Info
Suma podjazdów to 785004 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj11 - 15
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 52.30km
- Czas 01:52
- VAVG 28.02km/h
- VMAX 46.60km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 125m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Gum-isie
Wtorek, 9 lutego 2016 · dodano: 09.02.2016 | Komentarze 10
Po pierwszych kilkunastu kilometrach, które dziś przejechałem byłem pewny, że głównym motywem przewodnim wpisu będzie coś innego. No ale niestety. Do tematu wrócę może pod koniec jeśli mi się łaskawie zachce.
A teraz do sedna. Wczoraj wieczorem ze smutkiem stwierdziłem, że w przednim szosowym kole zapanowała powietrzna impotencja. Po obejrzeniu dętki wyhaczyłem jedynie maleńką dziurę, a wnętrze opony nie wykazywało większych defektów. Gorzej z powłoką zewnętrzną - nawet w sztucznym świetle stwierdziłem, że znam tylko jeden obiekt we wszechświecie, który ma więcej rowków, dziur i nierówności. Ten, który kiedyś za bachora ukradł z bratem nasz aktualny nieoficjalny premier. Ale jako że na stanie zastępczej nie miałem wymieniłem co trzeba, zostawiłem na noc, a rano z duszą na ramieniu sprawdziłem czy powietrze nie zeszło. Nie zeszło. Uf.
Rano, lekko po ósmej ruszyłem w trasę i jechało mi się bezproblemowo, bo przecież jakim problemem może być przewracający mnie wiatr? :) Dotarłem przez Luboń i Puszczykowo do Mosiny, stamtąd zakręciłem na Dymaczewo, za którym postanowiłem ogarnąć temat "wyremontowanego" kawałka na Bolesławiec i Borkowice. Cudzysłowie nie jest przypadkowe, bo jak się okazało jakieś pół roku zamkniętej drogi pozwoliło naszym fachowcom jedynie na odnowienie małego mostku, a sam asfalt jak koszmarny był, tak jest. Ale nie o tym, nie o tym.
Gdzieś tam właśnie stwierdziłem, że z przodu jadę niemal na feldze. No to już wiedziałem co się święci. Pompka w ruch, napompowałem ile się dało i myślałem co robić dalej. Poświęcić kolejną dętkę? Bez sensu. Olśnienie: telefon do przyjaciela! Czyli szybkie połączenie na priv do połowy obsady (czyli jednej osoby) sklepu rowerowego w Mosinie i już wiedziałem, że będę uratowany i nie czeka mnie powrót pieszo. Dowiedziałem się bowiem, że dziś otworzą trochę wcześniej, a co najważniejsze - mają na stanie interesujące mnie oponki. Lekko wściekły byłem jedynie, że na kawałku z wiatrem w plecy wlokłem się jak żółw, bo w wyżej opisanej sytuacji o rozpędzeniu się nie było mowy. Wymęczony dotarłem na miejsce, szybki montaż, podziękowanie za ratunek i pędziłem już do domu, bo w robocie miałem być w samo południe. O dziwo zdążyłem. A oponka śmiga aż miło, ale finalnie dzisiejszy wynik uważam za wytłumaczalny, ale poniżej krytyki.
Zaspokoję ciekawość i łaskawie mi się zachce napisać o to, o czym miałem wspomnieć po kilkunastu kilometrach. A mianowicie - kierowcy - mimo że nie musieli - sami mnie dziś przepuścili podczas wjazdu na i zjazdu z DDR-ki w Łęczycy. A nawet na tej samej ścieżce, na której ostatnio robiłem zdjęcie samochodu zaparkowanego na pałę dziś auta grzecznie stały zaparkowane niekolizyjnie, po bokach. Świat się kończy - po raz kolejny :)
- DST 53.00km
- Czas 01:51
- VAVG 28.65km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 8.0°C
- Podjazdy 172m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Zajec
Poniedziałek, 8 lutego 2016 · dodano: 08.02.2016 | Komentarze 8
Niezwykle rzadko (średnio zaledwie raz na trzy-cztery dni - :) -) zdarza się, że zostaję tak zmasakrowany na trasie, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Fizycznie, bo wiatr rzucał mną, szargał me dobre imię i odbierał cześć wiejąc non stop (na moje oko) minimalnie 30 km/h, a podczas powrotu zdecydowanie nie chciał współpracować. Psychicznie, bo już po pierwszych kilometrach wiedziałem, że z kierowcami w poniedziałek jest jeszcze bardziej "nie tak" niż "nie tak" jest codziennie. Co w praktyce oznaczało, że gdyby ktoś ze znajomych spotkał mnie po drodze to mógłby pomylić z wystraszoną surykatką lub zającem-szarakiem - tak wyostrzone miałem wszelakie narzędzia służące do percepcji. Tylko uszy krótsze, poza tym i tak pod kaskiem niewidoczne :)
Jakby tego było mało to mój dzisiejszy kurs zgłaszam do najbardziej frajerskiego w tym roku. Bowiem mając ochotę kręcić na południe, czyli docelowo do Żabna, jak zwykle na czuja skręciłem w Mosinie objazdem przez Krosno. Tam wymęczyłem się na koszmarnej ścieżce, bo asfaltem nie można (zakaz jazdy rowerem co kilkaset metrów - oczywiście dla mojego bezpieczeństwa) i kilka razy mógłbym robić za musztardę, gdyby nie refleks w temacie DDR+wjazdy/wyjazdy do/z posesji (dla mojego bezpieczeństwa). Nadrobiłem drogi, straciłem morale, a podczas nawrotu skojarzyłem dopiero, że czegoś mi brakowało. Tablic z informacją, że objazd jeszcze istnieje! Reasumując - wymęczyłem się niepotrzebnie, bo prawdopodobnie przejazd kolejowy został przywrócony do żywych. Jedyne co mnie tłumaczy to fakt, że nikt zdrowy na umyśle nie uwierzyłby, że PKP zdecyduje się na taki ruch, żeby udogodnić życie obywatelowi :) Ale temat będę musiał obadać przy kolejnym wyjeździe w te strony.
Żeby nie było, że frajerem jestem tylko w tym temacie to dziś rano stwierdziłem, że zgubiłem gdzieś kartę PEKA, czyli okno na poznański świat komunikacji publicznej. Po przeszukaniu całego mieszkania, a nawet klatki schodowej, poddałem się i zmuszony zostałem do wyrobienia sobie duplikatu. W tym celu zrobiłem sobie ponad 13. kilometrowy spacerek po Poznaniu (bo już zapomniałem jak się kupuje papierowe bilety) i dostałem (zadziwiająco sprawnie i szybko) glejt z hologramem, że w razie kontroli kanary mogą mnie pocałować w d... owód osobisty. Lżejszy o 21 PLN płatne przy odbiorze za milion lat tak właśnie spędziłem swój pierwszy i ostatni dzień wolny w tym tygodniu.
Poniżej mural przyuważony na Górczynie. Uprzedzam pytanie - ani po lewej, ani po prawej, ani nawet po środku - to nie ja :)
- DST 54.10km
- Czas 01:48
- VAVG 30.06km/h
- VMAX 52.20km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 184m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Luto :)
Niedziela, 7 lutego 2016 · dodano: 07.02.2016 | Komentarze 4
Co tu dużo pisać. Bosko dziś było! Luty? Jaki luty? Lato prawie. Luto :)
Dycha na termometrze, wiatr upierdliwy, ale do ogarnięcia, sucho, ładnie i och ach. Nawet ja nie miałem powodów do narzekania. A to się rzadko zdarza.
Rozpisywać się nie będę - pokręciłem na południe, przez pustą o dziwo Starołęcką, potem Wiórek, Rogalinek, skręt na Rogalin, potem Świątniki, za którymi zawróciłem (na wysokości baru z grochówą) i nawiedziłem jeszcze Mosinę, Puszczykowo i Luboń. Czyli klasyk.
Jadąc mijałem chyba cały rowerowy Poznań i okolice. Rowerzyści byli wszędzie - za mną, przede mną, obok mnie, na asfaltach, drogach przy nich, lasach, a w pewnym momencie zacząłem uważniej patrzeć na niebo. Tam luz :) Większość uśmiechnięta, radosna - super. Choć nie powiem, gdy nauczony zimowym doświadczeniem odwróciłem się przed nawrotem i zamiast ciągu samochodów zauważyłem kilkaset metrów za mną dwóch kolarzy, a za nimi jeszcze peleton im podobnych - zrobiło mi się dziwnie, Jak nie w Polsce :)
No i w końcu jakaś normalna średnia się udała...
- DST 53.00km
- Czas 01:55
- VAVG 27.65km/h
- VMAX 45.20km/h
- Temperatura 6.0°C
- Podjazdy 170m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
O marchwi, komisji i jasności felg
Sobota, 6 lutego 2016 · dodano: 06.02.2016 | Komentarze 3
"Weekend od rana przywita nas ładną i słoneczną pogodą". Taki oto komunikat wbił mi się w mózg po wysłuchaniu wieczorem prognozy dla Poznania. Taaa... Jeśli jako "słoneczne" rozumieć deszcz ze śniegiem (choć przyznać trzeba, że lekki) oraz niebo szczelnie pokryte chmurami to faktycznie, nie mam zastrzeżeń :) Faktycznie, zrobiło się ładnie (i sucho), ale dopiero około południa. Jeśli dla moich ukochanych synoptyków oznacza to "rano" - szczerze im zazdroszczę godzin pracy, za to na wątrobę bym się z takimi nie zamienił.
Ja musiałem wyjechać z domu najpóźniej po dziesiątej, bo mimo dnia wolnego czekało na mnie kilka obowiązków. Analizując sytuację na drogach (mokro, mokro) zupełnie bez żalu wybrałem na dziś crossa. Zimowe dni przypomniały mi bowiem, o ile mniej wnerwiająca jest walka z polskimi wynalazkami drogowymi, gdy zasiada się w czołgu zamiast na sprzęcie o oponach przyprawiających o stres każdego anorektyka.
Wiało z południa i tam się udałem. Wczorajszy wpis Remika przypomniał mi o tym, że w tym roku jeszcze nie nawiedziłem okolic leżących na południowy wschód od Mosiny. Tym samym po pokonaniu jak zwykle zakorkowanego i syfiastego Lubonia oraz ulubionego Puszczykowa znalazłem się w wymienionej miejscowości, gdzie przywitał mnie zamknięty przejazd kolejowy. Przywitał? Nie! On chciał mnie potraktować jak długo wyczekiwanego gościa, zatrzymać u siebie, a najlepiej nie wypuścić. W końcu jednak się udało - po około 10 minutach czekania między jednym a drugim pociągiem - ruszyłem. Gdybym wiedział to zabrałbym ze sobą książkę, a tak z nudów pozostało mi jedynie podziwiać dziury, które czekały przede mną zanim dojadę do Sowińca.
Bo tam właśnie chciałem cyknąć w końcu fotkę pałacu pana Ś. (podobno wystawionego na sprzedaż - pałac nie jego właściciel. O kwocie nie będę wspominał, bo tego bloga mogą czytać zawałowcy). Oczywiście się nie udało, bo bramy były zamknięte na miliard spustów, dokoła cicho i pusto, co jak wiadomo oznacza, że gdybym jakimś cudem przekroczył prywatny teren choćby o milimetr to miałbym przy sobie sympatycznego pana w czarnej kominiarce z przystawioną mi radośnie do skroni lufą. Nie zaryzykowałem i pojechałem dalej.
Dotarłem do Krajkowa, gdzie kończy się nie tylko świat, ale i asfalt. Wjechałem więc w las i pooddychałem przez kilka kilometrów pełną zieloną piersią. Mimo fiachu było pajnie. Czy odwrotnie - mimo piachu było fajnie :)
Zawracając cyknąłem sobie jeszcze niewyraźną fotę. Czemu o niej piszę? Bo odnalazłem swój trójkąt ber... wielkopolski. Jeśli ktoś pamięta o zębatce, która zniknęła mi w tamtym roku po kursie w te strony, to dziś nieokreślone siły porwały mi do kompletu to coś, co na manetce po lewej pokazywało mi jaki bieg mam z przodu. Było - nie ma. Zdjęcie więc ma swoją wagę.
Panie Antoni...? Jakby co - jestem otwarty na kolejne komisje :)
Wracając swoimi śladami natrafiłem jeszcze w Krajkowie na wyjątkową odmianę marchewki. Gatunek rzadko spotykany, ale za to w promocji :)
Im później tym więcej rowerzystów. Mój szlak wybrało kilka mtb-owców i co najmniej jeden kolarz. Każdy ładnie pozdrawiał - brawo!
Jak już ogarnąłem obowiązki to przed nadejściem ciemności postanowiłem jeszcze porwać się na próbę wykonania rzeczy niemożliwej. Czyli odsyfienia crossa. Ręcznie. Szło ciężko, oczywiście do sukcesu dużo zabrakło. Ale czekało mnie kilka zaskoczeń. Okazało się, że felgi mojego tylnego koła nie są czarne, ale jednak jasne! Szok! :) To samo z kilkoma elementami amortyzatora. Lubię takie niespodzianki. Zapewne kolejna znów za dobrych kilka lat :)
- DST 51.25km
- Czas 01:46
- VAVG 29.01km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 60m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Tysiak spóźniony
Piątek, 5 lutego 2016 · dodano: 05.02.2016 | Komentarze 10
Ruszając dziś rano za cholerę nie miałem określonej trasy, którą podążę, prócz jednego założenia - na zachód, bo z wiatr dął z tego właśnie kierunku. Ale - jak to zwykle bywa - ktoś zadecydował za mnie. Tym ktosiem było PKP. Po przejechaniu bowiem jakieś 300 metrów ukazał mi się zamknięty szlaban, za którym migotał mi... zamknięty szlaban. Poczekałem sobie jakieś 3 minuty, prychnąłem i korzystając ze swojego wieloletniego doświadczenia zawróciłem, darując sobie na oko jakieś 10-15 sześćdziesięciosekundowych jednostek czasu stania w zimnie (2 stopnie).
Wciąż nie mając pomysłu ruszyłem na Luboń, gdzie jak zwykle mogłem podziwiać korki spowodowane przez jednostki z dylematem moralnym: centrum handlowe, McDonald's czy outlet? Postanowiłem nie kombinować i kręciłem już dalej znaną trasą przez Komorniki, Szreniawę, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Plewiska i wróciłem do Poznania. Wiatr minimalnie złagodniał, ale daleko tej mendzie było od przyjemnego wiosennego zefirka.
Przeoczyłem wczoraj fakt, że pyknął mi pierwszy tysiak w tym roku. Dziś więc nadrabiam to informacyjne niedopatrzenie i ogłaszam, że mam już taką wartość na liczniku. Poprawka - na licznikach, dokładnie trzech :)
Jako że dziś nie ma żadnej sensownej puenty to załączam przyuważoną gdzieś w sieci przez moją Żonę ikonografikę. Kto się nie zgadza niech pierwszy rzuci kamieniem. Byle nie we mnie - a jak już to w szybę kierowcy z pierwszego rysunku :)
- DST 52.20km
- Czas 01:51
- VAVG 28.22km/h
- VMAX 47.70km/h
- Temperatura 3.0°C
- Podjazdy 79m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
O bałwanku bez śniegu i mózgu
Czwartek, 4 lutego 2016 · dodano: 04.02.2016 | Komentarze 7
Po wczorajszych wieczornych prognozach pogody spodziewałem się, że rano za oknem przywita mnie sielankowy widok białych dróg i chodników, radośnie rzucających się kulkami szkrabów, dorodnego bałwana oraz sunących po skrzypiącym śniegu sanek. Na szczęście znów szklana kula nie zadziałała w IMGW, dzięki czemu udało mi się nawet ruszyć na swoje pięć dyszek szosą. Bardzo podoba mi się taki kierunek pomyłek :) Oczywiście te nie dotyczą wiatru, bo znów mnie wymęczył strasznie i to dzięki niemu nie mogę dziś się pochwalić przyzwoitym wynikiem.
Choć były dwa elementy z powyżej wymienionych, które jednak wystąpiły na mojej dzisiejszej trasie (od Poznania przez Plewiska, Skórzewo, Dąbrówkę, Dopiewo, Trzcielin, Rosnówko, Komorniki, Luboń po znów Poznań). Pierwszym był śnieżek.Spadło go jakieś 0,000000000047 mm, i to przez chwilę, czyli jak dla mnie idealnie :) Drugim był bałwan. Ale nie ten z marchewką zamiast nosa, a.... No kto zgadnie? Bingo! Za kierownicą.
Bowiem wracając, na granicy Komornik i Wirów, nagle z ciągu samochodów z naprzeciwka wyskoczył jakiś kretyn, imbecyl, palant, debil, frustrat i polski kierowca. W jednej osobie. Z czego ostatni inwektyw uważam za najgorszy. W jakim samochodzie - nie mam pojęcia, bo tego typu pojazdami ostatni raz interesowałem się w dzieciństwie, a potem im więcej kręciłem rowerem tym moja fascynacja zamieniała się w niechęć (by rzec łagodnie). Mogło to być Porsche. Mogło to być jakieś Mitsubishi. Mogło to również być Ferrari. Widziałem go bardzo krótko, za to bardzo blisko. Obok mojego ucha. W każdym razie myślę, że jego wygląd z grubsza nakreśliłem. Jak również to, że MUSIAŁ mnie widzieć na wąskiej drodze, a mimo to zdecydował się zaryzykować swój lakier, a moje życie. Co w jego mniemaniu mogło skończyć się tragedią, bo lakiernik sporo kosztuje. Kurde jego mać, kiedy z dróg znikną takie bezmózgi? Kiedy bezpiecznie będzie mógł czuć się człowiek, który przestrzega przepisów, a w naszych realiach póki co nie ma pewności czy nie zabije go tępak z kompleksem BMW (opisu chyba nie muszę rozwijać, bo akurat nie dotyczy pokrewnej z nim marki)?
Powiało optymizmem, no nie?
- DST 53.35km
- Czas 01:53
- VAVG 28.33km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 99m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Korky
Środa, 3 lutego 2016 · dodano: 03.02.2016 | Komentarze 4
Jeżeli ktoś dziś przejeżdżając lekko po godzinie ósmej przez Poznań doszedł do wniosku, że My, Naród Polski (i takie tam) poszliśmy masowo po rozum do głowy i zamiast puszek wybraliśmy rowery oraz miejską komunikację, bo było zapewne puściutko, to sorry - mylił się. Samochodów było, i to w nadmiarze, ale wszystkie zostały na Dębcu. Tam bowiem nagle zaatakował - niczym biskup ministranta - kolejny etap opóźnionej o zaledwie rok budowy tunelu pod przejazdem kolejowym. Wróciło wahadło na Opolskiej (bo spece od dróg uszkodzili kanalizę), panowie na torowisku robili jakieś magiczne wygibasy, a zamknięte rogatki spowodowały kilometrowe korki po dwóch stronach Dębca. Przez to ja również przypomniałem sobie jak wyglądało moje ostatnie 12 miesięcy, postałem sobie jak idiota (no dobra, jak się dało to nie stałem) i już po 10 minutach od wyjścia z domu byłem 500 metrów dalej, czyli po drugiej stronie trasy kolejowej Poznań - Wrocław. Uff.
Jak już się wydostałem to stałem się ofiarą pogody, która jak to u nas - normalna być nie może. Na szczęście w przeciwieństwie do wczoraj (tylko chomik, 32 km, średnia - 31,9 km/h) nie padało, za to znów urywało łeb. Tak więc 2/3 trasy (Poznań - Komorniki - Rosnowo - Szreniawa - Stęszew - Dymaczewo - Mosina - Luboń - Poznań) kręciłem sobie jak Flinston, byle tylko poruszać się do przodu. Za to 1/3 była milusia, ale niestety nie pozwoliła na nadrobienie emeryckiego tempa.
Drugi kurs w lutym - i to szosą! - zaliczony. Sehr gut! :)
- DST 51.20km
- Czas 01:45
- VAVG 29.26km/h
- VMAX 52.40km/h
- Temperatura 3.0°C
- Podjazdy 60m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Lutujemy. Plus podsumowanie stycznia
Poniedziałek, 1 lutego 2016 · dodano: 01.02.2016 | Komentarze 10
Pierwszy dzień lutego tym się różnił od ostatniego w styczniu, że wiatr postanowił sobie trochę odsapnąć, co oznacza, że był silny, upierdliwy, ale przynajmniej nie zatrzymywał mnie w miejscu. Mała rzecz, a cieszy. No dobra - to wielka rzecz :) Mimo wszystko i tak do dobrego wyniku sporo zabrakło, ale cóż, na to może jeszcze przyjdzie czas w tym roku.
Dzisiejsze kółeczko: Poznań - Plewiska - Palędzie - Dopiewo - Więckowice - Sierosław - Wysogotowo - Plewiska - Poznań uznaję po prostu za odhaczone. Nie opiszę dziś żadnej historii, bo chęć zrobienia ze mnie pasztetu przez kierowców wyprzedzających z naprzeciwka nie zasługuje nawet na wzmiankę. Rzecz to bowiem oczywista niczym oddychanie.
Krótkie podsumowanko specyficznego miesiąca, jakim był styczeń. Nie wykręciłem może w nim jakiegoś dystansowego kosmosu, bo wyszło marne 865 kilosów z masakrującą średnią 27,2 km/h, ale mimo wszystko uznaję pierwsze 31 dni tego roku za moralnie pozytywne :) Udało mi się bowiem na wszystkich trzech (zombie-góral, cross oraz trzy i pół wyjazdu szosą) rowerach zaliczyć kursy po górach, po płaskim, w śniegu, w deszczu i po lodzie. Bez patrzenia na wynik, z czystą radością jazdy w głowie. I tak szczerze - każdy wyjazd uważam za swoje małe zwycięstwo, bo zwlec cztery litery było czasem niełatwo. Aha, do tego ponad 450 kilometrów wyrzygałem jeszcze na chomiku (nie dodaję tego do statystyk), co już w ogóle uważam za sprawiedliwą karę za wszystkie swoje grzechy w życiu (nie wiedziałem tylko, że aż tyle ich mam). Jak znów trzeba będzie nań wsiąść (a to może być nawet jutro, bo na kilka najbliższych dni zapowiadają deszcze) to zrobi się problem, bo kończy mi się piąty sezon "Gry o tron"... A nowego ani widu, ani słychu.
- DST 51.00km
- Czas 01:48
- VAVG 28.33km/h
- VMAX 54.20km/h
- Temperatura 3.0°C
- Podjazdy 96m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Wietrznie i zupełnie niepolitycznie :)
Niedziela, 31 stycznia 2016 · dodano: 31.01.2016 | Komentarze 16
Jeśli wczoraj wiatr masakrował to brakuje mi synonimów opisujących to, co robił ze mną dziś. Były fragmenty, gdy naprawdę się wysilając ledwo wykręcałem kilkanaście kilometrów na godzinę (szosą!) oraz takie, że miałem ochotę zejść z roweru i zmienić sposób spędzania wolnych chwil. Przyszła mi na myśl filatelistyka ze specjalizacją "patyczaki i straszyki" lub uprawa kiełków metodą behawioralną. Na razie biję się z myślami, o swej decyzji poinformuję w nieokreślonej przyszłości.
Przyznać jednak trzeba, że powrót był już przyjemniejszy i jakąś 1/3 wiało mi nawet w plecy. I tak: w połowie trasy miałem średnią w okolicach 24 km/h (czułem się jakbym znów wsiadł na rower marki Reksio), a finalnie odrobiłem ponad cztery tego typu jednostki. Na tak krótkim dystansie jak pięć dych mówi to samo za siebie. Komuś. Pewnie :)
Plus jest taki, że nie padało. Jak już staramy się być aż nadto optymistyczni :) Za to niebo robiło się raz sine, raz niebieskie, raz szare. Lubię to.
Jak zwykle wykręciłem któryś ze standardów, dziś był nim mapowy samochodzik: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań. Na trasie mijałem kilku rowerzystów w paru konfiguracjach i widziałem cierpienie na twarzach. Wymieszane z radością. I o to chodzi w tym wszystkim :)
Na koniec mała wstawka okołorowerowa. Wczoraj jadąc do pracy zauważyłem w kiosku taką oto ogólnopolską okładkę weekendowej "Gazety Wyborczej" (zwanej w niektórych kręgach "GW"-nem oraz "Gazetą Żydowską". Mimo że mnie za to zaraz internet zje - zakupłem):
I cóż... jako że kryteria spełniam (jedno od dziecka, drugie od kilkunastu lat) to gdybym tu nie mieszkał to bym się poczuł zaproszony. A tak zupełnie prywatnie - mimo, że od partii bezideowych cwaniaków i karierowiczów (platfusy), z list których startował prezydent, bardziej nie trawię tylko aktualnie panujących nam frustratów robiących z Polski poligon do leczenia swych kompleksów (nazwy chyba nie muszę wymieniać) - warto przeczytać wywiad (pewnie jeszcze do dostania w jakiejś Żabie). I wyrobić sobie własną opinię. Jak dla mnie - szacun za walkę z polskimi wiatrakami. Głównie mentalno-rowerowymi. Oby tak dalej.
Przecież pisałem, że nie będzie o polityce, prawda? :)
- DST 52.40km
- Czas 01:48
- VAVG 29.11km/h
- VMAX 62.20km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 117m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Spotkanicznie :)
Sobota, 30 stycznia 2016 · dodano: 30.01.2016 | Komentarze 11
Zwyczajowo ludkom od prognozy pogody coś nie wyszło. Na szczęście dziś owo "coś" okazało się pozytywem, bo zamiast zapowiedzianych opadów deszczu miałem przyjemność zaznać delikatesów, czyli ponownie osiodłać szosę i pokręcić po suchych drogach. Nie pomylono się niestety co do jednego, niezwykle upierdliwego elementu - tak, tak, oczywiście chodzi o wiatr. Przepraszam, nie bądźmy zbyt uprzejmi dla tej cholery - paskudnego wiatrzyska!
Łatwo nie było, ale mus to mus. Pierwotnie chciałem zrobić prostą trasę w tę i z powrotem, przez Luboń i Mosinę do Będlewa, ale zapomniałem o planach i pojechałem kawałek dalej, robiąc standardowe "kondomowe" kółeczko przez Stęszew i Komorniki. Chyba miałem jakiegoś nieuświadomionego czuja, o czym później.
Najpierw jednak krótko o wybitnie polskiej naleciałości, czyli braku mózgu użytkowników czterech kółek. Żadne słowa nie powiedzą tego, co opisze obraz, więc proszę:
Zastanawiające, że pewnie jakbym ja olał widoczną na fotce DDR-kę to znalazłby się pewnie od razu jakiś zagubiony patrol i wlepiłby mi mandat. A czy są jakieś kary za ustanowienie ścieżki nieprzejezdną? Pewnie nie, choć już wyobrażam sobie tłumaczenie - "bo przecież było jeszcze miejsce!" :) Skończyło się na tym, że zawołałem jednego z widocznych na zdjęciu robotników, wytłumaczyłem co oznacza niebieski znak z narysowanym rowerem, po kilku sekundach dostrzegłem w oczach coś na kształt zrozumienia, usłyszałem "ok" i pojechałem dalej. Czy coś z tym zrobili - nie mam pojęcia. Choć chyba znam odpowiedź...
A gdy sobie tak jechałem i jechałem, najpierw walcząc z mega silnym powiewem w ryj, a potem z boku, na wysokości Witobla (Witobela?) standardowo pozdrowiłem się z mijanymi z naprzeciwka rowerzystami. I już bym kręcił dalej, gdy nagle nastąpiła z obydwu (a w sumie oby-tru) akcja-reakcja. Przecież my się chyba znamy? :)
A skąd? Ano wirtualnie - z BS. Po zmasakrowaniu klocków hamulcowych i nawrocie witałem się i poznawałem chwilę później StarsząPanią oraz Jurka, jadących... (a, nie będę zdradzał, coby zabawy nie psuć. W każdym razie wyraziłem niemy podziw dla planów przy takiej wichurze). Po krótkim gadu-gadu, m.in. o zawartości lodówki, sorrrry, sakw Starszej (szpinak, makaron + kuchenka i grill - choć co do tych dwu ostatnich pewności nie mam) i mitycznego wyścigowego roweru Jurka na kołach 26" cyknięta została pamiątkowa fota z poziomu jurkowej szosy jurkowym telefonem (miałem chyba najmniej profesjonalny strój w historii, o wszystkich możliwych i wykluczających się barwach). Pożegnaliśmy się i rozjechaliśmy. Miło się było poznać, drodzy Państwo. Dzięki za sympatyczne spotkanie :)
Wracając musiałem lekko przyspieszyć, bo czas przed pracą naglił. O dziwo po wmordewindowej masakrze były chwile, gdy wiało też w plecki, dzięki czemu udało mi się dwukrotnie przekroczyć sześć dych na liczniku. Praktycznie na płaskim. Milusio. Za wiele w finalnej średniej nie pomogło, ale poczułem, że żyję.






