Dziś sobota, czyli u mnie... normalny dzień pracy. Co oznacza konieczność wczesnego kursu, jednak ma to swój plus - jest w miarę mały ruch, za to otwarta od ziewania gęba okazuje się mało aerodynamiczna :)
Co to dużo opowiadać - fajnie mi się, praktycznie jak zwykle na trasie "kondomika", jechało. W uszach Stephen King z kolejnym opowiadaniem, przede mną i za mną spokój, mogłem poszaleć, więc średnia wyszła całkiem dobra.
Jutro z pogodą zapowiada się kicha, nie wiem czy uda mi się popedałować.
Od dziś miejscowości Żabno i Żabinko uznaję za moje ulubione w Wielkopolsce. Nominacja jest dożywotnia i nieodwołalna, a powstała w ramach zasług wywoływania uśmiechu na moim pysku. Już nie pierwszy raz - niedawno umieszczałem tu zdjęcie specyficznego zaproszenia na tamtejsze dożynki, teraz pojawiło się kolejne w tym temacie, przy którym aż mnie zamurowało :) Po czymś takim miałem cały powrót ustawiony z tytułową buźką. Albo raczej ryjem. Szacuneczek za pomysłowość i poczucie humoru dla twórców.
A sam trening słabiutko - Luboń koszmarnie zakorkowany, remont na Dębcu się pogłębia i tam gdzie na początku trasy miałem zawsze średnią ponad trzydzieści, teraz na liczniku zakwitło nieco ponad dwadzieścia. Wiatr praktycznie ciągle boczny, więc nie za bardzo miałem się jak popisać. Wywalczyłem te nieco ponad 30 km/h i tyle.
Urlop co prawda mi się skończył, ale jako że Żony wciąż trwa, a ja załatwiłem sobie wolne, do tego pogoda dopisywała to... byłem dziś na rowerze :) Takie zaskoczenie.
No to parę słów o tym - szosa, wyrysowany na mapie "samochodzik" od strony Plewisk przez Dopiewo, Trzcielin, Komorniki i Luboń do Poznania. Wiatr robił swoje, ja słuchałem muzy (bo znów poczułem jej głód), rowerowym krokiem zrobiłem swoje, bez szaleństw i historii. O średnią (dość słabą) naprawdę powalczyłem, bo powiewy zgodnie z tradycją odznaczały się wybitną upierdliwością dostosowaną do mojego kierunku jazdy.
A po popołudniu kopsnęliśmy się do Puszczykowa, do muzeum i pracowni Arkadego Fiedlera - miejsca, które często mijałem, a jakoś w środku okazji być nie miałem. Błąd. Nadrobiony. W ogóle całe Puszczykowo, leżące 10 kilometrów od nas to jakaś mentalna przepaść - przespacerowaliśmy się wzdłuż i wszerz i szok - ludzie mijają się z uśmiechem, architektura willi położonych co krok powala (z wyjątkami) klasą, no i ten spokój... Przeszliśmy łącznie około 5 kilometrów wielkopolskim zadupiem, a czułem się jak w listopadzie w jakimś kulturowo ambitnym nadmorskim miejscu - ładnie, klimatycznie i z klasą.
No i fenomen samego muzeum - pewnie mieszkańcy WLKP je znają z weekendowych wypadów, ja z założenia nie bywam w takich miejscach w przedziale sobota-niedziela. I po raz kolejny potwierdziło się, że mam rację. Atmosfera czwartkowego popołudnia, gdzie obok nas oprócz obsługi muzeum i położonej na jego terenie kawiarni było może z 8 osób (w tym niestety 3 upierdliwe dzieciaki) jest nieziemska. A może ziemska, ale z innych jej rejonów, tych ciekawszych. O czym Fiedler chyba wiedział decydując się na wieczne zalogowanie akurat tu, a nie gdzie indziej :) Największy szok - na teren pracowni/muzeum da się tak po prostu, w imię polactwa, wejść zupełnie bez żadnego problemu nie płacąc, ignorując napis "kasa". My chcieliśmy, ale niestety jako nieprzygotowani i spaczeni nowoczesnością luzerzy zapytaliśmy czy można płacić kartą. Odpowiedź miłego młodego człowieka brzmiała: "Niestety nie, ale nie ma problemu. Jeśli nie mają państwo gotówki to ja wypiszę bilet, a przy kolejnej okazji lub za kilka dni proszę podrzucić pieniążki". Szok, niedowierzanie - to wciąż Polska? :) Udało nam się po kieszeniach uzbierać te kilkanaście złotych, więc długu nie mamy. Ale wielki, wielki pozytyw został.
To co... na koniec kilka zdjęć niskiej jakości z muzeum (pytałem - robić można było wszystko i wszystkiemu, ale niestety słońce upierdliwie było zawsze w tle). M.in. wierna replika 1:1 statku Santa Maria Krzysztofa Kolumba wraz z kawałkiem tego, co pod pokładem, dwie piranie (żywe) plus niestety już nieżywa gadzina, do tego azteckie i indiańskie klimaty... Dość powiedzieć, że to miejsce odwiedzały takie osoby jak Elżbieta Dzikowska, Tadeusz Mazowiecki, Marek Kamiński, Wojciech Cejrowski oraz... Krzysztof Kolumb, czystej krwi potomek Krzysztofa Kolumba.
Nie ma to jak znów wrócić na szosę. To jednak uzależnia, wczorajsza jazda czołgiem była fajną odmianą, ale jednak lekkość (a w sumie jak na szosę to ciężkość - 10,5 kg) Vento robi swoje. Dziś nie padało, trochę wiało, ale zrobiło się przyjemniej jeśli chodzi o temperaturę i ogólnie klimacik :)
Wiatr północno-zachodni, czekała mnie więc przeprawa przez miasto, która o dziwo poszła dość sprawnie i już chciałem chwalić ten niespotykany fakt, gdy... na Golęcinie: prawie 10 minut czekania na zamkniętym przejeździe kolejowym. Przed Kiekrzem: 5 minut. Już przed domem na Dębcu - kolejne 5. No szlag człowieka trafia. 20 minut w plecy.
Ale sama jazda fajna, podjechałem do Rokietnicy, skręciłem w Mrowinie na Poznań, w międzyczasie trafiając za Napachaniem na... rondo ze światłami. Fantastyczny wynalazek, tak samo jak irracjonalny :) Wytłumaczeniem jest tylko fakt, że trwa tam remont, ale i tak sołtys Wąchocka pewnie gnije teraz z zazdrości, że to nie on wpadł na ten pomysł.
W sumie to po spojrzeniu rano za okno byłem pewny, że z roweru dziś nic nie wyjdzie. Deszcz, chmury i w ogóle średnio przyjemnie. Ale około 9-tej padać przestało, chodniki pod oknem zaczęły wysychać, do pracy na 13-tą... Wpadłem więc na pomysł jednodniowej reaktywacji crossa - dawno nie używanego na dystansie powyżej 10 kilometrów, czyli generalnie zaniedbanego i smętnie na mnie spoglądającego przy każdym zaprzęgnięciu szosy.
Cross wrócił niedawno z delikatnego serwisu, ma wyregulowanego przerzutki, nowe linki i pancerze, jednym słowem: znów da się nim jeździć, choć boję się, że kaseta już długo nie pociągnie. Jednak dziś sprawił się na medal, choć zapakowanie się na ten czołg po tylu dniach na szosie było wyzwaniem. Na pierwszym kilometrze zacząłem nucić melodię z "czterech pancernych", a na piątym rozpocząłem poszukiwania wolnego miejsca na zamontowanie zgrabnego działka, na przykład do wybijania pieszych i niesubordynowanych rowerzystów :)
Siedząc wygodnie jak na kanapie ruszyłem na Mosinę, skręciłem do Rogalina i dojechałem do Mieczewa, gdzie zawróciłem tą samą trasą. Wiatr na ciężkim sprzęcie o dziwo bardziej męczy, a może to po prostu kwestia samego, niemało ważącego roweru? Miałem chrapkę na średnią w okolicach 29 km/h, bo wiele więcej crossem nie wyciągnę, udało się połowicznie, bo korki w Luboniu mnie spowolniły na końcu i skończyło się lekko pod kreską. Nieważne, w sumie fajnie mi się dziś jechało, jednak zmiana roweru co jakiś czas (byle nie na zombie-górala, którym ostatnio kręciłem po Karkonoszach) pozwala walczyć z rutyną. Polecam każdemu.
Urlop odszedł do krainy wiecznych łowów, dziś za mną trening ustawiony godzinowo na zdążenie do pracy. W związku z tym nastawienie też hurrraoptymistyczne nie było. W ogóle to chodzenie do roboty powinno być odgórnie zakazane ;)
Zrobiłem trasę "samochodzika", ale wyjątkowo odwrotnie, najpierw przez Szreniawę i Trzcielin, a powrót przez Dopiewo i Skórzewo. Generalnie decyzja była słuszna, bo mimo że 800 metrów od domu stałem przez 5 minut koło Lidla na ustawionych tu na czas remontu światłach (jakiś tir się nie potrafił wyrobić w jednym rzucie i zaliczyłem czerwone-zielone-czerwone stojąc w tym samym miejscu) i wnerwiałem się jeszcze w kilku miejscach, ale ominęły mnie za to kilometrowe korki po drugiej stronie w Luboniu i Komornikach. To się chyba nigdy nie skończy...
Jechało się fajnie, co prawda wiaterek nie do końca chciał pomagać, ale za to temperatura była na tyle przyjemna, że ani nie zmarzłem ani się nie ugotowałem w bluzie z długim rękawem.
No nic, czas do pracy. Aha, mam też newsa nad newsami: udało mi się dziś doładować kartę PEKA. Przez internet! System zadziałał! Wciąż jestem w szoku :)
...Poznania do Fiałkowa :) Choć w sumie... Już od jakiegoś czasu w okolicach zakładu wulkanizacyjnego (chyba) w tej małej miejscowości można zauważyć fajne elementy, niby reklamowe, niby nie, ale zdecydowanie godne zauważenia. Kiedyś był to wyrwany prosto z PRL-u wóz Milicji Obywatelskiej (chyba wklejałem zdjęcie), od niedawna przed wjazdem do serwisu zauważyć można... Poznań :) Brawo za wysoki poziom abstrakcji! A sam trening... Oj, ciężko dziś było. Co chwilę przelotne opady deszczu, chłodno i do tego bardzo silny i niezdecydowany wiatr. Namęczyłem się nieziemsko, żeby wyciągnąć tę trzydziestkę ze średniej, jakoś się udało. Trasa była dziś inna niż zazwyczaj - początek jak zwykle przy zachodnim wietrze na Dopiewo, ale potem pojechałem w kierunku Więckowic i wróciłem przez Wysogotowo. Na samym końcu w związku z tym czekała mnie kilkukilometrowa rundka po Poznaniu - i znów sobie przypomniałem, że dla władz miasta pojęcie "niedziela" oznacza tylko to, że nie muszą grzać stołków w pracy, a przystosowanie świateł do mniejszego ruchu? Po co? Jak zwykle więc żabimi skokami przemieszczałem się od czerwonego do czerwonego.
I jeszcze na koniec zdjęcia z wczoraj, które zrobiłem gdy szedłem spacerkiem do miasta wzdłuż ścieżki pieszo-rowerowej na Dolnej Wildzie. Chyba za dużo komentować nie muszę, bo prawdopodobnie wszyscy jesteśmy już przyzwyczajeni do ubytków w okolicach, gdzie powinien znajdować się mózg u znacznej części naszych rodaków...
Mam wrażenie, że czas na urlopie to jakaś paskudna imitacja tego prawdziwego, który powoli leci sobie podczas dni roboczych. Kończy się o wiele za szybko i nie ma nad nim żadnej kontroli. Oszustwo :) Niestety wielkimi krokami zbliża się dzień sądu - od poniedziałku wracam do zwykłego trybu, znów wrócą korpoklimaty, które podczas wolnego mogłem zbywać tekstem" "mam to gdzieś, nie ma mnie w robocie". Oj, chyba za bardzo przyzwyczaiłem się do dobrego...
Póki co korzystam - nie będę przez ostatnie dwa dni robił tysiąca kilometrów, ale korzystam z przywileju wstawania o której mi się zachce, a tu już daje umysłowi dużo magii :) Dziś wyjechałem o 9:30, gdy jeszcze słońce biło się z lekkim deszczykiem o wygraną. Temperatura na dworze kosmicznie genialna - jak dla mnie kilkanaście stopni może być przez cały rok, ewentualnie z małym wyjątkiem na grudniowe święta, podczas których dopuściłbym na trzy dni trochę śniegu w celu utrzymania klimatu. A mam tak, że skoro temperatura mi odpowiada to automatycznie czuję się lepiej, co chyba widać po ostatnich wynikach na szosie (o góralu zapomnijmy).
"Kondomik" przez Mosinę, Dymaczewo i Stęszew poszedł dziś w miarę sprawnie, mimo podziwiania czerni asfaltu i wdychania spalin podczas trzech poczekalni spowodowanych remontami. Wiatr wiał dość przewidywalnie, samochodów mało - no i wycisnąłem jak dla mnie satysfakcjonującą średnią. Rowerzystów sporo, praktycznie każdy odmachiwał - i to też zaliczę jako plus tego jak na mnie niezwykle optymistycznego wpisu :)
Do wlekących się traktorów już się jakoś przyzwyczaiłem, choć irytacja przy każdym korku nimi spowodowanymi wciąż ma wysoki poziom. Ale są rzeczy gorsze, tak jak w Luboniu - od Łęczycy po sam Dębiec z powodu miliarda remontów na raz co chwilę z boku wyjeżdżają wielkie, opancerzone pojazdy, dla których prędkość 20 km/h to już niemal śmierć w oczach. Te kilka kilometrów to prawdziwa tragedia, bo raz, że niebezpiecznie, dwa, że zabija średnią zupełnie naturalnie i bezinteresownie. Dziś nie było inaczej, cóż, chciało mi się wrócić do poznańskich realiów to mam :)
Ścieżka w Łęczycy częściowo została zamknięta, a i tak istoty wszelakie pchają się na wyłączony kawałek, mimo że obok kusi (przynajmniej mnie) piękny asfalt. Nie rozumiem tego instynktu lemingów... Ja tam jestem w siódmym niebie, że mogę po prostu jechać a nie bać o zdrowie i życie na ddr-ku.
Noga po górkach fajnie kręci. Dziś trasa do Sulejewa i z powrotem, przez Żabno, gdzie już niedługo impreza roku :)
Wszędzie dobrze, ale... i tak dalej. Mimo uroków górek fajnie w końcu wsiąść na ten wątły kawałek aluminium oraz gumy i popędzić nieskrzypiącym rowerem po kawałku płaskiego.
Trening znany i lubiany, czyli "samochodzik" przez Skórzewo, Dopiewo, Trzcielin, Komorniki i Luboń do Poznania. Średnia w końcu przyjemna dla nóg - nie ma co, brakowało mi tego.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"