Info
Suma podjazdów to 813283 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Październik30 - 16
- 2026, Wrzesień30 - 11
- 2026, Sierpień31 - 24
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 52.40km
- Czas 01:46
- VAVG 29.66km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 8.0°C
- Podjazdy 91m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
W upale :)
Piątek, 7 października 2016 · dodano: 07.10.2016 | Komentarze 6
Po kolejnym dniu przerwy z powodu deszczu (pro forma - jedynie chomik, 32,5 km, średnia lekko ponad 32) dziś powrót do żywych. Jako że globalne ocieplenie wciąż w akcji to na starcie przywitała mnie temperatura o wartości pięciu stopni na plusie. W takich warunkach cieplutkie łóżko ma niewiarygodną siłę przyciągania, więc gratis miałem trening motywacyjny. Jakoś się udało, choć na pewno pozostały gdzieś głęboko ukryte urazy na psychice, przez które kiedyś w afekcie zjem kiszoną kapustę polaną gorącą czekoladą albo zagłosuję na Jarosława Katyńskiego. Lub dokonam jeszcze jakiejś innej zbrodni :) Fakt faktem, że ocieplało się w oszałamiającym tempie - gdy wróciłem do domu było już ponad osiem stopni. Istne szaleństwo.
Uwaga - wiatr mi dziś nie przeszkadzał... za bardzo! W sumie byłaby szansa na jakiś dobry wynik, ale niestety - najpierw ponad dziesięć kilosów jazdy po mieście (Dębiec - Rataje - Malta - Antoninek), a na końcu zakorkowana Starołęcka zamordowały brutalnie to, co wywalczyłem na "polskiej" trasie przez Swarzędz, Paczkowo, Siekierki, Gowarzewo, Tulce i Krzesiny. Życie. Ważne, że coś tam wykręciłem, bp jutro wyjeżdżam na trzy dni daleko w Polskę i czeka mnie odpoczynek od roweru. Chlip :)
- DST 52.60km
- Czas 01:51
- VAVG 28.43km/h
- VMAX 53.20km/h
- Temperatura 9.0°C
- Podjazdy 58m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Spotkanie przy huraganie ;)
Środa, 5 października 2016 · dodano: 05.10.2016 | Komentarze 7
Nie ma łatwo. Miesiąc temu Afryka, teraz Arktyka... zwariować można z tą pogodą w naszym kraju. Bogu dzięki, że choć mamy taki fajny i przewidywalny rząd, bo byłoby zupełnie nieciekawie :P
Gdy otworzyłem oczy nastąpiło małe deja vu z wczoraj. Znów wiatr wyginał drzewa, znów z kierunków północnych, choć zgodnie z prognozami tym razem z tylko zachodniej strony. Co okazało się jak zwykle ściemą, do czego nawiążę jeszcze raz, tylko że kawałek dalej. Różnice były dwie istotne - poniedziałek przywitał mnie niebieskim niebem, wtorek - chmurami, które co chwilę walczyły o dominację z kawałkami błękitu. A w domyśle było nieuniknione - deszcz. Drugim novum była temperatura - pierwszy tydzień października i wyjazd przy siedmiu na plusie, które dwie godziny później wzrosły o całe dwie kreski - no no, globalne ocieplenie pełną gębą :)
Ruszyłem pod wiatr, najpierw do Plewisk, potem Skórzewo, Wysogotowo, Sierosław, Więckowice, gdzie przez chwilę poczułem, że poruszam się do przodu, a nie stoję w miejscu. Cudowna sprawa, ze trzy kilometry rozkoszy :) W Dopiewie optymistycznie postanowiłem utrzymać trend, ale... znów zaczęło wiać mi w pysk. Nawet mnie to nie zdziwiło... Znów w pozycji embrionalno-przyłańcuchowej dotarłem do Palędzia, gdzie za zakrętem usłyszałem klakson, z gatunku tych sympatycznych, a po chwili zauważyłem, że jego autorem jest siedzący za kierownicą Jurek57. Pomachaliśmy sobie, wykonałem samobójczy manewr nawrotu przed sznureczkiem puszek jadących za mną i po chwili gawędziliśmy sobie już z Jurkiem na poboczu, ugadując głównie jedną Niezwykle Istotną Kwestię :) Gadało się miło, ale w samo południe musiałem być w pracy, a J57 w domu, więc trzeba się było rozjechać. Na pożegnanie wziąłem jeszcze Jurka za świadka, pokazując na łopoczącej nad nami fladze, że autentycznie znów będę kręcił pod wiatr. Tym samym do teorii o zamachu w Smoleńsku doszła nowa, tylko że tę akurat ktoś jest w stanie potwierdzić :)
Końcóweczka to kurs przez Dąbrówkę, serwisówkę przy S11, znów Plewiska. Niebo robiło się z minuty na minutę coraz bardziej ciemne, pod domem nie było już na nim kawałka błękitu, a gdy jechałem do pracy już lało. Poniżej widok z cyklu "którędy na Mordor?".
Średnia... taaaa... średnia... hm.. pomińmy ten temat. Cud, że w ogóle dojechałem do domu :)
- DST 51.90km
- Czas 01:48
- VAVG 28.83km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 140m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
O huraganie i źródełku
Wtorek, 4 października 2016 · dodano: 04.10.2016 | Komentarze 6
Wczoraj – po raz pierwszy od dawna –
padał deszcz. Nie tyle padał, ile lał się z nieba przez
cały cholerny dzień, do tego taki, którego najlepszą cechą było to, iż jest wolny od pracy. Standard. W
sumie był mi taki potrzebny, bo znów się porządnie wyspałem,
zjadłem w spokoju śniadanie, wypiłem kawkę, wskoczyłem na
znienawidzonego chomika, na którym wykręciłem 33 kilosy ze średnią
32,8, wróciłem do „Gry o tron”, usiadłem do zaległych
książek, zrobiłem sobie spacer po piękniejącym jesienią Dębcu
(wiem, wiem, to jak powiedzieć o teściowej, że przepięknie się
prezentuje w najnowszych kalesonach i kaloszach, ale naprawdę –
dzielnica mi z roku na roku ładnieje). I... odpocząłem. Jeden taki
dzionek jest jak na moje ok. Powtarzam: jeden :)
Dziś już mogłem z radością witać
teoretycznie świetną pogodę, bo chmur mało, a i temperatura ledwo
wychylająca się ponad dziesięć stopni mi niegroźna. Tylko... no
zgadnijcie co? :) Jeśli tym razem ktoś mi napisze, że dziś nie
wiało lub wiało umiarkowanie to od razu proszę pod tą informacją o namiary na dilera, bo rozprowadza widocznie pierwszorzędny towar. Już
zerkając za okno miałem wrażenie, że zaraz urwie mi co nieco, a
gdy wyruszyłem – bo postanowiłem zaryzykować na głodzie jazdę
szosą – już nie było to jedynie wrażenie. A że robiło to z
mojego „ukochanego” północnego-wschodu to miałem komplecik,
istny zestaw „zmasakruj się razem z nami”. Dwanaście kilosów
miejskiej rzezi, żeby na kolejne znaleźć się na terenach
przejezdnych, zawrócić i znów walczyć z tym samym... tak, Bóg
zaiste nie istnieje. A jeśli istnieje i pozwala na takie rzeczy to
dla mnie nie istnieje :)
Połowę trasy z Dębca przez okolice
Malty, Miłostowa do Kobylnicy, gdzie odbiłem bardziej na północ,
chowając się w tereny zalesione i kręcąc do Wierzonki, Karłowic oraz kawałka przed Tucznem, wykonałem z kaskiem z grubsza w okolicach
łańcucha. Nawet to nie pomogło – miażdżyło mnie i masakrowało.
Powrót był już zdecydowanie sympatyczniejszy, ale i tak strat
wojennych nie odrobiłem. Za to dzień przerwy ujawnił we mnie
niespotykane źródła spokoju – nie przeszkadzały mi światła,
korki, świst w uszach. Po prostu cieszyłem się jazdą. Tak się
cieszyłem, że efekty widać po „wybitnej” średniej – osobom
niepełnosprytnym nie powinno się dawać roweru :)
Aha, źródełko spokoju wyschło w
mig, po pierwszej godzinie w robocie.
- DST 51.50km
- Czas 01:43
- VAVG 30.00km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 67m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Pozytywny Dzień Bezmózga
Niedziela, 2 października 2016 · dodano: 02.10.2016 | Komentarze 5
Niedziela w robocie to jak zwykle dzień niezapomniany. Według słów kolegi - od rana można było upijać się na trzeźwo samym oddechem wizytujących, traktujących miejsce, gdzie spędzam te osiem-dziewięć godzin dziennie jak izbę wytrzeźwień, z tym, że darmową i bardziej zadbaną (wody nie serwujemy). Natomiast gdy się pojawiłem to na start zafundowano mi gratis możliwość dogłębnej analizy psychiatrycznej pierwszego osobnika (diagnoza - bez szans na wyleczenie), a potem było tylko gorzej, w tym koleś po ewidentnie nieumiejętnie skonsumowanych dropsach, za to z kolekcją niezwykle ciekawych tików. Na koniec, gdy wychodziłem byłem zmasakrowany mentalnie i fizycznie. Aha, dodam, że nie pracuję w żadnej profesji mającej cokolwiek wspólnego z szeroko rozumianą branżą lekarską, spędzając czas bardziej banalnie, choć chyba samemu doznając urazów na psychice :)
Oczywiście w tym Dniu Bezmózga nie zabrakło sporego wkładu obcokrajowców, ale dziś przegrywali z rodakami w przedbiegach. Tym bardziej, że czekały mnie dwa miłe zaskoczenia. Jednym z nich była Azjatka, która o dziwo odezwała się do mnie po polsku ("psieplasiam pan, mam pytaniii" - brawo!), a drugim (wczoraj też był) zaczynający rozmowę od "ćssieść" uśmiechnięty, ciemnoskóry i sympatyczny człowiek, z - jak się okazało - Wenezueli. Daleko trzeba było geograficznie szukać normalności :) Ale dla Jose szacun - jako początkujący tancerz towarzyszył Miss Wenezueli, po kilku latach w Irlandii (gdzie... zagrał w filmie bollywoodzkim) wylądował w Polsce, tu rozwijając swoją karierę, a teraz zaczyna zdobywać Litwę - wszystko udokumentowane. Wszelkie wersje pozdrowień, podziękowań i hardkorowych słów w języku Mickiewicza, Macierewicza i Michnika opanowane. Dawajcie mi więcej takich, może odzyskam wiarę w ludzi! :)
Aha, jeszcze o rowerze, ups, prawie zapomniałem :) Start po ósmej rano, na zachód, stałą trasą: Dębiec - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Dębiec. Mimo solidnego wiatru udało się wywalczyć minimalne minimum szosowej przyzwoitości. Zasługa niedzieli - tak znienawidzonej przeze mnie zawodowo, a uwielbianej rowerowo.
PS. Jutro mam wolne, więc ma lać. Przypadek? :/
- DST 52.50km
- Czas 01:45
- VAVG 30.00km/h
- VMAX 52.20km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 111m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Przejściówka
Sobota, 1 października 2016 · dodano: 01.10.2016 | Komentarze 4
Październik rozpoczął się mgliście. Do ósmej rano w Poznaniu wszędzie można było jeździć mlecznymi drogami, na szczęście do pracy miałem na trzynastą, więc odczekałem swoje i wyruszyłem po dziewiątej. Mgły już nie było, ale patrząc na niebo za to, że mnie nie zleje deszcz nie dałbym głowy. A jakbym dał to byłaby ona mokra. Na szczęście - zostało mi to darowane.
Wykonałem ukochaną "elkę" do Mieczewa i z powrotem, przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek oraz Rogalin. W nawet fajnym klimacie, bo jesień powoli już pokazuje swe kolorowo-liściaste oblicze, co na trasie wiodącej drogami Wielkopolskiego Parku Narodowego i Rogalińskiego Parku Krajobrazowego zawsze wygląda pięknie. Nawet wiatr dziś nie przeszkadzał za specjalnie. Choć proszę nie myśleć, że pomagał :)
Tym samym rozpocząłem kolejny miesiąc. Wrzesień zamknąłem wynikiem 1530 kilometrów, ze średnią lekko ponad 29,6 km/h, jak zwykle wykonaną na co najmniej dwóch sprzętach, choć crossem tym razem zdecydowanie mniej niż zazwyczaj. Słaby wynik prędkościowy biorę na klatę, ale jeszcze nie mogę się wykaraskać z przemęczenia spowodowanego maratonem pracowo-remontowo-weselnym, który zrobił ze mnie dorodne zombie. Oczywiście - można było odpuścić czasem rower i się wyspać. No ale jak to tak? :)
Aha, no i spowalniała mnie każda zastana Dożynka :)
- DST 56.50km
- Czas 01:53
- VAVG 30.00km/h
- VMAX 56.80km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 132m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Na klauna
Piątek, 30 września 2016 · dodano: 30.09.2016 | Komentarze 10
Ciepełko się utrzymuje, tak samo jak mocny wiatr. Jednak dziś nie narzekam, bo poszedłem (a w sumie pojechałem) po rozum do głowy i udało mi się częściowo objechać kawałek Lubonia koło outletu, dzięki czemu zaliczyłem kilka korków mniej. Człowiekowi od razu robi się weselej na siodle.
Chwilę po tym, gdy ruszyłem zauważyłem, iż założyłem dwie różne rękawiczki rowerowe. Skarpetki to męski standard, ale ten element garderoby udało mi pokićkać po raz pierwszy. Co prawda różniły się tylko detale, ale czerwone wykończenia średnio pasowały do niebieskich, więc nawet zaczęła w moim mózgu zakwitać myśl o nawrocie i wymianie. Szybko jednak ją skasowałem, bom nie jakiś Oliwier Janiak, do tego jestem hetero. I tak, radośnie jak klaun, kręciłem dalej.
Wykonałem kondomika, ale dziś od strony wspomnianego Lubonia, Puszczykowa, Mosiny, Dymaczewa, Stęszewa, Szreniawy, Gołusek i Plewisk. Tym samym informuję, iż pyknęło mi w tym roku ponad 13 tysi, już jakiś czas temu, ale przegapiłem. Zarobiony jestem :)
A skoro o pracy :) Wczoraj przeważali Białorusini i Turcy. Dziś zakwitło Bliskim Wschodem i Hiszpanią. To pierwsze o dziwo bardziej kumate. Udało mi się nawet porozmawiać z kilkoma Polakami! W czasach Erazmusa to jak trafić w totka... :/
- DST 51.30km
- Czas 01:44
- VAVG 29.60km/h
- VMAX 53.20km/h
- Temperatura 18.0°C
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
NieLubisie :)
Czwartek, 29 września 2016 · dodano: 29.09.2016 | Komentarze 4
Mocno dziś wiało i niech nikt mi nie wmawia, że nie! Wszystkie złośliwostki w temacie proszę zachować dla siebie :)
Ale za to z grubsza duło z zachodu, przynajmniej teoretycznie, z południowymi inklinacjami, no i zrobiło się tak jakoś wiosennie. Całkiem przyjemna temperatura zachęcała do kręcenia i miałem nawet parcie na jazdę. Pierwszy korek na Dębcu jakoś przełknąłem, ale w Luboniu dopadła mnie już wielka, ogromna zgaga. Nie dość, że samochód na samochodzie, to jeszcze - frontem do klienta - jaki plan na działanie w tematyce transportu mogą mieć władze owej miejscowości na godziny 7-9 rano? Autobusy TransLubu są oczywiście potrzebne, nawet mimo skrzętnie ukrywanej umiejętności wyprzedzania rowerzystów przez zatrudnionych tam kierowców, więc nie ma co gadać. Ale śmieciarki plus radośnie pełznące traktorki z jakimiś sprzętami do remontów plus jeszcze wolniej poruszające się monstra czyszczące ulice puszczone stadem na główną (hje hje) ulicę (hje hje) "miasta" (hje hje) - to musi skończyć się rzezią. I się skończyło - mimo wykorzystywania przeze mnie w desperacji nawet pustych chodników (wiem, sam to tępię, ale są momenty, gdy inaczej się nie da) za podłoże do wyprzedzania, pierwszym kawałkiem, na którym mogłem puścić hamulce była połowa Wirów - około dziewiątego kilometra. A miało być tak pięknie.
Potem już trwała walka z wiatrem o wywalczenie choć braku całkowitej kompromitacji. Komorniki, Szreniawa, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Gołuski i Plewiska - oto poligon zmagań. Niestety poległem, choć i tak biorąc pod uwagę fakt, że przez jakąś 1/5 trasy stałem w miejscu - jestem w stanie się wytłumaczyć :)
- DST 56.30km
- Czas 01:56
- VAVG 29.12km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 136m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Szosa nostra
Środa, 28 września 2016 · dodano: 28.09.2016 | Komentarze 6
Kolejny upojny dzionek w pracy. Dziś koreańsko-hiszpańsko-chińsko-rosyjsko-ukraiński. Wielkie, ogromne nawałnice, stada i oceany nieogarów, dla których rozumienie czegoś, co dla nas jest oczywiste to Mount Everest kumatości. Mam dość.
Do roboty to w ogóle się spóźniłem, bo o tym, że muszę w niej być o dwunastej, a nie o trzynastej, zauważyłem o jedenastej trzydzieści. Ups :) A że chwilę wcześniej zsiadłem z roweru to wyrobić się nie dało. Trasę wykonałem dziś klasyczną, czyli "kondomik" w wersji od Poznania przez Plewiska, Komorniki, Rosnowo, Stęszew, Dymaczewo, Mosinę, Puszczykowo, Luboń do Poznania.
Za Szreniawą minął mnie o włos... w sumie włosek... na odnóżu muchy... w sumie muszki... jakiś imbecyl w powiększonej wersji dostawczaka, z rejestracją POB, czyli Oborniki. Szkoda, że była ona taka krótka, bo jak na moje między drugą a trzecią literą brakowało jeszcze dwóch, z czego jedna to "j" i "e". A kilka kilosów dalej, ma granicy Dębienka ze Stęszewem, gdy czekałem na skrzyżowaniu zatrzymał się koło mnie czarny, smutny samochód, w którym siedzieli dwaj ubrani na czarno smutni panowie, intensywnie się we mnie wpatrując. Głupio się poczułem z męskim wzrokiem na sobie, nie chcę wnikać, czy z powodu niezwykle atrakcyjnego wdzianka rowerowego czy z innych względów, ale z natury jeśli ktoś się na mnie gapi to ja robię to samo. I tak sobie patrzyliśmy dobry moment, aż w końcu wskazałem głową kierowcy, że ma zielone, na co ten o dziwo podziękował i odjechał. Jednak nie podpadłem żądnej mafii, ufff... :)
Na temat poznańsko-lubońskich korków, wiatru i średniej się dziś nie wypowiadam :)
- DST 52.40km
- Czas 01:48
- VAVG 29.11km/h
- VMAX 50.70km/h
- Podjazdy 91m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Na niepoziomie :)
Wtorek, 27 września 2016 · dodano: 27.09.2016 | Komentarze 15
Dziś prawie powtórka z niedzieli, tylko że... prawie i bez niedzieli :) Wtedy to bowiem, wyruszając na wschód, ku mojemu zdziwieniu udało mi się wykręcić średnią 30+. Dzisiaj - na trasie z Dębca przez Maltę, Antoninek, Swarzędz, Paczkowo, Siekierki, Gowarzewo, Tulce, Żerniki, Jaryszki, Koninko i Starołękę do domu - nie było już na to szans. Najpierw na Drodze Dębińskiej po raz kolejny musiałem zjechać na na drogę pieszo-rowerową (skandal!), bo z powodu wywrotki motocyklisty ruchem sterowała policja, potem jechałem przez zakorkowane miasto, potem przez zakorkowane miasto, a w końcu przez zakorkowany Swarzędz. Jak już wydostałem się na jako-takie przejezdne warunki, grubo po dziesiątym kilometrze, na liczniku miałem oszałamiające 25 km/h, których za cholerę nie dało się odrobić. Walczyłem więc jak Legia dziś o najmniejszy wymiar kary. Czyli wiedziałem, że będzie masakra, ale mimo wszystko się łudziłem. Jako że do przerwy jest 0:2 to myślę, że nie zawiodłem :)
- DST 53.10km
- Czas 01:48
- VAVG 29.50km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 214m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Opethany i wyspany
Poniedziałek, 26 września 2016 · dodano: 26.09.2016 | Komentarze 8
Oj, wyszło dziś ze mnie zmęczenie ostatnich dwóch-trzech tygodni. Szalone wrześniowe tempo, najpierw podczas remontu, który zaczynał się wstawaniem o szóstej rano, a kończył w okolicach godziny dwudziestej drugiej, potem nadrabianie zaległości w pracy, bo niestety u mnie premia to druga pensja, a do tego jeszcze poranny rower.... Wszystko to finalnie skończyło się tym, że dziś, w moim pierwszym od dawna naprawdę wolnym dniu wolnym spałem jak zabity do dziesiątej. Rzecz u mnie praktycznie niespotykana, choć na tyle przyjemna, że myślę o zmianie pasji. Tylko nie do końca wiem jakiego bloga miałbym w tej tematyce założyć? SchlafStats?
Gdy już wstałem i dowlokłem się do kuchni w celu sporządzenia kawy spojrzałem z ciekawości na termometr za oknem, gdzie zaskoczyło mnie, że kresce było bliżej stopni dwudziestu niż dziesięciu. Ale że sprzęt był kupiony za niewielkie pieniądze, do tego w popularnym markecie budowlanym, to jeszcze nie ma między nami chemii i zaufania, dlatego ubrałem się na wszelki wypadek jesiennie, co może błędem nie było, ale momentami czułem, że wożę na sobie mały, mobilny piekarnik. Podgrzewany naturalnie :)
Nie chciało mi się spieszyć, tym bardziej, że poniedziałek i bicie rekordów ma się do siebie jak wymaganie od aktualnie nam panującej władzy indywidualnego myślenia, sprzecznego z tym autorstwa najbardziej znamienitego przedstawiciela drobiu. Kręciłem więc powoli, zaczynając z Dębca, potem przez Luboń, Wiry, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek, Rogalin do Świątnik, za którymi zawróciłem swoimi śladami. Bez przygód, chyba że za takowe uznać powolne symptomy mówiące o konieczności zmiany napędu, może nie całego, ale choć jednego z tych bardziej istotnych elementów. Trzeba będzie się za to zabrać, ale jeszcze nie czas.
W słuchawkach nowy Opeth, zespół, który gdy wydaje kolejny album robi mi mentalnie małe święto. Nowa płyta co prawda tyłka nie urywa, bo "miszcze" poszli już chyba na stałe w kierunku progresywnego rocka, głęboko zakopując swoje rzeźnicze, metalowe korzenie, ale jak zwykle jest godnie.






