Rybolatawiec

Czwartek, 7 maja 2015 · Komentarze(3)
Dziś zrobię coś jak na siebie nietypowego - pochwalę pogodę. Nie, nie, nie wystukujcie proszę jeszcze numeru do najbliższej placówki zajmującej się zdrowiem psychicznym i nie podawajcie moich danych! Naprawdę było jak dla mnie niemal idealnie: kilkanaście stopni na termometrze, słońce świecące przyjemnie, ale nie zamieniające mnie w średnio apetyczną skwarkę, za to malowniczo podkreślające niebieskie niebo, uzupełniane intensywną zielenią traw i żółcią pól obsianych rzepakiem. Jedyne do czego można się było doczepić to całkiem konkretny wiatr, ale przecież to ostatnio rzecz tak normalna jak przyszłe zejście z tego świata każdego z nas. Choć nie, jeszcze bardziej - jak reakcja Skarbówki na niedopłatę 1 PLN w zeznaniu podatkowym :)

Trasa, czyli Luboń, Wiry, Szreniawa, Konarzewo, Dopiewo, Skórzewo i nawrót na Poznań najczęściej ma kształt zdrowo upasionej rybki. No właśnie - a dziś? Endomondo pokazało, że wszelkie Harry Pottery i inne czarownice kursujące codziennie nad Łysą Górą to przy mnie pełna amatorka. Jakimś cudem bowiem wedle tej szacownej aplikacji przeleciałem sobie kawałek między Luboniem a Komornikami, bijąc przy tym umiejętnościami kapitana Wronę, bo wylądowałem nie tylko bez podwozia, ale i bez świadomości, że to robię :) Jest też inna możliwość, bo znam kilku miłośników tego, co pływa w wodach, ale póki nikogo nie złapałem za zęby to oficjalnego oskarżenia o próbę konsumpcji kawałka ryby nie będzie :)

Gadu gadu :)

Środa, 6 maja 2015 · Komentarze(7)
Na szczęście z wczorajszych prognoz na dzień dzisiejszy sprawdziło się tylko to, że w nocy padało, ale ani grad nie niszczył upraw jak zwykle biednym beneficjentom KRUS-u, ani nie nadeszło nad Polskę burzowe tsunami. Można więc było rano, jak zwykle przed pracą, kopsnąć się na pięć dyszek.

Niestety wiatr łaskawy był wrócić na północno-zachodni szlak, więc najpierw czekała mnie przeprawa przez Poznań. O dziwo odnalazłem w sobie jakieś tam ostatki cierpliwości i ruchem dziarskiego ślimaka dotarłem do kawałka wolnej przestrzeni, czyli trasy na Rokietnicę. Minąłem Strzeszynek, dojechałem do Kiekrza, gdzie za wahadłem ujrzałem pędzącą z drugiej strony coś mi znajomą sylwetkę. Początkowo nie byłem pewny, czy mnie oczy nie mylą, bo tej pewności nabrałbym dopiero gdybym ujrzał moment utraty wzroku na wahadłowych światłach (słynny manewr), ale po chwili gromkie "hej!" z obydwu gardeł potwierdził - to wracający już z treningu Darek. Pogadaliśmy sobie sympatycznie kilka minut, ponarzekaliśmy na choróbska, drogie rowery i psujące się w nich części oraz drące się stroje (czyli konwersacja zdecydowanie odbyła się po polsku), było miło, ale limit czasu kazał rozjechać się każdy w swoją stronę.

Resztę trasy musiałem pokonać już szybciej, żeby wyrobić się z wyjściem do pracy. Pokręciłem przez Mrowino, Przeźmierowo , a końcówkę o dziwo dość zgrabnie pokonałem ddr-ką przy Bułgarskiej (tylko dwa czerwone światła). Jedynym mniej przyjemnym momentem był ten przed Napachaniem, gdzie musiał się jak zwykle znaleźć troglodyta wyprzedzający tira tak, jakbym był powietrzem. Rozumiem, że może nie jestem Pudzianem, ale chyba da się mnie zauważyć? O dziwo koleś miał samochód na zagranicznych, żółtych blachach, choć ryj wyglądał na typowo polski. Dostał ode mnie na wszelki wypadek szybką lekcję polszczyzny, baaaardzo wyraźną i ze zdecydowanym akcentem na "rrrr" znajdujące się w środku użytego wyrażenia :)

Na końcu spotkała mnie jeszcze jedna towarzyska niespodzianka. Na jak zawsze zamkniętym przejeździe kolejowym na Dębcu podjechał do mnie w pełnym rowerowym rynsztunku miły jegomość w wieku 50+ z zapytaniem: "co już nie na Superiorze?". Lekko mnie zamurowało, okazało się, że pan mnie kojarzy z tych okolic i właśnie z mojego crossa. Chwilę pogadaliśmy, choć gdy usłyszałem, że karbonowe mtb, na którym śmiga waży prawie dwa kilo mniej niż moja szosa to poczułem się jak ofiara przemocy domowej. Ale w sumie za mną miły, spędzony na pogaduszkach wyjazd.

Bez fajerwerków

Wtorek, 5 maja 2015 · Komentarze(2)
W końcu, po raz pierwszy w tym miesiącu, udało mi się usadzić cztery litery na dalekim od komfortowego siodełku od szosy. Oczywiście nie może być plusów bez minusów, więc radość z tego faktu wyrównał mi silnie wiejący wiatr, który skutecznie i klasycznie znów mi udowodnił, że w przypadku jazdy rowerem uznaje tylko dwa kierunki: w pysk oraz z boku. Czyli istnieje demokratyczny wybór :)

Trasa to ponownie kaleki piesek bez nóżek - Głuszyna, Koninko, Szczodrzykowo, Tulce i powrót przez Krzesiny. Jeśli miałem podczas jazdy jakiekolwiek marzenia o dobrej średniej to zostały one zgwałcone tam, gdzie zawsze - na Starołęckiej. Dziś odbywały się tam chyba jakieś międzynarodowe zawody w przechodzeniu pieszych z jednej na drugą stronę ulicy oraz spowodowaniu jak największego korka. Nie wiem jakie były nagrody, natomiast ja mogę czuć się mentalnym zwycięzcą dzięki faktowi, że nie eksplodowałem i wróciłem do domu w całości, a nie w formie pyłu, niczym Talib z wycieczki po amerykańskiej bazie wojskowej.

Podobno mają być po południu i jutro jakieś burze i deszcze niespokojne. Zobaczymy.

Glut - już wielkopolski

Poniedziałek, 4 maja 2015 · Komentarze(3)
Dobrze, że w ogóle udało się go zrobić, bo pierwszy dzień po powrocie do Poznania zaczął się deszczowo. Do pracy miałem na trzynastą, więc jedyne co mi pozostało to liczyć na jakąś pogodową lukę, która o dziwo się pojawiła lekko przed dziesiątą. Szybkie osiodłanie crossa, głęboka olewka całkiem sporych kałuż i glut wykonany - z dwoma małymi smarkami w Starym Puszczykowie oraz Mosinie. Mimo wszystko fajnie jest wrócić na swoje oklepane tereny, tym bardziej, że zazieleniony już WPN prezentuje się naprawdę godnie.

Zapomniałem podsumować kwietniowe rowerowanie w swoim wykonaniu, więc szybko nadrabiam. Przejechane 1500 km, częściowo szosą, częściowo crossem. Średnia - lekko ponad trzy dychy, co aktualnie wygląda jak science-fiction, biorąc pod uwagę, że po górskich eskapadach mtb i dzisiejszym glucie, w maju oscyluje ona w okolicach wyników jakiegoś dziarskiego emeryta przechodzącego czwartą młodość :) Aha, i w sumie jestem dumny z siebie, że się nie zniechęciłem do jazdy po kolizji z początku miesiąca. A było blisko.

Góropożegnanie

Niedziela, 3 maja 2015 · Komentarze(5)
Kategoria Góry
Górek dzień ostatni. Cztery dni w innym świecie zdeka masakruje zwoje mózgowe, ciężko się będzie pozbierać i jutro ruszyć do pracy. Z drugiej strony pamiętam czasy, gdy mieszkając na co dzień w Jeleniej Górze dosłownie rzyg..., no dobra, nie dosłownie - wymiotowałem podjazdami, więc co za dużo to nie zdrowo. Fajnie mieć zawsze gdzie wyjechać, spełnić miło rodzinny obowiązek, a potem wrócić do domu, na płaszczyzny. Układ idealny :)

Aha, muszę poczynić dwa spostrzeżenia, jedno na plus, drugie na minus. Pierwsze - przez cały długi weekend ANI RAZU nie usłyszałem dźwięku klaksonu. Mimo że szerokim łukiem omijałem większość kostkowych wynalazków, a co chwilę mijały mnie rejestracje spod znaku PO czy DW to nikt nie zdecydował się na typowo puszkarską reakcję. Czyżby "na obcym boisku" naszych dzielnych władców czterech kółek opuszcza pewność siebie? Czy może to tylko efekt mniejszego ruchu na drogach? A w samej Jelonce byłem - lekko post factum - świadkiem kolizji skuterka z samochodem. Zgadnijcie czy była agresja, wyrzygiwanie sobie racji i bluzg za bluzgiem? Nie. Pan ze skuterka grzecznie spisał na karteczce z kierowcą oświadczenie i każdy w swoją stronę. Dziw nad dziwami.

Druga sprawa. Już mniej przyjemna, od której się odzwyczaiłem. Co druga wiocha w Kotlinie Jeleniogórskiej mogłaby służyć jako samoistne schronisko dla wolno latających zwierząt, Konkretnie psów. W Wielkopolsce taki widok to dla mnie szok, który przeżywam raz na jakieś sto wyjazdów, tu średnią zawyżyłem na najbliższą dekadę. Burki, Azory i inne kundle rządzą, jak im się zachce to oleją kolarza, jak się nie zachce to masz takiego delikwenta na kole aż mu się nie znudzi. I zero reakcji miejscowych. Kurde, uwielbiam zwierzęta, ale kiedyś jeden taki mnie ugryzł i od tego czasu mam uraz (on, jeśli jeszcze żyje, pewnie też, z powodu mimowolnej reakcji mojego buta) i dziw bierze, że nie ma jakiejś kontroli nad opiekunami czworonogów. W tym sensie znalazłem się znów w latach dziewięćdziesiątych.

Dobra, rozpisałem się - pewnie to efekt uboczny uwolnienia od pisania na tablecie :) Więc krótko - dziś trasa pożegnalna głównie znów przez Rudawy. Wiatr dziś już wrócił do etapu standardowej upierdliwości, więc górki bolały ciut bardziej. Najpierw drogą na Wrocław dotarłem do Radomierza, tam zjazd do Janowic, gdzie na chwilę skręciłem sobie w las, korzystając z tego, że ten mój emerytowany sprzęt ma jedną zaletę - bycie czymś na kształt MTB. Fotka ze strumyka:

Potem do Trzcińska, gdzie prawie przed pyskiem wyskoczyła mi z lasu sarna. Oj, były emocje, ale na tyle ogarnięte, że zdążyłem ją jeszcze "cyknąć", niewyraźnie, bo na dużym komórkowym zoomie. Jak ktoś ma dobry wzrok to znajdzie delikwentkę poniżej.

W Wojanowie zatrzymanie przy tamtejszym cudzie renowacji, czyli pałacu - niegdyś ruinie, dziś... cacku? Są lepsze określenia?

Następnie skręt w Łomnicy na Karpniki - no i obowiązkowe zatrzymanie przy tamtejszych stawach.

...i przez Krogulec oraz Bukowiec do Mysłakowic, a potem do Jeleniej.

Na koniec widoczek z trasy, z dedykacją dla pierwszego użytkownika klaksonowości stosowanej, którego usłyszę po powrocie (ma podobno padać, więc nie piszę, że będzie to jutro) :)


Od Perły Zachodu na zachód

Sobota, 2 maja 2015 · Komentarze(2)
Kategoria Góry
Poranna analiza prognoz pogody - czterech - powiedziała mi, że wiatr wiał będzie do wyboru: albo z zachodu, albo ze wschodu, albo z północy, albo z południa. I co najlepsze - wszystkie miały rację. Pierwotnym kierunkiem miał być Wleń, położony na NE i tam właśnie ruszyłem. Tak sobie kręciłem i na dziesiątym kilometrze stwierdziłem, że mi się tam nie chce jechać. Jak urlop to urlop :) Dotarłem do górki w Strzyżowcu i zawróciłem, mając już w głowie zarys planu.

Było nim odwiedzenie Perły Zachodu, czyli miejsca, w którym się... ożeniłem. Dawno nie byłem takm rowerem i w końcu z przyjemnością nadrobiłem to dwukołowe faux pas :)



Po odetchnięciu pełną piersią przy Jeziorze Modrym zawróciłem i zafundowałem sobie dość kilerski podjazd pod Siedlęcin Górny. zaledwie kilkukilometrowy, ale za to z zacnym pochyłem. W nagrodę dostałem zjazd do Jeleniej DK-30, choć z rozpędzenia się wyszły nici, bo akurat zaczęło wiać mi w pysk.

Potem kurs przez jeleniogórskie Zabobrze do Maciejowej, tam skręt przez Jasiową Dolinę do Wojanowa, Łomnicy i nawrót jedynym fajnym w Stolicy Karkonoszy DDR-em przy trasie z Karpacza,

Na drugą część dnia jest zaplanowany wyjazd do Szklarskiej - czas poczuć się jak zwykły turysta z nizin wśród długoweekendowego bydła :) Oczywiście nikogo nie urażając.

Koziołek karkonoski

Piątek, 1 maja 2015 · Komentarze(2)
Kategoria Góry
Wszelkie prognozy mówiły o tym, że będzie padać. Czyli z kręcenia nici. Człowiek ma jednak raz na kilka miliardów lat szczęście i ruszając lekko po ósmej rano wbiłem się w międzydeszczową lukę. Żeby jednak nie było za różowo to dopowiem, że oczywiście mnie zlało, ale tylko na kawałku trasy, za to tym najciekawszym, gdzie człowiek mógłby się zacnie rozpędzić. No nie mógł.

Dzisiejszą objazdówkę rodzimych terenów zacząłem dojazdem do Cieplic, z których skręciłem na drogę do Szklarskiej. I w sumie chciałem właśnie tam jechać, ale gdy uświadomiłem sobie, że czekałby mnie potem zjazd wzdłuż rzeki, a ja nie wziąłem rękawiczek z palcami ani cieplejszej bluzy to wygrał rozsądek (!!!) i w zamian zafundowałem sobie podjazd z Piechowic do Michałowic. Kurde, jak ja lubię tę trasę... Serpentynki ciągnące się w górę środkiem lasu, z prześwitami, a nawet kawałkiem tunelu wydrążonego w skale zawsze były jednymi z moich ulubionych miejsc wypadowych. Dziś również się nie zawiodłem.

Kręci się tam niełatwo ale warto, tym bardziej, że zjazd do Jeleniej od strony Jagniątkowa to już poezja. No, prawie, bo na najfajniejszym kawałku asfalt jest elementem zdecydowanie dyskryminowanym przez dziury i kamienie. Doszła do tego jeszcze mżawka i deszcz, więc zamiast rekordów prędkości pobiłem rekord w męczeniu klocków hamulcowych. Ale i tak sporo z programu "50 plus" udało się zrobić :)

Jak już zjechałem to brakowało mi kilometrów do pięćdziesięciu, więc skręciłem na Zachełmie, Stawy Podgórzyńskie, Cieplice, stamtąd na Wojcieszyce i do Jeleniej. Na mapie wyszedł na moje... poznański koziołek. Chwilę po wylądowaniu na jeleniogórskim rynku, gdzie się wychowałem, lunęło już porządnie.

A po południu pojechaliśmy w Góry Kaczawskie - mało znane, niedoceniane, ale za to z perełką natury - tzw. Organami Wielisławskimi. Zadupie jakich mało, ale warte odwiedzenia :)


Ósemka Rudawsko-Janowicka

Czwartek, 30 kwietnia 2015 · Komentarze(9)
Kategoria Góry
Dziś krótko: wcześnie rano (pobudka o 5:10 !!!!!!) wyjazd do Jeleniej Góry, gdzie wbrew zamierzeniom napotkaliśmy całkiem ładną, choć lekko zachmurzoną aurę. Spodziewałem się deszczu, więc do tematu ewentualnego roweru, wcześniej nieprzewidzianego, trzeba było podejść jak pies do jeża. Kołem ratunkowym okazało się to, że zombie, czyli stary, emerytowany góral, stał się ostatnio na moją prośbę obiektem wymiany tylnej piasty i trzeba było wypróbować czy wszystko jest ok. No cóż, musiałem się poświęcić :)

Ruszyłem lekko przed trzynastą i przyznać muszę, że jak mniej piszczy jakaś tam ilość rzeczy to jedzie się ciut przyjemniej. Wiatr był nieokreślony, wciąż się zmieniał, więc z chęci, a nie wyboru skierowałem się na wschód. Najpierw Łomnica, potem Karpniki i wspinanie się oraz zjazd przez tamtejszą przełęcz aż do Trzcińska. Następnie na Janowice Wielkie, tam dojazd do trasy JG-Wrocław, powrót do Jelonki, zaraz za granicą skręt pod górkę na Jasiową Dolinę, zjazd na Wojanów, dokręcenie do Mysłakowic, tam dopchanie się i powrót drogą z Karpacza. Wyszła koślawa rudawska ósemeczka.

Nie chciało mi się zatrzymywać na robienie zdjęć, więc tylko kilka z rąsi. Jaka będzie pogoda w najbliższych dniach? Najstarsi górale tego nie wiedzą, więc czy pokręcę - się okaże.




Ale szprycha! (znów)

Środa, 29 kwietnia 2015 · Komentarze(2)
Tym razem z przodu. W związku z tym skorygowałem dzisiejszą trasę, która w założeniu miała być ciut ambitniejsza wizualnie. Niepokojący metaliczny dźwięk usłyszałem jakoś na dwudziestym kilometrze, za Zakrzewem, po ogarnięciu o co kaman dokręciłem tylko do Drwęsy i zawróciłem swoimi śladami. Eh...

Albo faktycznie te zamontowane w Krossie koła to jeden wielki szajs, albo to jednak skutek mojej ostatniej kolizji (tu by pasowało, ale czemu sypnęły się też niedawno tylne?). Jest też trzecia opcja - codziennie żeby wyjechać z Dębca pokonuję swoje prywatne Paris-Roubaix po asfaltowych płytach i dziurach, które są zamontowane z powodu budowy tunelu pod przejazdem kolejowym. Po tyłku dostaję nie tylko ja, ale i rower, jakby nie patrzeć delikatny. Prawnika, który charytatywnie pomoże mi wywalczyć odszkodowanie chętnie poznam :) W każdym razie aktualnie koło zostało w zaprzyjaźnionym serwisie i mam je odebrać niedługo, przed pracą.

To generalnie nie był mój dzień. Już wracając, wyjeżdżając z podporządkowanej w Dąbrówce, wpadłbym pod koła samochodu, który wyskoczył zza zakrętu. Ja go nie zauważyłem, bo widok przysłonił mi skręcający bus, ale generalnie wina w razie "w" byłaby oczywiście moja, więc grzecznie przeprosiłem kierowcę za swoje gapiostwo. Było mi zwyczajnie głupio. Z drugiej strony - przed Sierosławem popisał się dżentelmen w BMW (a jakże) wyprzedzając przed moim nosem inne samochody na trzeciego na podwójnej ciągłej. Aż chciało mu się ryknąć w ten łysy łeb z szerokim karkiem (a jakże), że kilka kilometrów dalej skończyła się na drzewie egzystencja jednego z jego kolegów "po marce", a tak jak ostatnio pisałem widok bardziej przypominał Smoleńsk niż kawałek gminnej drogi.

Jutro z samego rana wyjazd na długi weekend. Rower odpada, a na samym wyjeździe zależeć wszystko będzie od pogody, która zbyt sympatyczna się nie zapowiada.

Glut-robal

Wtorek, 28 kwietnia 2015 · Komentarze(3)
Psychicznie nastawiony byłem na to, ze dziś nie pojeżdżę, a odpowiedni komunikat do mózgu to potwierdzający został wysłany gdy otworzyłem oczy przed siódmą rano i usłyszałem (uszami, nie oczami) deszcz bębniący o parapet. Szybko je zamknąłem i obudziłem się dobrą godzinę później. Do pracy na dwunastą, więc trzeba się było zdecydować co i jak. Pijąc kawę zerkałem za okno i ujrzałem drzewa walczące z wiatrem i lekką mżawkę, już zanikającą. Paskudnie. Potem spojrzałem na chomika. Potem spojrzałem znów za okno. Potem na chomika. I za okno. No cóż, zadziwiające jak pojęcie "paskudnie" może nagle zamienić się we "w sumie tak źle nie jest" :)

Szybko się ubrałem i przygotowałem do jazdy crossa. Wiało z północy, ale wiedząc, że z racji deficytu czasu dziś zrobię tylko gluta nie miałem na tyle motywacji, żeby spędzić go w całości w mieście, więc ruszyłem na zachód - przez Plewiska, potem skręt na Gołuski i Palędzie oraz powrót przez Dąbrówkę i Skórzewo. Delikatnie zmokłem, bardzo niedelikatnie zostałem przewiany, ale robala zrobiłem - choć bardziej była to ucieczka przed chomiczymi zębami niż coś konkretnego:)