Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250076.93 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 812738 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 53.25km
  • Czas 01:57
  • VAVG 27.31km/h
  • VMAX 49.00km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 106m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Black clouds

Poniedziałek, 7 listopada 2016 · dodano: 07.11.2016 | Komentarze 6

Czarne chmury zaczęły się nade mną zbierać. W sumie nie do końca nade mną, ale na pewno nad poznańskim Dębcem. Brutalnie robiąc mnie dziś w jajo. Rano bowiem przed wyjazdem, gdy wracałem ze świeżymi bułkami z piekarni, zaczął padać deszcz. Szybko więc zmieniłem koncept, zastępując środek transportu z szosy na crossa.

No i... faktycznie decyzja okazała się słuszna. Na jakieś dwa kilometry, pokonywane w kałużach. Ku memu zdziwieniu bowiem na wysokości Górczyna drogi były już suchutkie. I tak przez całą trasę, aż do... Dębca. Fenomen jakiś. No ale cóż, jak zwykle osobisty zadek był najbardziej zadowolony z używanego dziś siodełka. Podejrzewam jakiś spisek, ale jeśli do tego zdolny jest mój tyłek to boję się do czego doprowadzić mogą inne części ciała :)

Jazda czołgiem zawsze motywuje mnie do trasowych eksperymentów. Dziś postanowiłem obczaić ponownie jak się kręci po ddr-ce przy Grunwaldzkiej. Sam z siebie. Ot, czasem mi odbija :) Generalnie nie jest źle - jak na poznańskie warunki ścieżka jest powyżej standardów. Za Junikowem skręciłem na Wysogotowo, stamtąd na zachód i DK307 dotarłem do Więckowic, potem Dopiewa, Palędzia, Dąbrówki i Plewisk. Na sucho. Zmokłem dopiero pod domem.

Kolejny audiobook Wojciecha Chmielarza - "Wampir" - wysłuchany. Został mi jeszcze jeden i znów trzeba będzie zabawić się w szperacza smakowitych kryminałów.




  • DST 51.40km
  • Czas 01:42
  • VAVG 30.24km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 78m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ta genialna niedziela!

Niedziela, 6 listopada 2016 · dodano: 06.11.2016 | Komentarze 19

Błogosławieństwo pogodowe trwa. Drugi dzień bez koszmarnie silnego wiatru i temperatur bliższych zera niż dyszki - aż nie potrafiłem dziś wyruszając uwierzyć, że tak można. "Tak", czyli poruszać się po prostu przed siebie i nie musieć utrzymywać pod sobą uciekającego wraz z podmuchami roweru. Jakie to, cholera, fajne :)

Wyjechałem dość późno, mimo że plany miałem na popołudnie wyjątkowo precyzyjne - załatwienie nowego telewizora dla Teściowej. A że ma się znajomości w kilku miejscach (jeden z plusów zmiany roboty co kilka lat) i solidny rabacik naprawdę sam z siebie pojawił się na horyzoncie to byłem niezbędny do tej operacji. Musiałem więc lekko spiąć cztery litery w troki i nadrobić lukę w czasoprzestrzeni.

Zacząłem kręcić na zachód, klasycznie spod domu ubierając azymut na Plewiska, potem przez serwisówkę przy S11 i Dąbrówkę docierając do Palędzia. Gdzie - jak zwykle - zatrzymał mnie zamknięty przejazd kolejowy. Jak rasowy łowca sekund ustawiłem się na czole samochodowego peletonu i pozdrowiłem kolarza po drugiej stronie szlabanu, w kolorze blue. Po chwili pojawił się też drugi, świecący z daleka czerwienią. Zdziwiło mnie tylko jedno - czemu nagle widząc mnie usadowił się na moim torze jazdy? Zrobiłem analizę swoich ostatnich grzechów i wyszło mi, że to żadna ustawka i nikt nie chce mnie sklepać, więc gdy rogatki się otworzyły ruszyłem dziarsko. Wtedy zagadka się wyjaśniła - owym "czerwonym" był sam Jurek, sprytnie się kamuflujący w niewidzianym jeszcze u niego kolorze :)

Chwilę, niestety bardzo krótką, pogadaliśmy, a byłaby okazja do wspólnej przejażdżki, ale Jurek miał swój precyzyjny plan na dziś, obwarowany rodzinnie, a ja swój, też poniekąd z tym elementem. Rozjechaliśmy się więc każdy w swoją stronę. Szkoda, ale coś mi się wydaje, iż okazja jeszcze się nadarzy. I to nie raz :)

W Dopiewie zatrzymała mnie jakaś blokada, kierująca ruch przez osiedlowe uliczki. Trochę minęło zanim się w nich odnalazłem, ale w końcu pojawiłem się na głównej drodze, zablokowanej przez wóz strażacki, policję i straż jakąś-tam. Wyglądało to wszystko całkiem poważnie, więc zapytałem strażaków co tu się stało. "Procesja" - otrzymałem odpowiedź. "Aaaa..." - wymsknęło mi się, z czego te trzy kropki zadumy nad laickością naszego kraju były chyba najdłuższymi w historii :)

W Trzcielinie zaczęło mi nawet lekko (lekko!) wiać w plecy, dziury w asfalcie były więc łatwiejsze do pokonania. Przez Konarzewo, Chomęcice i Rosnowo dotarłem do Komornik, gdzie czekał mnie korek spowodowany przez istoty "post-mszalne", ale zgrabnie udało mi się ominąć ten żywioł. Wróciłem przez Plewiska do domu, ciesząc się z małego ruchu, a co za tym idzie również znów w miarę przyzwoitej średniej, pewnie ostatniej w tym roku.

Telewizor udało się kupić i zamontować. Jedynym niezadowolonym z zakupu okazał się kot, który najpierw wlazł do kartonu, potem zaczął się interesować folią, a na końcu owijkami do kabli, starając się je skonsumować. Finalnie zrzygał się na obrus. Spoko, będzie żył. Kot. O obrusie nic nie wiem :)




  • DST 53.15km
  • Czas 01:47
  • VAVG 29.80km/h
  • VMAX 53.70km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 196m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Piętnaście tysiaków z/w zaskoku

Sobota, 5 listopada 2016 · dodano: 05.11.2016 | Komentarze 13

Nie powiem, zostałem dziś zaskoczony.

I to pozytywnie.

I to pogodą!

Po wyjściu z domu, około dziesiątej rano (bo wyjątkowo dzionek wolny), prawie się zagrzałem. Siedem stopni ciepła! Na początku listopada, gdy z okolic środka października pamiętam wartości w okolicach trzech-czterech. Istne szaleństwo. No i ten wiatr... Jakiś taki inny... Słabszy... Zupełnie nie mogłem się odnaleźć :)

W tym szoku termicznym oraz poznawczym straciłem lekko orientację w terenie i nie wiadomo czemu skierowałem się na Hetmańską, a potem Starołęcką. Może to tym razem mniejszy ruch w tym kierunku, może lekka nuda w kręceniu na zachód, sam nie wiem, ale finalnie wylądowałem po drugiej stronie Warty i zacząłem kręcić na południe.

Już zupełnie nieprzypadkowo olałem DDR-kę gnijącą sobie przez kilka kilosów po mojej lewej stronie. Ja olałem, ale jeden z kierowców już nie, bo mijając mnie coś tam sobie poklaksonił. Zazdrośnik jeden, sam by pewnie chciał mieć możliwość walczenia z kostką, krawężnikami i szkłem, ale nic z tego - biedak musiał dalej kręcić asfaltem. Ja też, łącząc się w bólu, lub jeśli miał wąsa (nie zauważyłem) - w bulu :)

Minąłem Poznań, dotarłem do Czapur, Wiórka, Rogalinka, gdzie skręciłem na Rogalin, w którym tym razem się zatrzymałem i postanowiłem zobaczyć co zmieniło się w tamtejszym pałacu przez te 250 lat od jego wybudowania. Na moje oko niewiele, choć mogłem coś przeoczyć z lat 1770-76. Słaba pamięć, co poradzić? :)

Za to gdy dumnie wjechałem sobie szutrową dróżką na dziedziniec i zdjąłem słuchawki to po chwili usłyszałem:

- Halo!
Rozejrzałem się czujnie. Nic. Zacząłem lustrować okna pałacu. Nic.
- Halo!
W końcu ujrzałem jakąś postać gdzieś na lewo, w - jak na moje - kanciapie ochroniarza.
- Halo!
- Mówi pan do mnie?
- Halo!
- Halo! Pan coś do mnie krzyczy?
- Halo!
- Halo??? To do mnie???
- Halo!

Zdecydowanie dialog nam nie szedł, a nawet nie wiem czy był on prowadzony ze mną czy ze słuchawką, którą jak mi się wydawało miał przy uchu. Lekko odzwyczaiłem się co prawda od braku zasięgu w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku, ale może owe "hala" usłyszałem przypadkiem, a zawodziła stacjonarka zakładana przez TP w latach jej świetności (lata pięćdziesiąte). Ale że wszędzie kwitły zakazy jazdy rowerem po terenie parku to mogło też chodzić o coś innego, więc się zgrabnie zwinąłem ;)

Dokręciłem do Radzewic, gdzie - idąc tropem miejsc znanych i lubianych - znów terenowo zagłębiłem się dróżkę prowadzącą do przystani przy leżącym tam malutkim porcie rzecznym. Naprawdę podobają mi się te okolice, bo Warta zakręca tu niczym sondaże prezydenckie w USA, tworząc malownicze zakola oraz zatoczki, a teren jest idealny do zresetowania mózgu po tygodniowej korpomiazdze. A jest nawet gdzie usiąść i zrobić ognisko... Nieodkryty to póki co dla "mas" teren i bardzo dobrze!



Wróciłem lekko modyfikując trasę, czyli w Rogalinku jadąc prosto na Mosinę, a przez Puszczykowo, Łęczycę, Wiry i Luboń docierając do domu. W tej ostatniej wiosce, sorrrrry, mieście zakwitłem w opisywanych miliardy razy korkach pomiędzy galerią, Makiem, Biedrą i outletem. Tracąc szansę na trzy dychy średniej. A była ona realna mimo kilku elementów w terenie. No cóż, jak widać łatwiej okiełznać zadupie przyrodnicze niż zadupie "miejskie".

No i w końcu klu - piętnaście tysiaków mi dziś pękło w 2016. Tych oficjalnych, bez stacjonarnego i miejskiego. Minimum na ten rok spełnione :)




  • DST 55.20km
  • Czas 01:55
  • VAVG 28.80km/h
  • VMAX 46.00km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 122m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nuuuda

Piątek, 4 listopada 2016 · dodano: 04.11.2016 | Komentarze 5

Uff... chwilowo pogoda wyluzowała. Co prawda w nocy podobno był przymrozek, ale nad ranem zrobiło się już "komfortowo" - na starcie plus trzy, na mecie upalne plus pięć. Za to wiatrzysko zwolniło lekko, jednak kosztem tego, że wiało tym razem... klasycznie. Czyli tak, że w najlepszym momencie miałem go z boku, a przez większość czasu prosto w pysk. No nie może być normalnie, nie może ;)

Wykonałem "kondomik+" - standardową trasę z Dębca przez Komorniki i Stęszew, poszerzoną o objazd przez Zamysłowo i Będlewo, a następnie Mosinę, Puszczykowo i Luboń. Z rzeczy najzupełniej codziennych - stałem łącznie na trzech przejazdach kolejowych, z czego dwa zamknęły mi się centralnie przed pyskiem. Zakwitłem w korku w Komornikach. Puszkotroglodyci znów chcieli mnie kilka razy zabić. Nuuuuda :)




  • DST 51.10km
  • Czas 01:49
  • VAVG 28.13km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 67m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nudności

Czwartek, 3 listopada 2016 · dodano: 03.11.2016 | Komentarze 15

Czy ktoś jest w stanie wskazać mi jakąś logiczną różnicę pomiędzy roboczą środą a roboczym czwartkiem? Nie? Ja też. 

W takim razie może jakąś trzymającą się kupy odpowiedź na pytanie czemu wczoraj, dokładnie o tej samej porze (okolice 8:30 rano), udało mi się wyruszyć bez problemu i większych przestojów, a dziś wielgachny koras zatrzymał mnie już prawie przy samym domu? Nie wydarzył się żaden wypadek, nie padało, świąt już/jeszcze nie było... Tymczasem tu samochód na samochodzie, jakaś śmieciarka, tu koparka, tam autobus, wszystko chce nagle skręcać w prawo lub lewo, tam jakiś rowerzysta... A nie, to ja :) Pierwszy kilometr przepełzłem więc jak prawdziwy, rasowy Polak - częściowo drogą, częściowo chodnikiem, częściowo na styk między samochodami... I po miliardzie lat wydostałem się z części Dębca. W stanie agonalnym.

Nie zmieniło się za to nic w temacie wiatru. Był on opisywany szerzej we wczorajszym wpisie, więc nie będę się produkował. Dziś jednak zapobiegliwie na trasie z Poznania przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Sierosław, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Gołuski, Plewiska i do domu ominąłem serwisówkę przy S11. Bałem się bowiem pełnego odlotu.

Doszły do tego jeszcze cztery stopnie, wciąż jednak na plusie. Po raz pierwszy tej jesieni odczułem, że jedna para cienkich skarpet to za mało. A i policzki delikatnie szczypały... Chyba lato się skończyło :) Ja też. Co wybitnie widać po średniej, z której może bym się cieszył, ale jadąc składaczkiem, a nie szosą. Cóż, pozostaje poczekać na cieplejsze czasy.





  • DST 53.10km
  • Czas 02:01
  • VAVG 26.33km/h
  • VMAX 52.50km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 138m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

! rrrrtaiW

Środa, 2 listopada 2016 · dodano: 02.11.2016 | Komentarze 8

...a w sumie to "wiatrrrr!", ale mi na trasie literki poprzestawiał. 

Dziś nie wiało. Dziś gnoiło, miażdżyło, masakrowało... W sumie nic nowego ostatnimi czasy i nie powinno dziwić, ale jakoś ciężko się przyzwyczaić i traktować to jako standard. No ale kopać się z koniem nie ma jak i w sumie nie ma sensu.

Jechałem znów crossem, bo szare niebo wskazywało na potencjalny deszcz. Który finalnie stał się jedynie chwilową mżawką, ale sam sobie gratulowałem decyzji wyboru czołgu, gdy na serwisówce przy S11 prawie wylądowałem na drugim pasie przy jednym z bocznych podmuchów. Kręcąc szosą znalazłbym się pewnie na "esce", i to kaskiem do asfaltu :) Dość powiedzieć, że gdy parę sekund wiało mi w plecy to po płaskim na crossowych gąsienicach rozkręciłem się do ponad 48 km/h, a z lekkiej górki do prawie 53... Natomiast "pierwszej połowy" wolę nie wspominać, bo nawet Legii jak widzę idzie lepiej z Realem niż mi z tą dmuchawicową mendą :)




  • DST 54.30km
  • Czas 01:58
  • VAVG 27.61km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 157m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Po prostu listopad

Wtorek, 1 listopada 2016 · dodano: 01.11.2016 | Komentarze 9

Cały październik był na tyle paskudny, że bez żalu przyjąłem informację, iż się kończy, a zaczyna listopad. W końcu to o jeden miesiąc bliżej do wiosny. I niestety o jeden bliżej do upalnego lata (fuj).

W tym roku wyjątkowo udało się objechać groby w naszym zasięgu kilka dni wcześniej, dzięki czemu uniknęliśmy dość przykrego (przynajmniej dla mnie) najazdu na cmentarze, okraszonego masową konsumpcją kiełbachy, waty cukrowej, badziewia z food trucków i wszystkiego tego, z czym się "je" polskie wspomnienia o zmarłych. W zamian za to udało się w ciszy i symbolicznie przypomnieć o tych, o których powinno się pamiętać.

Wczoraj wieczorem za to wpadli do nas znajomi i udało się ogarnąć nową grę planszowo-karcianą "Cytadela". Nie powiem, sympatycznie morduje się króli, okrada biskupów, kupczy dobrami... Jak w życiu :) Skończyliśmy dość późno, więc i wstawanie poranne poszło, hmmm, niezbyt sprawnie. Z różnych względów :) Z drugiej strony motywacja nie była za duża - w nocy padało, nad ranem mżyło.

W końcu jednak przestało i można się było zbierać. Wyruszyłem o jedenastej, zapobiegliwie wybierając dziś crossa. Jak zwykle gdyby moje cztery litery umiały za to dziękować to pewnie by to zrobiły, bo na trasie (dziś "kondomik" z Dębca przez Luboń, Wiry, Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Stęszew, Komorniki do Poznania) w pewnym momencie dopadł mnie skromny deszczyk, a przez cały czas chlapało mi spod kół. Ale generalnie jechało mi się całkiem sympatycznie, bo mimo wiatru, który mnie momentami solidnie sponiewierał, drogi były jeszcze puste. Taki wyjątkowy świąteczny stan, aż chciałoby się, żeby stał się codziennym.

Klasycznie jeszcze podsumowanie poprzedniego miesiąca. Oj, niełatwy on był. Sporo dni bez roweru, a coś około "większej połowy" wykonane crossem. Praktycznie cały październik to również silny wiatr, co chyba przyznają nawet prześmiewcy mojej "miłości" do tego żywiołu :) Finalnie wykręciłem 1365 kilometrów, ze średnią 28,4. Daleko od ideału.




  • DST 53.35km
  • Czas 01:50
  • VAVG 29.10km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 60m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

DZ - wersja na plus

Poniedziałek, 31 października 2016 · dodano: 31.10.2016 | Komentarze 0

Tak, zdecydowanie z dobrych zmian przemawia do mnie tylko jedna jedyna - ta weryfikująca czas na zimowy. Jak na moje to taka może następować co miesiąc :)

Dziś krótko, bom zalatany. Rano udało się zrobić kurs na zachód, przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę i znów Plewiska, Czyli nic nowego, nic zaskakującego, po prostu orka pod wiatr, dziś już trochę słabszy. Z naciskiem na "trochę". Od jutra wedle prognoz najpierw deszcz, a potem deszcz, aż do czasu, gdy zacznie padać :/

Skończyłem słuchać "Przejęcie" Chmielarza. Oj, jest dobrze. Zaczynam "Wampira". Ma chłopak talent, nie ma co.




  • DST 51.75km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.23km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 134m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Łacina

Niedziela, 30 października 2016 · dodano: 30.10.2016 | Komentarze 6

Pierwotnie miałem dziś wcześnie rano wracać z Prusimia, ale jak można wyczytać we wczorajszym wpisie sytuacja się lekko skomplikowała i finalnie startowałem z domu. Dzięki zmianie czasu (w tę stronę ją nawet lubię) poszło mi to sprawniej niż zazwyczaj, a poza tym nie za bardzo mogłem marudzić, gdyż mimo niedzieli grafik był wytyczony prawie co do minuty...

Żyła we mnie abstrakcyjna nadzieja, iż sytuacja pogodowa się unormuje, ale gdzie tam! Zimno, ponuro, średnio sympatycznie, a przede wszystkim TEN #*&^% WIATR. Na całej trasie z Poznania przez Plewiska, Gołuski, Dąbrówkę, Palędzie, Dopiewo, Trzcielin, Chomęcice, Rosnowo i znów Plewiska do domu miałem do pokonania trzy wiadukty, z dość ostrymi zjazdami. I mój dzisiejszy max na nich to… 28 km/h. I to przy sporym dokręcaniu. Co prawda finalnie udało mi się na jednym kawałku dobić do pięciu dych na godzinę, ale to w chwilowym momencie rozkoszy, gdy przez kilka sekund wiało mi w plecy.

Generalnie za swój sukces uznaję już to, że średnia nie miała wartości ujemnej :) A to, co zostało wyartykułowane pod nosem z moich ust choćby podczas walki z huraganem na odsłoniętej całkowicie serwisówce przy S11 śmiało mogłoby wzbogacić podręczniki współczesnej łaciny. Lub słów jej pokrewnych :)




  • DST 62.00km
  • Czas 02:15
  • VAVG 27.56km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 142m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

No i dupa :/

Sobota, 29 października 2016 · dodano: 29.10.2016 | Komentarze 27

Oj, dużo miałem dziś czasu na myślenie nad tytułem wpisu. I tylko ten pasował mi w całości.

Po kolei jednak.

Po niełatwych roszadach w pracy, zamianach i nadgodzinach udało mi się załatwić wolną sobotę, która miała być taka w jednym celu - pojawieniu na się na, będącym pomysłem Jurka57, integrującym bikestatowiczów z WLKP JurkoZlocie (tak to roboczo nazwałem). Było to drugie podejście do tematu, gdyż pierwszy termin został przełożony z kilku względów. Tym razem miało się udać. I wszystko było na dobrej drodze.

Wyspałem się, zjadłem bogate śniadanie, Żona zamontowała mi kanapki na drogę, które jako człowiek nieusakwiony zapakowałem wraz z ciuchami na zmianę do plecaka. Tym samym, wyglądając jak niepełnosprawna wersja wielbłąda, ruszyłem.

Ruszyłem... Taaaa... Bardziej adekwatne będzie: wsiadłem na rower i próbowałem ruszyć. Wiatr był tak silny, że zatrzymywał mnie w miejscu, a nawet namiętnie próbował cofać. No ale w końcu wiedziałem na co się piszę - w pełni świadomie podjąłem decyzję o pokonaniu około dziewięćdziesięciu kilometrów do Prusimia, w którym zresztą nigdy nie byłem (co stanowiło dodatkowy motywator do wyjazdu), z huraganem prosto w ryj. Miałem też oczywiście już przygotowany cały zapas wytłumaczeń czemu pokonałem ów dystans z prędkością zbliżoną do ujemnej.

Trasę wybrałem najprostszą z możliwych, wzdłuż zawsze ruchliwej DK92. Zanim jednak do niej dotarłem postanowiłem zafundować sobie spokojniejszy kawałek, przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Lusowo... no właśnie. Do tego momentu było ok, przynajmniej pod względem braku niespodzianek. Walczyłem z każdym podmuchem, wolno bo wolno, ale jednak do przodu. Niestety... właśnie tam, na dwudziestym kilometrze stało się to, czego się podświadomie obawiałem po wczorajszym - lewy pedał zaczął żyć własnym życiem. Pełen optymizmu zastosowałem wiekowy patent, czyli kręciłem nim przeciwnie do ruchu wskazówek zegara aż się odblokuje. Udało się. Na kilometr. Znów stop. Znów ręczna robota. Na dwa kilosy. Potem znów. Dojechałem do Tarnowa Podgórnego, tam jakoś udało się przejechać ścieżką, zatrzymując znów kilka razy. Przy jej końcu skontaktowałem się z Jurkiem, informując, że jest problem i jest opcja, iż nie dotrę, ale jeszcze spróbuję pokręcić. Otrzymałem krótką instrukcję w tematyce kręcenia jedną nogą, nawet próbowałem się zastosować, ale mając przeciwko sobie wichurę nie za bardzo wychodziło :)

W afekcie zrobiłem coś, czego nigdy nie robię za Tarnowem, czyli rondo pokonałem DDR-ką. Hmm. Coś mi się wydaje, że po raz ostatni. Czemu? Eee... sam nie wiem.

Niestety - po minięciu miejscowości Rumianek nic się nie poprawiło w sytuacji. Regularność zatrzymań wzrosła do pięciuset metrów, dojechałem więc do tablicy granicznej powiatów i się poddałem. Jurek nie odbierał, więc zamontowałem sobie w uszach zestaw słuchawkowy, zrobiłem symboliczne zdjęcie, na którym widać smutek poddania się i zawróciłem :/

Jurek oddzwonił, ja jadąc wyjaśniłem sytuację, na co nawet otrzymałem propozycję podwózki do Prusimia, ale pozostawała kwestia jutrzejszego powrotu, który zaplanowałem na poranek, a ekipa miała jeszcze w planach objazdówkę po tamtejszych hopkach, więc odpadało. Ja wpadłem jeszcze na jeden pomysł - przypomniałem sobie, że w Swadzimiu, jakieś dziesięć kilosów wstecz, jest Decathlon, który dawał mi nadzieję na dojechanie, a nie dojście do domu. A może nawet nawrotkę?

Po tym razem brutalnym potraktowaniu pedała z kopa, w sytuacji, gdy już nie musiałem na niego naciskać, a jedynie zdać się na tym razem błogosławiony podmuch wiatru w plecy, o dziwo dało się kręcić (jedno zatrzymanie, całkowita blokada, naprawiona) i powoli odnalazłem drogę do tymczasowego celu. W Decathlonie, który nie jest sklepem mojego pierwszego wyboru, od razu skierowałem się do serwisu, zapytałem czy byłaby opcja wymiany tych dość istotnych elementów na miejscu i ku swemu zdziwieniu otrzymałem odpowiedź: tak, zaraz powiem koledze, który tu będzie, pomoże panu. Szok. Zdecydowanie pozytywny. Do tego ochroniarz sam zaoferował, że popilnuje mi roweru (wow!), więc ruszyłem na poszukiwanie pedałów. Tu mi mina lekko zrzedła, bo aktualnie na stanie były albo tanie plastiki, albo jakieś kosmosy za +/- dwie stówy, albo... no właśnie. Aluminiowe, za mniej niż pięć dyszek, całkiem solidne, tylko że mające się do szosy jak płetwy dla jamnika. I tak mniej więcej wyglądają aktualnie (zdjęcie zrobione pod domem):

Trochę się naczekałem w sklepie, bo akurat kolejeczka interesantów wpadła, tu rower na grudzień, tu kaseta ma za dużo zębów, więc trzeba wybrać nową, tam napisy na ciuchy sportowe dla firmy trzeba zrobić, więc kwitłem, ale i tak tragedii nie było. Gdy już trafiło na mnie to wymiana potrwała, jak to w takich nieskomplikowanych przypadkach, chwilę, a co najlepsze - nie chciano ode mnie kasy za wymianę! Mimo nalegań! Szacun, naprawdę. Niby pierdółka, sama sprawa nieskomplikowana, ale jednak - brawo Decathlon Swadzim! :)

Gdy wyszedłem na zewnątrz... musiałem podtrzymać rower, żeby nie upadł od podmuchu. Była godzina prawie piętnasta, czyli ta, którą zaplanowałem na pojawienie się w okolicach mety. Tymczasem byłem kilka kilometrów od granicy Poznania... Wykonałem więc jeszcze jeden telefon do Jurka, potwierdzający niestety moją ostateczną rezygnację i osobistą porażkę. Nienawidzę tego, nienawidzę się poddawać, ale spojrzałem na sytuację realnie - do Prusimia miałem jakieś siedem dych pod mega mocny wiatr, z tyłu tylko lampkę z marketu, a 9/10 drogi wzdłuż koszmarnie dziś (o dziwo) zaTiR-owanej DK92. Do tego podczas naszej rozmowy zaczęło kropić, potem mocniej padać... No nie, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść :/

Z płetwami pod nogami wróciłem do miasta, tam stanąłem w... korkach. W sobotę. Około szesnastej. No tak, życie cmentarne się zaczęło. Czułem się jak o 7:55 rano przed wjazdem do jedynej drogi prowadzącej do korpo. Cale moje stanie zamiast jazdy dopełniły całości dzisiejszego wyjazdu. Osiągnąłem chyba najgorszą w historii średnią na szosie, po trzech godzinach od startu miałem zrobione czterdzieści kilometrów z małym plusem, cały misterny plan w p...lecy. Bywa.

Tak więc wrócę do tytułu: no i dupa!

PS. Z Jurkiem jako "wodzem" ekipy udało się połączyć wieczorem i symbolicznie otworzyć browara. Choć tyle :)