Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250182.63 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 813674 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 31.10km
  • Czas 01:05
  • VAVG 28.71km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Podjazdy 43m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut 1/2 - planowo bezplanowy

Piątek, 8 lipca 2016 · dodano: 08.07.2016 | Komentarze 2

Plan na dzisiejszy poranek był skomplikowany niczym zrozumienie przez sprawną umysłowo osobę ciągu myślowego łączącego pewną zupełnie anonimową brzozę z tak samo anonimowym ekspremierem o imieniu Donek. Czyli: jak się chce to da się wszystko :)

Zgodnie z tą teorią podzieliłem sobie jedyny słuszny dystans na dwa etapy. Oto ten pierwszy, wykonany crossem, jako jedynym w tym momencie dostępnym rowerem posiadającym wszystkie szprychy. Z założenia miały to być poranne trzy dyszki, a że dystans krótki to i nie miałem za bardzo pomysłu dokąd jechać. Wybrałem więc małe eksperymenty, czyli test alternatywnej drogi przez Luboń do Komornik, wzdłuż ulic 11 Listopada i Żabikowskiej. Cóż, skrót opanowany, bez fajerwerków. Potem pokręciłem do Szreniawy, tam nawróciłem znów na Komorniki, a następnie Plewiska, które objechałem wzdłuż i wszerz podziwiając niezwykle ujmujące widoczki blaszanych klocków z nazwami marketów na elewacjach zaraz przy granicy z Poznaniem. No i wróciłem wzdłuż Szacht, w sumie zadowolony z tego, że i średnia jak na crossa wyszła ok, a i w końcu udało mi się doprowadzić ten sprzęt do jako takiej używalności i - odpukać - kręci sprawnie.

Po dziewiątej byłem znów w domu i dokonałem brutalnej eksterminacji kanapek przed kolejnym etapem.







  • DST 51.30km
  • Czas 01:49
  • VAVG 28.24km/h
  • VMAX 46.00km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 66m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ech :/

Czwartek, 7 lipca 2016 · dodano: 07.07.2016 | Komentarze 8

Początkowo wydawało się, iż dzisiejszy wpis będzie z grubsza kopią wczorajszego, tylko że bez deszczu i na szosie, a nie crossem. Nawet trasa niewiele się różniła, gdyż ruszyłem przez Plewiska, Skórzewo, tam przetestowałem w tę stronę całkiem fajny skrót do DK 307 ulicą Batorowską, potem Sierosław, Więckowice, Dopiewo i...

...gdy już cieszyłem się, że w końcu pożegnam się z tym cholernym, napieprzającym i paskudnym wmorderwindem, na zakręcie przy tamtejszym kościele (nomen omen - chyba jednym z najbrzydszych na świecie) usłyszałem z tyłu roweru TEN dźwięk, po czym koło przestało się kręcić. Lekko odwykłem od takich przygód, przestraszyłem się więc, że poszło coś w przerzutce, ale "na szczęście" okazało się, że to "jedynie" szprycha... Poluzowałem hamulec i ruszyłem ostrożnie przed siebie, skrzętnie omijając wszelkie dziury, studzienki, a nade wszystko DDR-ki.

Na trasie wpadłem na pomysł czy może nie skręcić od razu do Mosiny, gdzie miałem największą szansę na szybką wymianę szprychy i centrowanie, ale zapobiegawczo jeszcze zadzwoniłem zapytać czy w ogóle jest opcja. Uzyskałem odpowiedź: stary, sorry, naprawdę nie dam dziś rady, jestem sam, a na jutro mam tonę rowerów do zrobienia. Zrozumiałem, bo wiem jak ostatnio wygląda boom w temacie w całej Wielkopolsce, zresztą po powrocie zerknąłem na fotkę z ichniejszego fejsa wraz z opisem, którą pozwalam sobie skopiować :)

"Jeśli ktoś z was chciałby wpaść do nas na serwis jeszcze w tym tygodniu, to zapraszamy w przyszłym :)"

Wstępnie ugadałem się na jutro rano. Jakoś może uda mi się dopchać ten mój szajs. Dwie szprychy z koła wymieniałem jakiś rok temu, to, że przy takim stopniu eksploatacji w końcu poszła kolejna wydaje mi się całkiem logiczne. Jak się uda jutro wyrobić to chyba od razu zamówię jakieś nowe koła, ale koniecznie z taką ilością szprych jak teraz. Czyli dużą. Bo gdyby było ich tyle, ile w bardziej prestiżowych modelach to z powodu tarcia o ramę pewnie w tej chwili szedłbym jeszcze z rowerem na plecach.

Ech, pecha mam ostatnio, nie ma co.




  • DST 52.00km
  • Czas 01:55
  • VAVG 27.13km/h
  • VMAX 50.00km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Podjazdy 60m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Szoping

Środa, 6 lipca 2016 · dodano: 06.07.2016 | Komentarze 11

Jaka może być pogoda w dniu, który mam wolny i czemu do dupy? Rozsądnej odpowiedzi na to pytanie nikt do tej pory nie raczył mi udzielić. Choć w sumie nawet jakbym ją poznał to nie byłoby mi łatwiej, więc muszę się męczyć z tym zagadnieniem filozoficznym z błogosławieństwem znaku zapytania.

Zgodnie z planami najpierw się wyspałem, zjadłem śniadanie i lekko po dziesiątej byłem gotowy do wyjazdu, przezornie szykując na dziś crossa, a nie szosę, bo wiatr dziś nie wiał. On założył się z jakimś cholernym kosmicznym odkurzaczem, że jako pierwszy zmiecie wszystko co porusza się po ziemi innym pojazdem niż jakiś pancerny samochód. Przekonałem się o tym jednak dopiero z pół godziny później, bo zanim ruszyłem to lunęło. No tak... nic nowego.

Odczekałem, postanowiłem zaryzykować. Pierwsze kilka kilometrów nawet dawały szansę na jako takie przyzwoite warunki. W miarę suchy minąłem Górczyn i skręciłem na Plewiska, gdzie musiałem zacząć rozglądać się za czepkiem, tak się rozpadało. Nie znalazłem żadnego po drodze, postanowiłem więc uskutecznić szoping. A konkretnie - schować się pod kawałkiem daszku wystającym z przydrożnej szopy. Tak spędziłem dobrych kilkanaście minut.

W końcu przestało, pojechałem dalej, a po chwili... pojawiło się słońce, które towarzyszyło mi aż do Więckowic, do których dotarłem przez Zakrzewo i Sierosław. Urwiszon tak dawał po pysku, że najwięcej energii wkładałem nie w jazdę, ale utrzymanie się w pionie, szczególnie gdy na głównej drodze mijały mnie co solidniejsze TIR-y. Powrót, przez Fiałkowo, Dopiewo, Palędzie, Gołuski i znów Plewiska, poszedł ciut łatwiej, choć ponownie w deszczu, a i bez specjalnej pomocy podmuchów. Eh, życie :)

Mimo wszystko fajnie mi się jechało. Bo, bawiąc się w jakiegoś chorego optymistę, wolę deszcz, wiatr i kilkanaście stopni od tych porąbanych upałów z końca czerwca. A poza tym jazda crossowym czołgiem, bez patrzenia na średnią, a jedynie na przeżycie, to znakomity relaks względem szosy.

Kończąc wątek - oby Walia dziś utarła nosek i przypudrowała żelik Krystynce! :)




  • DST 52.50km
  • Czas 01:45
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 151m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Po południu przed południem

Wtorek, 5 lipca 2016 · dodano: 05.07.2016 | Komentarze 14

Wiatr zmienił kierunek na południowy, co przy aktualnym stanie remontów na PKP, zamieniającym odcinek od Poznania aż za Mosinę w kolejowe pole minowe, zaskakujące zamkniętą drogą lub przejazdem co kilka kilometrów, zmusiło mnie do kombinacji alpejskich.

Ufff..... ale wymodziłem zdanie :)

W skrócie chodziło mi o to, że jeździ się do dupy, bo remont na remoncie. O, będzie czytelniej :)

Udało się jednak wymyślić całkiem sprawną trasę - z Dębca przez Luboń, gdzie oczywiście stanąłem na zamkniętym przejeździe kolejowym, przez Mosinę, gdzie oczywiście stanąłem na zamkniętym przejeździe kolejowym, do Baranowa, w którym zaczęło być zielono i uroczo, choć kosztem fatalnego stanu nawierzchni na leśnym łączniku do Żabna.

Nawrót został poszerzony o objazd przez Krosno remontu w Mosinie, gdzie oczywiście NIE zatrzymał mnie zamknięty przejazd kolejowy, bo szlabanów tam nie zamontowano, licząc, zupełnie nie po polsku, na ludzką odpowiedzialność. Potem koszmarnym czymś o miliardzie zakręcików nazwanych DDR-ką do Krosinka, znów Mosina i powrót klasyczny, przez Puszczykowo oraz Luboń.

Dwie ciekawostki: na ścieżce w Łęczycy w końcu zamieniono permanentnie świecącą na czerwono sygnalizację dla rowerzystów na zieloną. Już nie trzeba się zatrzymywać bez sensu na skrzyżowaniu, przez które przejeżdża może z dziesięć samochodów. Rocznie. Nie żebym ja osobiście się kiedykolwiek tam zatrzymał, ale na pewno kilka osób w historii to zrobiło :) Grunt, że po jakichś ośmiu latach istnienia tej drogi się doczekałem, ktoś pomyślał i zmienia się na lepsze. Brawo.

Ciekawostka druga, ostatnia. W Puszczykowie wbił mi się przed koła tak, że musiałem ostro hamować, dostawczak wyjeżdżający z podporządkowanej z mojej lewej strony. Ewidentnie się zagapił, mi się wymsknęło głośno to, co najczęściej się z ust wymyka, ale byłem w szoku, bo kierowca specjalnie zwolnił, poczekał aż wyprzedzę go z prawej i... przeprosił, dopiero potem ruszając dalej. Czyżby magia mojego ulubionego Puszczykowa? Czy po prostu zaczyna się kulturka i idzie ku lepszemu? Oby. A kierowca otrzymał ode mnie kciuk w górę i rozstaliśmy się z uśmiechem. Można? Można.




  • DST 51.20km
  • Czas 01:44
  • VAVG 29.54km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 60m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pomnikowo

Poniedziałek, 4 lipca 2016 · dodano: 04.07.2016 | Komentarze 16

Temperatura wciąż sympatyczna. W związku z tym oczywiście wiatr wciąż niesympatyczny, i to bardzo, fragmentami upierdliwy jak standardowa teściowa przy niedzielnym obiedzie. Straciłem przez niego dziś sporo chęci do jazdy, a i średnia nie taka, na jaką bym liczył. No ale czego się spodziewać od gnoja, który jak tylko się zorientował na drodze technicznej przy S-11, że idę na swój rekord na tym odcinku to po 500 metrach naprawił swój błąd polegający na pomaganiu mi i zaczął duć w pysk ze zdwojoną siłą?

Wykręciłem przed pracą standardzik przez Luboń, Wiry, Komorniki, Rosnowo, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Dąbrówkę i Plewiska do Poznania. Skoro już średnią miałem po pierwszej połowie jazdy pogrzebaną to postanowiłem trochę powęszyć po okolicach wsi Palędzie. Wyczytałem bowiem jakiś czas temu w komentarzu pod którymś wpisem Morsa informację zamieszczoną przez naszą żywą skarbnicę wielkopolskiej wiedzy :), czyli Jurka, że na początku lat dziewięćdziesiątych rozbił się w tych okolicach na polu MiG-21, centralnie wbijając się w ziemię. O całej katastrofie niewiele można znaleźć, poza faktem, że 27-letni pilot prawdopodobnie źle zinterpretował błędny odczyt sztucznego horyzontu i lecąc do góry nogami po usłyszeniu komunikatu wznoszenia uderzył grzbietem myśliwca o pole, ginąc na miejscu. Jeździłem tamtędy już setki razy, ale dopiero po dowiedzeniu się, że istnieje jakiś pomnik upamiętniający to wydarzenie skojarzyłem z nim leżący przy drodze głaz z tablicą.


A skoro już byłem gdzie byłem to postanowiłem uwiecznić jeszcze położony jakieś 100 metrów dalej pomnik ku czci ojca Mariana Żelazka. Jak pewnie wiadomo moje zdanie na temat sukienkowych jest dość klarowne, jednak mam szacunek dla tych, którzy swą wiarę pokazują każdym czynem innym od liczenia zysków z tacy. A ten akurat jegomość, po przesiedzeniu pięciu lat w Dachau, resztę życia poświęcił na pomoc trędowatym w Indiach. Był nawet oficjalnie nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. 

Proszę, ile ciekawostek można znaleźć nawet na największych zadupiach, takich jak Palędzie :)




  • DST 51.60km
  • Czas 01:46
  • VAVG 29.21km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Podjazdy 52m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

RODodenDDRony

Niedziela, 3 lipca 2016 · dodano: 03.07.2016 | Komentarze 4

Wczoraj wieczorem niespodziewanie zostaliśmy rzuceni na ROD-os przy Głuszynie, w celu nadrobienia zaległości towarzyskich. No i jak to na Rodzinnych Ogródkach Działkowych, musiało być piwko, grill (osobiście polecam oscypka w tej wersji), piwko, piwko... i takie tam typowo polskie rozrywki. W związku z tym dziś rano moja forma nie mogła być dobra. I zdecydowanie nie była ;)

Ruszyłem o dziewiątej, i tak później niż zamierzałem, bo... bo ruszyłem później :) Istniało ryzyko, że się spóźnię do roboty, ale jak wiadomo są sprawy ważne i ważniejsze. Na szczęście temperatura spadła o ponad dziesięć stopni, więc było czym oddychać, ale w zamian, żeby nie było za różowo, wrócił paskudny, silny wiatr. Kręciłem sobie więc powoli i ślamazarnie na zachód, przez Plewiska, serwisówkę przy S-11, Dąbrówkę, Dopiewo, docierając w końcu do dawno nienawiedzanej miejscowości Podłoziny, gdzie zawróciłem, tym razem własnymi śladami.

Podczas powrotu przez Plewiska urzekła mnie moja ukochana rodzima myśl techniczna w temacie DDR-ek (a tu jeszcze nawet DDRiP), a konkretnie sposób rozwiązania wjazdu na ów wynalazek. Tak mnie zauroczył, że zatrzymałem się, żeby cyknąć zdjęcie, ale już zapomniałem z niej skorzystać. Gapa ze mnie :P Poza tym na sam widok dostawałem choroby morskiej. 

Natomiast kawałek dalej, w Dąbrówce, ze zdziwieniem spostrzegłem, że nie istnieje już ukazany w moim starym wpisie (TYM) kebab "U kibola". Teraz "Kusi smakiem" :) Nie zmienia to faktu, że ani jednej, ani drugiej wersji owego przybytku nie widziałem jeszcze otwartego, nawet gdy jeździłem w godzinach teoretycznie "obiadowych". Ciekawostka. 

Do pracy zdążyłem, prawie się nie spóźniając.




  • DST 53.10km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.63km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 28.0°C
  • Podjazdy 112m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

NieZaparcin

Sobota, 2 lipca 2016 · dodano: 02.07.2016 | Komentarze 0

Tak już mam, że na samą myśl o upałach dopada mnie lekka forma depresji. Latem każde śledzenie prognoz pogody jest więc próbą psychiczną, która nie zawsze ma pozytywne skutki. Na dziś również zapowiadano temperaturowy gnój, a po południu burze, więc mimo wolnego (teoretycznie, bo jak zwykle obowiązki czekały) dnia musiałem wyruszyć wcześniej, żeby wrócić żywy.

Udało się. O dziwo rano nie było tak źle i mój mózg pod kaskiem nie został zaatakowany miliardami szpileczek, co przełożyło się na przyzwoitą jazdę. Zrobiłem "kondomika XL", poszerzonego względem klasycznej trasy od Poznania przez Luboń, Puszyczkowo, Mosinę, Stęszew i Komorniki o kawałek przez Będlewo i Zamysłowo. Gdy spojrzałem w domu na mapę to okazało się, że byłem o pół koła od miejscowości Zaparcin, której nazwa skojarzyła mi się - jak zwykle - z polską polityką. Następnym razem muszę nadrobić, poszerzając o Srocko, bo Dymaczewo miałem już za sobą. I będzie komplecik :)




  • DST 54.20km
  • Czas 01:48
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Podjazdy 111m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pożel

Piątek, 1 lipca 2016 · dodano: 01.07.2016 | Komentarze 16

Niestety, mimo nadmuchanych oczekiwań wczorajszy mecz nie skończył się wynikiem "dwa do żela", jednak mina bezradnej Krysi R. snującej się po boisku wprawił mnie w prawdziwy zachwyt. No nie lubię żelusia, co mam zrobić? :)

Łatwo się dziś po dogrywce nie wstawało, ale dałem radę wyruszyć w okolicy 8:40, bo w samo południe trzeba było pojawić się w pracy. Niestety znów zaczyna być gorąco, ale jeszcze do wytrzymania, więc tragedii nie było. Wiatr zrobił się - oczywiście w teorii, bo gdy już nawróciłem zmienił jak zwykle kierunek - południowo-zachodni, co pozwoliło mi na wykręcenie "kondomika", tym razem od strony Komornik, Stęszewa, Dymaczewa, Mosiny, Puszczykowa i Lubonia. W Stęszewie zachciało mi się zmienić skrzyżowanie, w którym do tej pory wjeżdżałem do miasteczka, bo to dotychczasowe prowadzi falującym i dziurawym asfaltem. Jak zwykle wyszło na to, że starych drzew nie powinno się przesadzać, bo system świateł prowadzących do ulicy Wojska Polskiego (miałem czas poczytać wszystko, nawet ogłoszenia na słupach, więc nazwa ulicy została ogarnięta) najwidoczniej, podobnie jak polski rząd, uważa rowerzystów za element zbędny i niepożądany, bo zanim udało mi się z niego uwolnić przesłuchałem całe informacje w radio, czyli pięć minut. 

Natomiast w Luboniu musiałem utemperować swój optymizm - jednak nie zamierzają zrównać z ziemią tamtejszej "ścieżki" przy Armii Poznań :( To, co mi tak fajnie ostatnio wyglądało okazało się jedynie jakimiś robotami detalicznymi, już zakończonymi. Za to przy szkole dostałem spory doping i pozdrowienia od grupki "podstawkowiczów" czekających na przystanku. Mimo mojej wrodzonej niechęci do istot w wieku poniżej lat osiemnastu nawet się uśmiechnąłem. Człowiek się starzeje, cholera :)

I krótkie podsumowanie czerwca - 1465 kilometrów, na crossie i szosie, ze średnią 29,6 km/h. Bywało lepiej, ale miesiąc był ciężki do ogarnięcia.




  • DST 52.20km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.12km/h
  • VMAX 52.70km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Podjazdy 204m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Suchutko

Czwartek, 30 czerwca 2016 · dodano: 30.06.2016 | Komentarze 7

Po wczorajszym rowerze wodnym udało się dziś wykręcić zdrowe, niespaczone przygodami pięć dych. Co prawda pod koniec jazdy zaczęły mi się nad głową zbierać ciemne chmury, ale w domu stawiłem się z suchą stopią. A nawet dwoma.

Zrobiłem jedną ze stałych tras, ale tym razem dokładnie odwrotnie - zacząłem od Lubonia, Puszczykowa i Mosiny, tam skręciłem na Rogalinek, kawałek za Świątnikami zawróciłem i ostatni kawałek pokonałem walcząc kolejno z dziurawym asfaltem w Wiórku oraz Czapurach, a następnie ze wszystkim co najgorsze na DDR-ce przy Starołęce.

O dziwo nie mam na co narzekać, mimo dość sporego kawałka przejechanego miastem. Dziwiłem się tylko, że tylu puszkarzy koniecznie za pomocą przywieszonych flag i proporców chciało pokazać, że są Polakami. Ja to przecież widziałem po stylu jazdy ;) A i polski klakson ma tę swoją specyficzną, przeciągłą barwę, która jak dla mnie powinna być wpisana w hymn narodowy. Po chwili dopiero przypomniałem sobie, że dziś Polacy przegrywają z Portugalią. Choć z całego serca życzę im, żeby wtarli w ziemię Pana Żelusia o kryptonimie CR7.




  • DST 31.85km
  • Czas 01:09
  • VAVG 27.70km/h
  • VMAX 43.00km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Podjazdy 82m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut żulerski

Środa, 29 czerwca 2016 · dodano: 29.06.2016 | Komentarze 16

Zacznę od tego, że popełniłem po raz kolejny kardynalny błąd polegający na zaufaniu prognozom pogody. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że skoro wszystkie pięć lub nawet sześć pogodynek twierdziło, że NAJWCZEŚNIEJ zacznie KROPIĆ po jedenastej to coś w tym musiało być. I było. A to coś nazywa się ściema.

Zapobiegliwie wyruszyłem o 8:40, żeby mieć jeszcze zapas czasu na ewentualne przerwy świetlano-rogatkowe. Na sam start usłyszałem w radio przykre info o śmierci jednej z moich ulubionych dziennikarek politycznych, czyli Janiny Paradowskiej :/ Jadąc w zadumie minąłem Starołęcką, Krzesiny, Żerniki, za którymi skręciłem - bo chciałem lekko pokombinować z trasą - na Koninko i Głuszynę. Tam, po minięciu piętnastego kilometra zaczęło padać. Początkowo delikatnie, po paru minutach bardziej, a w końcu lunęło. Na szczęście udało mi się wyhaczyć przy autobusowej pętli Głuszyna wiatę z kawałkiem wolnego miejsca. Kawałkiem, bo resztę ławeczki zajęli żule, przyssani do pobliskiego sklepu spożywczo-monopolowego. Ze szczególnym akcentem na ten drugi człon nazwy.

Będąc pewny, że deszcz szybko przejdzie twardo znosiłem towarzycho, które migrowało w tę we wte, uzupełniając jedynie paliwo. W pewnym momencie od samych oparów dobiegających z ciał i ust owych delikwentów miałem już pewnie jakiś kawałek promila, poszedłem więc po zagrychę, nabywając dwie drożdżówki na przeczekanie. Jednocześnie wyżebrałem od właściciela sklepu dwie reklamówki-zrywki w celu założenia na buty, gdyż w planach miałem ewakuację. W międzyczasie żulia się przerzedziła, opary zostały, ja ruszyłem.

Z kilkunastokilometrowej drogi pamiętam jedynie wodną ścianę. Ładną, ale jednak ścianę, nie mówiąc już o DDR-ce na Starołęckiej, która sama w sobie zagraża życiu, a w tych warunkach to już zakrawa na niebezpieczny sport ekstremalny.


Do domu dotarłem cały, ale z moich reklamówkoochraniaczy zostały strzępy. Pomogły o tyle, że woda z butów lała się strumieniem, a nie oceanem :)

Czekając na przystanku straciłem grubo ponad pół godziny, a że czas nie jest z gumy to zaliczyłem tylko szybki ogrzewający prysznic i do pracy. Nie muszę dodawać, że gdy do niej szedłem to już się rozpogodziło, a nawet wyszło słońce... Nie muszę, prawda...?