wjechałem sobie do Karpacza, jak zwykle skręcając koło Tesco na Ścięgny. Oj, chciało się rozpędzić, ale niestety - dość szybko w tym moim trupie zabrakło przerzutek, a przednie koło niemal trzymałem zębami :) Cofnąłem się znów do Sosnówki i ruszyłem tym razem do Podgórzyna, potem Sobieszowa i Piechowic, które objechałem i wróciłem Trasą Czeską. Chciałem być sprytny i zafundować sobie jeszcze fajny zjazd w Wojcieszycach, no ale znów drogowcy okazali się ode mnie sprytniejsi i rozwalili całą wioskę całkowicie, tak że ledwo przejechałem mtb, nie chcąc myśleć o tym, co by było podczas ewentualnej jazdy szosą. Na koniec jeszcze zakorkowana o dziwo Jelenia, ale najważniejsze, że trening został zaliczony, a rower i ja wróciliśmy w całości :)
A po południu zrobiliśmy sobie mentalnego hardkora, czyli wyjazd do Szklarskiej w pełni sezonu. Ludź na ludziu - masakra. Jednak równowaga psychiczna została zachowana dzięki wizycie w bliskiej nam oazie spokoju, czyli w knajpie Widok, na szczęście mało znanej, przez co jeszcze nie "zabydlonej". A widok z niej jest naprawdę warty każdej złotówki wydanej na browara :)
Dzień trzeci, a rowerowo drugi to misja Michałowice. Baaardzo dawno nie zaliczałem tego podjazdu, więc smaczek nań miałem nieziemski. Dla niewtajemniczonych: Michałowice położone są administracyjnie w granicach Piechowic i graniczą z Jagniątkowem, czyli najwyżej położoną częścią Jeleniej Góry. Jednak realnie to zupełnie niezależny byt, w którym działa nawet teatro-kabaret o nazwie Teatr Nasz. Arcyciekawe miejsce, które trzeba koniecznie odwiedzić - i to koniecznie rowerem, żeby docenić uroki wspinaczki, szczególnie od strony Piechowic. Wiem, wiem, wytrawni górale szosowi nawet by na ten podjazd nie spojrzeli, ale ja mam do niego sentyment i tyle :)
Do Piechowic dojechałem Trasą Czeską, potem kawałeczek w dół i zaczął się sens poniedziałkowej wyprawy. Chyba niedawno odbywał się tu jakiś maraton, bo na asfalcie pełno było napisów: "ktośtam dajesz!" czy "cośtam team, do przodu!", jednak mnie najbardziej urzekł ten z samego początku o treści: "Nowy ogień w dupie!" :)
Kręciłem sobie pod górkę i kręciłem, w sumie dosłownie, bo kilkukilometrowa wspinaczka tam to głównie serpentynki, spoglądałem sobie w dół i cieszyłem się jak dziecko, że jadę. Tym bardziej, że były też takie atrakcje, uchwycone w biegu: W końcu dotarłem do góry, pogratulowałem sam sobie i cyknąłem fotkę z widoczkiem. Było to jednocześnie ostatnie ujęcie górala z lusterkiem, bo chwilę później zerwał się silny wiatr, przewrócił rower, a lusterko (co mnie nawet nie zdziwiło myśląc o ostatnich dniach) skończyło w kawałkach pod kierownicą. Cieszyłem się na zjazd, który w końcu nadszedł, ale niestety - droga do Jagniątkowa w znacznej części to po prostu muldy z asfaltu i bardziej można tam ćwiczyć uniki niż szybką jazdę. A już na końcu, przed Sobieszowem - ha! Remont...
Kilometrów było mi mało, więc ruszyłem jeszcze w kierunku Sosnówki, cykając w pędzie fotkę zalewu: Najfajniejszy był powrót, bo od Miłkowa miałem wiaterek w plecy i nadrobiłem trochę średnią, która - jak przez cały wyjazd - miażdżyła.
A po południu jeszcze - już pieszo - wyprawa na Zamek Chojnik. Niestety ktoś wpadł na pomysł wybrukowania zielonego szlaku, co osobiście mi się w głowie nie mieściło, cóż, świat się kończy :/ Ale abstrahując od tego: przyjemną fotkę z góry udało się jak zwykle cyknąć: A na deser: Stawy Podgórzyńskie, do których zrobiliśmy sobie spacer z Cieplic. Oj, spałem potem tego dnia jak dziecko :)
Od czasów wyprowadzki z Jeleniej Góry (to już 14 lat!) każdy przyjazd w rodzinne strony już nie jest zwyczajną wizytą u rodziców, a ciekawą przygodą w komfortowych i cieplarnianych warunkach. Zacząłem w pełni doceniać miejsce, w którym się wychowałem dopiero gdy przestało być dla mnie codziennością - ale dzięki temu odkrywam je za każdym razem na nowo, smakując niemal jak turysta. Tyle tytułem wstępu do naszego wypadu w Karkonosze, czyli logicznego punktu każdego urlopu. Pięciodniowy pobyt udał się też pod względem rowerowym (to ogólnie, choć szczegóły - głównie techniczne - próbowały wszystko zepsuć, o czym później) i wycieczkowym, bo o ile na bicykl siadałem sam to już piesze podróże odbywaliśmy z Żoną razem. Na włączanie i aktualizowanie bloga i w ogóle siedzenie przy necie nie było tak czasu, jak i siły, więc teraz z opóźnieniem nadrabiam to karygodne zaniedbanie :) Zajmie mi to pewnie trochę, bo trochę zajęć czeka, ale potem obiecuję też przejrzeć wszystkie zaległe wpisy znajomych z BS.
Początki jednak nie zapowiadały się ciekawie - praktycznie całą sobotę lało, a chwile ze słońcem trwały maksymalnie od 20 minut do godziny, więc nawet jeśli przychodziła mi do głowy myśl odkurzenia roweru to kończyła się ona równie nagle spojrzeniem za okno i skomentowaniem pod nosem widoku kolejnej wielkiej, burej chmury mknącej od zachodu. Żeby całkowicie nie tracić dnia zrobiliśmy sobie wycieczkę na Perłę Zachodu, z czego ostatnie 10 minut w rzęsistej ulewie. Ale i tak to jedno z najbardziej urokliwych miejsc leżących praktycznie przy nieoznaczonej granicy Jeleniej jak zwykle wzbudziło zachwyt - ten rozsypujący się mostek w dole przekraczałem już setki razy, m.in. na swoim ślubie: Niedziela okazała się już łaskawsza - od rana chmury biły się ze słońcem o dominację na niebie, w końcu wygrała opcja pośrednia - było pochmurno, ale bezdeszczowo. W to mi graj! Problem był tylko jeden, ale dość istotny - stan mojego starego górala... Pobyt w piwnicy nie pozostał bez konsekwencji - zaraz po ruszeniu było jeszcze ok, ale z każdym kilometrem narastał przerażający dźwięk tarcia, skrzypienia i trzasku z okolic przedniego koła. Był on na tyle głośny, że czułem się jak jakiś niedzielny miłośnik pedałowania na pierwszej tegorocznej wyprawie - sportowy strój, kask, rękawiczki, a pod siodełkiem złom wydający odgłosy, przy których darcie ryja noworodka to muzyka dla uszu... Po powrocie rozkręciłem koło na ile potrafiłem, posmarowałem wszystko, co się dało, ale nic nie pomogło, a każda wycieczka wyglądała tak samo - jechałem z duszą na ramieniu, że w pewnym momencie koło sobie, rower sobie, a ja sobie i tak skończy się mój marny żywot. Uprzedzam fakty - przeżyłem, choć łatwo nie było. Na szczęście nagrałem sobie na mp3 znaczną ilość ciężkiej muzy - volume max i mogłem udawać, że nic się nie dzieje. Choć boję się, że gdybym jeździł po tych terenach codziennie to zaczęłyby się protesty jak przeciw F-16 w Krzesinach :)
Pierwsza trasa to po prostu podjazd do Szklarskiej Poręby najbardziej popularną drogą wzdłuż rzeki Kamiennej, przejechanie przez centrum, dojazd do ulicy Górnej i przed Zakrętem Śmierci zjazd serpentynkami. Nie powiem, żeby jechało mi się komfortowo - musiałem przestawić się z szosy na rozsypującego się grata, co łatwe nie było, ustawić psychikę na górki, a do tego z niepokojem spoglądać na stan sprzętu. Wszystko to przełożyło się na tragiczną średnią, z tym że jest ona wzięta ze Stravy (tak jak wszystkie podczas tego wypadu), bo licznik chyba się postanowił zintegrować ze wszystkim innym i po prostu się zepsuł. Pocieszam się więc, że ta realna była ciut większa. W każdym razie o rozpędzeniu się mowy nie było - życie szanowałem o wiele bardziej :) Szkoda, bo zjazd jest genialny, zakręty niebezpieczne, a końcówka to już dzięki rozwalonemu asfaltowi adrenalinka wyższego rzędu - jedno złe trafienie kołem i lecimy w kosmos. Coś tam niby z tym robią, bo były znaki robót, ale tylko znaki - wykonawców brak.
Wróciłem przez Piechowice - tu niespodzianka: no kto zgadnie jaka? Tak, remont! Mostu. Czyli spacerek po rusztowaniu. Końcówka, czyli Sobieszów i Jelenia już na spokojnie, bez niespodzianek. Oj, ten pierwszy stricte rowerowy dzień nie zachęcił do kolejnych...
A po południu odwiedziliśmy sobie leżące w Rudawach Janowickich Kolorowe Jeziorka. Mimo masy ludzi, którzy kończyli tam właśnie długi weekend miejsce okazało się naprawdę fajne - ostatni raz byłem tam jako kurdupel, więc spojrzenie normalnym okiem było potrzebne. Poniżej kilka fotek samych jeziorek, a ja jeszcze dla relaksu zdobyłem Wielką Kopę. A co mi tam :)
Znów wpadłem na genialny pomysł, żeby przed długoweekendowym wyjazdem zrobić sobie hardkora i wyjechać wcześnie rano. W sumie naprawdę i zupełnie nieironicznie był genialny, bo co prawda wstawało się w męczarniach, ale za to na drogach pusto i tylko dwukrotnie czekałem na światłach związanych z remontami i tylko raz na przejeździe kolejowym. Jednak godzina 6 ma swój urok :) Pojechałem bez kombinowania do Będlewa i z powrotem. Skąd wiało i czemu ciągle w pysk to już inna sprawa.
Mój długi weekend przedłuży się pewnie jakoś do środy - co będzie z rowerem i czy w ogóle będzie - nie mam pojęcia. Jakby co pozdrawiam na ten czas wszystkich :)
Oj, dziś sobie przypomniałem, że zbliża się jesień. Rano deszcz, a przez cały dzień bardzo silny wiatr - te atrakcje już niedługo znajdą się i w Twoim domu :) Ważne, że w końcu się wypogodziło i nie było gorąco, więc mogłem ruszyć we w miarę przyzwoitych warunkach.
Zrobiłem dziś "samochodzik", przez rozkopane Skórzewo, zablokowane śmieciarkami Dopiewo, Trzcielin, zakorkowane jak zwykle Komorniki i rozwalony kompletnie przez remonty Luboń. A pod domem przy wjeździe na Dębiec zamknięta połowa ulicy i czekanie na ustawionych światłach. Sport to w końcu przyjemność, prawda? :)
Jeśli chodzi o wiatr to wiał tak, że na zjeździe z wiaduktu za Dopiewem z naprawdę konkretnym nachyleniem udało mi się wciągnąć 26,5 km/h. Szosą! Za to jak już zdarzyło, się, że wiało mi korzystnie to była to poezja.
Dziś bez kombinacji - kurs na Brodnicę i z powrotem. Mimo upierdliwego wiaterku i remontowych przeciwności udało mi się dojechać do punktu nawrotu z w miarę dobrą średnią i miałem chrapkę na jakiś dobry wynik, ale cóż... Co z tego, że cisnąłem, co z tego, że walczyłem, skoro korki w Mosinie i Luboniu, trzy zamknięte przejazdy kolejowe i - przede wszystkim - wlekące się traktory (zaczyna się sierpniowy rolniczy Armageddon) zniwelowały wszystkie moje trudy. Zresztą - wystarczy zerknąć na wykres z Endo. Oj, nie jest mi dane w tym miesiącu uzyskać jakiegoś "wow-a"... A wydawałoby się, że wakacje to ku temu najlepszy okres.
Za to pogoda jak była rewelacyjna to taka wciąż jest. Za takim latem jestem na tak.
Ale rewelacyjna pogoda się zrobiła! Temperatura nie za wysoka, słońce nie masakruje, chmurki często zakrywają niebo - warunki idealne. Jedynie wiatr zrobił się silny i upierdliwy, ale trudno, coś za coś. Znów się mogłem wyspać (ach, ten przywilej urlopowicza) i na spokojnie wybrać dzisiejszą trasę. Nie chciało mi się robić jakiegoś mega długiego dystansu, a po spojrzeniu na mapę długo się nie zastanawiałem i wybrałem opcję 70 kilometrów, tym razem bez powrotu swoimi śladami, tylko naokoło.
Nad tym, że zakwitły mi na trasie w Luboniu dwa kolejne remonty nawet nie będę specjalnie się zatrzymywał, bo tu pozostaje tylko załamać ręce i zastanowić się nad tępotą planistów tego typu przedsięwzięć w naszym kraju, którzy w tym samym czasie zabierają się za robotę na wszystkich możliwych drogach prowadzących w tym samym kierunku, zamiast skończyć jedno, a zaczynać drugie unikając tworzenia się przez to korków... W każdym razie Luboń jakoś minąłem, Wiry, Łęczyce i Puszczykowo również, by dojechać do mojej ulubionej śmieszki w Mosinie... Od konfrontacji jakiś czas temu ze strażnikami wiejskimi mam opory przed ślepotą akurat na tym kawałku, więc poklekotałem sobie po tym miksie asfaltu, piasku, kostki, krawężników i podjazdów do posesji, mijając m.in. stado przedszkolaków o niezwykle nieskoordynowanych ruchach, pełzających w każdym możliwym kierunku. Koszmar.
Ale za to potem zaczęło już być milutko - jazda pod wiatr, ale po dość dobrym asfalcie, niebo zachmurzone tak, jakby zaraz miało lunąć, końcówka audiobooka w uszach... To lubię :) Na trasie co jakiś czas leżały powalone drzewa po ostatnich wichurach, ale już ogarnięte przez odpowiednie służby. Oj, sporo tego było i moc musiała być niemała, bo ta zielenina była momentami bardzo dorodna.
Dojechałem do Czempinia i skręciłem na Głuchowo, a potem już "5-ką" do Poznania. Niestety nie chciało mi wiać w plecki za bardzo, jak już to dostawałem obuchem z boku, przyjaźnie zrobiło się dopiero od Stęszewa. A bardzo nieprzyjaźnie w Komornikach, gdzie sznurek TIR-ów i samochodów sprawił, że zrzedła mi mina. Ale! Potrzeba matką wynalazku, więc wymyśliłem objazd, który polecam każdemu jeżdżącemu po tych okolicach - przy granicy Komornik, przy światłach trzeba skręcić w prawo, jak na WPN, a potem odbić trasą równoległą do "piątki" - ruch tam mały, omijamy to co najgorsze, a do tego zaliczamy zjazd z całkiem niemałej górki. Potem tylko włączyć się do ruchu i najgorsze za nami.
Dojechałem, zdjęć nie robiłem, bo nie za bardzo miałem czemu. Czas na powrót do leniuchowania :)
Endo mi się dziś zbuntowało, wyłączyło gps-a i zawiesiło razem z telefonem, więc wyjątkowo podaję też link do pełnej trasy ze Stravy, która leżała sobie w drugiej kieszonce, nieniepokojona wyłączeniami na światłach czy przejazdach kolejowych, a i tak urywając mi ponad kilometr. TRASA GPS - STRAVA
W końcu wolne, co u mnie nie oznacza wcale dużej ilości czasu na rower, a bardziej na nadrabianie zaległości książkowych, muzycznych i - hmmm - "grywalnych?". W drugiej połowie tygodnia szykuje się wspólny wyjazd, ale póki tylko ja mam urlop to skorzystam, i po prostu będę leniem :) Nie mam zamiaru też bić jakichś rekordów, robić dwustu kilometrów itp. Bo wolne jest po to, żeby odpocząć!
Dziś więc (spałem do grubo po 9-tej, dla mnie rzecz niespotykana) ruszyłem dość późno, po tym gdy minęły deszczowe chmury, z planem zrobienia po prostu pięciu dych i koniec. Znów mój ukochany wiaterek z SW się pojawił i mogłem przejechać "kondomika" przez Mosinę, Łódź i Stęszew. Jechałem spokojnie, do łaski wróciły u mnie audiobooki i aktualnie słucham maleństwo Stephena Kinga "Metoda oddychania", rzecz na max dwa przejazdy. Martwią mnie coraz bardziej zużyte zębatki, jak unikam jednej z nich (oczywiście tej do tej pory katowanej non stop) to jest ok, ale nie wiem jak długo.
Po powrocie jeszcze wsiadłem na crossa i pojechałem do teściowej po zamrożony obiadek, uzyskując na dystansie 7,5 kilometrów zabójczą średnią 25 km/h :) To był koszmar - poruszanie się po Wildzie koło południa powinno być stosowane zamiennie z karą śmierci. Korki, auta zaparkowane na połowie ulicy i ta kostka... Brrr. Przy tym wszystkim okazało się, że ok, rower w tamtym tygodniu wrócił z serwisu, ładnie założono mu nowe linki, wyregulowano przerzutki i w ogóle och ach, ale po przetestowaniu chyba tu też tył jest do wymiany - przeskakuje podczas ostrego ruszania na światłach przy jednym przełożeniu. Jak to u mnie - zawsze kumulacja :/
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"