Po tym, jak puściłem w eter informację, że dziś gdzieś będą dawać za darmo kawę i ciacho, nie musiałem czekać długo na reakcję. Lipciu, czyli Dariusz L., już kilka dni temu zaczął przygotowywać zestaw filiżanek i talerzyków, a wczoraj po południu się potwierdziło - jedziemy do Mosiny, na otwarcie sklepu Bike Inc, który (niestety) przenosi się tam z moich okolic. Ja miałem o tyle łatwiej, że nie musiałem pokonać tym razem całego miasta, w przeciwieństwie do Dariusza, bo jechał z Koziegłów. No ale przecież miałby być ciastka! :)
Umówiliśmy się o 8:30 "u Putina", czyli na stacji Lukoil przy Głogowskiej. Ja, jako że miałem trochę czasu, zrobiłem sobie jeszcze rundkę po Luboniu i trochę na okrętkę dotarłem do ustalonego punktu. Po wymianie kilku zdań, między innymi o pszczołach (a co, trzeba mieć szerokie horyzonty), ruszyliśmy dość żwawym tempem na południe, bo w planie było objechanie mojej stałej trasy, przez Stęszew i Dymaczewo. Śmigaliśmy obok, za i przed TIR-ami na jak zwykle zakorkowanej "piątce", którą na chwilę opuściliśmy, żeby zaliczyć objazd przez Rosnowo, gdzie cisza, spokój i sielska atmosfera. W międzyczasie Dariusz dostał telefoniczne zlecenie od mafii, że coś tam coś tam. Czy jakoś tak :)
Dotarliśmy do Stęszewa, tam - jako, że ze mnie złośliwa bestia - zafundowałem kursik po czymś, co w założeniu ma być ścieżką dla rowerów, a w praktyce nie nadaje się do transportu kartofli, po czym skręciliśmy na jedyny słuszny kierunek - czyli bliżej do ciastek :) Ruch nie był wielki, więc można było luźno pogadać i tak miło dotarliśmy do celu. Zanim jednak trafiliśmy do sklepu to zapadła decyzja o podjeździe pod Osową Górę, tym razem od strony ulicy Spacerowej. Czemu? Bo każdy, kto zaliczył dziś tę hopkę X razy miał mieć tyle samo rabatu na serwis. No cóż.może ten 1 procent to nie majątek, ale co nasze to nasze :)
W końcu główna atrakcja - przywitaliśmy się z chłopakami, rzuciliśmy na muffinki i kawę (ciacha miałby być dla pierwszych trzydziestu klientów, stąd wyjazd niemal o świcie), popodziwialiśmy karbony oraz pogadaliśmy o polskiej mentalności - wczoraj bowiem jakaś paniusia mieszkająca w tych okolicach poinformowała, że zglasza do Straźy Miejskiej i na Policję fakt, że rowerzyści wjeżdżający pod Osową Górę będą stanowić zagrożenie dla pieszych, a nawet samochodów. Rozeszło się po kościach podobno, w sumie trochę szkoda, bo jeszcze pod Osową będąc pałowanym nie wjeżdźałem :)
Zjedliśmy, wypiliśmy - misja została wykonana. Pozostał już tylko powrót - znów z wiatrem bocznym lub w twarz. I tym razem mam na to świadka! W Puszczykowie jak zwykle jakiś troglo zaczął machać łysą główką podczas wyprzedzania, ale cóź, żadnemu z nas nie chciało się przejąć konwersacji. Dotarliśmy na Dębiec, wjechaliśmy na serwisówkę Aquanetu, podziwiając piękny znak zakazu ruchu, chwilę pogadaliśmy i każdy w swoją stronę. Tym razem ja byłem Sprite, bo do domu miałem kilometr. Dariusz jakieś siedemnaście. W sumie szacuneczek - wczoraj zrobił stówkę, dziś osiem dych.
Oto moja dzisiejsza trasa - lekko przerobiona :) Jakby ktoś wątpił co trzyma w pysku miś to jest to muffinka :)
Dzień zawodowo aktywny, co oczywiście oznaczało, że pogoda od rana piękna, niebo bezchmurne, a opady deszczu odeszły w mroki historii. Co zrobić? Trzeba było wstać jak zwykle rano i popedałować. Kierunek zachodni, bo stamtąd miało wiać - przez Plewiska i Gołuski do Dopiewa, tam skręt na Fiałkowo i Więckowice, a powrót trasą numer 307, ze skrętem na Poznań w Wysogotowie. Nie szalałem, jakiś taki zaspany się czułem, więc po prostu nóżka za nóżką zrobiłem swoje.
A teraz o PRM, czyli Poznańskim Rowerze Miejskim. Skrót mi się kojarzy z PMS i chyba nie jest to zbyt daleka od prawdy teoria. O czym poniżej.
Do tej pory z sytemu firmy Nextbike nie korzystałem, bo nie widziałem dla siebie zastosowania. Zmobilizowałem się dzięki informacji, że w poniedziałek (czyli wczoraj) otwiera się kilkanaście nowych stacji, w tym ta jedna, która mnie interesowała - przy pętli tramwajowej na Dębcu. Zarejestrowałem się w weekend, wpłaciłem minimalnie wymagane 10 PLN i postanowiłem w niedzielę zrobić test przed pracą, na krótkim odcinku między Rynkiem Wildeckim a centrum. Wypięcie roweru za pomocą numeru telefonu i PIN-u poszło zaskakująco sprawnie, rower wybrałem pierwszy z brzegu i ruszyłem. Kwestie estetyczne (ten koszyczek...........) pominę, techniczne też (skrzypiał lekko) - ważne, że turlał się do przodu. Zadowolony dojechałem do celu, chciałem zwrócić rower i... nie działał automat. Chcąc nie chcąc musiałem zadzwonić na infolinię (numer stacjonarny) i w ten sposób potwierdzić, że już dojechałem. Do pracy, zamiast być wcześniej, się spóźniłem.
Wieczorem, nie zrażony, a nawet mądrzejszy, bo zainstalowałem sobie aplikację na komórkę (gdzie wyświetla się hipster po każdym logowaniu - boshhh), znów wypożyczyłem rower na tę samą trasę, tylko odwrotnie. Chwilę po wyruszeniu, jakieś 200 metrów od startu, ale już niestety za światłami... spadł mi łańcuch. Spoko, przecież nic takiego, założę. Taaa.... Konia z obrokiem dla tego, kto dostanie się do mechanizmu bez rozkręcania roweru. Tym sposobem dotarłem na przystanek piechotą, z rowerem pod pachą. W międzyczasie uciekły mi trzy tramwaje. W domu byłem 15 minut później niż zazwyczaj.
Wczoraj po południu postanowiłem zrobić test ostateczny i zainaugurować stację na Dębcu (i chyba faktycznie byłem pierwszy). Wypożyczyłem, skierowałem się do centrum, bo miałem kilka spraw do załatwienia. Jechało się w miarę ok, wyciągnąłem nawet średnie przekraczające 20 km/h (hehe), gdy nagle... odpadła mi reklama przyczepiona do tyłu rowerku. Dzięki temu wiem, że mocowane są one na rzepy :) A gdy chciałem zwrócić rower przy Półwiejskiej system mi na to nie pozwolił - znów musiałem dzwonić. Problem w tym, że przez to przekroczyłem bezpłatny cas 20 minut (jechałem około 12, walka z technologią zajęła mi ponad 10) i zeszło mi 2 złote. Nie majątek, ale przez to na koncie zostało mi tylko 8, co uniemożliwia wypożyczenie roweru, do czasu gdy nie będzie znów minimum 10. Eh. I tu ukłon w kierunku administratorów systemu - dla zasady napisałem maila z opisem sytuacji i rano miałem te astronomiczne 2 złote zwrócone. Miło.
To, że w 99% przypadków, gdy mam dzień odpoczynku od pracy to pada deszcz, jest tak samo przewidywalne, jak męczące. Powinienem być wspierany przez jakieś lobby rolnicze, które w przypadku przedłużającej się suszy wychodziłoby na ulice z transparentem "Dać mu wolne!". I byłoby z głowy - płody by kwitły, że hoho.
Plusem jest to, że mogę się wtedy wyspać - dziś pobiłem jeden z rekordów, bo leniłem się do dziesiątej. O dziwo po zjedzeniu śniadania i wypiciu kawy deszcz zaczął zamieniać się w deszczyk, ten w mżawkę, a ta z kolei w końcu ustała. Hmm. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. W sumie to nie trzeba było powtarzać ani razu :) Jak zwykle w takich przypadkach odkurzyłem crossa, ubrałem rezerwowe ciuchy i w drogę. Pora jak na mnie dość dziwna, bo po 11:30, ale nie miałem zamiaru wybrzydzać. Pokręciłem bez kombinowania: "rybkę" od strony Plewisk, Skórzewa, Dąbrówki, Dopiewa, potem skręt na Trzcielin i powrót przez Komorniki i Luboń. Wiatr wciąż co najmniej umiarkowany, a momentami koszmarnie upierdliwy.
Na jednym z ostatnich odcinków, podczas zjazdu z Wirów do Łęczycy spadł mi łańcuch, i to tak chamsko, że musiałem otworzyć jednoosobowy punkt serwisowy i odkręcić osłonkę na korbę, bo inaczej nie chciał się wykręcić. Całe szczęście, że wożę ze sobą podstawowe narzędzia, bo inaczej jeszcze bym w tej chwili dreptał z rowerem na plecach. A pech - że nie zabieram ze sobą przenośnej kabiny prysznicowej, bo łapy miałem uwalone jak polski hydraulik w latach 90. po pierwszej robocie na czarno w niemieckiej toalecie.
Podczas jazdy z chmur nie spadła już ani kropla deszczu. Widocznie lobbyści jeszcze zwierają szeregi.
To nie u mnie. Dziś wyszła u mnie niedziela pracująca :/ W związku z tym zwleczenie się z łóżka musiało nastąpić wcześnie, bo po siódmej, żeby delikatnie po ósmej ruszyć w trasę. Jako że był ranek, był dzień święty i w ogóle zero ruchu na ulicach to przejechanie pierwszych 500 metrów zajęło mi zaledwie... dziesięć minut. Kij z dwoma wahadłami na Dębcu, ale szlaban zamknął mi się przed pyskiem i już wiedziałem, że zanim się rozgrzeję będę miał okazję zrobić sobie odpoczynek, dzięki tutejszym słynnym dróżnikom, którzy zamykają rogatki w Poznaniu gdzieś chwilę po otrzymaniu informacji, że pociąg wyjechał z Leszna. Na wszelki wypadek.
Potem Luboń, dla którego pojęcie "niedziela" nie istnieje, a na światłach kwitnie się tak samo jak w dni pełne korków, Wiry, Puszczykowo, Mosina, Dymaczewo i skręt na Będlewo, gdzie nawróciłem. Nie się, tylko rower, coby nie było :) W międzyczasie oczywiście zmienił się kierunek wiatru, więc miałem w pysk, ale lata doświadczeń spowodowały, że dziwię się temu jedynie częściowo.
Jadąc znów przez Mosinę, zaraz za Tesco (a bardziej "tesco", i to z małej), przy niedawno zbudowanym pasażu zobaczyłem, że ktoś mnie pozdrawia. Jako że był to ten jedyny moment, gdy wiaterkowi zachciało się łaskawie chwilowo mi pomagać to zdążyłem tylko odmachać ze zdziwieniem, ale kątem oka zauważyłem samochód z rowerami na pace, a na witrynie napis "Bike Inc." Cholera, przecież to mój zaprzyjaźniony serwis zaraz pod domem! Na rondzie kawałek dalej, długo się nie zastanawiając zrobiłem pełne kółko, żeby się cofnąć i chwilę później gadałem z chłopakami ze sklepu. Co się okazało? Remonty, wahadła i całkowite odizolowanie od świata żywych placówki na Dębcu, przy Czechosłowackiej, przez służby budujące przejazd pod torowiskiem ich wykończyły, zaczęli szukać nowej lokalizacji - i stanęło na Mosinie. Wybór może dziwny, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że będą centralnie widoczni przy zjeździe z podpoznańskiej mekki rowerowej, czyli Osowej Góry to... może jest w tym metoda? Minus jest taki, że stracę zaufane służby szybkiego reagowania spod nosa, ale już dostałem obietnicę pomocy na miejscu, a nawet poza, "jakby co" oraz darmowych kaw. A przy okazji - dziś się jeszcze montowali, ale w środę jest otwarcie, więc od rana można wpadać na gratisowe ciacho i dawkę kofeiny. Może nawet sam się wybiorę - gdzie gratisy, tam i ja :)
No i w końcu ktoś pochwalił moje lusterko przy szosie :)
...a szczególnie czytanie Bikestatsa. Gdyby bowiem nie dowiedział się od Remika, który z kolei dowiedział się od StarszejPani, która z kolei... (tu już nie wiem), że jest droga do Rokietnicy przez Starzyny (i że w ogóle jest taka miejscowość), która pozwala ominąć wahadło w Kiekrzu, które jak dowiedziałem się od Dariusza zostało już opuszczone nawet przez drogowców, to... bym nie wiedział :) A jeśli ktoś pogubił się w poprzednim zdaniu to już tłumaczę - okazuje się, że można sobie jednak ułatwić życie, przy okazji zwiedzając nieznane wcześniej rejony, po gładziutkim asfalcie, przerywanym niestety co jakiś czas progami zwalniającymi - no ale nie ma co narzekać. Problem miałem tylko w praktycznym zastosowaniu instrukcji "w Kiekrzu nie skręcaj, tylko jedź prosto". Bo jak się okazało "prosto" było dwa razy - raz bardziej w lewo, raz bardziej w prawo :) Wybrałem bramkę numer dwa i o dziwo trafiłem. Chwilę później miałem jeszcze za sobą hopkę (jupi) i radośnie kręciłem aż do Rokietnicy, mijając innych rowerzystów, którzy też jakimś cudem znali ten objazd (też czytają BS?).
Potem szło (jechało) już standardowo, do Mrowina, następnie Napachanie, Baranowo i powrót wzdłuz Bułgarskiej na Dębiec. Wiatr w końcu trochę odpuścił, ale nie przesadzajmy z pochwałami - do lekkiego zefirku delikatnie smagającego lico sporo mu brakowało. Za to w końcu - mimo jazdy w znacznej części po mieście - udało się wykręcić średnią, przy której się nie czerwienię ze wstydu.
Na odcinku między Mrowinem a Napachaniem jak zwykle niemal zmiażdżył mnie kretyn wyprzedzający z naprzeciwka jakbym nie istniał. Kilkadziesiąt metrów później minąłem samochód, do którego wsiadał mężczyzna z dzieckiem na ręku. Chwilę wcześniej stawiali znicz przy przydrożnym krzyżu. Moje przygnębienie tym widokiem trwało tylko moment, bo kolejne kilkadziesiąt metrów dalej... niemal zmiażdżył mnie kolejny kretyn wyprzedzający z naprzeciwka jakbym nie istniał. No ludzie.......
Wczoraj pływałem, dzisiaj fruwałem. Szkoda tylko, że albo do tyłu, albo na boki. Tak wiało. Jazda na ukos i/lub z głową na wysokości nypli od szprych (tych bliżej ziemi) nie pomagała. Posuwanie się do przodu zdecydowanie było dziś de mode. I przereklamowane. Miałem nadzieję, że choć podczas powrotu (trasa - Poznań, Skórzewo, Dopiewo, Więckowice, Zakrzewo, Wysogotowo, Poznań) wiatr będzie mi pomagał, ale - nie będzie zaskoczenia - no jakoś mu się specjalnie nie chciało. Stąd średnia - idealnie taka sama jak wczoraj, czyli masakryczna.
"Przyjemność" dzisiejszej jazdy wspomagały jeszcze trzy zamknięte przejazdy kolejowe oraz łącznie pięć wahadeł, jakie miałem na trasie. W sumie to teraz jak gdzieś wyruszam i nie ma tam objazdu to czuję się niepewnie i rozpoznaję u siebie stany lękowe. Zwycięzcą piątku zostało wahadło w Skórzewie, na którym spędziłem dobre pięć minut, przeczytałem zaległe maile, uciekłem przed skręcającą wywrotką oraz z nudów opróżniłem połowę bidonu. Czekam na kolejne tego typu atrakcje - drogowcy, nie ociągajcie, jest przecież tyle dróg do pozamykania! :)
...ten leje jak z cebra. Czy jakoś tak. Mogłem coś pomieszać. Ale to i tak nieważne, bo w moim przypadku przysłowie było wręcz odwrotne - dostałem nauczkę za to, że z okazji wolnego dnia postanowiłem się wyspać. Bo gdybym zwlekł się z łoża choćby pół godziny wcześniej to wróciłbym z wyjazdu może nie suchy, ale na pewno nie musiałbym pokonywać ostatnich dziesięciu kilometrów kraulem. No ale nie wstałem.
Za karę mogłem sobie powtarzać w głowie hasło: Luboń drugą Wenecją, bo to właśnie tam zastała mnie monsunowa kumulacja, która spowodowała, że ulice zamieniły się w wodne kanały. No dobra, z tą Wenecją trochę przesadziłem - bardziej pasuje Wenera ;) Do domu dotarłem na czuja, bo nie widziałem prawie nic, a jeśli dodać do tego wiatr, który dziś mordował i mordował - dostałem za swoje, a średnia z gatunków tych z paraolimpiady mówi sama za siebie. Ale - powtórzę - i tak to lepsze niż ostatni rozgrzany piekarnik, po którym mam senne koszmary do dziś.
Trasa - "kondomik" od strony Komornik i Stęszewa przez Dymaczewo, Mosinę i Puszczykowo. Z dnia wolnego miałem tyle, że do kompa w celu dodania wpisu usiadłem po dwudziestej. A w kolejnych dniach tajfuny mają trzymać poziom - sweet :/
Mało brakowało, a dzisiejszy wpis dodawałbym z sali szpitalnej albo z kostnicy. W tej drugiej przynajmniej nie narzekałbym na gorąco - tę informację dodaję na wszelki wypadek, gdyby ktoś mi zarzucał zbyt duży pesymizm... Wszystko dzięki szanownemu panu puszkowo aktywnemu. I to aż za bardzo, bowiem na ulicy Głogowskiej, na wysokości giełdy odzieżowej, tak się wyrwał z przejazdem przy pełnej prędkości na drugą stronę i chciał wjechać na posesję, że nie raczył zauważyć, że przed nią znajduje się DDR-ka. Na której z kolei znajdowałem się ja, pędzący już do domu. I pewnie gdyby nie mój refleks i mało kulturalne słowo wykrzyczane z dość sporym akcentem na "rrrr" to... no właśnie - dzisiejszy wpis dodawałbym z sali szpitalnej albo kostnicy, gdzie nie narzekałbym na gorąco.
Na szczęście się udało. O milimetry. Mój skręt, pisk opon, nagłe hamowanie i przerażenie w oczach kierowcy (swoich nie widziałem) - ale bez ofiar. Gdy po chwili ochłonąłem zobaczyłem, że pan puszkin bezradnie rozkłada ręce, jakby nie wiedział co się stało. Zapytałem tylko: "może jakieś przepraszam, cokolwiek?", na co otworzył drzwi i faktycznie się zreflektował. Pożegnałem się chłodno, życząc na przyszłość włączenia funkcji "myślenie". Oj, po raz kolejny przekonałem się, że najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi dla rowerzystów jest ścieżka rowerowa. Ile razy można?
A sama dzisiejsza trasa po nocnej burzy, mimo bardzo silnego miażdżącego wiatru, była tak samo nieskomplikowana, jak i klasyczna - "samochodzik" przez Wiry, Komorniki, Trzcielin, Dopiewo i Skórzewo. Przetestowałem mój nowy nabytek za jedyne kilkanaście złotych - i w końcu mam to, czego tak bardzo brakowało mi na szosie. Widzę czy jedzie za mną milicja :)
Raz na jakiś czas są takie dni, kiedy muszę pojawić się na zebraniu w robocie przed jej rozpoczęciem, w ramach zwrotnych nadgodzin. Jest to jedyna okazja, żeby dumnie wjechać do swojego zakładu pracy chronionej w pełnym rowerowym rynsztunku i na przekór wszystkiemu zaparkować dwa kółka na jego środku. I niech mi ktoś spróbuje go ruszyć! :) Dziś był właśnie taki dzień - ósma godzina dla nieprzyzwyczajonego organizmu to środek nocy, ale jakoś udało się wyrobić na czas, mimo że zafundowałem sobie dojazd naokoło, przez Górczyn i ulicę Głogowską. O dziwo całość okazała się w miarę przejezdna.
Po obgadaniu niezbędnych dla ogółu ludzkości korpospraw można było jeszcze trochę pokręcić przed popołudniowym dyżurem. Ponownie przepchałem się przez miasto i pojechałem standardowo - do Mosiny, tam skręt na Rogalinek i powrót przez Wiórek i Starołękę. Jadąc na Dębiec zaliczyłem słynną "smaczną" ddr-kę wzdłuż Dolnej Wildy, która przestała nią być zanim powstała, a aktualnie jest na niej zakaz wjazdu i ruchu pieszych. Co oznacza, że jedzie się wybornie - polecam :)
W domu zobaczyłem mapkę z trasy. Hmmmm.... Od razu zabrałem się za uzupełnienie niedoróbek :) Pewnie
jakiś behawiorysta czy inny miłośnik Freuda by napisał widząc powyższą
rycinę: "Kształt takiego właśnie owada, wynikający z odwiedzenia miejsca
zatrudnienia, wskazuje, że obiekt traktuje swoją pracę jako mrówczą,
być może bezcelową, ale jednocześnie mimo wszystko w jakiś sposób
twórczą. Wypustka w Starym Puszczykowie może świadczyć o chęci
uwolnienia się z niej, ale fakt powrotu na wcześniej wybrany cel pozwala
stwierdzić, że ciężko się z niej wyrwać, czy to ze względów
wygodnictwa, czy być może satysfakcjonujących na swój sposób warunków.
Podsumowując: obiekt jest głębokim degeneratem i należy go rozstrzelać"
:) Na szczęście nie ufam psychiatrom, psychologom, polskim katolikom
oraz objazdowym handlarzom odkurzaczami, więc bym się nie przejął
powyższą analizą :)
Było znów gorąco, było też wietrznie (z boku). Ale do przeżycia.
Dziś, po powrocie do codziennego kieratu, na porannej przedpracowej objazdówce rowerowej było wszystko to, co najlepsze.
Deszcz! Jakieś 10 minut po starcie.
Silny wiatr! Praktycznie od początku, jak zwykle z fochami co do kierunku.
Chmury zbierające się nad głową i grożące mega ulewą! Przez co najmniej połowę drogi.
A czemu to wszystko, co zazwyczaj mi przeszkadza było dziś tak fantastyczne? Bo nie było upału i nie było słońca. Do tego dało się oddychać, a nie łapać każdy oddech jak ksiądz-pedofil południowoamerykańskie dzieci w dżungli. Cudownie! :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"