Info
Suma podjazdów to 813882 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Listopad2 - 0
- 2026, Październik31 - 16
- 2026, Wrzesień30 - 11
- 2026, Sierpień31 - 24
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 52.10km
- Czas 01:54
- VAVG 27.42km/h
- VMAX 55.00km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 387m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Karpaczio - ostatnie ugryzienie
Niedziela, 8 marca 2015 · dodano: 08.03.2015 | Komentarze 4
Wszystko co dobre szybko się kończy. Nie, nie chodzi tym razem o piwo, ale o urlop w wersji mini. Pogoda dopisała, wiatr nie masakrował, temperatury przyprawiały o szok termiczny... Oj, było zacnie.


W pobliskim Miłkowie ukazał mi się wciąż niedokończony domek, jakiś kurde inny. Nie wiem dokładnie co z nim jest nie tak, może kolor dachówek? :)
Ps. Pisałem już, że dostając wybór: dodawanie wpisu na BS na tablecie albo nabijanie na pal połączone z rozczłonkowywaniem miałbym spory dylemat? No to po dzisiejszej walce w tym temacie tylko to potwierdzam.
- DST 52.00km
- Czas 01:59
- VAVG 26.22km/h
- VMAX 51.50km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 601m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Szklarska plus zamkowy deser
Sobota, 7 marca 2015 · dodano: 07.03.2015 | Komentarze 4
Dzisiaj mogłem wyjechać już bardziej na luzaku. Czyli... wyjechałem tak samo jak wczoraj, po ósmej. Siła przyzwyczajenia - jak widać nawet nie trzeba mnie specjalnie tresować miesiącami, jeden dzień wystarczy. Kynolodzy pewnie biją się o mój kod genetyczny :)
Plan był niezwykle prosty - dotrzeć do Szklarskiej Poręby i wrócić. Banał. Trasa składa się z dwóch odcinków - w miarę prostego i zdecydowanie w miarę nieprostego. I ten drugi zawsze sprawia mi największą frajdę, choć pierwszy zaspokaja pewnie niedostatki widokowe:
Na rysunku powyżej przedstawiono idealną sytuację pogodową, która i mnie zadziwiła. Od granicy Piechowic ze Szklarską zaczął rządzić jednak mokry asfalt, kawałki błota, a na samej górze śnieg (pisząc o tym ewenemencie przyrodniczym czuję się w tym roku jak mieszkaniec Egiptu). Cieszyłem się więc, że jadę starym trupem a nie szosą, bo już oczyma wyobraźni widziałem siebie zgrabnie nurkującego w płynącej poniżej rzece Kamiennej po nieudanym wejściu w zakręt podczas zjazdu :) O dziwo jednak jechało mi się całkiem sympatycznie i dotarcie do centrum Szklarskiej nie było aż tak tragiczne jak myślałem analizując swoją "górską" kondycję (Strava tym razem zaśpiewała mi drugie miejsce w tym roku - zadziwiające). Po samym miasteczku trochę się pokręciłem, wykonałem jeden telefon spod znaku "żyję, nie zamarzłem" i mogłem zawracać.
Podczas zjazdu nie poszalałem... Nie chciałem ryzykować na śliskim asfalcie, do tego możliwości mojego górala w temacie rozpędzania się z górki kończą się na max 50 km/h, potem macham w powietrzu jak Flinstonowie - i tyle samo mam z tego pożytku. Znów więc nie mogę się nazwać Schumacherem mtb, średnią mogę zadedykować każdemu uczestnikowi turnusu w Ciechocinku, ale finalnie jestem happy.
Po południu - już zdecydowanie nie rowerem, choć kolarzy o tej porze wykwitło jak mrówków - pojechaliśmy odwiedzić Karpniki, kiedyś wieś, o której powiedzieć "zadupie" graniczyło z pochwałą, a teraz... Ktoś wziął się za renowację tamtejszego zamku z pierwszej połowy XIX wieku ze skutkiem rewelacyjnym - i bardzo przypominającym mi Kórnik, hm... W środku mieści się wykwintna restauracja oraz hotel, a podobno są plany na jakieś SPA (niestety)... Zamek dziś a za komuny to dwa odrębne światy - każdy kradł z niego co mógł, więc odnowienie kosztowało grube miliony złotych. Oby się opłaciło. Poniżej dla kontrastu fotka z Karpnik oraz z Bobrowa (kawałek dalej), gdzie też powoli zaczyna się coś dziać. I pomyśleć, że zdjęcie pierwsze jeszcze w latach dziewięćdziesiątych można było pomylić z drugim...

A na koniec fotka znad stawu w Karpnikach oraz imponujące jak dla mnie dzieło bobrów. Fajnie, że znów się - dosłownie - wgryzają w krajobraz :)

- DST 52.10km
- Czas 02:01
- VAVG 25.83km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 611m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Pilchowice + Szybowcowa
Piątek, 6 marca 2015 · dodano: 07.03.2015 | Komentarze 6
Dobra, przyznaję - napisałem, że nie będę jeździł. Możecie mnie nazywać kłamcą, oszczercą, Pinokiem, a nawet politykiem, ale pisałem to szczerze. Byłem pewien, że w górach pogoda będzie paskudna i jedyne co na mnie będzie czekało to spacerki tempem emeryta (i to z użyciem kijków nordikłokingggg!), a tu proszę, jaka niespodzianka. Ups :)
Przyjechaliśmy do Jeleniej w czwartek po południu, w piątek planowałem randkę z dawno niewidzianym dentystą (klasycznie - w samo południe, jak to w filmach klasy C), a potem celebrowanie urodzin Żony. Musiałem zwlec się więc wcześnie i już o ósmej rano ogarnąłem swoje zombie-mtb (a bardziej "mtb", chyba że chodzi o skrót od słowa "metabolizm") i ruszyłem. Wiatr miał być północno-zachodni i oczywiście taki nie był, ale kierunek mi odgórnie ustalił - Pilchowice i nawiedzenie tamtejszej słynnej tamy. Za ciepło to nie było, ale kilka górek mnie przekonało, że to złudzenie :) Przed samymi Pilchowicami przywitał mnie piękny wiadukt kolejowy:
Potem skręt w lewo i podjazd na tamę. Zrobiłem jeden podstawowy błąd - raz zmieniłem przednią przerzutkę na najlżejszą, sam nie wiem po co. Skarcony zostałem od razu - łańcuch zaplątał się we wszystko co możliwe i tyle miałem z jazdy. Zapomniałem, że ten mój "rower" ma jakieś 20 lat, a to słuszny wiek dla sprzętu i może nie wytrzymywać moich głupot. Po ręcznym wyrwaniu z mechanicznych otchłani tego co było trzeba dokręciłem w końcu na samą górę. O tamie napiszę kiedyś więcej przy kolejnej okazji, teraz tylko fotki na szybko:
Brakowało mi kilometrów, a jazda dalej niemal po płaskim do Wlenia jakoś mi się nie uśmiechał, więc postanowiłem zawrócić i w Jeżowie zaliczyć Górę Szybowcową. Się mi zachciało, cholera... Dawno tędy nie jeździłem i jeden ostry kawałek nieźle mi dał w kość - jednak Osowa Góra pod Poznaniem to nie do końca to samo :) Zaliczyłem tę serpentynkę lekko zziajany, a jak się okazało w domu Strava mi "powiedziała", że było to najszybszy podjazd pod Szybowcówę w tym roku. Co zapewne oznacza, że jechałem jako pierwszy w 2015 :)

Są tu jacyś miłośnicy zjazdów? Zapraszam :) Kiedyś wjeżdżałem tym skrótem bez betonowych płyt, pozmieniało się, oj pozmieniało...
Wróciłem do domu zadowolony, nie przejmując się średnią - bo jakbym zaczął to weźcie ode mnie wszelkie żyletki! :)
Relację z dzisiejszej jazdy dodam albo późnym wieczorem, albo jutro. Tak samo wtedy dopiero ogarnę Wasze wpisy - sorry. Właśnie się dowiedziałem, że idę do teatru - i tyle mam z wolnego, cholera :)
- DST 33.10km
- Czas 01:07
- VAVG 29.64km/h
- VMAX 43.50km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 53m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Krótki glut
Czwartek, 5 marca 2015 · dodano: 05.03.2015 | Komentarze 3
W sumie masło maślane - jak krótki to przecież glut. Dziś znów w kształcie węża z przepukliną, choć ten wariant trasy (przez Skórzewo, Palędzie, Gołuski i Plewiska) wymyśliłem niedawno. Udało się zmobilizować i tę godzinkę pokręcić przed wyjazdem, ze skutkiem marnym, ale zawsze.
Jedynym godnym zauważenia doznaniem było podziwianie około 7:30 ponad kilometrowego korka w Skórzewie. Mogę się tylko domyślać, że spowodowany jest on przez nowych mieszkańców - miłośników "ciszy i spokoju z dala od miasta" w nowo wybudowanym klockowym osiedlu w Dąbrówce. Zaprawdę - myślałem, jadąc niemal zupełnie pustym pasem w przeciwną stronę - warto było się tu przeprowadzać... :)
- DST 52.40km
- Czas 01:48
- VAVG 29.11km/h
- VMAX 47.10km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 76m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Urwanie głowy
Środa, 4 marca 2015 · dodano: 04.03.2015 | Komentarze 3
Udało mi się jednak nie zachorować. Gripex prawdopodobnie okazał się skuteczniejszy od sugerowanych tu przez niektórych leczniczych nalewek, choć na pewno był mniej smaczny. Obiecuję przy pierwszej nadarzającej się okazji nadrobić i ten brak, zapobiegawczo. Choćby nawet na dworze byłby ukrop dochodzący do 40 stopni w cieniu. Zdrowie w końcu jest najważniejsze :)
Wczoraj przed wyjazdem powstrzymał mnie deszcz, zaliczyłem więc godzinę chomika. Dziś już nie było zmiłuj - rano przed pracą z nieba nie chciała za cholerę spaść kropla wody, trzeba się więc było zwlec z wygodnego łóżka, ubrać w ciasne wdzianko i ruszyć na wojnę. Dziś przeciwko sobie miałem nie tylko kierowców, którzy chcieli zrobić miazgę zarówno ze mnie (jeden troglo podczas wyjazdu z lidlowego parkingu, drugi/druga podczas wjazdu na giełdę odzieżową - czyli historia, która nie ma końca), jak i z pieszego przepuszczonego przeze mnie na pasach, którego jadąca jakieś pięćset metrów za mną kretynka prawie przejechała, bo po co się zatrzymywać skoro droga taka prosta? To były pikusie.
Prawdziwym wrogiem okazał się wiatr. Zimny, porywisty, dochodzący do 40-50 km/h, z klasycznego kierunku zachodnio-północno-południowo-wschodniego, dostosowanego idealnie pod końcówkę mojego pyska. Wymęczył mnie strasznie, więc z trasę "samochodzikową" przez Skórzewo, Dopiewo, Trzcielin i Komorniki pokonałem głównie leżąc - albo na kierownicy, albo, w przypadku najmocniejszych podmuchów, z łokciami blisko asfaltu. Brr. Ale zaliczone, co cieszy tym bardziej, że jutro rano wyjeżdżamy na kilka dni i raczej nie uda mi się pokręcić.
- DST 53.10km
- Czas 01:51
- VAVG 28.70km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 124m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Wodny demon
Poniedziałek, 2 marca 2015 · dodano: 02.03.2015 | Komentarze 16
Podobno istnieje w przyrodzie takie coś jak instynkt samozachowawczy. Nie u mnie.
Czytałem prognozy. Widziałem ikonki ciemnych chmurek z kropelkami. Bardzo ciemne ikonki z bardzo intensywnymi kropelkami.
I co? Zaufałem w swoją ocenę sytuacji, w połyskujące gdzieniegdzie słońce za oknem i ruszyłem rano, lekko po ósmej, na rower. I to szosowy.
Efekt? Do połowy trasy, prowadzącej przez Mosinę, Sowiniec i Baranowo (bo postanowiłem przetestować niedawno odkryty całkiem sympatyczny asfalt w tamtych okolicach) było jeszcze OK. Przed Żabnem postanowiłem zdjąć jedną z bluz i to był błąd, bo chyba tym samym obudziłem uśpionego deszczowego demona, bo sekundę później lunęło. I to jak!
Łudziłem się, że to chwilowe, przejściowe, bla bla bla. Jak wszyscy wiemy tak się nie dzieje. Powrót to był istotny rower wodny - w pewnym momencie, gdy już zaczęły mi zamarzać kałuże w butach było mi wszystko obojętne, ważne było tylko jedno: dotrzeć do celu, czyli do ciepłego domu... Przez Mosinę i Luboń musiałem jechać niemal środkiem szosy, bo próbując przemieszczać się tym, co było po prawej stronie prędzej bym się utopił, a do znalezienia moich zwłok w tamtejszych asfaltach trzeba by było wzywać płetwonurków.
W końcu udało się skończyć ten żałosny trening, w domu od razu pod prysznic, ciepła herbatka i trzeba było lecieć do roboty. Tam dwa gripeksy i utrzymywanie się w nadziei, że wyrobiona zimowymi miesiącami odporność to jednak nie mit. Gorzej jeśli będzie inaczej :/
- DST 53.35km
- Czas 01:46
- VAVG 30.20km/h
- VMAX 57.00km/h
- Temperatura 6.0°C
- Podjazdy 234m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Osowa Góra - dwupak
Niedziela, 1 marca 2015 · dodano: 01.03.2015 | Komentarze 2
Jeśli chodzi o frekwencję na trasach to dziś było jak w pełni (ekhm ekhm) "sezonu" (i nie ma opcji, żebym napisał to słowo bez cudzysłowia). Zanim dojechałem do Starołęki z Dębca to miałem już na koncie wyprzedzonych czterech kolarzy, przy sklepie rowerowym widziałem kolejnych trzech, a przed zjazdem z górki na granicy z Czapurami minąłem dwóch na mtb, których zresztą potem pozdrawiałem raz jeszcze w Mosinie. Nie mówiąc już o tych, którzy jechali z przeciwnego kierunku - grupki, zgrupki, ustawki, soliści - pełna gama rowerowego kolorytu. Lekko po 10 rano! Jeśli tak wygląda początek marca to boję się co będzie choćby w maju - mam już w głowie wizję zakorkowanego Poznania przez cyklistów. I w sumie nie jest to wizja traumatyczna :)
Wiało dziś zacnie i zimno z bliżej nieokreślonego kierunku zbliżonego do południowego, trasę wybrałem więc tak samo nieprecyzyjną - do Rogalinka przez Wiórek, potem skręt na Mosinę i wjazd na Osową Górę. Zaliczyłem ją dwukrotnie - klasycznie Pożegowską, a potem po raz pierwszy Spacerową (faktycznie ciekawszą, ale trafienie na nią jest tak samo intuicyjne jak dla przeciętnej makreli wybór podróży balonem). Jak zwykle było "ekstremalnie" :)
Wracając DDR-ką przy Hetmańskiej natrafiłem na poniższy widok. Niczym nie przejmujący się peleton wędkarski o V max - 10 km/h, AVS - około 5 km/h. Minięcie tego rowerowego walenia łatwe nie było, musiałem lekko nadwyrężyć gardło, a jak widać miałem nawet czas zrobić niewyraźną fotkę telefonem przed samym ryzykownym dla życia manewrem. Aha, pro forma tylko dodam, że na tej samej ścieżce wciąż było za mało czasu na uprzątnięcie szkła. Dodano za to kolejne.
Aktualnie za oknem o szyby tłucze deszczyk. I tak już prawdopodobnie będzie przez najbliższe dni. Chyba przerwa ;/
- DST 53.25km
- Czas 01:49
- VAVG 29.31km/h
- VMAX 50.40km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 86m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Lisówki
Sobota, 28 lutego 2015 · dodano: 28.02.2015 | Komentarze 9
Podczas wczorajszej stówy czegoś mi wybitnie brakowało. Dziś rano gdy ruszałem uświadomiłem sobie czego. No przecież! Klasycznego, mocnego i zimnego wiatru. Ale sobota już była standardowa - gdyby istniał jakiś koordynator od pogody to w korposkali byłoby 10 na 10. Premia gwarantowana.
Nie chciało mi się dziś z nim specjalnie walczyć - ruszyłem spokojnie, jak żółw ociężale... Itd. Kierunek: zachód. W Luboniu trochę ściąłem trasę względem tego co zawsze (ha, ma się to szaleństwo w duszy), przez co zrobił mi się lekki deficyt kilometrów na połowie trasy. Postanowiłem więc za Trzcielinem skręcić na Lisówki, gdzie znajduje się Świątynia Spokoju, ale także i pewnego smutku, czyli tamtejszy Dom Pomocy Społecznej. Położony on jest około dwóch kilometrów wewnątrz lasu, gdzie cieszyły moje oczy takie oto pejzaże:
Sam DPS z tego co wyczytałem ma całkiem dobre opinie, a jego umiejscowienie wzmaga poczucie zadumy. Tym bardziej, że gdy zatrzymałem się przed bramą (dalej tylko za zgodą odpowiednich jednostek) usłyszałem przekrzykujące się żurawie (na 99% to były one). Chwilę sobie pokontemplowałem przy tej oazie spokoju i pomyślałem sobie, że kolejna część dnia to siedzenie w robocie i doradzanie próżnym pasibrzuchom, dla których kasa jest wyznacznikiem statusu... Lekki kontrast.
Wracając lekko spłaszczyłem klasyczny samochodzik. Na mapie trasy wygląda on jak po kasacji - ale ten wariant powrotu, przez Gołuski generalnie mi się podoba. Do powtórzenia.
Endomondo zafundowało mi ciekawą prędkość maksymalną - 255,8 km/h. Ktoś się orientuje czy za pobiciem rekordu Guinessa idą jakieś większe pieniądze? Bo nie wiem czy Maybacha brać na dwie raty czy od razu :)
- DST 103.10km
- Czas 03:24
- VAVG 30.32km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 201m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
W końcu seta, czyli Środa w piątek
Piątek, 27 lutego 2015 · dodano: 27.02.2015 | Komentarze 13
No dobra, przyznam się. Miałem gula, i to niezłego, że tyle osób już zrobiło w tym roku sto kilosów, nawet ze sporym nakładem, a ja wciąż nie. Przecież jest już końcówka lutego, heloł!! OK, dobra, napisanie czegoś takiego dawno, dawno temu, gdy zimy były jeszcze zimami skończyłoby się bezpośrednim skierowaniem na badania w Tworkach, ale w tym roku... No trzeba było nadrobić.
Ale po pierwsze się wyspałem, bo dzionek w końcu miałem wolny. Potem kawka, śniadanko i spojrzenie za okno (fajnie, pochmurno, ale bez opadów, temperatura zdecydowanie na plusie) - tak, to idealny dzień na przełamanie impasu. Co prawda trochę mnie zmartwił kierunek wiatru - znienawidzony południowy-wschód, czyli żadnej możliwości na po prostu w tę pod wiatr i po prostu z powrotem z wiatrem. Założyłem sobie więc jako kierunek Środę Wielkopolską, bo tam jeszcze mnie rowerem nie widziano, a co dalej się zobaczy. Tak, prawdziwy ze mnie mistrz planowania :)
Gógelmap przy symulacji wycieczki w żaden sposób nie chciał pokazać stówy, więc stwierdziłem, że będę jechał naokoło. Ruszyłem więc najpierw na Luboń, potem Puszczykowo, Mosina, przekroczenie Warty i lasem, lasem, lasem. W Rogalinie "z rąsi" cyknąłem fotkę kościoła p.w. św Marcelina z pierwszej połowy XIX wieku, wzorowanego na francuskiej świątyni w Nimes. Są tacy, którym się on podoba, jak dla mnie to kicz i tyle :)
Dojechałem do Kórnika, po drodze jak zwykle dziwiąc się, że tam, gdzie stacjonują stałe punkty programu, czyli "grzybiarki", bez skrępowania zatrzymywały się samochody, ale cóż, moralistą nie jestem, a jedynie estetą. Co oznacza, że mogę zostać moralistą :) W samym Kórniku postałem sobie w okołorynkowych koreczkach i postanowiłem na chwilę zatrzymać się przy słynnym zamku. Białej Damy nie widziałem (na szczęście też żadnej Grzybowej Damy), więc zrobiłem sobie mały bezstresowy poligon fotograficzny.

Tu na fotce: Tytus (Działyński), Rower i... aaaa... Tomek (z tyłu, robię zdjęcie) :) :
No i dzik - czyżby i tu byli rolnicy domagający się odstrzału tych w sumie sympatycznych świniaków?
Objechałem sobie dokoła arboretum, oczywiście z zewnątrz, i oczywiście przegapiłem jeden ze skrętów, więc dojechałem do Bnina i musiałem się cofać. Potem zostałem ofiarą "oznakowania" przed S-11, bo po co pisać o miejscowości położonej 10 km dalej, do której się zmierza, jeśli można napisać kierunek: Bytów? Powiem szczerze - gdyby nie smartfonowy GPS to teraz pewnie błąkałbym się po nadmorskiej plaży i głaskał mewy. Ale w końcu się udało, uff... Choć miałem moment zwątpienia, gdy zobaczyłem tablicę z napisem "Dębiec 1 km". Nie, na szczęście nie ten mój Dębiec :) Na "jedenastce" udało mi się upolować ruiny dwóch wiatraków. W stanie wegetatywnym niestety :(
Na horyzoncie pojawiła się Środa... To ten... może wszystko na ten temat. Do centrum trafiłem na czuja, bo tablic żadnych nie było. Jak spojrzałem jak ono wygląda to zrozumiałem tę powściągliwość :) Pogruchotałem się bo paskudnym bruku, objechałem wszystko dokoła i zachciało mi się stamtąd uciekać. Zapytałem miłego pana co i jak (lewo, lewo, lewo) i wyszło mi, że czas kierować się na północ, na Kostrzyn. Z zadumy nad tym smętnym miasteczkiem zapomniałem o klu programu, czyli cukrowni, którą miałem nawiedzić. Ale za późno było wracać... Może w przyszłości.
Kręciłem sobie "asfaltem" (moje zęby), dokładnie 21 kilometrów (szacun
dla pana nawigatora ze Środy - dystans podał idealnie), mijając takie
metropolie jak np. Węgierskie (tylko nie wiadomo co) czy Ługowiny, które
skojarzyły mi się z Rzygowinami i dokładnie tak wyglądały :) Ciut
wcześniej, chyba w Płowcach, zainteresował mnie wiatrak, ale tym razem ultranowoczesny,
wielkie bydle. Aż musiałem się zatrzymać i go nawiedzić. Poniżej fotka w całej okazałości i rower jako miarka... Oj, robi to wrażenie z bliska. Co ciekawe - niedaleko stał kościół, a nad okolicą górował właśnie ów wiatrak zamiast jakiegoś potworka wzorowanego na Świebodzinie. Przejaw normalności czy wyjątek od reguły?


W końcu Kostrzyn... Też jakoś bez zachwytu. Dwa punkty mnie zainteresowały - gołębia schadzka nad jedną z kamienic (współczuję jej administratorowi) oraz Brama Cechowa, dość słynna i nieźle się prezentująca na tle całego smutnego miasteczka.

Końcówka to już powrót dobrze znanymi szlakami, czyli DK 92. Jedna rzecz mnie zmartwiła - na prawo ode mnie powstawało coś z kostki. Mam pewne obawy... No jakie? DDR? Oby, proszę, proszę, proszę, proszę!!! nie...! W Swarzędzu skręt na Zalasewo, telepanie się asfaltami godnymi rajdów enduro, Malta, Dębiec.
Jestem zadowolony. Zaliczyłem miejsca, w których jeszcze nie były moje pedały (jakkolwiek to brzmi), dorównałem co poniektórym, jechało mi się sympatycznie i bez przygód spod znaku Zła. Tak, zdecydowanie wolny dzień uznaję za udany. A wieczorna pizza z Żoną z pobliskiej żarłodajni była znakomita :)
- DST 54.20km
- Czas 01:48
- VAVG 30.11km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 253m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Na Morasko z poczuciem bezpieczeństwa
Czwartek, 26 lutego 2015 · dodano: 26.02.2015 | Komentarze 8
Dziś zafundowałem sobie hardkora w poznańskiej wersji, czyli caaaaaalutkie miasto od południa aż na północ (i z powrotem) a potem nasze "górki" (he he he i jeszcze raz he) między Moraskiem i Suchym Lasem. Dawno tam nie byłem, więc jechałem ze świeżością poznawczą, choć de facto ciężko spodziewać się nowości po blokowisku i po lesie :)
Pokonywanie tej naszej metropolii to szkolenie techniki żabich skoków - więcej stania na światłach niż samej jazdy (wystarczy spojrzeć na wykres). Chwilą oddechu był kurs przez Sołacz, choć umieszczone tam zakazy jazdy rowerem (taka polska moda) lekko mnie skonfundowały. Odżyłem na moraskich hopkach, które są jak oazy na pustyni, za co szanownemu meteorytowi, który raczył spaść tu jakieś pięć tysięcy lat temu w tym miejscu dziękuję. Dojechałem do Złotkowa, tam zakręciłem i próbowałem włączyć się do ruchu, co zajęło mi dobre pięć minut. Dzięki temu obejrzałem sobie chyba wszystkie marki TIR-ów jeżdżących po polskich drogach.
Wróciłem na Dębiec znów przez ten sam "świetlisty szlak" - masakra. Ale w sumie wycieczkę uznaję za udaną - jak na moje już na 100% zachodnia obwodnica Poznania odciążyła miasto od największych i najgorszych korków. Tylko przyklasnąć, i to szczerze.
Niedaleko domu udało mi się jeszcze zrobić zdjęcie naszym dzielnym Strażnikom Miejskim podczas mrożącej krew w żyłach interwencji, obowiązkowo przy zapalonych migaczach. Dobrze jest wiedzieć, że moje pieniądze nie idą na marne, a ja osobiście czuję się bezpieczniej po spisaniu terrorysty handlującego stanikami i kozakami.






