Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 240108.00 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 784877 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 53.20km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Podjazdy 184m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

A PeZety płyną, płyną, płyną...

Poniedziałek, 23 maja 2016 · dodano: 23.05.2016 | Komentarze 2

...i pogrzebią bez korków świat!

Wydostać się z Poznania pomiędzy godziną ósmą a dziewiąta - wykonalne. W drugą stronę - szybciej uda się to ślimakowi na haju niż użytkownikowi puszki z rejestracją PZ. Dziś korki w Luboniu tworzyły imponującego węża, który praktycznie się nie poruszał. Na szczęście akurat kierowałem się ku wolności, czyli Puszczykowa, a potem Rogalina, Świątnik i Mieczewa, ale wracając te niecałe dwie godziny później przeżyłem ową gehennę na własnej skórze. Albo bardziej oponach. Z musu kręcących się po płytach chodnikowych. Co z tego, że pogoda aż za ładna? Że komunikacja miejska z podpoznańskich zadupi naprawdę daje radę? Nie, trzeba się telepać samochodem. Naród niereformowalny.

Koniec narzekania. Mimo wysokiej temperatury oraz silnego, bardzo silnego wiatru ze wschodu jechało mi się fajniusio. Lasy, pagórki, pola, rzepak. Dużo rzepaku. Dużo lasów. Pagórków mało, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Za to było dużo rzepaku. Chyba już o tym pisałem :)

Zabrakło dziś jedynie wyprzedzającego mi skuterka. Dzięki czemu żaden KOM na Stravie nie został pobity, przynajmniej pomiędzy 8:40 a 10:30 :)




  • DST 54.60km
  • Czas 01:51
  • VAVG 29.51km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Podjazdy 202m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

O stravożerczych ściemniaczach

Niedziela, 22 maja 2016 · dodano: 22.05.2016 | Komentarze 6

Wczorajsze mitologiczne "jedno piwko" ze znajomymi zmieniło się w... noooo, w więcej piwek ze znajomymi, którzy u nas gościli. Wszystko za sprawą genialnej planszowej gry Dixit, która nie tylko pozwala na niemal psychologiczną zabawę i rozpracowanie przeciwników, ale też jest tak skonstruowana, że ją często - jak się okazało - wygrywam. Co - nie ukrywam - jest dla mnie jej główną zaletą :)

Dziś ruszyłem później niż zazwyczaj, bo... bo tak. I może na tym skończmy ;) Prażące słońce niespecjalnie zachęcało do konfrontacji z moją głową. ale w momencie gdy już byłem pewny, że mogę jechać postanowiłem spełnić swój obywatelski obowiązek. Mając cały czas pod kaskiem myśl, że jeszcze czeka mnie niedziela w pracy, ale na szczęście musiałem pojawić się w niej dopiero w godzinach raczej głęboko popołudniowych.

Już się robi dla mnie lekko za gorąco, ale granica nie jest przekroczona - brakuje niewiele. Jechałem dziś więc bez spiny, bo nie było to wskazane :) Tym bardziej, że rano jeszcze musiałem wymienić dętkę z przodu, bo poszedł wentyl, a z tyłu mam po wczorajszym dziurawcu z Konarzewa dziwnego bąbla na oponie, co powoduje mało komfortowe toczenie.

Pokręciłem po prostu - przez Starołękę i Wiórek do Rogalina i Świątnik, kawałek za którymi zawróciłem. Z tym zresztą łatwo nie było, bo pierwotnie planowałem ów manewr wykonać na wysokości grochówki i flaków, czyli przydrożnego baru, ale co dogodna do zakręcenia ścieżka to... grzybiarka za grzybiarką (wciąż przed sezonem). Głupio mi było akurat przy nich się zatrzymywać, więc nadrobiłem dobry kilometr i w końcu się udało bez rysy na reputacji :)

Wracałem znów przez Rogalin, ale potem już Mosinę, Puszczykowo i Łęczycę, gdzie tamtejsza ścieżka opanowana przez ośmiopokoleniowe familie na rowerach od trójkołowca po kozę tak mnie zmęczyły psychicznie, że skręciłem na Wiry i pokręciłem przez samo zło, czyli centrum Lubonia, docierając zgrzany do celu, w sumie ze słabym wynikiem, za to z wiatrem w uszach, który znów raczył stać się katem kolarzy.

A skoro przy kolarzach to jeszcze jedno. Często po przyjeździe zaglądam sobie na stravowy Flybys, żeby z ciekawości sprawdzić z kim się mijałem na trasie. Dziś wśród masy kropeczek oznaczających innych amatorów kręcenia zobaczyłem, że przed Świątnikami podobno wyprzedził mnie rowerzysta. Czemu podobno? Bo takie sytuacje się pamięta, a ja kojarzę, że wtedy owszem wyprzedził mnie, ale... skuter. Lub mały, o niskiej pojemności motorek. Do tego praktycznie na gazetę, dlatego to zapamiętałem. Spojrzałem sobie na profil naszego "cyklisty" a tam KOM-y za KOM-ami bite aż miło, choć dziś był "zaledwie" dwukrotnie w generalkach... No proszę. Niby nie moja sprawa, ale jest ktoś w stanie mi wyjaśnić po jaką cholerę komuś się chce w to bawić? Prędkości - pewnie z założenia - nie są aż tak szokujące (34-35 km/h), czyli jak dla mnie zbrodnia niemal doskonała :) Żałuję, że nie przyjrzałem się naszemu bohaterowi, ale z drugiej strony za szybą kasku motocyklowego niewiele bym zobaczył. A że indywiduum to żałosne to nawet nie umieszczę tu jego stravovego nick-a. Jeszcze by miał satysfakcję jakby to jakimś cudem przeczytał...




  • DST 51.85km
  • Czas 01:41
  • VAVG 30.80km/h
  • VMAX 53.70km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 176m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Trasa jądrowa

Sobota, 21 maja 2016 · dodano: 21.05.2016 | Komentarze 0

Wpis na szybko, bo między wizytą u Teściowej (hip hip...) a wizytą gości.

Rano testowanie napędu (jest git) trasą jedną z klasycznych, czyli z Dębca przez Plewiska, serwisówkę przy S-11, Dąbrowę, Palędzie, Dopiewo, Trzcielin, Chomęcice, Szreniawę i Komorniki. Jechało się całkiem fajnie i nawet dość szybko - zaleta "po prostu" kręcenia, a nie martwienia się przełożeniami - choć z jednym paskudnym pryszczem na całej, gładziutkiej gębie dzisiejszego wyjazdu. Bowiem w Konarzewie, gdy zjeżdżałem z górki za kościołem wpadłem nieszczęśliwie w jeden z tamtejszych kraterów, zwanych potocznie asfaltem. Co prawda udało mi się utrzymać równowagę, jedynie straciłem na chwilę panowanie nad rowerem, nogi poleciały mi prawie nad kierownicę i łańcuch spadł z napędu, ale tyłek podskoczył mi w ten sposób, że opadając na siodełko o mało bym nie... jakby to powiedzieć... o, nie musiałbym się już nigdy przejmować antykoncepcją :) Szczęśliwie ucierpiała tylko wewnętrzna strona uda i boli dupa. Aha, no i jeszcze odkształciła mi się tylna opona :/

Nie wiem czemu pozwoliłem sobie na szaleństwo na tym kawałku, bo zawsze (dziś też, ale chyba wjechałem lekko za szybko) staram się tam mieć wszystko pod kontrolą. Ciekawy jestem ilu rowerzystów miało tam podobne sytuacje jak ja. I jaki to ma wpływ na demografię. Kolejne miejsce do zaorania (albo choć całkowitego remontu) na wielkopolskiej mapie. Zaraz za moją "ukochaną" Starołęcką.




  • DST 62.45km
  • Czas 02:04
  • VAVG 30.22km/h
  • VMAX 62.80km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 241m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Serwisowo

Piątek, 20 maja 2016 · dodano: 20.05.2016 | Komentarze 2

Zgodnie z wczorajszymi ustaleniami moja szosa w konfiguracji: stary łańcuch i kaseta dostały okazję na pożegnalny rejs. Chyba owe elementy wiedziały co się święci, bo wyjątkowo dziś były grzeczne i współpracowały, zgodnie przeskakując tylko kilka razy. Oczywiście ich los był już przesądzony, ale cóż, ładne zachowanie zostało docenione i jakieś tam pseudogórskie etapy oraz pogłaskanie na koniec wleciało w bonusie. Ma się ten gest :)

Najpierw pokręciłem, korzystając z kierunku wiatru, na południe, przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, koszmarny ddr-kowy objazd, Żabno i do Sulejewa, gdzie zawróciłem, tworząc delikatną korektę, tym razem zaliczając inną koszmarną ddr-kę i pojawiłem się pod serwisem. Oczywiście za wcześnie, czego się spodziewałem, ale miałem pewien szatański plan. Niezbyt skomplikowany - Osowa Góra :) Podjazd Pożegowską został zaliczony, zjazd również (z rozkręceniem się do prawie 63 km/h) i... koniec planu. Zaparkowałem sobie pod sklepem i czekałem, czekałem, czekałem, jak klasyczny upierdliwy klient zaglądając przez szybkę i wzdychając z niecierpliwością. Z wieloletniego doświadczenia zawodowego wiem jak to irytuje :) Tylko że nie było kogo, bo kolega pojawił się lekko po czasie, ale liczy się sam fakt, że mogłem poczuć się jak Prawdziwy Regularny Polak przez te kilka minut :)

Serwis poszedł sprawnie, pogadaliśmy, dostałem kilka cennych rad w celu uniknięcia tak szybkiej ponownej wymiany kasety jak teraz i mogłem wracać. Dżizas, jak dziwnie się jedzie bez stresu, że wybiję sobie zęby kolanem :)

Z dialogu "przyserwisowego":
- Jak pewnie widzisz pewnie będę musiał przyjechać jeszcze wycentrować koło, bo te polskie DDR-ki to jakiś koszmar.
- To co co jeździsz po ścieżkach?

No w sumie... :)




  • DST 54.70km
  • Czas 01:49
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 188m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Szaruś

Czwartek, 19 maja 2016 · dodano: 19.05.2016 | Komentarze 5

Senna pogodowa aura zrobiła dziś u mnie swoje. Jechałem jakby w półśnie, niczym senna mara czy zjawa. Mroczne, szare niebo idealnie zresztą pasowało do klimatu jazdy przez majestatyczne lasy wzdłuż Parków - Wielkopolskiego i Rogalińskiego. Magię podkreślał jeszcze audiobook - ostatni tom "Trylogii Husyckiej" Sapkowskiego, którego dawkuję sobie niczym żul ostatniego browara, bo żal mi go kończyć. Motyw robienia paćki z mózgów i krwi wojowników inkwizycji przez ożywionego golema współgrał z moją codzienną analizą zachowań polskich kierowców. Słowem - nie narzekałem, jadąc trasą z Poznania przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalin, Mieczewo i z powrotem.

Poniżej kawałek mroku, lasu i zakrętu Warty. W trójpaku :)

Jedyne co mnie irytowało to napęd, który prawdopodobnie zamordowałem jeżdżąc całą zimę na jednym łańcuchu i smarując bezsensownie smarem na trudne warunki. Tragedii nie ma, ale momentami przeskakuje, więc wracając zajechałem na chwilę do mosińskiego zaprzyjaźnionego serwisu i wstępnie ugadałem się na wymianę, jeśli starczy czasu to na jutro. Zobaczymy.

Robi się cieplej. Póki jeszcze nie jest za gorąco to się delektuję możliwością oddychania :)




  • DST 52.50km
  • Czas 01:45
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 48.60km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 162m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Łaskawie pochwalam

Środa, 18 maja 2016 · dodano: 18.05.2016 | Komentarze 6

No no, daleko mi od zachwytów, ale w porównaniu z ostatnimi dniami jestem w stanie w całej swej łaskawości uznać, iż dzisiejsza pogoda nie była zła, a nawet całkiem sympatyczna. 13-14 stopni, niebo niebieskawo-chmurno-bezdeszczowe, wiatr już słabszy, ale... gdy nawracałem, ciesząc się, że będzie mi pomagał okazało się, iż wciąż atakuje, z podwojoną mocą. Jak zwykle ciekawostka, jak zwykle niezgodna z logiką, jak zwykle dana mi w promocji. Jednak nie zamierzam narzekać :)

Pojechałem dziś na zachód, z Dębca kierując się ku Plewiskom, potem wzdłuż S-11 do Dąbrówki, Dopiewa, Trzcielina i zakręt oraz powrót przez Konarzewo, korko-Komorniki, Wiry i Luboń. No i przy tym ostatnim, jak to ja, muszę się zatrzymać, gdyż analizując dzisiejsze zachowania kierowców postanowiłem zaproponować tamtejszemu urzędowi "miasta" swoje usługi w dziale promocji. Na szybko skleciłem już nawet dwa hasła zachęcające do zamieszkania w Luboniu k.Poznania (przy czym jak dla mnie owo "k" nie oznacza tu "koło"):

- "Nie potrafisz jeździć? Nie lubisz patrzeć przed siebie przy skręcie w lewo? Uwielbiasz wymuszać pierwszeństwo? Zapraszamy - u nas jeszcze doszkolisz swój brak umiejętności!".
- "Stuningowałeś sobie samochód, ale na zakup mózgu już nie starczyło? Zamieszkaj u nas - poczujesz się jak w jednej, wielkiej rodzinie!".

To tak od ręki. Myślę jednak, że mentalnie wstrzeliłem się idealnie, a do tego nie roszczę sobie do powyższych praw autorskich, śmiało można umieszczać na sztandarach :) A asumptem do powyższego była sytuacja z pierwszego sloganu, niemal dokładnie kopia wklejanej już kiedyś (nawet dwukrotnie) przeze mnie (o TEJ), rozgrywająca się nawet na tej samej ulicy, tylko kawałek wcześniej i tym razem za kierownicą siedział facet. Reszta to kopiuj-wklej. Plusem jest to, że Luboń uczy życia i hamowałem jeszcze wcześniej niż na filmiku.




  • DST 52.25km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.50km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 11.0°C
  • Podjazdy 67m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nadrobing

Wtorek, 17 maja 2016 · dodano: 17.05.2016 | Komentarze 12

Kolejny dzień "uroczej" wiosny. 11 stopni (ale na plusie, jeśli już bawimy się w tandetny optymizm), wiatr urywający łeb, do tego co jakiś czas krople z nieba. Maj 2016. Nie o taką wiosnę walczylim :)

Wiało tak, że w połowie trasy miałem na liczniku (jadąc szosą!) niewiele ponad 25 km/h. A za sobą jedną górkę, na zjeździe z której osiągnąłem Vmax poniżej trzech dych. Do tego nawet nie ryzykowałem ciśnięcia na światłach przy "późnym zielonym", bo przy wykręcanym tempie jadące z bocznych uliczek samochody mogły mnie skasować zanim dotarłbym do połowy skrzyżowania :)

Zrobiłem trasę od Dębca przez Plewiska, znów Poznań, następnie Wysogotowo, Dąbrowa, Sierosław, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Gołuski, Plewiska i powrót do domu. O dzisiejszej średniej... hm... co by tu napisać? Może, że... A może jednak, że... Albo nie - przemilczę. Wulgaryzmy mają to do siebie, że zaskakująco długo zostają w sieci :)

Przegapiłem moment, gdy pyknęło mi sześć tysiaków w tym roku. Niniejszym nadrabiam owe info :)




  • DST 52.30km
  • Czas 01:54
  • VAVG 27.53km/h
  • VMAX 52.50km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 142m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Czy słońce czy deszcz...

Poniedziałek, 16 maja 2016 · dodano: 16.05.2016 | Komentarze 19

Zośka trzyma się dobrze. Aż za dobrze. Dzisiejszą od wczorajszej pogody różniło niewiele, choć gdybym nie miał dnia wolnego za ostatnią pracującą sobotę to z kręcenia byłyby nici. Bo gdy już zdecydowałem się wstać to za oknem siąpiło, z tendencją zdecydowanie zbyt rozwojową w tym kierunku. Byłem jednak dziwnie spokojny, że jednak uda. A pierwszą połowę dnia sponsorował dość częsty gość u mnie, czyli Pan Leń.

Przejaśniać zaczęło się dopiero przed trzynastą, wysępiłem więc od Żony, która wyjątkowo dziś miała też wolne, zgodę (w sumie wielkiego wyboru nie posiadała. Na tyle już mnie zna, że po prostu każe mi na siebie uważać i tyle) na popluskanie się na dworze. Wróć! Na rowerową przejażdżkę :) Warunkiem było wybranie crossa i ostrożna jazda. Pierwsze zaprzęgłem, drugie przyrzekłem. I ruszyłem. Co do przyrzeczenia nie było problemu, bo nawet jakbym chciał szaleć to chyba stojąc w miejscu, tak zimne zachodnie wiatrzysko dawało w kość. Jedynym jego plusem było to, że powiewy szybko suszyły drogi i w pewnym momencie nawet nie widziałem już kałuż.

Minąłem Luboń, Wiry, Komorniki i Rosnowo. Zaczęło nawet być słonecznie!

Kilka kilometrów dalej, w Chomęcicach, przywitała mnie wielka szara ściana i już wiedziałem co mnie czeka. Parę sekund później lunęło. a ja uruchomiłem zasoby pamięci operacyjnej we łbie i w te pędy wziąłem azymut na zadaszoną wiatę przystankową naprzeciwko szkoły. Tam spędziłem dobrych parę minut.

Przejaśniło się lekko, więc pokręciłem dalej, do Konarzewa i Trzcielina. Pokręciłem? Ponurkowałem bardziej :)

Jednak przed Dopiewem zrobiło się już całkiem ładnie, a szosy nieproblemowe. Zgłupieć można - raz sucho, raz mokro, raz za zimno, raz za ciepło, brakuje jedynie kanapki z dżemem i musztardą żeby poczuć się jak w ciąży :)

Miałem nawet kawałek z wiatrem w plecy, ale szybko ukrócony za Dąbrówką, na serwisówce przy S-11 bowiem znów mną zamiatało jak poznańskim Lechem w tym sezonie po meczu z zespołem juniorów Swornicy Czarnowąsy. Gdyby mieli okazję, ale nie wiem w sumie czy chciałoby się im grać z takimi patałachami. Nawet Swornica ma bowiem swój honor ;) Wróciłem przez Plewiska, przewiany i mokry, ale zadowolony.

W Dopiewie, gdy chciałem wyprzedzić jakiegoś rowerowego tubylca, zostałem zaskoczony nagłym włączeniem się do ruchu przy wyjeździe spod sklepu samochodu z paniusią i kilkunastoletnim dziubdziusiem. Raz, że mnie przyblokowała, dwa, że chwilę później nagle zjechała na prawo i gwałtownie zahamowała, coś tam tłumacząc dziubdziusiowi. Owszem, użyła kierunkowskazu. Sekundę po tym, jak skręciła... Minąłem toto, ale nawet nie miałem okazji znacząco puknąć się w kask, bo niewiasta w ogóle nie zwracała uwagi na świat zewnętrzny. Po co? Za to prowadziła (na rejestracjach PZ) kultowego wśród miłośniczek różu Forda Ka, samochód, który widziany gdzieś na drodze powoduje u mnie aktywację wewnętrznego radaru. Podobnie mam z Nissanem Micrą, a także Daewoo Tico z emerytem w środku jadącym z naprzeciwka, jak i czarnym BMW kierowanym przez łysego dżentelmena w dresach znajdującym się za mną. Takie tam uprzedzonka z tras :)




  • DST 53.10km
  • Czas 01:58
  • VAVG 27.00km/h
  • VMAX 43.00km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 127m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zimna Zośka, czyli coroczny gnój

Niedziela, 15 maja 2016 · dodano: 15.05.2016 | Komentarze 15

Cokolwiek by nie myśleć o ludowych mądrościach to cholera się sprawdzają. Niestety. Nie inaczej było dziś. Jak co roku piętnasty dzień maja to - choćby dzień wcześniej było czterdzieści stopni na plusie oraz bezchmurne niebo - pogodowa rzeź. Choć i tak wedle prognoz miało być jeszcze gorzej.

Mimo wolnego dnia wystartować musiałem przed dziewiąta, bo na popołudnie były plany, zupełnie nierowerowe. Otworzyłem okno - regularna zima, może tylko bez śniegu. Skorygowałem więc strój o dłuższą bluzę. Po jeszcze chwili włożyłem pod nią bieliznę termo. Po jeszcze momencie powinienem zamontować przy bicyklu parasol, bo zaczęło kropić, a następnie padać. Wiosna, ach to ty!

Trochę odczekałem, z dwójki rowerów wybrałem zgodnie z zasadami logiki crossa i ruszyłem. Plan był taki: minimum to trzydziestokilometrowy glut, a jeśli pogoda się wyklaruje to zobaczymy. Kierunek: Luboń, Wiry, Łęczyca, Puszczykowo, Mosina, tam ogarnięcie warunków - deszcz odpuszcza, szosy mokre, ale bez przesady, "jedynie" masakrujący, zatrzymujący w miejscu wiatr oraz płynące wciąż ciemne chmury. Postanowiłem nawrócić i już w Poznaniu ewentualnie dokręcić do pięciu dych. Tak też zrobiłem, w Luboniu dziwiąc się brakiem korków - dopiero po chwili skojarzyłem, że z powodu święta zamknięte są tamtejsze świątynie autochtonów, czyli outlet oraz galeria (Maca nie mijałem, więc być może jedynie tu był sens życia). Minąłem Szachty i zdecydowałem dobić ostatnie dwadzieścia kilosów trasą do Plewisk, a następnie wrócić do Poznania od strony Junikowa, Grunwaldu i Górczyna.

Kolejna Zośka za rok. Już się cieszę :)




  • DST 58.00km
  • Czas 01:55
  • VAVG 30.26km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 125m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z Antonim :)

Sobota, 14 maja 2016 · dodano: 14.05.2016 | Komentarze 17

Pomimo ładnej pogody wstawało mi się dziś ciężko i okrutnie. Jak sobie jeszcze pomyślałem, że na trzynastą mam się stawić w robocie to owa czynność stawała się prawie niewykonalna. Jakoś się jednak udało, choć nawet mocna kawa nie chciała mnie przywrócić do pełnej równowagi. I w sumie nie przywróciła, ale sukcesem było już samo to, że się nie przewróciłem po starcie.

Bo w końcu ruszyłem. Pod wiatr, przez miasto, w korkach, po DDR-kach, po światłach. Na szczęście piekło się skończyło, ja wylądowałem w strumieniu zieleni na ulicy Słupskiej, następnie w Kiekrzu, Starzynach, Rokietnicy, skręciłem na Mrowino i Napachanie, a w Przeźmierowie (które objechałem naokoło w celu ominięcia tamtejszych śmieszek) skierowałem się do Plewisk i do domu. Odżyłem, a jechało mi się całkiem, całkiem miło i przyzwoicie. 

Tym bardziej. że na trasie towarzyszył mi Antoni. Przypałętał się do mnie wczoraj, przy okazji premiery nowej płyty Big Cyca. Zespołu, który jako pacholęcie wielbiłem niezmiernie, potem - w czasach grania siermiężnego i nie zawsze śmiesznego rocko-polo - moje uwielbienie zdecydowanie wyblakło, a teraz... uwierzyłem, że można się ogarnąć i to ze znakomitym skutkiem. Cała płyta jest naprawdę dobra i - nie ma co ukrywać - jakoś mi bliska :) Ostatnim tak zaangażowanym i dosadnym ich albumem była "Wojna plemników" z 1993 roku. A Antoniego cudownie się wywrzaskuje walcząc z wiatrem i z trotylem we włosach :)