Słabizna

Sobota, 25 lipca 2015 · Komentarze(13)
Powrót na płaszczyzny i na szosę okazał się niestety średnio udany. Na samym początku, gdy musiałem ostro hamować urwało mi się to moje anty-pro lusterko (a było tak genialnie nieprofesjonalne, że aż się w nim zakochałem), a potem poziom decybeli w prawym pedale zaczął przekraczać normy stosowane choćby przy F-16. Zatrzymałem się i stwierdziłem, że jego wnętrze już nie istnieje, jest tylko powłoczka, która może w każdym momencie odpaść. I tak to, jako że i tak miałem jechać na południe, ustawiłem sobie plan wycieczki - przez Starołękę, Czapury i Rogalinek do Mosiny.

Tam wjechałem sobie na Osową. No bo przecież górek ostatnio miałem mało :) Wjechałem, zjechałem (prędkość max 63 km/h), a chwilę później zgrabnie wpasowałem się w drzwi serwisu i niemal nie zsiadając z roweru poprosiłem o nowe pedały, które przy gadu-gadu na miejscu mi wymieniono. Pożegnałem się i pokręciłem tą samą trasą z powrotem, już bez kosmicznych odgłosów z okolic prawej stopy.

Wiatr - dość silny - najpierw wiał mi w twarz, a potem się zmienił i zaczął z boku. Słodko. Ale i tak nie tłumaczy to mojej masakrycznej średniej. Nie wiem czy to kwestia przemęczenia, czy może temperatury, bo jak zwykle zdycham od 25 w górę, w każdym razie jestem mega zdziwiony swoją słabością. Fakt faktem, że o dziwo Strava pokazała lepszą, równe trzy dychy, ale pewnie to jakiś błąd po aktualizacji. A zresztą, co mi tam - olać średnią, ważne że kolejne pięć dyszek wleciało :)

Kapella z miasta JG

Piątek, 24 lipca 2015 · Komentarze(7)
Kategoria Góry
Ostatni dzień w górach. No bo ile można? Wiem, wiem, można :) Ale trzeba kiedyś wrócić.

Postanowiłem na pożegnanie zaliczyć kierunek dawno nieodwiedzany. Nie dlatego, że jest jakoś szczególnie ciężko dostępny, ale z powodu bardziej błahego - po prostu mi się nie chciało. Dziś jednak nie mogłem sobie odmówić i za jeleniogórskim Zabobrzem rozpocząłem orkę, czyli 7,5-kilometrowy podjazd pod Kapellę. O dziwo podróż w tę stronę minęła, głównie dzięki serpentynkom, dość szybko, oczywiście jeśli tak można nazwać mój wyścig z rodzinką średnio przytomnych ślimaków oraz grupką dżdżownic na kacu. Przegrany oczywiście. A że na ostatnim kawałku pojawił się mój ulubiony znaczek to byłem w siódmym niebie. Czy piekle? Coś tam było :)

Po którejś z kolei serpentynce mój kąt widzenia świata udało się uchwycić na tym oto obrazku z rąsi.

Zatrzymałem się tylko raz, na focię z krzaków. Żałowałem, że nie wziąłem tym razem kamerki, bo byłby przyzwoity filmik. Głupi ja, oj głupi.

Gdy już dotarłem na górę, do nomen omen Podgórek, to zawróciłem i moje oczy ucieszył widok znaku z pierwszego zdjęcia, tylko że odwrotny. No i o dziwo w tę stronę poszło zdecydowanie szybciej :) Na samym końcu, między Jeżowem a Jelenią ponownie pożałowałem braku sprzętu do nagrywania, gdy minął mnie autobus z wrocławskimi blachami dosłownie na gazetę.

Wróciłem do zabobrzańskiego punktu wyjścia i stanąłem przed dylematem gdzie jechać. Postawiłem banalnie na miejsce uwielbione, czyli Rudawy. Bez kombinowania objechałem je trasą przez Radomierz, Janowice, san fran Trzcińsko, Bobrów, Wojanów i Łomnicę. Spokojnie, noga za nogą. Po po co szybciej, skoro się nie da, a zawsze istnieje ryzyko, że jakiś element roweru odpadnie? :)


Akumulatory naładowane, higiena umysłu wykonana. Można wracać.

Sam i swój

Czwartek, 23 lipca 2015 · Komentarze(2)
Kategoria Góry
W końcu pogoda stała się znośna. Co oznaczało w praktyce, że nie można było już spalić się od słońca i temperatury po minucie przebywania na dworze, za to chwilę po wyruszeniu zaczęło kropić, potem padać, a potem lać. Ale wszystko lepsze niż klimat subsaharyjski, więc nie miałem zamiaru narzekać, tylko bez marudzenia odgarniałem fale i płynąłem dalej. Aż przestało.

Celem wycieczki było dziś miejsce jednakowoż kultowe, jak i zapyziałe. Wszystkim, którzy bez czytania tego zdania zgadli, że chodzi o Lubomierz, czyli miasteczko znane z tego, że jest znane z "Samych swoich" - gratuluję :) Położone toto jest z boku od wszystkiego, a odżywa tylko raz do roku, podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Filmów Komediowych. Trafić niełatwo, ale mimo wszystko warto, bo okolica to prawdziwy polski trzeci świat i śmiało mogłaby służyć za żywy skansen.

Kręciłem przez Pasiecznik, następnie Wojciechów i zadupiami dotarłem do stolicy Kargula i Pawlaka. Trasa jest o tyle zadziwiająca, że ma się wrażenie, że w 90% prowadzi pod górę i pod wiatr. A może to nie tylko wrażenie? W każdym razie hopek z gatunku XXXXXL jest tam sporo, czemu tylko wszystkie prowadzą pod górę? Ostatni etap to istna ścieżka tropem niebieskich kapliczek, takich jak na zdjęciu poniżej.


W samym Lubomierzu spotkałem dobrych znajomych, wciąż żywych...

...oraz panteon gwiazd, niekoniecznie wszystkich żywych. Dla tych ze słabym wzrokiem napiszę, że w miasteczku pojawili się m.in. Cybulski, Lorenc, Dębski, Dymna, Śleszyńska, Chęciński, Lubaszenko, Kuc, Siudym, Mikulski, Celińska, Kilar, Tym, i wielu, wielu innych. W tym i ja na swoim trupie :)

Oto panorama Lubomierza. Nie ma co, do najbardziej imponujących nie należy:

Zaliczyłem jeszcze dla kontrastu naprawdę imponujący - Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i św. Maternusa w Lubomierzu. Imponująca jest też długość nazwy :)


Tyle było zwiedzania. Pokręciłem się jeszcze kawałek po okolicy, spotkałem i pozdrowiłem kolarza z gatunku "sympatyczny pan na rowerze w wieku lekko ponad średnim" i zawróciłem. Tą samą drogą, po tych samych górkach, pod ten sam wiatr i znów pod górę. I - na końcu - znów z tym samym deszczykiem. Kocham tę trasę :)

Jajecznica górska

Środa, 22 lipca 2015 · Komentarze(8)
Kategoria Góry
Po dwóch dniach wstawania w godzinach przynależnych skowronkom i innym chorym umysłowo w tym względzie istotom żywym, dziś poszalałem i spałem do godziny 7:30. A co, ma się w końcu urlop :) I tak było już późno, bo gdy ruszałem po ósmej to piec do gotowania rowerzystów już był na pełnych obrotach. Postanowiłem pojechać na wschód, bo niby stamtąd miało wiać, a poza tym miałem nadzieję zaznać tam choć trochę cienia.

Najpierw jednak, gdy już wyjechałem z jeleniogórskiej Maciejowej, postanowiłem zaliczyć dawno nie odwiedzany podjazd do Kaczorowa. Godna to górka, szczególnie w upale. Jakoś się wdrapałem, choć lekko nie było, za to w nagrodę dostałem zjazd z fajnym widoczkiem i przede wszystkim możliwością rozpędzenia się, nawet tym moim klekotem, do ponad sześciu dych.

Po skręcie do Radomierza trasa zrobiła się już bardziej "codzienna", czyli objeżdżana raz na cztery miesiące - Janowice Wielkie, Trzcińsko, podjazd przełęczą do Karpnik. Na górze się na chwilę zatrzymałem i na raz poszła połowa Powerade. Druga poleciała kilka kilometrów dalej, a reszta o suchym pysku. Planowanie taktyczne nigdy nie było moją mocną stroną :) Potem Krogulec i przed zjazdem do Bukowca jeszcze chwila na podziwianie moich ukochanych Rudaw oraz kawałka Karkonoszy.

Wróciłem trasą przez Mysłakowice, gdzie słoneczko zrobiło ze mnie jajecznicę. I to na dobrze wysmażonym boczku.

Na końcu zaliczyłem objazd obwodnicy Jeleniej Góry w kierunku z Wrocławia na Karpacz. I powiem tak: takie ścieżki jak tu możecie mi budować i budować i budować. I budować. A ja naprawdę wtedy nie będę miał na co marudzić. Chyba to warte wylanego asfaltu :)

Średnia - jak to na góralu - klasycznie masakryczna :)


Bezplan wykonany

Wtorek, 21 lipca 2015 · Komentarze(5)
Kategoria Góry
Dziś będzie o tym, że plany planami, zapowiedzi zapowiedziami, a i tak wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Wczoraj, kładąc się późno spać, miałem w perspektywie wczesny rodzinny wyjazd na czterech kołach w Góry Stołowe oraz myśl, że przecież nie jestem kretynem, wstanę co prawda wcześniej, zrobię może te trzy dyszki przed trasą, ale nie będę zwlekał się przecież z wyra o szóstej rano!

Gdy już wstałem o szóstej rano to... :) stwierdziłem, że dam sobie szansę. Kurs, nawet bez sprawdzania prognoz, na południe. Bo po prostu tam mi się chciało. Pierwsze takty mojego pokracznego tańca z "góralem" poszły ciężko - jechało mi się mega dziwnie, w ogóle nie mogłem się rozpędzić i zastanawiałem się w czym rzecz, nawet zatrzymując się w celu sprawdzenia stanu ilości powietrza w kołach. Przebrnąłem jakoś przez Mysłakowice, dotarłem do Ścięgien, z których powlokłem się do dolnych rejonów Karpacza. Dopiero przed nim zauważyłem fagi niemal urywające się ze słupów - co zgodnie z zasadami dedukcji wskazało, że cały czas wiało mi w pysk. Zagadka się wyjaśniła. Słoneczko zajaśniało nad mym umysłem! Tym bardziej, że jeszcze wtedy świeciło tak:

Ok, czyli fajnie, wyszukam ten jedyny kierunek i będę miał średnią w okolicach trzystu, pomyślałem. Pierwotnie miała to być trasa na zachód, w kierunku Sosnówki, ale... po zjeździe z Karpacza zaczęły gonić mnie ciemne chmury. Kolejna dedukcja - to może oznaczać deszcz. Zweryfikowałem plany i "pędem" z powrotem, praktycznie tą samą trasą. Ale co tam ja przy siłach przyrody - opady dopadły mnie zaraz za Mysłakowicami. I tak to właśnie płynąc w coraz mocniejszej wodzie pod, nad i przede mną dotarłem do Jeleniej. I byłem już praktycznie pod domem, już wchodziłem na klatkę, gdy... padać przestało.

Dylemat polegał na tym, że i tak wszyscy wiedzieli, że będę później. Z drugiej strony kręcenie po kałużach uśmiechało mi się średnio. Ale lepszy uśmiech średni niż nijaki i w try miga podjąłem decyzję - kurs na Staniszów. Niby tam górki, niby podjazdy, ale z serii lżejszych, idealnych na niepogodę. Która z trasy wyglądała już tak:

Podjechałem, zjechałem, cały usyfiony spojrzałem na tak samo zabłocony licznik, który znów zachował się jak waga jakiejś panny przy kości, i - mimo wszystko zadowolony z siebie - zaparkowałem w domu.

A potem już zaplanowana wycieczka po Górach Stołowych. Kilka zdjęć z genialnych tamtejszych skałek, niestety zrobionych w koszmarnym świetle:

Muminki:

Grzybek:

Oraz to, co zostawiają w lesie te co bardziej dorodne trolle po konsumpcji:


W(leń)

Poniedziałek, 20 lipca 2015 · Komentarze(2)
Kategoria Góry
Urlop oficjalnie uważam za otwarty. Mam to szczęście, że mogę połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli wypocząć w górach i jednocześnie nawiedzić rodzinę. Co jest w tym duecie przyjemnością - nie będę wyjaśniał :)

Dziś inauguracja - wiatr od rana dość silny wskazywał kierunek północno-wschodni. Szybkie spojrzenie na mapę i kierunek zgodny z moim nastawieniem do jazdy - leń. Z "w" na początku. Wyszedł Wleń. Wyniosłem z piwnicy trupa, czyli starego górala, oceniłem jego zdolność do jazdy w skali od 1 do 10 na 0,9, dopompowałem i ruszyłem. Jak żółw ociężale i tak dalej.

Najpierw podjazd pod Strzyżowiec - minus. Potem zjazd ze Strzyżowca - plus. Co prawda podczas powrotu minus miał stać się plusem i odwrotnie, ale starałem się o tym nie myśleć. Przejechałem Pilchowice i zgrabnymi zakrętasami dotarłem do Wlenia. Przejechałem przez rynek, minąłem immanentnych w takich miejscach koneserów win z półek najniższych, minąłem ratusz i... wyjechałem z Wlenia :) Pokręciłem kawałek dalej za i postanowiłem zawrócić, mając w głowie już pewien cel - odgałęzienie z trasy, prowadzące do ruin zamku. Byłem tam już kilka razy, ale nigdy rowerem. Kilometr dalej przypomniałem sobie czemu - bo nie jestem sadomasochistą :) Wjazd zacny, widoczki zacne, tylko czemu człowiek musi się tak męczyć?

Zamku jako takiego obejrzeć nie miałem zamiaru, bo z rowerem to rzecz niewykonalna, zadowoliłem się tylko kawałkiem murów i mogłem - dosłownie - zjeżdżać.


W drodze powrotnej nie mogłem sobie pozwolić na odpuszczenie tamy w Pilchowicach - zawsze pięknej, dziś jednak niestety z bardzo niskim poziomem wody. Co kontrastowało lekko z zalanymi przez wczorajszą powódź drogami. Wjechałem, cyknąłem fotki i zjechałem, a bardziej spłynąłem wśród błota.



Potem już powrót swoimi śladami. I spojrzenie na średnią - masakra. Choć przyznać trzeba, że trochę musiałem się dziś napocić podczas walki z wiatrem, podjazdami i... rowerem.

PS. Z góry przepraszam za opóźnienia w komentarzach i wpisach. Jest późno i w końcu warto się położyć. W miarę czasu nadrobię. Jutro jeśli już to zapowiada się jakaś krótka rundka, bo w planach wycieczka na czterech kołach, dość wcześnie.

Dzisińść tysi :)

Niedziela, 19 lipca 2015 · Komentarze(14)
No to oficjalnie - dziesięć tysiaków a.d. 2015 pyknięte. Biorąc pod uwagę, że mamy lipiec to na 100% jest to mój rekord. Mogę spokojnie iść na tygodniowy urlop - zgrabnie się to złożyło. Na wolnym pewnie coś mi się uda pokręcić, ale bez spiny - jak się nie da to nie. W końcu czas odpocząć. A że najlepiej na rowerze to inna sprawa :)

Dziś trasa na wschód - przez Starołękę, Krzesiny, Tulce, Paczkowo, Swarzędz. Po nocnych opadach temperatura i klimat wczesnym rankiem były genialne, jedynie co przeszkadzało w jeździe to... no co? no co? Oczywiście całkiem spory wiaterek. Nie chciało mi się rozpędzać, bić rekordów, po prostu celem było pięć dych i tyle.

Jednak na końcu, gdy jadąc wiaduktem w Antoniku "podziwiałem" nowo zakwitłą koło zakładów VW ddr-kę z klasycznej kostki, otoczoną biało-czerwonymi barierkami (polska myśl technologiczna ma się dobrze) zobaczyłem, że jakiś kolarz w czarnym stroju robi trzy podstawowe błędy:

1. wyprzedza mnie;
2. robiąc to nie pozdrawia;
3. wykonuje ten manewr podczas podjazdu.

Punkty 1+2 zirytowały mnie w tym samym stopniu :) Chwilę później siedziałem już mu na kole, obserwowałem jak walczy, jak się skupia, jak poci, do końca wjazdu, potem zjazdu, chwilę odczekałem na płaskim i podczas kolejnej hopki zacząłem wyprzedzać owego - jak widziałem zirytowanego tym faktem - jegomościa. Miałem nadzieję na trochę rywalizacji, ale gdzie tam - koleś na wysokości cmentarza na Miłostowie spuchł, odpuścił i mogłem tylko go obserwować jak staje się coraz mniejszym punkcikiem w moim anty-pro lusterku. No cóż, niedzielny lansik znów się nie udał. Przykro :)

Wcześniak

Sobota, 18 lipca 2015 · Komentarze(9)
Dziś motywatory do wcześniejszego wstania były dwa: przymus pojawienia się w pracy na 11-tą (nie do przejścia) oraz zapowiadany na późniejsze godziny ukrop (nie do przejścia). Bohatersko udało mi się zwlec z łóżka w granicach 6:40 i kilkadziesiąt minut później ocierając z czoła pot, który pojawił się nanosekundę po wyjściu na dwór, ruszyć. Szanując swoje zdrowie psychiczne nie miałem zamiaru kombinować z jakimiś wyszukanymi trasami i pojechałem w tę i nazad - przez Mosinę ido Sulejewa plus nawrót.

W nocy prawdopodobnie padało. Możecie mówić mi "Sherlocku", bo wydedukowałem to z wysychających powoli kałuż. Ale nie tylko, bo jadąc przez Wielkopolski Park Narodowy ćpałem i zaciągałem się TYM zapachem mokrego lasu. Najlepszym na świecie. W Luboniu, gdy dziarsko jechałem wszystkim, co możliwe, a co nie było podobno istniejącym tam kostkowym ciągiem pieszo-rowerowym, wyprzedził mnie radiowóz - ale o dziwo chłopaki zachowały się tak, jak powinni - czyli nie zwrócili na mnie uwagi :)

Zdążyłem przed największym ukropem, ale i tak wylądowałem w domu w formie skroplonej. Na ostatnim odcinku - jak w 99% przypadków - zamknął mi się przed nosem przejazd kolejowy za Łęczycą, więc pojechałem objazdem. Dzięki temu spotkała mnie rzecz szokująca - na Opolskiej w Poznaniu, chwilę po tym jak zwolniłem, żeby przepuścić mający zamiar wyjechać z zatoczki autobus linii 75, dostałem od kierowcy tegoż to pojazdu podziękowanie światłami. No proszę - kulturalnie koegzystować na tej wspólnej asfaltowej przestrzeni można? Moszna :) Trzeba tylko chcieć.

Spokojnie

Piątek, 17 lipca 2015 · Komentarze(8)
Dziś, gdy rano "otwarłem se internety", przeżyłem lekkie deja vu - dokładnie tak jak wczoraj prezentowała się bowiem analiza kierunku wiatru. Na szczęście nie wyglądało na to, żeby wiało jakoś mocno, więc stwierdziłem, że jadę na czuja. Tym czujem był wschód. Oczywiście jak zwykle wybrałem źle, bo gdzie zakręciłem tam był powiew. Ale jechało się mimo wszystko całkiem fajnie - zdążyłem przed upałem, nie chciało mi się spieszyć, jak również cieszyłem się z dawno nieodwiedzanej trasy - przez Jaryszki, Tulce, Krzyżowniki, Dachową, poznańską Głuszynę i Starołękę.

W okolicach Szczodrzykowa mijałem się z pewnym kolarzem, tak uśmiechniętym i zadowolonym, że mnie pozdrawia (a pewnie, że i ja jego), że serce rosło. Żadnego zacięcia na twarzy, żadnej analizy średniej prędkości szprychy w interwale związanym z danym segmentem, tylko radość z jazdy. I oto chodzi - i kieruję te słowa do wszystkich rasowo wyższych "pro", którzy machnięcie paznokciem od lewego kciuka uważają za akt łaski dla tych żałosnych amatorów, którzy nie mają sprzętu za 10 koła. A jedynie dwa koła. Rowerowe :)

A taki asfalcik jak w Krzyżownikach to ja sobie życzę, a nawet żądam:

ZaBUSca średniej

Czwartek, 16 lipca 2015 · Komentarze(6)
Poranna analiza portali pogodowych w temacie kierunku wiatru dała jeden wniosek: "synoptycy nie mają pojęcia, ale zgodnie z zasadami logiki choć jeden musi mieć rację, więc sam sobie wybierz". Miałem - zależnie od otwieranej strony www - pełną gamę: wschód, zachód, północ, południe, jak również wszystkie na raz. I rzeczywistość niewiele odbiegała od tej ostatniej wersji. Do tej chwili nie wiem jaka była właściwa odpowiedź, prócz jednej - że przeważnie miałem w pysk.

Ruszyłem z grubsza na południe, ale najpierw na północ, a potem na wschód :) Czyli z Dębca na Starołękę, gdzie, zaraz za torami - idiota ze mnie - zachciało mi się wpuścić przed siebie takie oto coś:

Jak wyglądało, tak jechało. Momentami widziałem, że kierowca nie boi się zajrzeć śmierci w oczy i rozpędzał się z górki do tych astronomicznych 31 km/h. Generalnie jednak prędkość oscylowała w okolicach 27-28, wyprzedzić się tego nie dało z powodu ruchu z naprzeciwka, ale gdzieś pięć kilometrów dalej, w Czapurach, gdy przy 24 km/h wyprzedził nas ślimak winniczek z całą rodziną i kolegami z wojska, mnie również się to udało. Co za ulga!

Potem już bez tego typu atrakcji do Rogalinka, skręt na Rogalin i Mieczewo, tam nawrót tą samą trasą, z tym że już prosto, do Mosiny, skąd na Poznań. Zaliczyłem jeszcze podjazd ulicą Jarosławską w Puszczykowie (rekord osobisty wg Stravy) oraz caaaaalutki Luboń, bo najkrótsza droga była oczywiście zablokowana przez zamknięty przejazd kolejowy. Patrząc na ilość samochodów - od jakiejś doby. Ten ostatni kawałek niestety popsuł mi wynik, ale cóż tam, są ważniejsze sprawy na świecie. Na przykład śniadanie :)