Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 240108.00 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 784877 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 53.40km
  • Czas 01:50
  • VAVG 29.13km/h
  • VMAX 47.10km/h
  • Temperatura 28.0°C
  • Podjazdy 167m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

BocianoStats

Czwartek, 23 czerwca 2016 · dodano: 23.06.2016 | Komentarze 3

Na najbliższe dni moje założenie „treningowe” jest następujące: wolno pełzać, zero spiny, celem i zwycięstwem jest samo dotarcie do celu. Czyli z domu do domu. Niestety, mój organizm toleruje wysokie temperatury niczym Polski Prawdziwy Patriota ziomala o barwie brown. Czyli nie toleruje. Łeb mi rozsadza, każde zatrzymanie to zmiana barwy na burakoczerwoną i takie tam. NIENAWIDZĘ LATA. Ale chyba już o tym wspominałem :)

Już w godzinie wyjazdu, czyli o dziewiątej rano było gorąco. O jedenastej, gdy parkowałem pod klatką, piekarnik był już na etapie wychodzenia zeń dojrzałego ciasta. I to pomimo faktu, że znaczną część drogi miałem w cieniu, bo kręciłem najpierw do WPN-u, czyli Puszczykowa, żeby zaraz za Mosiną skręcić na Baranowo i Krajkowo, gdzie zawróciłem.

W Mosinie – jak to w Mosinie – trafiłem na zamknięty przejazd kolejowy. Ustawiłem się grzecznie przed szlabanie. A po chwili dobił do mnie, dziarsko zmieniając tor jazdy z chodnika na asfalt, Składakowy Dziadek. Taki, jakich wielu krąży po naszych drogach, na sprzęcie wyprodukowanym między rozbiorami. Widać, że coś chciał zagadać, ale skory nie byłem, więc po otwarciu szlabanu ruszyłem, zaraz za przejazdem pokazując kierowcy z podporządkowanej, że śmiało może włączyć się przede mną do ruchu, tym bardziej, że z naprzeciwka robiono to samo.

Kierowca ruszył. Nagle po swojej lewej zobaczyłem i usłyszałem Składakowego wrzeszczącego do kierowcy:

- Gdzie jedziesz??? Mam pierwszeństwo!!!
- Eee... przecież ten pan – wskazując na mnie – mnie przepuścił.
- Ale ja nie przepuściłem!!!! - krzyknął dziadyga, coś tam jeszcze zaskrzeczał pod nosem i pojechał dalej.

Spojrzeliśmy po sobie, skwitowaliśmy sprawę ironicznymi uśmiechami, z samochodu dostałem podziękowanie za zrobienie miejsca i tym samym chyba po raz pierwszy w życiu powstała moja mała koalicja z autem przeciw innemu rowerzyście :)

Jakiś czas temu byłem dumny z "upolowania" dwóch bocianów. Po dzisiejszym dniu uznaję się za samozwańczego króla BocianStats, albowiem mogę się pochwalić parką oraz trzema małymi gnojkami! Ha!


Przy okazji korzystam z okazji, żeby zdementować plotki co do mojej kończyny. Jest prosta, co udokumentowałem poniżej :)





  • DST 54.10km
  • Czas 01:50
  • VAVG 29.51km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 215m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Summer is coming...

Środa, 22 czerwca 2016 · dodano: 22.06.2016 | Komentarze 40

Nadchodzi najbardziej przerażająca z pór roku. Tak jak uwielbiam wiosnę oraz jesień, a i dla łagodnej zimy mam nutkę sympatii, tak dla smażalni letniej czuję czystą, nieskrępowaną nienawiść. Dziś mieliśmy zaledwie preludium, bo rano kręciłem w temperaturze do 25 stopni, ale na najbliższe dni zapowiadana jest rzeź niewiniątek. Niniejszym takowym zostaję roboczo na ten okres.

Dziś pokręciłem po prostu na wschód, ale najpierw po prostu na południowy zachód :) czyli przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalin do Radzewic, gdzie nastąpiła cofka. Oczywiście ta kierunkowa, choć i do innej było mi blisko gdy walczyłem z jakimiś koszmarnymi korasami wszędzie, nawet tam gdzie ich w życiu nie widziałem. Dodatkowo konstruktorzy świateł chyba specjalnie postanowili wykonać na mnie jakąś niezrozumiałą vendettę, gdyż jedynym kolorem widocznym na skrzyżowaniach i zebrach była wredna purpura.

Finalnie skończyło się cienko. Cieniuteńko.

W Luboniu przy Armii Poznań nastałem się dziś za wszelkie czasy, bo budują tam przedłużenie przyszłościowego wiaduktu kolejowego. Kolejne remonty to nic dobrego, ale ja się cieszę z jednego - wygląda na to, że chyba na tyle zmasakrują tamtejszą DDR-kę, że będzie do likwidacji. Oby!!! A jakby dało się jeszcze przy okazji skasować cały Luboń to będę najszczęśliwszym kolarzem pod słońcem :)




  • DST 52.00km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 130m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kto rano nie wstaje, temu leje jak z cebra

Wtorek, 21 czerwca 2016 · dodano: 21.06.2016 | Komentarze 4

Dziś miałem okazję troszkę dłużej pospać. Niby fajnie, niby spoko, ale jak się okazało był to podstęp. Bo gdy spałem – nie padało. Sekundę po tym jak udało mi się zwlec i ruszyć rowerem – lunęło. Deszcz początkowo był delikatny i dający nadzieję na rychły jego koniec, ale z minuty na minutę narastał, po kilkunastu kilometrach stając się po prostu upierdliwym. A że byłem w trakcie wykonywania „klasycznego kondomika” i wjeżdżałem właśnie do Mosiny to postanowiłem zaparkować na chwilę w tamtejszym zaprzyjaźnionym rowerowym. Gdy już tam byłem to prócz dwukołowych plotek postanowiłem korzystając z okazji wymienić pedały, bo ostatnimi czasy zaczęły mnie – dosłownie – kręcić ostre zakręty, dzięki czemu przy paru kontaktach z ziemią jeden z dotychczasowych został solidnie przeorany. Już się nauczyłem kiedy chować nogę, ale kosztem nowego zestawu. Oczywiście budżetowego :)

W czasie niedługiego pobytu przekonałem się, iż ludzie pracujący na co dzień z „żywiołem ludzkim” rozumieją się w mig. Nagle bowiem usłyszeliśmy z zewnątrz tekst kierowany do jakiegoś dziecka: „o, patrz, tu są rowerki. Chodź, wejdziemy”. W tym momencie, jeszcze zanim się pojawili, ja zacząłem:

- Kocham to. Nie wiemy co chcemy, po co w ogóle włazić, ale nie mamy co robić, więc potrujemy dupę…
- ...i zajmiemy pół dnia, Po czym i tak nic nie weźmiemy – dokończył kolega, który aktualnie zajmował się skomplikowanym zamówieniem roweru triathlonowego dla jakiegoś konkretnego klienta.

Spaczeni jesteśmy. Ale niewiele się pomyliliśmy :)

Przestało padać, ja już z nowymi pedałami pokręciłem dalej na Dymaczewo, Stęszew, Komorniki, Poznań… 

Na koniec dwie miłe informacje: jeszcze nie ma upałów i kręci się bardzo przyjemnie, szczególnie gdy zapach deszczu miesza się z wonią ziemi oraz bryzą znad wielkopolskich jeziorek. Druga (usłyszana podczas nawrotu w radio i umieszczona tu zupełnie powodu) – podczas obchodów Poznańskiego Czerwca nie będzie wojska, dzięki czemu nikt nie będzie czytał przy tej okazji listy „zamordowanych w Smoleńsku”. Brawo! :)




  • DST 54.00km
  • Czas 01:48
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Podjazdy 177m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Korkokręciołki

Poniedziałek, 20 czerwca 2016 · dodano: 20.06.2016 | Komentarze 14

Ze względu na północny wiatr przyszło mi dziś doznać rozkoszy jazdy po mieście. W sumie nastawiony do tematu byłem na wstępie nawet neutralnie, ale po przejechaniu, a w sumie przestaniu, wszelkich możliwych ulic i świateł pomiędzy Dębcem a Sołaczem moja psychika pękła i zamiast pierwotnego planu jazdy do Biedruska i z powrotem skręciłem na Golęcin, a potem wyjeżdżoną już miliardy razem trasą przez Strzeszynek i Kiekrz dotarłem do Rokietnicy. Wszystko byle nie powtarzać tej poznańskiej gehenny podczas powrotu. Za to z satysfakcją stwierdziłem, że na ścieżce przy Koszalińskiej zamontowano już nawet obniżone wjazdy, fiu fiu...

Na trasie do Napachania upolowałem "góry wersja WLKP". Może Mount Everest to to nie jest, ale i tak... nie jest :)

Druga połowa trasy z grubsza wyglądała tak. Po minięciu Napachania:

1.  Wjechałem do Poznania. Po dwóch kilometrach wyjechałem z Poznania.
2.  Wjechałem do Chyb. Wyjechałem z Chyb.
3.  Wjechałem do Baranowa. Wyjechałem z Baranowa.
4.  Wjechałem do Przeźmierowa. Wyjechałem z Przeźmierowa.
5.  Wjechałem do Poznania. Wyjechałem z Poznania.
6.  Wjechałem do Baranowa. Wyjechałem z Baranowa.
7.  Wjechałem do Przeźmierowa. Wyjechałem z Przeźmierowa.
8.  Wjechałem do Wysogotowa. Wyjechałem z Wysogotowa.
9.  Wjechałem do Skórzewa. Wyjechałem ze Skórzewa.
10. Wjechałem do Poznania. Wyjechałem z Poznania.
11. Wjechałem do Plewisk. Wyjechałem z Plewisk.
12. Wjechałem do Poznania! I już z niego nie wyjechałem :)

Tym samym na odcinku kilkunastu kilometrów byłem cztery razy w Poznaniu, a po dwa razy w Przeźmierowie i Baranowie. Jeśli ktoś chce autograf od autora książki "Jak maksymalnie można sobie skomplikować trasę w celu ominięciu DDR-ek" to proszę o info, wystarczy dać znać gdzie podjechać. Zwrot kosztów podróży co łaska, od 100 PLN w górę ;)

Pod klatką dopadł mnie deszczyk. Ostatnie 5 centymetrów prawdziwego hardkora :)




  • DST 14.20km
  • Czas 00:34
  • VAVG 25.06km/h
  • VMAX 36.00km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Podjazdy 67m
  • Aktywność Jazda na rowerze

Poznański Rzeźnik Miejski

Niedziela, 19 czerwca 2016 · dodano: 19.06.2016 | Komentarze 15

Niedzielne popołudnie w pracy przebiegało standardowo. Czyli nudno. I irytująco. W pewnym momencie jednym uchem usłyszałem dialog kolegi, sugerujący, że będzie musiał kopsnąć się do oddziału w Luboniu, żeby odebrać pewien niezbędny element umowy.

- Nie, nie będziesz musiał! A wręcz - chętnie się poświęcę i sam pojadę. Znaj mą dobroć! - wydarłem się.

Kolega zadowolony, bo mógł zająć się formalnościami, ja zadowolony, bo wydostałem się na chwilę na wolność... To się nazywa idealny korpozespół. No dobra, przesadzam, bo do tego daleko, ale na potrzeby tego wpisu uznajmy, że tak jest :)

Oczywiście nie miałem zamiaru tarabanić się komunikacją miejską. Za narzędzie podróży obrałem sobie system PRM, szumnie nazwany "rowerem" miejskim. Taki to rower miejski jak świnka morska jest świnką, do tego morską. Korzystam z tego "dobra" dość często w drodze do roboty, nie wpisując tego nigdzie w statystki na BS, bo te 4-5 km w jedną stronę aż żal umieszczać. A poza tym wstyd :) Dziś postanowiłem zrobić wyjątek, bo dystans zapowiadał się godny :P

Ktokolwiek jechał w życiu czymś takim wie, że każde wypożyczenie to potencjalna przygoda. A to coś trzeszczy, coś nie działa, przeskakuje, siodełko nie chce się podnieść, a nawet potrafi samodzielnie obluzować, zdarzyło mi się też. że 200 metrów po starcie odpadł mi pedał... Zresztą, o czym tu mówić, wystarczy spojrzeć:

Plan był taki: ruszam z centrum Poznania na Dębiec, gdzie wymieniam rower. Po co? Bo pierwsze 20 minut jest za darmo, dopiero po ich przekroczeniu pobierana jest astronomiczna opłata - 2 złote. Miasto samo zachęca, w celu zapewnienia płynności, żeby starać się korzystać z jak największej ilości przesiadek, więc cóż, wyszedłem na społecznika :) 

Z Dębca pojechałem dalej, a kręciło mi się na tyle dobrze, że z sadystyczną satysfakcją wyprzedziłem dwóch rowerzystów w "uzbrojeniu", a przed samym Luboniem jeszcze podczepił mi się na kole jakiś sęp. Eh, uwielbiam niedzielny klimacik w tym względzie :)


Najdłużej zajęło mi przypięcie tego czegoś do barierek, szybko zabrałem co musiałem i nawróciłem. Byłem przygotowany, że poświęcę dla idei te dwa złocisze, a tu proszę, wyrobiłem się na "darmówkę". Mówcie mi "mistrzu promocji" :) Na Dębcu znów zmieniłem pojazd i tym samym dodałem do dzisiejszego dystansu jeszcze 14 kilosów. Kosztowały mnie one wiele, bo pomimo, że nic o dziwo dziś nie odpadło to samo ruszenie do przodu tego sprzętu wymagało nie lada sił oraz (samo)zaparcia :)

Średnią wziąłem z Endo, czyli realnie była minimalnie lepsza. A dzwonek i koszyczek będą mi się pewnie od dziś pojawiały w koszmarach sennych :)




  • DST 51.40km
  • Czas 01:41
  • VAVG 30.53km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 62m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rannik

Niedziela, 19 czerwca 2016 · dodano: 19.06.2016 | Komentarze 27

Niedziele w pracy są na tyle nęcące i motywujące do działania, że aby się do nich mentalnie przygotować nie mogę inaczej niż zafundować sobie przed dwie godzinki rowerowego umózgowienia. Dziś nie było inaczej - start między ósmą a dziewiąta, żeby w samo południe stawić się tam, gdzie powinni tego zabronić. I proszę nie mylić mojego miejsca kaźni z pewną znaną siecią :)

Jechało mi się całkiem spoko, bo powietrze jeszcze nie zdążyło się nagrzać, a i wiatr dał chwilowo sobie spokój i męczył jedynie przez jakieś 80% drogi, a nie jak to zwykle bywa przez 100. Pokręciłem na zachód, przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Gołuski i Plewiska. Za Szreniawą zatrzymałem się pocelebrować jeden z ulubionych widoczków na tej trasie.

Przed Konarzewem dobiłem do jakiegoś dziarsko kręcącego górala. Doceniając ambitne pedałowanie zapytałem czy go poholować, na co uzyskałem odpowiedź: "chętnie, ale powiedz jaką masz średnią?". "No, aktualnie kręcę pod wiatr, więc słabo, 28,5 km/h". "Aha, to długo razem nie pojedziemy". No i faktycznie, ale przez kilometr fajnie się gadało o zaletach szosy :)

Pyknąłem "se" również selfie. Poza dziwna, bo cykałem w pośpiechu, słysząc za sobą nadjeżdżający samochód.

W pracy wylądowałem o czasie, myśląc, że to już koniec kręcenia na dziś. Jak się okazało nie do końca, o czym w kolejnym wpisie, który mam nadzieję zdążę dziś jeszcze dodać.




  • DST 57.20km
  • Czas 01:54
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 120m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

XL

Sobota, 18 czerwca 2016 · dodano: 18.06.2016 | Komentarze 14

Najpierw króciutko o dniu wczorajszym.

Albo nie. Zabrakło mi cenzuralnych słów :)

W każdym razie dziękowałem swoim ostatnim zasobom rozsądku, że na wczesnym, porannym etapie (od "nie pada" do "lekko kropi") postanowiłem jednak zostać w domu. Inaczej szukałbym teraz najbliższego połączenia z Południowego Sudanu czy gdziekolwiek by mnie wywiało i wy-w(i)od-ło. Po raz pierwszy w życiu cieszyłem się, że kręcę na chomiku (33 km, średnia 32,5) a nie w realu :)

Dziś już zrobiło się normalniej, czyli ani deszczu, ani... A nie. Sorry. Zrobiło się normalnie oznacza: deszczu nie było, ale mocny wiatr owszem. Jednak dziękowałem, iż ów Urwiszon dziś pozwala poruszać się do przodu, a nie stać w miejscu. Postanowiłem uczcić ten fakt minimalnie dłuższym kursem, bo ostatnie dwa wyjazdy to "kondomik" w wersji klasycznej, dziś więc powstała wersja XL - czyli zamiast w Dymaczewie jechać prosto skręciłem na Będlewo, gdzie dopiero nawróciłem na Stęszew po dotarciu do krajowej "piątki". Reszta (Luboń, Puszczykowo, Mosina, Komorniki) pozostały bez zmian.

Jak zwykle nie zawiedli moi codzienni towarzysze podróży, czyli kochani kierowcy. Najpierw jadąca przede mną niewiasta, jeszcze na Dębcu, bez sygnalizacji skręciła nagle w prawo. Cóż, nic nowego. Ale że droga była jednokierunkowa, i nie był to bynajmniej kierunek słuszny dla owej pani? W sumie... też nic nowego :) A potem na trasie, gdy zatrzymywałem się kilka razy, żeby przepuścić pieszych na pasach, specjalnie odwracając się za siebie, żeby zasygnalizować, że będę hamował, ze zdziwieniem stwierdzałem, że choćby zwolnienie przed zebrą przekracza zasoby wyobraźni Szanownego Narodu Łaskawie Dosiadającego Swych Rumaków, już nie mówiąc o zatrzymaniu się. Piesi zamiast mi dziękować powinni w sumie dać bęcki, że ryzykowałem ich życie respektując prawo do przekraczania bezpiecznie ulic. Polska - biało-czerwoni!!! :)




  • DST 52.40km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.23km/h
  • VMAX 48.80km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 96m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Mózgozerowanie

Czwartek, 16 czerwca 2016 · dodano: 16.06.2016 | Komentarze 14

Kadra mi się w pracy pochorowała i za cholerę nie mam czasu na cokolwiek. A w sumie to nawet gdyby ktoś mi dał tę cholerę w łapy to i tak pewnie go bym nie miał. Więc nie chcę.

Na szczęście są jeszcze poranki, podczas których można przewietrzyć mózg i te niecałe dwie godziny poświęcić na coś konstruktywnego, czyli rower. Co prawda wstawanie przed ósmą nie należy ani do najłatwiejszych, a tym bardziej przyjemnych czynności, jednak wyzerowanie umysłu z korpobełkotu jest tego warte.

Dziś bez niespodzianek: tak jak przedwczoraj zrobiłem "kondomika", ale żeby nie popaść w rutynę to odwrotnego, od strony Komornik, Stęszewa. Łodzi, Dymaczewa, Mosiny, Puszczykowa oraz Lubonia. Ptaki grzały, słoneczko pachniało, kwiatki latały - całkowita norma ;) Normą były też niestety korki w Komornikach, z których można by śmiało dziś skonstruować jakiś - jedynie ciut mniejszy od oryginału - chiński mur. Mi się nie chciało, więc jedynie informuję.

Aha, minęło mnie BMW z ulubionymi blachami PZ, wybitnie sportowe, z flagą Niemiec. Odważnie, nie ma co, odważnie... :)




  • DST 52.20km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.12km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 118m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zakrętus

Środa, 15 czerwca 2016 · dodano: 15.06.2016 | Komentarze 3

Mimo szumnych zapowiedzi mówiących o kolejnym dniu opadów pogoda rano nie masakrowała, a wręcz zachęcała do jazdy. I to szosą. Więc skorzystałem.

Plan był taki, żeby znów pokręcić w okolice Rogalina, ale po minięciu Puszczykowa przypomnialem sobie, że w Mosinie jest remont, co oznaczałoby jakieś kosmiczne objazdy z DDR-kami w tle. Objazdy mi niestraszne, DDR-ki owszem :) Zmieniłem więc lekko plany, zamiast skręcając w lewo jadąc na prawo, tym samym wykręcając klasycznego „kondomika” przez Dymaczewo, Łódź Stęszew oraz Komorniki. Decyzję ułatwiło mi również to, że wiatr był „zmienny”, a czy miał mi wiać cały czas w pysk w tej czy w drugiej wersji było już mniej znaczące.

Nie zawiodłem się. Wiało ciągle w ryj :)

W ryj powinien też dostać jeden młody imbecyl, który bardzo starał się mnie nie zauwazyć przy wyjeżdżaniu swoim czterokołowym gratem z podporządkowanej w Starym Puszczykowie. Finalnie zatrzymał się mordą w połowie ulicy, za co otrzymał „brawa” nie tylko ode mnie, ale i od kierowców. Aaa, i jeszcze – już w Poznaniu – troglodyta uznający, że skoro on jedzie asfaltem wzdłuż ścieżki i chce skręcić w prawo, a ja jestem na łączniku między jej jednym a drugim elementem to... on ma pierwszeństwo. Eh, na szczęście znam już polskie realia, za wczasu zahamowałem, a nasz bohater otrzymał kilka lekcji tego jak po łacinie mówi się słowo „zakręt”... :)

Średnia o dziwo na granicy krytyki.




  • DST 32.00km
  • Czas 01:09
  • VAVG 27.83km/h
  • VMAX 43.00km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 103m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut przejazdowy

Wtorek, 14 czerwca 2016 · dodano: 14.06.2016 | Komentarze 47

Mimo że do roboty miałem dziś wcześniej niż zazwyczaj, bo na dwunastą, to udało mi się wbić w lukę między jednym deszczem a drugą burzą. Ma się to szczęście raz na miliard lat.

Oczywiście wybrałem się crossem, a skoro jedynie wykonałem gluta to dystans jedynie lekko przekroczył trzy dychy. Był bardzo nieskomplikowany, bo prowadził przez Luboń do Puszczykowa, gdzie skręciłem na Mosinę i z powrotem przez Luboń na Dębiec.

W Mosinie przy ulicy Mocka jak się okazało zakwitł remont torowiska oraz przejazdu kolejowego. Ja co prawda widziałem znaki twierdzące, że droga jest zamknięta, ale kto by tam wierzył?

No, cholera, uwierzyłem, gdy zobaczyłem zasieki. Całkowicie nieprzejezdne. Ale spróbowałem, zagadując jednego z robotników:

- Mogę tak szybko przejść?
- Nie!
- ...czyli mogę?
- Tak!

Zawsze ceniłem sobie takie podejście do tematu konsekwencji w poglądach :)

Przeczołgałem się z rowerem pod pachą i tym samym nie musiałem zawracać, bo wtedy trafiłbym na burzę, która zakwitła jakiś czas po moim przyjeździe do domu.