Pyskóweczka z wiatrem

Niedziela, 17 maja 2015 · Komentarze(8)
Wczoraj średnio miałem czas na wpisowe elaboraty, wieczorem również, bo z kumplem wybraliśmy się na noc muzeów. Ale nie o chodzi o ten masowy ogólnopolski spęd, a o wyjściu na piwko, gdzie muzealnymi okazami byliśmy my. Jeśli gdzieś istnieje Muzeum Korpo. Ja to pikuś, ale za to kolega uwalił całkowicie, bo zachciało mu się startować do policji i aktualnie został dzielnicowym. Po spotkaniu stwierdziłem, że co jak co, ale wszystko to, co ja przeżyłem w korporacjach to jedynie mały margines głupoty w porównaniu z jego (naszą??) firemką :)

Piwkowanie trochę się przedłużyło, ale na szczęście dziś wolne (jeden, błogosławiony dzionek), więc mogłem sobie pozwolić na dłuższe dochodzenie do siebie i wyruszyć dopiero przed jedenastą. Jak już znalazłem się na dworze to najpierw mnie zgięło w pół, by chwilę później wyrównać z drugiej strony. Nie, nie chodzi o jakieś problemy żołądkowe po wczorajszym :) Tak mi się przedstawił Szanowny Pan Wiatr. Zresztą był bardzo chętny do dalszej rozmowy, przez co w kilku miejscach niemal zatrzymywał mnie w miejscu. Myślałem, że mu się znudzi, gdy będę wracał, ale gdzie tam! Może i mówił trochę ciszej i szybciej, ale wciąż wciskał mi się w ciszę z boku. Zamknął swój pysk łącznie może na dwie-trzy minuty i wtedy w końcu mogłem się lekko rozpędzić. Finalnie - upierdliwy był koszmarnie, nawet nie było sensu z nim dyskutować, więc średnia skończyła się na poziomie, na jakim się skończyła. Cóż, przypomniało mi się czemu nienawidzę gaduł.

Aha, jeszcze dostałem po pysku deszczem. Na bezchmurnym niebie. Ciekawostka :) A Endomondo wciąż się nie chce ukazać. No ale wklejam, może mu się odmieni...

Szybki gnój :)

Sobota, 16 maja 2015 · Komentarze(2)
Jako że cały dzień w pracy, to jeden wielki czasowy GNÓJ (obiad zjadłem piętnaście minut temu, o.... dwudziestej) spowodował dziś wyjątkowo krótki wpis. 

Byłem na rowerze :)

No dobra, jeszcze kilka szczegółów - "kondomik" od strony Komornik przez Stęszew i Mosinę. Zrobiony w miarę dobrych warunkach. Za to od rana wysyp "sobotnio-niedzielnych" szoszonów z misją. Misją "jestem bucem i nie pozdrowię".

Thorgalowo Podgórne :)

Piątek, 15 maja 2015 · Komentarze(3)
"Wiater" cały czas średnio chce odpuścić, zarówno co do siły, jak i swojego kierunku, co oznaczało, że znów czekał mnie choć w przybliżeniu kurs na NW. Czyli - nie dało się uniknąć jazdy przez Poznań. Starałem się zrobić to jednak opłotkami, co w dzisiejszym przypadku okazało się Górczynem, a potem kursem ulicą Bułgarską. W sumie pewnie udałoby się ją pokonać całkiem sprawnie, gdyby nie to, że na jej końcówce stał radiowóz, w związku z czym mój daltonizm oraz nieznajomość pisma obrazkowego trochę przygasły i raz, że zauważałem kolor czerwony na sygnalizacji świetlnej, a dwa że nagle w mojej świadomości wyskoczył prawidłowy, zgodny z opisem drogowców szlak ścieżki na skrzyżowaniu z Dąbrowskiego, dzięki czemu zamiast śmignąć w sekundę przez światła zrobiłem sobie po nich objazdówkę, trwającą pięć minut. No ale dzięki temu co najmniej stówka została w portfelu :)

Potem już prosta droga na Tarnowo Podgórne, gdzie po raz kolejny został przeze mnie doceniony fajnie zrobiony DDR, niestety tam, gdzie się on kończy rozpoczyna się trasa do Lusowa, z tak położonymi i dziurawymi płytami betonowymi, że gdyby ktoś mi jako alternatywę dał przejazd szosówką między Rysami a Orlą Percią to bym się nie zastanawiał, tylko już pakował plecak :) Chwilę potem jako wisienka na torcie ukazała się lusowska ścieżka spod znaku "full kostka, barierki gratis". Gdybym był wierzący to za każde mało parlamentarne słowo wypowiadane pod nosem co dwie sekundy na tych kilku kilometrach dostałbym rozgrzeszenie nawet bez spowiedzi. Końcówka przez Zakrzewo i Skórzewo to już na szczęście praktycznie jedynie asfalt, więc ostygłem.

Pochwalę się, że udało mi się upolować jak dla mnie rarytas, a jednocześnie powrót do dzieciństwa w postaci audiobooków, a właściwie słuchowisk na podstawie... Thorgala. Niby nie wyobrażałem sobie jak można zrobić coś takiego z komiksu, a tu proszę, proszę. Może nie jest to jakość jak polskiej wersji "Gry o tron", ale jest bardzo godnie - miecze szczękają, wicher wieje, drakkary trzeszczą, wilki wyją, a kości pękają aż miło. Idealna sprawa na jazdę polskimi drogami i DDR-ami, między polskimi kierowcami :)


...na nikogo nie czeka...

Czwartek, 14 maja 2015 · Komentarze(2)
Wiatr dziś wciąż silny, do tego północno-zachodni, więc trzeba było pogodzić się z koniecznością jazdy przez miasto, W sumie dawno tego nie robiłem, więc miałem jeszcze jakieś pokłady cierpliwości i zaciskając zęby przepchnąłem się aż do Golęcina. Tam, standardowo przywitał mnie piękny biało-czerwony szlaban, który w tych okolicach (jak wynika z moich obserwacji i liczenia zmarnowanego przy nim czasu) jest zamykany jakoś w momencie, gdy docelowy pociąg opuszcza Szczecin :)

Tak sobie czekałem i czekałem, w uszach dudniły mi dźwięki kryminału Miłoszewskiego. Nagle... Jakoś w momencie starannie opisywanej sekcji zwłok doszło do mych uszu radosne "...łaaaaskawyyyy, byle nie do Warszawyyyyyy!". O co chodzi? Do fabuły nijak mi to nie pasowało, bo akcja "Gniewu" przecież dzieje się w Olsztynie. Rozejrzałem się w panice i zagadka się rozwiązała - za mną przydreptała wycieczka przedszkolaków, wyjących "Jedzie pociąg z daleka". Mając do wyboru - albo dalsze zawodzenie albo szczegółową analizę ścięgien odkrajanych od kości w pośpiechu pogłośniłem na maksa empetrójkę :)

Potem już bez tego typu hardkorowych przygód - kurs na Rokietnicę, tam klasycznie skręt na Mrowino i powrót trasą z Przeźmierowa do Poznania, po którym pokręciłem się (w sumie fajną) ddr-ką przy Bułgarskiej. Endomondo okradło mnie dziś z sześciu kilometrów, ale nic to, bo w swej dobroci nawet nie pozwala się wkleić tak, żeby było widoczne.

Rybka wersja slim

Środa, 13 maja 2015 · Komentarze(15)
Po nocnych ulewach temperatura powietrza wróciła do najlepszej z możliwych, czyli do okolic 15 stopni max. Rano nawet musiałem pod koszulkę rowerową założyć też bieliznę termiczną, co zupełnie mi nie przeszkadza, a wręcz cieszy, bo coś czuję, że jak już przyjdzie TEN pogodowy moment to zostanie nam zafundowana nie nowa Irlandia, a nowa Sahara. A wtedy to ja osobiście przytulam się do lodówki i za żadne skarby nie da się mnie od niej odkleić.

Więc gdyby nie wiatr to jechałoby się wybornie. No ale że wiało, że hoho, a może nawet hohoho, to tak idealnie do końca nie było. Ale też nie będę narzekał - bo czasem nawet ten zachodni wiatr starał się nie przeszkadzać, bo oczywiście o tym, żeby pomagał nie ma mowy :) Zrobiłem dziś na mapie dość często wykonywaną przeze mnie "rybkę" od strony Wirów, Komornik, Trzcielina, w Dopiewie zakręt na Dąbrówkę i przez Skórzewo powrót do Poznania. Z tym, że dziś postanowiłem rybce zafundować kurację odchudzającą i ominąłem Szreniawę, za to fundując sobie testowo podjaździk z Komornik do Rosnowa - z lekkim drżeniem serca, bo kiedyś był tam asfalt z gatunku tych wulkanicznych, a tu proszę - gładziutko, zupełnie jak nie w Polsce. No cóż, o dziwo w naszym kraju przez jakieś cztery lata (bo chyba ostatnio wtedy tędy kręciłem) udaje się wyremontować jakąś dróżkę. Cud!

Aha, opis trasy jest teraz niezbędny, bo z nieokreślonych przeze mnie powodów od wczoraj nie mogę dokleić mapki z Endomondo. Niby pokazuje się link do trasy, ale nie chce się on zaimportować, zamiast tego pokazuje się puste pole. Ktoś wie o sssso chozzziii? :)

Niewolne wolne + filmik

Wtorek, 12 maja 2015 · Komentarze(11)
Niby dziś szczęśliwy dzień, podczas którego nie muszę pojawiać się w pracy, ale z powodu innych obowiązków o żadnym dłuższym wypadzie nawet nie marzyłem. Tym bardziej, że mój organizm jest zaprogramowany w ten dziwny sposób przez jakiegoś tam konstruktora ludzkości, że słowo "wolne" jest rozumiane jako "spać. Długo spać" :) Tym bardziej, że wczoraj się zasiedziałem wieczorem przy pewnej rzeczy, ale o tym później.

Jak już udało mi się pokonać trudną drogę pomiędzy pościelą a podłogą i wyczarować kubek kawy to pomyślałem sobie, że nie ma zmiłuj - rower sam się nie wyprowadzi. Wiatr południowy i południowo-wschodni uświadomił mi, że nie będę musiał pchać się przez miasto, co zdecydowanie poprawiło mi humor. Plan był nieskomplikowany - pięć dych, najpierw przez Luboń i Wiry, potem Stare Puszczykowo, Mosina (Pożegowska obowiązkowo i poprawienie swojego czasu), tam zakręt na Rogalin, w nim nawrót i powrót przez Wiórek i Starołękę. Melduję posłusznie wykonanie zadania.

Dziś lekko zachwiała się w moich oczach pozycja Lubonia jako lidera w klasyfikacji "Ilość Kierowców Bez Mózgu Na Metr Kwadratowy". Powoli drepcze mu po piętach Mosina. Najpierw zjeżdżając z Osowej Góry wyskoczyła mi przed koło Pani z Tapirem na Głowie w samochodzie z tak pokiereszowaną blachą, jakby stłuczka była obowiązkowym elementem każdego wyjazdu. To, jak prowadziła spowodowało, że musiałem zachować o wiele bezpieczniejszą odległość niż zazwyczaj, choć w tym wypadku sugerowany byłby co najmniej kilometr :) Chwilę potem, za zakrętem na skrzyżowaniu w Mosinie w kierunku na Rogalinek wymusiła pierwszeństwo wyjeżdżając z podporządkowanej kolejna paniusia, jakby w ogóle mnie nie widząc. I tu miała szczęście, bo dziesięć metrów dalej stał radiowóz, ale podczas interwencji, więc rozmawiający z kimś policjant na mój gest pokazujący ilość zwojów mózgowych kierującej tylko porozumiewawczo mnie pozdrowił, jakby mówiąc "widziałem, widziałem...".

A teraz to, nad czym siedziałem wczoraj do późna. Reminiscencja z jednego z moich majowych wypadów po górkach. A konkretnie podjazd pod Michałowice i zjazd przez jeleniogórski Jagniątków do Sobieszowa. Trasę gorrrrąco polecam :)


Fajnie (!!!)

Poniedziałek, 11 maja 2015 · Komentarze(14)
Zgłupieć można - dzisiaj znów pogoda do rany przyłóż. Pewnie to dzięki nadchodzącemu Zbawieniu Polski, czyli (CENZURA POWYBORCZA), 20 procentowym słoneczku narodów, JOW-ialnemu ideałowi i białemu Obamie wersji PL. Ups, sorry. Miałem nie siać politycznego fermentu. W końcu o polityce i modzie się nie dyskutuje, a że obydwa tematy składają się tu w jeden i ten sam to inna sprawa :) Koniec, tego akapitu nie było - magisterium z politologii boli jak zły dotyk - całe życie :)

No to jechało mi się się rewelacyjnie. Co prawda wiało z północnego zachodu, ale nie chciało mi się pchać przez miasto, więc wybrałem kierunek "tylko" zachodni, robiąc ciężarną glizdę przez Skórzewo, Dopiewo, Fiałkowo, Więckowice, a potem powrót przez Wysogotowo i Junikowo. I naprawdę nie mam na co narzekać - nawet kierowcy jacyś tacy dziś rozsądni się wydawali. Oczywiście z wyjątkami. Aż się chciało pokręcić dalej i dalej, ale niestety - robota wzywa..

Normalność + o podróży dookoła świata słów kilka

Niedziela, 10 maja 2015 · Komentarze(6)
Uff. Wróciła normalność. Minął ten dziwny trzydniowy okres z pogodą przyjazną rowerzyście, przez który czułem się jak w Matrixie. Wczoraj wieczorem wracałem z pracy już w ulewie, nie idąc, a płynąc, natomiast dziś rano przywitał mnie jakże dobrze znany kumpel - silny, mega silny wiatr oraz pędzące po niebie chmury. No dobra, jakoś tak bardziej życiowo się zrobiło :)

Trasę "rybną" przez Skórzewo, Dopiewo, Trzcielin, Komorniki i Wiry pokonałem walcząc i ze sobą, i z pogodą. O dziwo finalny wynik nie jest taki zły, a ilość wyprzedzonych dziś przeze mnie rowerzystów pozwala mi na jeden podstawowy wniosek - regularność i raz na jakiś czas kursik po górach robią swoje. Miła świadomość. Ostatni kawałek trasy pokonywałem w zacinającym deszczu, co ciekawe towarzyszył mi on cały czas podczas jazdy przez Luboń, a skończył się dokładnie na granicy z Poznaniem. Co tylko potwierdza moją teorię, że nie na Wildzie, a właśnie w Luboniu mieszka Szatan :)

A na koniec, korzystając z ciszy wyborczej i z tego, że nie mogę psioczyć na tę naszą kochaną pato-litykę, a niedziela daje więcej czasu na dłuższe wpisy, kilka słów o człowieku, o którym być może słyszeliście, a jeśli nie to najwyższy czas to nadrobić. Chodzi o Marka Dittmanna, który na przełomie 2013 i 2014 w rok samotnie przejechał świat... rowerem. Tak się złożyło, że miałem i mam go w gronie znajomych na Endomondo i dzięki tej aplikacji miałem możliwość śledzić znaczną część tej wyprawy. Fascynującą sprawą było zobaczyć, jak malutka kropeczka na mapie przemieszcza się przez środek Syberii, a kilka miesięcy później na przykład przez południowoamerykańską dżunglę. Nie będę się za dużo rozpisywał: poniżej link do relacji z jego podróży. Myślę, że warto zobaczyć, jak spełnia się największe życiowe marzenie. Miłego oglądania!

A ja z szacunku dla tak odważnego jegomościa jakiś czas temu zamówiłem u niego, wydaną praktycznie własnym sumptem, książkę, która w sumie jest dłuższym opisem tego, co powyżej. Otrzymałem ją pod koniec marca (nawet z dedykacją) i w sumie miałem o tym wszystkim napisać już wcześniej, ale pokonywała mnie Codzienność. Dziś więc nadrabiam owe niedopatrzenie :)


Statecznie

Sobota, 9 maja 2015 · Komentarze(8)
Trzy dni z mega fajną pogodą przekraczają już moje granice wyobraźni. Jak to tak? Że się po prostu jedzie i ani łba nie urywa. ani nie mrozi, ani nie praży, w ogóle jakoś tak... przyjemnie? Wow... :)

Dziś bez większych kombinacji - najpierw Puszczykowo, Mosina, skręt na Rogalinek, dotarcie do zjazdu na Osadę Mieczewo, nawrót i powrót przez Wiórek i Starołękę. Rowerzystów - miliardy, barw wszelakich, chudych, grubszych, mniejszych wyższych... Co kto lubi. Tak więc jedną ręką dziś pozdrawiałem cyklistów, a drugą odganiałem robactwo, które zaczęło się wylęgać i atakować niczym drony afgańskich terrorystów. Aha, jako że mamy sobotę to kierowcy oczywiście musieli być wszędzie pierwsi, więc jeden z nich wyprzedzał przed Mosiną tak, jakby z przeciwka jechało powietrze, a nie moja skromna osoba, a inny wjechał mi przed kołem z podporządkowanej pewnie w sumie z podobnym wnioskiem. Oczywiście zupełnie przypadkowo rejestracje miały na początku PZ - może na wsiach nie wiedzą, że miejskie galerie handlowe są otwarte dość długo? A jaki mógłby być inny cel takiego pośpiechu? :)

Jeden duży pozytyw - wróciły statki na Wartę! Wreszcie! Radowało to widocznie nie tylko mnie, bo na moście na Hetmańskiej fotki cykało jeszcze trzech rowerzystów. Obym nie zapeszył, ale jest nadzieja na ożywienie losów tej pięknej rzeki.


Osiem dyszek bez zadyszki

Piątek, 8 maja 2015 · Komentarze(6)
Ciężko mi to pisać, ale dziś pogoda była jeszcze bardziej wypasiona niż wczoraj. No i jak tu hejtować rzeczywistość, skoro jest tak fajnie? ;) Do tego jeśli ma się wolny dzień? No i przede wszystkim MOŻNA SIĘ BYŁO WYSPAĆ?

Jak już wywiązałem się z tej ostatniej czynności, wypiłem kawkę i - o dziwo - postanowiłem wybrać się na rower. Szybkie ogarnięcie kierunku wiatru (coś, co w przybliżeniu miało być południowe), spojrzenie na mapę i cel wybrany: kółeczko wokół Czempinia. Oczywiście słowo "kółeczko" dla czegoś, co bardziej przypomina gruchę do wietrzenia otworów nosowych istot, które prawa wyborcze zyskają za jakieś 17 lat, jest lekkim nadużyciem, ale nie czepiajmy się szczegółów.

Ruszyłem zdecydowanie klasycznie, drogą na Stęszew, do którego dotarłem bez żadnych przygód. Nowość. Potem dalej krajową "piątką", gdzie ukazał mi się kierunkowskaz z miejscem, do którego chciałem dotrzeć zawsze, a jakoś nie miałem okazji. No cóż, nie każdy musi mieć marzenia o zdobywaniu Mount Everestu :)

Długo się nie zastanawiając wystawiłem łapę w lewo, z pełnym pędem skręciłem tam, gdzie kierunkowskaz i... szczęka mi opadła. Rzadko zdarza się, że dojazd do danej miejscowości tak zgrabnie jest tożsamy z jej nazwą :)

Bruk chwilę potem zmienił się w czystej postaci piach, więc częściowo idąc, częściowo brodząc trafiłem gdzie chciałem. Chyba, bo żadnej tablicy, że to "to" nie było, za to zza płotu zakładu widocznego z tyłu usłyszałem jakieś nawoływania, co kulturalnie zbyłem, olałem, a urocze Srocko Małe w te pędy opuściłem, bo klimacik rodem z horroru klasy C sugerował, że jak nie będą chcieli tu zjeść moich zwłok, to co najmniej wyjadę stąd z kosą w plecach.

Gdzieś na tej wysokości dostałem info od Żony, że wyjdzie dziś wcześniej z pracy, co rozmyło moje dylematy czy grzać się dziś na stówkę czy jedynie na jej namiastkę. Siłą rzeczy wybrana została opcja numer dwa, czyli pierwotna. W Głuchowie skręt na Czempiń, który pokonałem jakimiś objazdami, które - gdybym nie znał pi razy drzwi topografii miasteczka - zaprowadziłyby mnie pewnie gdzieś w okolice Wałbrzycha Szczawienko, a może nawet Boguszowa-Gorce Zachód.

Przy wyjeździe zauważyłem znak, który działa na mnie jak płachta na byka. Znajdował się on na końcu ścieżki z kostki, której jakoś dziwnym trafem nie udało mi się zauważyć po swej prawej (eh, ta wada wzroku).

Tu jednak czekała na mnie miła niespodzianka, gdyż cały odcinek do Iłówca prezentuje się naprawdę godnie. Oczywiście nie będę zadawał głupich pytań w stylu: "jeśli jechałem tą stroną to czemu muszę ryzykować życie na przecinanie drogi, nie mając ani pasów, ani pasa dla rowerów", bo gdzie w Polsce znajdę na nie odpowiedź? To znaczy wiem gdzie - w radiowozie ("wie pan, nie my piszemy przepisy, ale pilnujemy ich stosowania, tu proszę podpisać mandacik, jakby co odwołanie w ciągu siedmiu dni"), więc bez marudzenia skorzystałem z tego, że muszę :) Tak oto prezentuje się - tak jak napisałem - całkiem fajna DDR-ka, nawet z górkami!


Potem już, mając świadomość, jak wyglądają inne tego typu przybytki w okolicach Poznania, wybrałem trasę, gdzie prawie ich nie było - do Grzybna, stamtąd w Żabnie na Sowinki, potem Mosina i powrót przez Wiry i Luboń.

Fajnie mi się jechało, a do tego jak w tytule - bez zadyszki. Za to mentalnej zawiechy doznałem, gdy podczas popołudniowego spaceru zobaczyłem, co zakwitło na filmowanej przeze mnie ostatnio ścieżce wzdłuż Dębinki. Okazuje się, że to nie DDR-ka, tylko dojazdówka dla Aquanetu! Z zakazem ruchu, także pieszych.... Ręce opadają. Jak dostanę pierwszy mandat w tym miejscu obiecuję zrobić skan na BS.