Info
Suma podjazdów to 784877 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj10 - 15
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 31.30km
- Czas 01:09
- VAVG 27.22km/h
- VMAX 41.60km/h
- Temperatura 9.0°C
- Podjazdy 39m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
MżawkoDeszczoGlut
Środa, 4 maja 2016 · dodano: 04.05.2016 | Komentarze 0
Co tu dużo gadać - przez ostatnie dni było za pięknie, żeby tak miało zostać na dłużej. Zbyt wiele lat chodzę i jeżdżę po tym łez padole, żeby mieć złudzenia w tym względzie. No i dobrze, bo gdy rano przywitał mnie deszcz to nie doznałem szoku, tylko zrobiłem sobie kawę, usiadłem do kompa i czekałem czy przejdzie zanim będę musiał zbierać się do roboty. Taka buddyjska taktyka przyniosła skutek, bo w w końcu pojawiła się wyrwa w chmurach i mogłem, wciąż ze sporym ryzykiem zmoknięcia, osiodłać crossa i ruszyć na krótkiego gluta. Na więcej czasu nie było.
Dawno nie pisałem o silnym wietrze. Dziś też nie napiszę, żeby się nie denerwować :) Dodam tylko, że nawet zjazdy z górek wymagały pedałowania. Do tego brak opadów - jak to zwykle bywa - najpierw zamienił się w mżawkę, a ostatnie kilometry pokonywałem już stylem dowolnym, w regularnym deszczu oraz kałużach. Kierunek obrałem dostosowany do powiewów - na północny zachód przez Górczyn. Bułgarską i Bukowską do Wysogotowa, w którym miałem plan obadać niedawno zrobioną drogę przy ulicy Batorowskiej prowadzącą od ronda do Skórzewa. Nauczony doświadczeniem najpierw ją zlustrowałem jeszcze w domu na Google Maps pod kątem ewentualnego występowania DDR-ek (nie było, na szczęście) i nie widząc przeszkód wynalazłem tym samym nowy szlak. Do wykorzystania na przyszłość, póki nie zabiorą się za nią podpoznańscy monterzy przeszkód dla rowerzystów, zwanych potocznie ścieżkami.
Po powrocie do domu pralka powitała mnie radosnym otwarciem paszczy.
- DST 53.50km
- Czas 01:48
- VAVG 29.72km/h
- VMAX 53.80km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 145m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
T(ł)uczno i tłoczno
Wtorek, 3 maja 2016 · dodano: 03.05.2016 | Komentarze 0
Ostatni dzień długiego weekendu to też ostatnia okazja na porządną dawkę snu, z czego skrzętnie skorzystałem. Rodzinka rano ruszyła z Radzewic w drogę do domu, ja natomiast dość późno, bo po dziesiątej, zebrałem się w sobie i wykopałem samego siebie na rower. Pora jak się okazało była jedną z najgorszych możliwych, bo na podobny pomysł wpadli wszyscy - regularsi, sezonowcy, babcie, dziadkowie, wnusie, pozerzy, lanserzy, lidlowcy, pro i nie pro. W skrócie: wszyscy. A w tym wszystkim ja, próbujący przepchać się na północ Poznania, bo w teorii wiało z kierunku NE.
W okolicach Malty wszystko toto skumulowało się w takich ilościach, że moje i tak wyczulone radary zgłupiały. Pół biedy, gdyby ci nasi trzeciomajowi kolarze znali choć podstawowe zasady poruszania się na dwóch kółkach... A tu co na drugim pyszczku radość połączona z fascynacją, że coś co nie ma silnika też może się poruszać, że dokoła tyle powietrza, że nie trzeba otwierać szyby, żeby poczuć powiew wiatru... Spoko, spoko, wszystko fajnie, ale owa fascynacja wykluczała się z odpowiedzialnym zachowaniem... Nie zliczę ile razy musiałem hamować, bo jakiś delikwent nie raczył poinformować o skręcie w lewo/prawo, bo jak jest czerwone światło to należy tak stanąć czekając na zielone, żeby zablokować całą drogę, bo jedna paniusia z drugą muszą poplotkować jadąc całą szerokością DDR-ki oraz sporym kawałkiem części dla pieszych, a trzecia w najlepsze uskutecznia konwersację telefoniczną kręcąc niemal w miejscu, ręką wolną od trzymania komórki poprawiając sobie fryz narażony na zło, czyli dewastację od tego dzikiego pędu... Ech, może jednak te obowiązkowe karty rowerowe to nie jest taki najgorszy pomysł?
Zmasakrowany wyprułem z miasta niczym karp w grudniu z wanny do jeziora. W Kobylnicy zakręciłem w lewo, do drzew, przyrody i lasu. Czyli trasą: Wierzenica, Wierzonka, Karłowice a kawałek dalej, już na granicy Puszczy Zielonka, zawitałem do Tuczna. Albo lepiej jak w tytule - T(ł)uczna, bo jakość "asfaltu" (w przeciwieństwie do genialnego kawałka z idealną drogą przy samej Kobylnicy) jest tam taka, że jazda szosą powinna być zakazana ustawowo, chyba że z pisemną zgodą Miodka i Bralczyka na legalne używanie słów powszechnie uznawanych za wulgarne :) Tam też zawróciłem, mając w myślach optymizm, bo przecież teraz miałem mieć łatwiej, bo z wiatrem. I? Zgadnijcie co. Oczywiście, miałem centralnie pod wiatr. Tak z nim walcząc zastanawiałem się jak to jest - wczoraj świadomie wybrałem trasę, której druga połowa miała być z wmordewindem i była. Dziś wybrałem taką, żeby wmordwindu z powrotem nie było. I był. Gdzie jest Bóg, ja się pytam? :)
W domu zawitałem jako kłębek nerwów, bo znów przejechałem cały Poznań. A cały Poznań jechał przez cały Poznań. Na rowerach. Zazwyczaj bez użycia mózgów.
- DST 63.20km
- Czas 02:06
- VAVG 30.10km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 161m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Kawo-ciacho + podsumowanie kwietnia
Poniedziałek, 2 maja 2016 · dodano: 02.05.2016 | Komentarze 2
Okazało się, że wczoraj zapodana przeze mnie dawka ruchu lekko zmasakrowała rodzinkę (ups), choć podobno ważenia mega pozytywne, dziś więc ostatni dzień przed wyjazdem postanowili spędzić na miejscu, delektując się przyrodą. Co oznaczało brak planów, a co z kolei oznaczało, że się mogłem wyspać. Od razu dementuję plotki, że wszystko było zaplanowane :)
Mimo wiatru z północy postanowiłem dostosować trasę do miejscówki, więc pokręciłem wbrew swoim zasadom, udając że nie wiem skąd wieje. Ruszyłem po dziesiątej, w głowie mając trasę zdeka inną niż zazwyczaj wersję przejazdu. Przez już bardziej ruchliwą niż wczoraj Starołęcką, Krzesiny i Jaryszki dotarłem do Gądek/Robakowa, potem w Dachowej zakręciłem na Kórnik. Tam... stanąłem w korkach. Czyli tam one się przemieściły z Poznania! Ha! Drogą jechać się nie dało, musiałem więc sprawdzić przyczepność nawierzchni płyt na rynku (przyzwoita) i znalazłem się pod zamkiem i arboretum. W sumie nie wiem po co, bo samochodów było tyle, że nawet zrezygnowałem z planowanej foty, zakręciłem się jedynie dokoła i ruszyłem w drogę powrotną.
Ta prowadziła znaną chyba wszystkim wielkopolskim rowerzystom przepiękną zieloną trasą Kórnik - Mosina, z zakrętem w Radzewicach. Tam szybka kawka i ciacho, przegląd zdjęć ptactwa, pożegnanie (bo ewakuacja zaplanowana jest na jutrzejszy poranek) i do domu. W Puszczykowie rowerowe pielgrzymki - nawet gdybym chciał jechać jakimiś DDR-kami (a nie ma co ukrywać, że nie chciałem) to bym się na nich nie zmieścił. Ojej :) Ostatni kawałek to ostra walka z wiatrzyskiem, który wzmagał się i wzmagał, znacznie obniżając odczuwalną temperaturę.
No i jeszcze zaległość w postaci podsumowania kwietnia. Niemal równe 1650 kilometrów, głównie szosą, ale i crossem, ze średnią 29,1 km/h. Może być. No i przede wszystkim pierwsze oficjalne dwie stówy stały się faktem :)
- DST 52.20km
- Czas 01:43
- VAVG 30.41km/h
- VMAX 50.40km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 90m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Rodzinnie muss sein :)
Niedziela, 1 maja 2016 · dodano: 01.05.2016 | Komentarze 4
Kolejny wolny dzień, który zacząłem pobudką przed siódmą rano. Ale tym razem nie narzekam, gdyż powód był wreszcie inny niż załatwianie miliarda zaległych spraw. Zgadaliśmy się mianowicie z moją rodzinką, że podjedziemy w okolice ich wielkopolskiego "agroturystycznienia się", zresztą poleconego przeze mnie. Wczoraj pracowałem, więc okazji nie było, dziś się udało.
Najpierw jednak kursik rowerem. Pogoda zrobiła się zacna - słonecznie, kilkanaście na plusie, wiatr już do zjedzenia. Do tego drogi genialnie puste, więc nawet Starołęcka, od której zacząłem przejazd nie gryzła. Zresztą cała trasa - do Krzesin, Tulec, Gowarzewa, Siekierek, Palędzia, zakrętu na Swarzędz, Antoninek i Poznań - przebiegła zadziwiająco bezkonfliktowo, a mimo że spory jej kawałek była "czystym" miastem to udało się w końcu wykręcić jakąś w miarę normalną średnią. Do cholery, czemu świąt nie ma codziennie? No czemu? :) Tylko czerwone światła działały jak zwykle, o czym miałem okazję porozmawiać z sympatycznym szosowcem zaopatrzonym w lemondkę oraz zamontowanym przy niej zestawie pitnym przy Garbarach.
Wróćmy do pierwszego akapitu. Jestem mile zaskoczony pozytywnym odbiorem południowej części Wielkopolski przez moją familię (zaciąg jeleniogórsko-łódzki, na razie czujki bardziej proprzyrodnicze), która co jednostka ma inne wymagania, a i turystycznych wypraw za sobą niemało. Tu bez szemrania zachwycili się Jeziorem Kociołek i "górskimi" etapami docierania doń, przyszłościowo zaakceptowali drezynę na Osową Górę, jak i same jej okolice, z fascynacją połykali muzealne truchła Muzeum Przyrodniczego w Grajzerówce (foto nr 3), a zachwyty Taty nad ilością ptactwa oraz zwierzyny do sfotografowania przy kawałku Warty oraz baigen w Radzewicach (czyli miejscówce noclegowej) powodowały, że rosło serce :)
Jutro pewnie w końcu się wyśpię. Mam przynajmniej taką nadzieję.



- DST 52.30km
- Czas 01:46
- VAVG 29.60km/h
- VMAX 51.10km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 214m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Dzień niewolny
Sobota, 30 kwietnia 2016 · dodano: 30.04.2016 | Komentarze 4
Długi weekend. Hm. U mnie odpada. Długów na szczęście póki co nie posiadam, weekendu jak na razie też nie, bo dziś gniję w robocie. Jutro na szczęście ustawowo wolne, więc uszczknę choć kawałeczek tego tortu.
Pogoda zrobiła się nawet... ładna. Choć wciąż wietrzna. Nieprzyzwyczajony, z niepokojem zerkałem na otoczenie w oczekiwaniu na choćby grad lub trzęsienie ziemi, ale nic takiego nie nastąpiło. No to kręciłem - przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek, Rogalin i Radzewice, w których miałem spotkać się z rodzinką, ale nie miałem czasu czekać aż wykaraskają się znad Warty, gdzie trwała akcja polowania na ptaki (oczywiście za pomocą aparatu), więc zawróciłem.
Rowerzystów - sporo. Korków w zadupiach typu Luboń - jeszcze więcej, do tego niedających się w żaden sposób objechać. Wiadomo - jutro CAŁY JEDEN DZIEŃ BEZ GALERII HANDLOWYCH, więc trzeba się zaopatrzyć jak na wojnę. Na trasie zdarzyła mi się też sytuacja wyjątkowa, gdyż przed mostem nad Wartą ciągnąłem za sobą jakiegoś dostawczaka, który ani myślał mnie wyprzedzić, tylko karnie dotrzymywał mi towarzystwa, mimo moich zachęt do przyspieszenia. A jak już to zrobił, przepisowo i kulturalnie, to zagadka się rozwiązała, bo zaraz za nim wyprzedził mnie radiowóz. Nie żebym widział w tym wszystkim jakikolwiek związek :)
Dziś do markowego licznika dołączył jako trup ten świeżo kupiony z Lidla - w pewnym momencie pojawiło się zero i prócz chwilowych czkawek utrzymywało się tak już do końca. Dżizas, jaki to jest szajs. Średnią wziąłem więc ze Stravy, korygując o standardowy błąd. Aktualnie mam więc na kierownicy dwa sprzęty - jeden pokazuje godzinę, a drugi temperaturę.
- DST 51.50km
- Czas 01:45
- VAVG 29.43km/h
- VMAX 49.70km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 150m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Odniepoczyn: kontynuacja
Piątek, 29 kwietnia 2016 · dodano: 29.04.2016 | Komentarze 0
Po wczorajszym wpisie naiwnym byłby ktoś, kto by uważał, że sobie odpocznę, bo muszę iść do pracy. Tak to niestety nie działa. W robocie się pojawiłem, ale musiałem na jakiś czas z niej wyskoczyć, żeby zabawić się w miejskiego nawigatora i niczym Mojżesz przez Morze Czerwone poprowadzić samochód mojej rodziny (a w sumie to jej części) Morzem Korków, czyli miastem Poznań na dzień przed długim weekendem. Rzadko znajduję się w puszce i dziś jeszcze bardziej uświadomiłem sobie czemu. Pokonanie kilku kilometrów zajęło tyle, że spacer byłby bardziej efektywny, a gdybym nie znal objazdów to pewnie stalibyśmy jeszcze gdzieś do teraz. W każdym razie cel (Radzewice, agroturystyka) został osiągnięty, ale podobno za miastem wcale lepiej nie było. Brr. A ja do pracy wróciłem zmasakrowany.
Aha, zapomniałem że to blog rowerowy :) Rano udało mi się zrobić obowiązkową pięćdziesiątkę, przy akompaniamencie niskiej temperatury, ale i o dziwo ładnie świecącego słoneczka. Za to wiatr (no nie odpuszczę sobie, sorry, póki gnój się nie uspokoi) jak zwykle mnie uwalił, w jedną stronę wiejąc w pysk, a w drugą z boku. Trasa: Dębiec - Luboń - Wiry - Puszczykowo - Mosina - Sowiniec - Krajkowo, tam nawrót przy krzyżu (jak rasowy miłośnik rządu) i powrót swoimi śladami.
Licznik padł całkowicie, na szczęście mam ultra hiper pro rezerwowy z Lidla, więc ten mój właściwy służy mi jako zegarek. Choć to. Do tego chyba zarżnąłem już jedną z zębatek kasety, bo zaczyna przeskakiwać :/
- DST 52.55km
- Czas 01:44
- VAVG 30.32km/h
- VMAX 60.00km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 126m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Odniepoczyn
Czwartek, 28 kwietnia 2016 · dodano: 28.04.2016 | Komentarze 9
Dzień dobry, dziś dzień wolny. To co, odpoczywamy.
Pobudka - godzina szósta, minut dwadzieścia. Żona przed siódmą do pracy, ja na rower. O nim później.
Przed dziewiątą w domu, szybkie ogarnięcie się i na Wildę, pomóc Teściowej przetransportować się do lekarza na Piątkowo. I z powrotem.
W okolicach południa znów w domu. Późne śniadanie i chwila odpoczynku od odpoczynku.
Potem wizyta w mieście i na chwilę do roboty, bo trzeba było jednej rzeczy dopilnować.
W domu (już finalnie) po szesnastej.
Czuję się wypoczęty jak cholera! :)
A sam rower - jak to zimą, łatwo nie było. Mróz, silny wiatr. ranne przymrozki. W końcu mamy koniec kwietnia, prawda? Zrobiłem "kondomik" od strony Lubonia, Puszczykowa do Mosiny, potem Stęszew, Komorniki i Poznań. Spieszyłem się, więc udało mi się w pewnym momencie rozpędzić koło Szacht do równiutkich sześciu dych. Alleluja. A jak, mimo że miażdżyło wiatrem i chłodem, udało się osiągnąć w końcu średnią ponad trzy dychy? Odpowiedź jest prosta - nie mam pojęcia :)
- DST 52.75km
- Czas 01:48
- VAVG 29.31km/h
- VMAX 50.30km/h
- Temperatura 10.0°C
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
BACH!
Środa, 27 kwietnia 2016 · dodano: 27.04.2016 | Komentarze 12
Uwaga! Nastąpiła chwilowa korekta pogodowa. Delikatna, bo wciąż jest zimno (znów jazda w zimowych rękawiczkach) i średnio przyjemnie, ale wyszło słońce i przede wszystkim ciut mniej wieje. "Ciut" oznacza, że podczas jazdy z górki pod wiatr nie muszę już pedałować z całej siły, żeby z niej zjechać. Wystarczy niewielki nacisk na pedały ;)
Ruszyłem dziś na południe, bo tak mi kazały powiewy, do Żabna i z powrotem przez Luboń i Mosinę, ale postanowiłem wykonać pewien eksperyment, który z założenia miał mi pomóc w objechaniu znów reaktywowanego remontu przejazdu kolejowego w Mosinie. Istnieje co prawda jeden oficjalny objazd, ale ciągnie się on przez koszmarną (asfalt zmiksowany z kostką, dziurami, piachem i posesjami) ścieżkę prowadzącą do wiochy o nazwie Krosno, gdzie pojawia się skręt w interesującym mnie kierunku. Ostatnio koleżanka z pracy mieszkająca w tych okolicach powiedziała mi, że można ją ominąć, skręcając trochę wcześniej do Krosinka, a potem już fajną, nowo zbudowaną trasą wzdłuż jakiegoś świeżutkiego osiedla trafić do celu. No to próbujemy.
Mina mi zrzedła zaraz po skręcie. Zapomniałem o dwóch rzeczach: koleżanka jeździ na emtebe, a ja jestem w gminie Mosina, w której pojęcie "ruch rowerowy" oznacza "udupić rowerzystów". Kilka fotek z polski z w pigułce.
BACH!
BACH!
BACH!
I tak, żeby ominąć gównianą ścieżkę rowerową trafiłem na gównianą ścieżkę rowerową. Co prawda kostka aż taka zła tu nie była, ale do teraz boli mnie tyłek od krawężników, błędnik mi oszalał od przejeżdżania z jednej na drugą stronę drogi, a od znaków zakazu jazdy rowerem (myślę, że w sumie można by go wkomponować w polskie godło, będzie idealnie) mam biało-czerwono we łbie. No ale co mogę zrobić? Chce się człowiekowi kręcić to cierpienie jest gratis. Trzeciej wersji objazdu nie znam, chyba że przez Berlin :)
- DST 52.25km
- Czas 01:48
- VAVG 29.03km/h
- VMAX 51.40km/h
- Temperatura 8.0°C
- Podjazdy 213m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Deżawi
Wtorek, 26 kwietnia 2016 · dodano: 26.04.2016 | Komentarze 7
Myślę, że po przeczytaniu tytułu nie będzie wątpliwości o czym dziś napiszę. Bohaterami będą:
- zimno;
- fragmentami niemal huraganowy, przejmujący wiatr;
- chmury;
- wiszący nad głową potencjalny deszcz.
Czyli istne deja vu sięgające wstecz jakiś tydzień. Nawet średnia wychodzi mi ostatnio codziennie niemal tak samo słaba.
To co ja się będę rozpisywał? :) Mogę jedynie poinformować, że zmienił się kierunek podmuchów, dzięki czemu mogłem pojechać dziś na południowy-wschód a nie na zachód, zaliczając trasę przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek, Rogalin i Radzewice, gdzie się zakręciłem na pięcie i wróciłem własnymi śladami.
W Łęczycy drogowcy zrobili mi psikusa. Człowiek chce czasem pokręcić zgodnie z prawem, dokonując nawet heroicznego czynu polegającego na wjechanie na ścieżkę znajdującą się przy przeciwnym pasie. I co? Dostaje po tyłku za karę:
Informacja "nie wjeżdżaj" znajdowała się oczywiście na widocznym w tle końcu. Z "mojej" nikt na to nie wpadł, więc czekał mnie mały spacerek. Jakiś plus z takiej sytuacji? Zobaczyć za darmo DDR-kę, po której nie tylko się nie da, się nie musi, ale nawet nie wolno kręcić :) Choć ta akurat nie była zła, bo z asfaltu.
- DST 52.20km
- Czas 01:48
- VAVG 29.00km/h
- VMAX 55.30km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 57m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Niemarud teoretyczny
Poniedziałek, 25 kwietnia 2016 · dodano: 25.04.2016 | Komentarze 14
Pewnie i tak nikt mi nie uwierzy, ale przed dzisiejszym wyjazdem naprawdę nie miałem zamiaru marudzić. Na klatę przyjąłem fakt, że temperatura za oknem jest taka, że niektóre styczniowe dni wydawały się upalne. Że słońce co chwilę znika za chmurami, a gdzieś w domyśle jest deszcz. Że ta końcówka kwietnia to jakaś popierdółka, a nie wiosna. To jeszcze było do przełknięcia.
Ale - do cholery - gdy po przejechaniu 25 kilometrów pod silny, mroźny wiatr, zawróciłem, a ten wciąż dmuchał mi w pysk, tyle że mocniej, a do tego każdy kolejny skręt nic w temacie nie zmieniał - ręce mi opadły. A że i tak w celu zniwelowania strat własnych podczas walki z pogodą były już na samym dolnym dole kierownicy to mało brakowało a wkręciłyby mi się w szprychy :) Co ciekawe - flagi pokazywały, że wiatrzysko mi sprzyja. Wiatrzysko natomiast brutalnie pokazywało, że mnie nienawidzi. Jak żyć, panie mlaskający obleśnie prezesie?
Trasę "rybkę" (Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań) pokonałem w tym kształcie po raz ostatni na długi czas. Jutro bowiem zaczyna się remont ulicy Grunwaldzkiej w Plewiskach, co oznacza, że drogowcy zorganizują objazdy. Co oznacza, że będzie gnój. Co oznacza, że trzeba będzie szukać tras alternatywnych. Remont przewidziany jest na pół roku, a ja znając realia mogę już się zakładać o jakiegoś zacnego winiacza z Biedronki o cenie nieprzekraczającej 3,99 brutto, że się przedłuży. Dodam tylko, że kawałek tej miejscowości jest rozkopany od drugiej połowy poprzedniego roku i póki co chyba tak zostanie, bo ostatniego robotnika widziałem tam jakoś za czasów narodzin pierwszego Tyranozaurusa Rexa. Lub niewiele później :)
Pyknęło mi w tym roku pięć tysiaków. I to już wczoraj, ale przeoczyłem ten fakt.






