Info
Suma podjazdów to 813674 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Październik31 - 16
- 2026, Wrzesień30 - 11
- 2026, Sierpień31 - 24
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 52.20km
- Czas 01:44
- VAVG 30.12km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 83m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Jajecznica + zaległe podsumowanie lipca
Sobota, 6 sierpnia 2016 · dodano: 06.08.2016 | Komentarze 2
Króciutki wpis, bo w robocie nie mam czasu zająć się pracą, tyle się dzieje :)
Wykonałem, walcząc z - a jak - z mocnym wiatrem, jeden z klasyków, z Poznania przez Plewiska, Gołuski, Dąbrówkę, Dopiewo, Trzcielin, Konarzewo, potem znów Pleiwska, do Poznania. Bez przygód, bez kontrowersji, a i wyjątkowo bez emocji.
Choć nie, te ostatnie były, prawie jak na grzybach. Halucynogennych :) Zaczyna się powoli sezon na takie odblaski, wyprzedzanie tych jajecznic do łatwych nie należy, a mój dzisiejszy egzemplarz był wyjątkowo przepisowy i jechał dokładnie tyle, ile miał na nalepce. I ani kilometra szybciej. A ja za nim przez jakiś czas, bo z naprzeciwka ruch trwał w najlepsze. 
Przez wyjazd nad morze zapomniałem podsumować rowerowego lipca. Było całkiem ok, bo mimo kilku jednodniowych pauz udało się wykręcić ponad 1750 kilometrów. Główna zasługa tutaj wyprawy z gatunku 200+ do Kalisza. Za to średnia słabiutka - 28,9, ale to z kolei zawdzięczam dość dużej ilości wypadów crossem.
- DST 52.00km
- Czas 01:46
- VAVG 29.43km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 104m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Miejsko + Miedzianka movie
Piątek, 5 sierpnia 2016 · dodano: 05.08.2016 | Komentarze 15
Cholera, wystarczy kilka dni urlopu i człowiekowi zrobią taki grafik, że się pos...karży. To nie ludzie, to wilki :) W związku z tym, żeby zdążyć zarówno pokręcić, jak i pojeździć musiałem wstać dziś po szóstej, a wyruszyć po siódmej. Plus z tego był taki, że zdążyłem przed deszczem, bo skropił mnie tylko na ostatnich kilku kilometrach. Poza tym jechało się przyzwoicie, choć przy bocznym powiewie, całkiem mocnym, oraz sporą ilością męczarni po mieście, która zaważyła na średniej.
Trasa - "czysta Polska" w kształcie, od Dębca przez Starołękę, Krzesiny, Jaryszki, Tulce, Siekierki przez Paczkowo, Swarzędz, Maltę do Dębca. W sumie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie to, że na DK-92 minęła mnie... Milicja Obywatelska. W polonezie. Z megafonami z "epoki". Co to za cholera była - nie mam pojęcia, ale obyło się bez pałowania :) No i bez zdjęcia. bo wyciągnąć telefonu nie zdążyłem.
Udało mi się w końcu wczoraj zlepić relację z drogi do wymarłego miasteczka w Miedziance. Pierwotnie miał to być instruktaż dla Walerego przed jego karkołomną wyprawą w te rejony, ale nie zdążyłem przed urlopem. Jakby komuś zachciało się obejrzeć to sugeruję od razu w prawym dolnym rogu zmienić rozdzielczość na 1080p, bo YouTube dziwne mi jakość przekonwertował.
- DST 54.10km
- Czas 01:47
- VAVG 30.34km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 25.0°C
- Podjazdy 127m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Saga O Pedałach - napisy końcowe (mam nadzieję)
Czwartek, 4 sierpnia 2016 · dodano: 04.08.2016 | Komentarze 2
Pierwszy w tym miesiącu wypad szosą, a i pierwszy po Wielkopolsce. Stęskniłem się i za jednym, i za drugim, ale jednak bardziej za pierwszym :) Po kilku dniach człapania noga za nogą crossem po nieznanych mi rowerowo terenach zaostrzył się apetyt na choć troszkę szybszą jazdę, co postanowiłem uskutecznić.
Nie chciało mi się nawet kombinować z wyborem trasy, więc od razu rozpocząłem rysowanie na mapie swojego klasycznego "kondomika", rozpoczynając od strony wyjazdu na Komorniki. Korki pokonałem nawet sprawnie i przed Srzeniawą zadowolony na chwilę zwolniłem, żeby odpisać na smsa. Nagle zauważyłem po lewej stronie mknącego rowerzystę, i to nie na żadnej szosie, ale na mtb (w pozycji wybitnie aerodynamicznej, bo niemal położonego na kierze). Jak wiadomo tak nie można :), więc po chwili go wyprzedziłem, ale doceniając ambitną postawę krzyknąłem, żeby siadał mi na koło, mocno się go trzymał i nie wygłupiał z wyprzedzaniem. I tak ja zająłem się walką z centralnym, silnym południowym wiatrem, a mój pasażer dzielnie dotrzymywał mi kroku, jak potem pokazała Strava na wspólnym odcinku jadąc ze średnią 32,7. Przed Stęszewem ja skręciłem w lewo, kolega pojechał prosto, ale na światłach jeszcze specjalnie podjechał, podał rękę i podziękował, mówiąc że sporo mu pomogłem. Miło, kulturka rzecz święta :)
Już solo dotarłem przez Dymaczewo do Mosiny, gdzie w końcu dostałem porządne pedały, dużo lepsze od tych poprzednich niemal za free. Trochę szkoda mi było żegnać tymczasówki full plastic, bo sprawdziły się godnie, ale cóż zrobić :) Potem przez Puszczykowo i Luboń do siebie. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, jak mawiają starożytne ślimaki.
- DST 58.00km
- Czas 02:11
- VAVG 26.56km/h
- VMAX 56.60km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 209m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Rowerem do Krokowej, czyli wielka cywilizacja na małym zadupiu
Środa, 3 sierpnia 2016 · dodano: 03.08.2016 | Komentarze 2
Ewolucja godzinowa moich nadmorskich startów jest zadziwiająca. Kolejno: 8:30, 7:30, 6:30. Jeszcze tydzień i w ogóle bym się nie kładł :) Nie miałem dziś jednak innego wyjścia, o czym na koniec.
Po wczorajszym ludzko-ścieżkowo-kostkowym koszmarze podczas drogi na Hel miałem ochotę lekko odżyć, więc postanowiłem uciec od morza. Kierunek mógł być tylko jeden - zachodni, bo na południe od Władka też było morze, a na północ bardziej się już nie dało :) Pierwsze rowerowe kroki skierowałem na Swarzewo, gdzie dotarłem jeszcze przez korkami. Następnie skręciłem na Gnieżdżewo i tym samym po minięciu tych metropolii znalazłem się w krainie wiatraków, które doprowadziły mnie do Łebcza.
Tam przypomniałem sobie o kawałku znakomitej drogi rowerowej, którą odkryłem w poniedziałek, odnalazłem więc znów szlak i z radością stwierdziłem po przeanalizowaniu przydrożnej mapy, że dojadę nią aż do wstępnego celu wybranego jeszcze w pensjonacie na mapie, czyli do miejscowości Krokowa. Zdjęcia tablicy nie zrobiłem, więc dokonam samokradzieży praw autorskich i wkleję to z przedwczoraj :)
Minąłem miejsce widoczne powyżej, czyli Starzyński Dwór i ruszyłem dalej w nieznane. Od tego momentu nie wierzyłem własnym oczom. Jechałem bowiem GENIALNĄ ddr-ką wytyczoną w miejscu zlikwidowanej trasy kolejowej, która po pierwsze była w 100% z masy bitumicznej, po drugie położona w odległości od zabudowań, po trzecie niezwykle malownicza, a po czwarte - pusta... Minąłem się tylko z kilkoma rowerzystami, w tym z dwoma szoszonami. Zresztą, co tu dużo gadać - spójrzcie. Prócz może czasem zbyt gorliwie ustawionych słupków na skrzyżowaniach z drogami publicznymi (i to naprawdę małej ich ilości) jeśli ktoś chce się do czegoś przyczepić to... śmiało. Nawet ja nie byłem w stanie :)



Z rozdziawioną papą dotarłem do jej końca. Czas mnie gonił, więc w Krokowej cyknąłem tylko z daleka wieże kościoła p.w. św. Katarzyny Aleksandryjskiej, a po fakcie okazało się, że wart zobaczenia był jeszcze zespół pałacowy. No cóż, być może następnym razem.
Zawróciłem, mając przed sobą już lekko oślepiające słońce i końcówkę "Czasu pogardy" Sapkowskiego. Nie mogłem znaleźć lepszych okoliczności, bo jedno z drugim uzupełniało się doskonale.

Wracałem swoimi śladami, z prawdziwym smutkiem żegnając tę przepiękną wyspę komfortu dla rowerzysty na polskiej pustyni miażdżenia nas i stresu na każdym stąpnięciu pedała. Ścieżka jak wyczytałem powstała w 2011 roku, czyli ma już pięć lat, a jak się przekonałem jest niemal nieznana. Mnie to akurat cieszy, bo znalezienie momentu ciszy w mekce komerchy i tandety, jakim jest polskie morze w sezonie to jak odkrycie nowej, lepszej Ameryki. I to dosłownie, bo obok Sulicic znajduje się miejscowość o tej nazwie :) Ponad trzydzieści kilometrów cywilizacji - to wciąż szokuje w naszym kraju. Brawo, brawo, brawo!
A tymczasem we Władku:
To moje ostatnie zdjęcie znad morza w tym roku, przynajmniej wakacyjne, zrobione o dziesiątej rano. Zgodnie z planem wróciliśmy bowiem dziś do Poznania. Osobiście nie dałbym rady wytrzymać już tam ani połowy dnia dłużej. Czuję się mentalnie zgwałcony i dousznie spenetrowany samochodami puszczającymi w ramach zachęty do jakiegoś spędu disco-polo. Oczy i trzewia mnie bolą od widoku wielkich bebechów bezwstydnie wałęsających się nie tylko po plaży, ale i po mieście. I narąbanych penerów w hicie sezonu, czyli koszulkach z dnia na dzień coraz bardziej wyklętych.
A Pomorskie rowerowo? Pełne paradoksów. Piękne widoki mieszają się tu z paskudztwem tego, co oferuje sobą część nadmorskich miejscowości. Morze jak zwykle kusi, nęci i zachwyca, ale w przypadku perspektywy ponownego odwiedzenia choćby drogi na Hel musiałbym wziąć na starcie relanium. No i ten dzisiejszy luksus ścieżkowy jako kontrast dla wczorajszej rzeźni... Chyba po prostu jeżdżenia tutaj trzeba się nauczyć :)
PS. Dzisiejszy wpis zawiera wyjątkowo jeszcze 5 kilometrów dojazdu z Poznania Shity Centre do domu. Umieszczam, bo zapomniałem wymontować licznika i niech już tak zostanie :)
- DST 75.10km
- Czas 02:53
- VAVG 26.05km/h
- VMAX 37.40km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 491m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Road to Hel
Wtorek, 2 sierpnia 2016 · dodano: 02.08.2016 | Komentarze 8
Człowiek uczy się na błędach, ja wyjątkiem nie jestem, więc dziś wstałem wcześniej i w okolicach 7:30 byłem gotowy do drogi, z wyjątkowo jasno sprecyzowanym celem. Półwysep Helski, który zamierzałem pokonać w całej jego rozciągłości, jest przepiękny, ale byłem przygotowany na hardkor. I się nie zawiodłem.
Mimo wyjazdu o wspomnianej porze przepchanie się przez centrum Władka było drogą przez mękę. Gdy już udało mi się dopchać do testowanej wczoraj na krótkim odcinku drogi do Helu wziąłem głęboki oddech, zacisnąłem zęby i postanowiłem, że dam radę. Przeciwko sobie miałem dwa moje "ukochane" elementy - silny wiatr, wiejący tym razem z południowego zachodu, od morza, czyli jak się okazało przeszkadzający w jedną i w drugą stronę, oraz polską, standardową gównianą DDR-kę. Łącznie przez ponad siedemdziesiąt kilometrów... Wiem, chce się żyć :)
Kostka falowała mi pod kołami, ja byłem w szoku, że ktoś kiedykolwiek zezwolił na powstanie czegoś takiego, ale widoki rekompensowały wszystko. Najpierw Chałupy-łelkom-tu, potem Kuźnica i ryjek mi się cieszył widząc wciąż morze na wyciągnięcie ręki. A nawet drewna od pomostu.

Gdzieś przed Jastarnią lekko odleciałem :)
Natomiast sama miejscowość podobała mi się o tyle, że na jej wysokości ścieżka zrobiła się całkiem cywilizowana, kostka prostsza, a jeszcze lepiej było w Juracie, gdzie na chwilę zanikła całkowicie ;) Tu było zdecydowanie najfajniej.
Nagle zakwitła przede mną docelowa tablica, choć podejrzanie zbyt wcześnie. Darowanemu koniowi jednak nie zagląda się w zadek, więc zrobiłem standardową fotkę i wypatrywałem czegoś podejrzanego :)
Nie trzeba było długo czekać. Zjechałem na kolejną ścieżkę, która po chwili przestała udawać, że jest przejezdna. I to w jaki sposób!
Po minięciu tego znaku w panice pokonałem widoczny pas zieleni i wróciłem na drogę, olewając takie sympatyczne "ułatwienia". Od teraz kręcenie stało się całkiem znośne, a jak zauważyłem nie byłem jedynym rowerzystą wybierającym to, co praktyczne, a nie abstrakcyjne. Tak minęło mi jakieś sześć z tych ośmiu kilosów, gdy nagle zobaczyłem zwalniający przy mnie samochód i otwartą szybę. Już wiedziałem co usłyszę :)
- Dzień dobry, jedzie pan drogą, a powinien pan ścieżką dla rowerów - odezwał się, a jakże, policjant na fotelu pasażera.
- Zdaję sobie sprawę, że jest tam jakaś DDR-ka, ale nieutwardzona, poza tym nie po mojej stronie - odparłem.
- Ale zgodnie z przepisami musi pan nią jechać.
Już otwierałem usta, żeby zacząć tłumaczyć niuanse, wyjątki, brak zakazu i złe oznaczenie, ale.... machnąłem w głowie ręką, uświadamiając sobie, że mam urlop i po co się denerwować, więc po prostu (sam się sobie dziwiąc) powiedziałem:
- No dobra, to zjadę.
- Ok.
Na moją decyzję wpłynął oczywiście też fakt, że kawałek przed sobą widziałem zamknięty szlaban, a za nim już bardziej cywilizowany trakt. Tym samym okazało się, że dotarłem do celu. Welcome to Hel :)


Odwiedziłem to miejsce nierowerowo, a nawet spędziłem kilka dni, w listopadzie ubiegłego roku i jakoś było ciut bardziej pusto :) Choć i tak jak się okazało dostanie choć gofra około godziny dziewiątej rano było jeszcze nierealne, więc skończyło się na Grześku i energetyku z warzywniaka. Usiadłem sobie chwilę na deptaku, zjadłem, posmarowałem napęd, który zaczął ćwierkać po wczorajszej jeździe i zawróciłem.
Teraz już znałem drogę, więc szło łatwiej, choć wiatr wciąż gnoił. Znów generalnie olałem wspomnianą ścieżkę, choć z ciekawości nawet kawałek się nią przejechałem, zaliczając jakieś tam hopki na szutrze, ale gdy znów pojawił się miks piachu z rozwalonym asfaltem odpuściłem. Im byłem bliżej cywilizacji tym rosła ilość kręcących, a obniżała średnia umiejętności jazdy. Tu parki jadące koło siebie, tu bachory tarasujące drogę, tu ktoś zakręcający bez ostrzeżenia, emeryci, renciści, ZBOWID-owcy... Plus piesi. Tu tematu jak sądzę rozwijać nie muszę, dość napisać, że kupiony specjalnie na tę okazję mikro dzwonek rowerowy był najbardziej niezbędnym elementem mojego wyposażenia. W sumie nie wiem na jaki limit dryndnięć jest on przewidziany, ale boję się, że dziś zbliżyłem się do granicy :)
Na dziesięć kilosów przed końcem pojawił się deszcz, który towarzyszył mi już do końca. Mogę więc powiedzieć, że wszystko co "najlepsze" dla rowerzysty miałem w pigułce. Jednak nie żałuję, bawiłem się mimo wszystko przednio, mając dzięki jeździe crossem dystans do średniej, przeszkód i polskiej rzeczywistości. Raz jeszcze gratuluję sam sobie, że nie zabrałem nad morze szosy, bo bym chyba tu zawisł na jakiejś suchej gałęzi z frustracji. A tak - jedno z najbardziej fascynujących miejsc w Polsce zostało zaliczone na dwóch kółkach, tempem zgwałconego ślimaka, ale jednak. Co moje to moje :)
- DST 52.30km
- Czas 02:02
- VAVG 25.72km/h
- VMAX 51.40km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 427m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Zbrukany
Poniedziałek, 1 sierpnia 2016 · dodano: 01.08.2016 | Komentarze 4
Nocą nad Władysławowem przeszła ulewa, która mnie co chwilę wybudzała ze snu. I tak sam w sobie za długi to on nie był, bo moja lepsza połowa postanowiła rozkręcić skrzydła w tematyce karoke - męczarni dla uszu, której ja nie trawię, za wyjątkiem wykonań stałego repertuaru Wspomnianej, bo akurat tu jest naprawdę godnie, oraz pojedynczych jednostek również potrafiących śpiewać. Ja się do nich nie zaliczam, podobnie jak 99% tych, którzy sądzą, że się zaliczają, więc cierpiałem niezmiernie, ale lato to czas poświęceń. Piwo rekompensuje wszystko :) Przeżyłem.
Miałem ruszyć wcześniej, ale zawarte w powyższym akapicie dwa elementy zdecydowały, że jednak stało się to później :) Tyłek wystawiłem więc z naszego lokum (przy okazji dziękuję właścicielce pensjonatu za przychylność, tolerancję i sympatię dla rowerzysty) dopiero po 8:30, świadom, że podczas powrotu czeka mnie rzeź. Nie pogodowa, a ludzka. I tak było, o czym później.
Pełen optymizmu, bo na dworze rześko, a i mapa pokazywała, że zamierzony na dziś kierunek zachodni jest przejezdny znalazłem się na głównej drodze do Jastrzębiej Góry. Zaraz, czy ja napisałem "głównej"? Zaraz, czy ja napisałem "drodze"? O nie, dwie pomyłki w jednym zdaniu... Jeszcze bowiem przed granicą oznaczającą koniec Władka asfalt zamienił się w takie coś:
Ok, pewnie na chwilę, przecież mamy XXI wiek, a trasa jest uczęszczana, więc nikt by sobie nie pozwolił na pozostawienie jej w takim stanie, prawda?
Nieprawda.
Jak się okazało czekało mnie jakieś sześć kilometrów śliskiego bruku. Oczywiście, było też "pobocze", widoczne na zdjęciu. Po nocnych opadach przypominające podłużne bajoro. Zacisnąłem zęby, obiecując sobie, że jadę tędy pierwszy i ostatni raz (chyba żadna obietnica nie przyjdzie mi w realizacji ta łatwo jak ta), mając nadzieję na poprawę. Co najciekawsze - były ze dwa czy trzy momenty w Chłapowie lub Rozewiu, gdy bruk zanikał, zastępowany jakimiś resztkami asfaltu, ale w tym momencie pobocze też się polepszało. Gdy znów pojawiał się bruk - pobocze nikło. A kwintesencją abstrakcji jest ten obrazek - z daleka cieszyłem się bowiem na estetyczną cywilizowaną ścieżkę, ale jak się okazało był to jedynie ładnie opakowany szuterek. Który zresztą i tak po chwili zniknął...
W Rozewiu skręciłem jeszcze w las, ciesząc się w końcu obecnością piasku po same felgi, a nie bruku :), by zobaczyć latarnię morską...
...i w końcu znalazłem się w Jastrzębiej, która podobała mi się tylko z jednego powodu - pojawił się asfalt. Choć pewnie tamtejsze pingwiny mają inne zdanie :)
Teraz mogło być już tylko lepiej. Zamiast telepać się poboczem pięć na godzinę można było w końcu ciut dokręcić, choć ilość dziur na metr kwadratowy miażdżyła. Ale i tak było już bosko. Pozwoliłem sobie nawet na skok w bok, bo zapach morza zza położonego przy drodze lasu kusił, oj kusił...
Dotarłem do Karwi. To, co tam zastałem skomentowałem smsem do Żony o treści "O, Karwia...". Takiego bowiem syfu nie widziałem już dawno... To chyba tu ostatnio dzik zaatakował ludzi na plaży. Ja tam mu się nie dziwę :)
Po przekroczeniu granicy miejscowości przestało być gówniano, a zaczęło być fajnie. Naprawdę fajnie. Drogi zrobiły się przejezdne, pojawiły się hopki, i to zacne, a ja odżyłem.
Minąłem masę miejscowości, których nie zamierzam pamiętać (jakby co odsyłam do mapki), aż znalazłem się w Starzyńskim Dworze. Przywitał mnie on widokiem imponującego pomnika, ale też fajnym zjazdem, którego nie chciało mi się przerywać :) Jednak zadziałały siły wyższe, bo zobaczyłem po lewej genialną, asfaltową (!!!!) drogę rowerową, która zaciekawiła mnie sporą tablicą informacyjną. Zahamowałem, zjechałem i nie żałuję, bo jak się okazuje prowadzi ona wzdłuż nieczynnej linii kolejowej Krokowa - Swarzewo. Po tym, co było za mną czułem się jak w niebie. Brawo za pomysł i wykonanie.

Nie dawał mi jednak spokoju ten pomnik... Tym bardziej, że wyczytałem na powyższej tablicy z grubsza to, co w Wikipedii, iż przedstawia on "siedzącego żołnierza bez broni, ze spuszczoną głową i zaciśniętą pięścią za plecami. Został postawiony na pamiątkę zmarłych tu jeńców – żołnierzy Armii Czerwonej". No cóż, musiałem się cofnąć. Ciekawość zwyciężyła.

Wymowa mnie urzekła. Ok, teraz niech mnie kamieniują dumni przedstawiciele "wyklętych" z orłem na grubym bebechu, kupujący swe koszulki do chodzenia po galeriach lub po Władku, nastawieni na patriotyzm tak samo tandetny, jak komercyjny. Czemu mieliby mnie kamieniować - chyba sami nie wiedzą, bo do t-shirtów nie instaluje się od razu porcji historii i samodzielnego myślenia. A szkoda.
Wróćmy do roweru. Sorry :) Już skracam relację. Przez Łebcz dotarłem do Gnieżdżewa, gdzie czekała mnie przesiadka na główną trasę do Władysławowa... I tu zaczął się dopiero gnój. Myślę, że użytkownicy Zakopianki mogli czuć się jak wygrani. Dość powiedzieć, że ja - jadąc to poboczem, to chodnikiem (bo inaczej się nie dało) - dotarłem do celu szybciej niż puszkarze. I to też stojąc w korkach. Już we Władku, jako że zabrakło mi kilku kilosów do pięciu dych pokręciłem kawałek Półwyspem Helskim i wróciłem. Oj, to też była rzeź, ale pewnie na kolejną historię, do opisywania której nie mam już siły.
Na razie znów dziś byliśmy na karaoke. Piwo tam powinni dawać jako odszkodowanie za straty moralne wobec organów słuchu :)
- DST 42.30km
- Czas 01:39
- VAVG 25.64km/h
- VMAX 42.00km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 274m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Gdynia - Władek. Lost-zagubieni
Niedziela, 31 lipca 2016 · dodano: 31.07.2016 | Komentarze 9
Mój cichy i nieśmiały plan jednak wszedł w życie. W tym roku uparłem się, żeby choć na jeden wyjazd spod znaku "odmóżdżacz", czyli popularne polskie ośrodki wypoczynkowe kontra dwuosobowa delegacja kultywatorów rodu na literę "zet" zabrać rower. Do dzisiejszego rana wszystko jednak zależało od pogody, która na szczęście dopisała. Zgodnie z umową dzieląc role w tematyce dostarczenia bagaży na poznański dworzec (kolejne niewpisane pięć kilosów jakby co) wsiedliśmy do pociągu IC do Gdyni Głównej. Jak dla mnie nie ma bowiem lepszego sposobu przemieszczania się niż pociąg. Oczywiście poza dwoma kółkami :)
Do Gdyni dotarliśmy cali i bezpieczni, o dziwo nawet mając pod kontrolą mojego crossa w wydzielonym przedziale. Dalsza wersja wydarzeń miała zależeć od tego czy uda się zorganizować transport inny niż czekanie ponad godzinę na szynobus w kierunku Władysławowa, gdzie docelowo mieliśmy się znaleźć. Udało się, choć wywalczyć miejsce dla Żony w busiku w klimacie typowego letniego folkloru w PL, łatwe nie było. Kolejne moje zwycięstwo w życiu, hurra :)
Zgodnie z ustalonym planem ruszyłem rowerem wstępnie wyhaczoną w necie trasą, która jak zwykle w realu okazała się mitem. Wyjazd z Gdyni może jest bowiem łatwy, ale dla wszystkiego, co posiada co najmniej cztery koła oraz znajomość terenu, czego w tym przypadku nie mogłem sobie pozazdrościć. Finalnie zgłupiałem pod jakąś zakręconą estakadą i musiałem się ratować wiedzą tamtejszego bikera, który chwilę mnie podprowadził ścieżkami i zasugerował ominięcie elektrociepłowni. Podziękowałem, wszystko fajnie, bo proponowana trasa prezentowała się smacznie:
...było jednak małe "ale". Nagle urywała się w środku pola. Dosłownie. Poczekałem na kolejnego rowerzystę - tu po raz pierwszy błogosławiłem taki dzień jak niedziela :) - który z kolei zaproponował mi pomoc i poprowadzenie szlakiem spod znaku "tu, zaraz w prawo". Ku mojemu przerażeniu, bo nagle zostałem skierowany w jakieś piachy, dziury, ścieżynkę gruntową i cholera wie co jeszcze było na tym zadupiu prowadzącym wzdłuż torowiska przez jakieś dwa kilometry, zauważyłem, że kolega kręci na solidnym mtb. Dziękowałem tylko swojemu rozsądkowi, że nakazał mi on (rozsądek, nie pomocny kolega) kowewnętrznym impulsem nie brać szosy :)
Gdy już znalazłem się na w miarę normalnej trasie musiałem znów pytać co i jak. Tym razem była to grupka mieszana pod względem plci, którzy jako kolejni ostrzegli mnie przed tutejszymi górkami. Cholera, mnie każde wzniesienie cieszy, a jak widać w tych okolicach zakrawa to o jakieś zagrożenie mentalne :) Oczywiście po instrukcjach źle skręciłem, więc musiałem zawracać, ale i tak zdublowałem miłych instruktorów, stając się chyba kolejnym miłośnikiem ulicy Puckiej, bo serpentynki są na niej godne i malownicze. Szkoda, że nie miałem czasu się zatrzymywać, bo czas naglił, zrobiłem więc tylko dwa kiszkowate zdjęcia w pośpiechu.

Po dotarciu do Kosakowa świat stał się prostszy. Oczywiście musiałem jeszcze się pozatrzymywać i popytać jakichś kilkunastu osób, ale znałem już z grubsza dalszy zarys. Kolejnym celem było Mrzezino (i znów "oj, ale czeka tam pana ładny podjazd"), do którego dotarłem kręcąc jakimiś cholernymi betonowymi płytami.
A górka, nie powiem (na fotce nie widać) wymęczyła mnie solidnie. Lubię ją :)
Zresztą tych podjazdów naprawdę było sporo, co najlepsze - prawie w ogóle nie rekompensowanych zjazdami. Może o to chodziło tubylcom? :)
Dojazd do Pucka jakoś minął, ja minąłem Puck, by skręcić w kolejną ddr-kę rodem z Pomorskiego. A ten ród ma swoją specyfikę - jest genialnie, ale strzeż się rowerzysto, bo do czasu. Nie znasz dnia ani godziny. Najpierw jednak zobaczyłem w końcu morze i dopiero uwierzyłem, że jestem na właściwym szlaku :)
A potem? Rozwijałem się na asfaltowej trasie dla cyklistów, tu wyprzedzając, tam mijając, żyjąc złudną nadzieją, że jak coś jest przez X kilometrów prowadzone dobrą jakościowo drogą to nie może nagle zamienić się w... to?
Lub to?
Odpowiedź brzmi - TU MOŻE. Bo co? Bo morze :)
We Władku znalazłem się nie wiem kiedy. A nie. Wiem. Ten obrazek z gatunku marketingu bezpośredniego mi to uświadomił :)
Podsumowując:
- zrobiłem dziś łącznie osiem dych z małym plusem;
- Żona czekała na mnie tylko około pół godziny;
- już nienawidzę Władysławowa w sezonie;
- pomorskie ma genialne podjazdy i zero zjazdów :);
- ludzie w pomorskim są bardzo pomocni, ale boją się genialnych podjazdów;
- wiało mi dziś centralnie w pysk, bo wiatr był z kierunku NW;
- jeszcze bardziej nienawidzę Władysławowa w sezonie :).
Czy jutro gdzieś pokręcę zależy od pogody. Kierunków nie ma za dużo, więc czuję się jak w ruskiej ruletce :)
- DST 34.20km
- Czas 01:09
- VAVG 29.74km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 46m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Glucik przedrzeźny
Niedziela, 31 lipca 2016 · dodano: 31.07.2016 | Komentarze 4
Przed wyjazdem na
mentalną rzeź (Polacy + morze + lato) udało się jeszcze wstać
lekko po piątej (!) rano i wykonać krótkiego gluta szosą.
Dłuższego dystansu nie chciałem sobie fundować, bo znając życie
na trzydziestym kilometrze pękła by mi dętka lub odpadła
kierownica i z ustalonego terminu odjazdu pozostałby… inny termin.
Celem było się nie
spocić i to się nawet udało. Całość traski z Dębca przez
Plewiska, serwisówkę przy S-11, Dąbrówkę, Palędzie, Gołuski i
ponownie Plewiska wykonałem tempem emeryckim. Ale za to wrażenia
przy wyjeździe w niedzielę bladym świtem są genialne – zapach
powietrza jak na koloniach w dzieciństwie (i nie chodzi tu o okolice
latryny), niewysokie mgły snujące się nad polami, a przede
wszystkim – puste drogi. Oj, gdybym nie był takim śpiochem to
chętnie bym tak sobie częściej kręcił. Ale niestety – siła
wyższa :)
- DST 54.50km
- Czas 01:49
- VAVG 30.00km/h
- VMAX 52.70km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 124m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
NÓda :)
Sobota, 30 lipca 2016 · dodano: 30.07.2016 | Komentarze 4
Dziś bez spektakularnych wydarzeń, historii, tragedii, nagłych zmian akcji, pościgów, trupów w szafach, nawet deszczu. Jednym słowem - nuuuuda. Klasyczny "kondomik" od strony Lubonia, Puszczykowa, Mosiny, Łodzi, Stęszewa i Komornik po prostu się wykonał. Oczywiście nie mogło jednak zabraknąć dwóch elementów, bez których wyjazd istnieć nie może - wiatru, który solidnie dziś dawał o sobie znać, oraz debili poruszających się czterema kółkami. Szczególne pozdrowienia dla dziada w Tico, który wyprzedzając przed Dymaczewem dostawczaka jadącego z naprzeciwka uznał mnie za - sam nie wiem - ducha? Pęd powietrza? Kibola Legii? W każdym razie za coś, co w jego oczach nie powinno zasługiwać na uwagę, a może i istnienie, więc minął mnie o centymetry. Tylko dlatego w tak wielkiej odległości, że przykleiłem się do linii łączącej pobocze z regularnym polem. Eh, to, że zawsze znajdzie się choć jeden taki as też jest nudne...
Po powrocie podjechałem sobie jeszcze crossem na Półwiejską (robiąc dodatkowe 11 kilosów, ale nie mam ich gdzie wpisać, więc oficjalnie nie istnieją), gdzie wczoraj najzupełniej przypadkowo odkryłem sklep rowerowy, o istnieniu którego do niedawna o dziwo nie miałem pojęcia. Cel: wymiana siodła i przy okazji sztycy, bo po ostatnich dwóch stówach z trzeszczącym poddupiem już więcej wstydzić się przed ludźmi nie miałem zamiaru :) No i tym samym problem mi się rozwiązał. Mam za niewielką kasę jedno i drugie, przetestowane na razie na krótkim dystansie, a co najlepsze - mimo kręcących się po sklepie ludzi z miliardem pytań nie musiałem nawet sam całości montować, choć to sprawa banalna, bo bez pytania zrobiono mi to gratis. W sumie fajny sklep w samym centrum Poznania, a i widać pasję, bo właścicielem jest były kolarz zawodowy. Polecam.
Jutro rano wyjazd na kilkudniową rzeź mentalną, czyli polskie morze w sezonie. Boję się o swoją psychikę :)
- DST 51.30km
- Czas 01:48
- VAVG 28.50km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 95m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Jednak-Nie-Glut
Piątek, 29 lipca 2016 · dodano: 29.07.2016 | Komentarze 3
Od razu muszę wyjaśnić, że ani mi nie przeszło przez myśl, iż decydując
się dziś na rower uda mi się przejechać całość suchą stopą. Gdzie tam.
Jednak miałem nadzieję, że zgodnie z informacjami od 99% internetowych
pogodynek czeka mnie ewentualnie na trasie delikatne kropidło, a rzeź
zacznie się grubo po jedenastej. Taaaa... Zapobiegliwie nawet ruszyłem
wcześniej (8:30), gdy niebo było jeszcze słoneczne.
Pierwsze
osiem kilometrów minęło szybciutko i suchutko. Rozpoczęcie dziewiątego
to już pojedyncze krople, narastające, narastające, narastające, aż...
lunęło. Na szczęście byłem w okolicach Szreniawy, w której znajduje się
jedno z największych błogosławieństw każdego rowerzysty, czyli
przystanek autobusowy. Jak się zatrzymałem, tak tam zakwitłem. Na ponad
pół godziny. W towarzystwie samotnego żubra, o dziwo w połowie pełnego,
co okazało się podczas transportowania go na bok w celu zapewnienia
sobie przestrzeni życiowej. Zresztą nawet nie chcę myśleć o jego
zawartości, jeśli nie było nim to, co być powinno :) Zagadka ta pozostanie zagadką, gdyż oczywiście do konsumpcji nie miałem zamiaru przechodzić.
W międzyczasie, mimo że niebo się przejaśniało, ilość lecącej z góry wody nie malała, a wręcz rosła. Z nudów robiłem więc sobie wieśniackie selfie przystankowo-pogodowo-szosowe...
...i zastanawiałem się czy "dolata" to właściwa forma słowa "doleci", określające to, co z kałuż trafiało na moje buty spod kół TIR-ów :)
Dostałem też smsy od Dariusza z zapytaniem czy jakimś cudem jestem na rowerze i czy w takim razie wziąłem kapok oraz czy ma mi wysłać zdjęcie parzonej w domowych warunkach kawy przedurlopowej. Jak widać na załączonym obrazku cios w plecy może nadejść z każdego kierunku i o każdej porze :)
W końcu przestało. Byłem jednak na tyle mądry, że nie zdecydowałem się na dalszą jazdę w kierunku, który pierwotnie założyłem, tylko cofnąłem się do Rosnowa, a potem do Plewisk, gdzie zamierzałem na podstawie sytuacji pogodowej zdecydować co dalej. O dziwo chwilowo już nie padało, więc skręciłem na Komorniki, gdzie podczas postoju na światłach podczas włączania się do ruchu na krajowej piątce zagadał mnie z okna kabiny niemłody już na oko kierowca żółtego TIR-a.
- Chłopie, gdzie ty tak tu jeździsz tym rowerem po takich drogach? Przecież to samobójstwo.
W odpowiedzi z grubsza opisałem ile jeżdżę, że zawsze staram się mieć oczy naokoło kasku, że akurat z tymi większymi gabarytami mam dobre relacje, bo gdy trzeba to zjeżdżam, sygnalizuję etc. Pokiwał ze zrozumieniem w głową, ale i tak podsumował w typowy dla branży, niezwykle kulturalny i głęboki sposób:
- No dobra, ale ja tam i tak za ch...ja bym nie wsiadł na rower.
Tym optymistycznym akcentem skończyła się nasza konwersacja i rozjechaliśmy się w swoje strony :)
Wróciłem do Poznania mając na liczniku nieco ponad trzydzieści kilosów, czyli mało. Było pochmurno, ale wciąż sucho, więc postanowiłem dokręcić do słusznego dystansu, wybierając drogę przez Luboń do Wirów i znów Komornik, gdzie zawróciłem do Lubonia wzdłuż ulicy Żabikowskiej. Na Dębcu pojawiłem się przed jedenastą, trafiając na korek spowodowany jak zwykle zamkniętym przejazdem kolejowym. Ale dziś - uwaga, bo będzie szok - SOK-iści, którzy zazwyczaj zajmują się wlepianiem tu mandatów, pozwolili pieszym i rowerzystom przepełznąć pod szlabanem, bo coś tam się opóźniało z przyjazdem pociągu. Brawo. A ja w tym momencie zamieniłem gluta na niegluta.
Sekundę po tym jak zamknąłem drzwi mieszkania zaczęła się ulewa. Prawie tak jak miało być. Prawie :)
Średniej dzisiejszej nie komentuję, bo więcej było w tym pływania po kałużach niż jazdy, a co do trasy to dla jej zobrazowania wyjątkowo wklejam mapkę. PS. Szczególnie radosna na niej jest zakładka "pogoda" :)






