Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250076.93 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 812738 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 33.60km
  • Czas 01:16
  • VAVG 26.53km/h
  • VMAX 42.50km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 75m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pierwszy pół-nie-glut serwisowy

Wtorek, 20 grudnia 2016 · dodano: 20.12.2016 | Komentarze 6

Jako że pojęcie "wolny dzień" jak zwykle oznacza u mnie ganianie z wywieszonym ozorem w celu pozałatwiania zaległych spraw, dzisiejsze wolne postanowiłem poświęcić na sprawy rowerowe. Zmotywowała mnie do tego opisywana wczoraj awaria w przednim kole.

Plan wymyśliłem sobie tak 50 na 50. A konkretnie - podzielić sobie rowerowanie na pół, czyli klasyczne glutowanie. Etap pierwszy to wycieczka crossem, tak zaplanowana, żeby do miejsca oddalonego ode mnie o dwa kilometry dołożyć brakujące trzydzieści. Prawda, że to rozsądne? :) Pojechałem więc najpierw na południe, do Lubonia, potem w Wirach skręciłem na Komorniki, potem Szreniawa, Rosnowo, znów Komorniki, Plewiska i dalej już przykry dla psychiki kurs przez zakorkowany Poznań ulicami: Grunwaldzką, Grochowską i Hetmańską, tak żeby dotrzeć do sklepu rowerowego na Traugutta. Tam specjalnie dla mnie ściągnięto na dziś zupełnie niedrogie koło, co prawda marki "takiej se", ale już dawno stwierdziłem, że nie ma co specjalnie inwestować w drogie rzeczy do taniej szosy. Kupiłem je na zaś, bo wciąż miałem nadzieję, że uda się jeszcze naprawić dotychczasowe. A zrobić sobie prezent zawsze można ;) Jedyny minus, którego nie przyuważyłem wcześniej to mocowanie na śruby, a nie na samozamykacz, co zmusi mnie do wożenia ze sobą kolejnego elementu.

Podziękowałem za szybką interwencję (szacun!) i z kołem w jednej ręce ruszyłem do domu. Zapomniałem tylko, że w crossie mam niesprawny jeden z hamulców. Szybko sobie przypomniałem na pierwszych światłach, dzięki czemu pewnie szybciej przyjdzie mi decyzja o kupnie nowych butów :)




  • DST 55.00km
  • Czas 02:02
  • VAVG 27.05km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 245m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Piastą po oczach

Poniedziałek, 19 grudnia 2016 · dodano: 19.12.2016 | Komentarze 10

Wczoraj wieczorem po powrocie z pracy ze zdziwieniem stwierdziłem brak powietrza w przednim szosowym kole. Mimo chęci do zabawy gumami i łyżkami zbliżonej do zera absolutnego zabrałem się do wymiany. Poszło w miarę sprawnie, ale gdy już zamontowałem koło to przy kontrolnym kręceniu zaczęły się z niego wydobywać dziwne stuki i chroboty. Upewniłem się jeszcze czy wszystko jest dobrze zrobione w nieskomplikowanym jakby nie patrzeć procesie - było - więc mina mi zrzedła. Jak na moje w końcu siadła piasta lub coś bliżej w niej nieokreślonego. W sumie miała prawo - zrobiłem na niej ponad 42 tysiące kilometrów, we wszystkich możliwych w naszym kraju warunkach. Ale w perspektywie najbliższych dni, które pogodowo zapowiadają się całkiem całkiem, jest to lekka kiszka. Co prawda jak zwykle po zapytaniu dostałem wstępną ofertę pomocy w wypożyczeniu zastępczego (dzięki Dariusz), ale po przemyśleniu i ogarnięciu tego logistycznie postanowiłem dzisiaj rozejrzeć się za szybkim zakupem nowego sprzętu. A kluczowym argumentem było to, że szprychy były inne i nie dałoby się zamontować mojego aktualnego licznika :)

Temat zostawiłem na dziś, a na rano przygotowałem sobie crossa, z bólem serca, który jednak mi przeszedł gdy zobaczyłem mokre drogi i pochmurne niebo. Psychice było łatwiej. Ruszyłem na południe, przez zakorkowany Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Sowiniec, przejechałem obok Baranówka, gdzie znajduje się Fundacja Stworzenia Pana Smolenia, potem na Baranowo, za którym wkroczyłem na leśny dukt asfaltowy, który po chwili jeszcze zamieniłem na leśno-leśny i nasycony przyrodą wróciłem na szlak.

W Żabnie skręciłem na Mosinę, gdzie zawitałem do rowerowego i umówiłem się na jutro na wizytę w celu sprawdzenia czy uda się koło uratować. I tak już wstępnie zamówiłem nowe, ale może będę miał rezerwę. A czy dotrzeć tam pozwoli mi zdezelowany sprzęt - się okaże. Jednak na jutro tak czy siak swoje wykręcić będę musiał znów crossem.

PS. Znalezienie pod koniec grudnia niedrogiego koła do szosy "od ręki" to misja nierealna. Wyjaśniło się czemu Mikołaj jest grubym oblechem :)




  • DST 32.10km
  • Czas 01:14
  • VAVG 26.03km/h
  • VMAX 42.00km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 51m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glucik szklany

Niedziela, 18 grudnia 2016 · dodano: 18.12.2016 | Komentarze 3

Pierwotnie według prognoz miał w nocy padać śnieg, potem wersja zmieniła się na marznący deszcz. Cokolwiek miało być - nastawiałem się dziś na solidną porcję snu, spodziewając się, że rano przywita mnie za oknem albo bałwanek, albo karambol złożony z plus minus miliarda samochodów, sponsorowany przez szklankę na drodze.

Tymczasem... Śniegu nie było, za to faktycznie drogi nie należały do tych z gatunku "lider bezpieczeństwa drogowego namawia - ruszaj". Gdy już się zwlekłem z łóżka (nałóg zobowiązuje) to najpierw postanowiłem zrobić kontrolną rundkę spacerkiem, pod pretekstem wyrzucenia śmieci. Organoleptycznie stwierdziłem, że jechać się pewnie da (byle unikać kostki, bo to cholerstwo było najbardziej śliskie), ale dopiero jak temperatura przekroczy "plus zero". Nie ma co ukrywać, że do takiego wniosku doszłem również dzięki magicznemu przyciąganiu przez pewien mebel służący najczęściej do spania :)

Gdy po jakimś czasie nastąpiło powstanie 2.0 była już jedna kreska na plusie, ale też grubo po dziewiątej, więc mając w perspektywie dzionek w robocie musiałem okroić swoją dzisiejszą jazdę do krótkiego, trzydziestokilometrowego gluta z Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Rosnowo, Komorniki, Plewiska i do domu. Jechałem bardzo ostrożnie, do tego crossem, więc wynik nie powala. Ale psychika dzięki temu została utrzymana w jako takim porządku.

Obyło się bez przygód, a nawet w wyjątkowej zgodzie z innymi na drogach. Dostałem kilka podziękowań za wpuszczenie innego użytkownika do ruchu, jak również uśmiechy za zapobiegliwe zatrzymanie przed przejściem dla pieszych. Ale nie ma tak pięknie - na ostatnim odcinku, podczas jazdy poboczem szeroką na maksa ulicą Głogowską na odcinku między Komornikami a Poznaniem, usłyszałem klakson, ten z tych agresywnych. Nie żeby to było coś zaskakującego w naszym kraju, ale zacząłem się mimowolnie zastanawiać o co szanownemu kierowcy chodziło. Czy wydawało mu się, że ta zwykła, choć wypasiona ulica jest jakimś przedłużeniem autostrady? Czy może ma jakieś problemy z żoną i chciał mi w ten sposób to pokazać? Czy zachwycił go widok mojego tyłka? Jak brzmi odpowiedź - nie wiem. Wiem za to jedno.

Był debilem.




  • DST 52.30km
  • Czas 01:52
  • VAVG 28.02km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura -0.3°C
  • Podjazdy 84m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zjawa (?)

Sobota, 17 grudnia 2016 · dodano: 17.12.2016 | Komentarze 13

Wczoraj (a w sumie dzisiaj), gdy wracałem z firmowej (laickiej, bo już czuję w powietrzu niezadane pytanie) wigilii była taka mgła, że taksówkarz wysadzał mnie na "czuja", bo nie było widać mojego bloku w momencie gdy praktycznie byłem kilka metrów od niego. Ciut mniejsze mleko w powietrzu utrzymało się aż do rana. Ja zamiast jednak pójść spać nieopatrznie włączyłem telewizor. I tak do drugiej w nocy, gdy już padłem na ryj, zmieniałem sobie kanały pomiędzy TVN, TVP Info i Polsatem, ze zdumieniem stwierdzając, że nie jest AŻ tak źle z tym naszym narodem, skoro już po roku potrafi pokazać prawie bezpośrednio wybranym wcześniej klakierom pewnego zakompleksionego frustracika, że dość, że te małpy nie pasują do tak zarządzanego cyrku...

Nazajutrz ze wstaniem miałem lekkie problemy :) Ale mocna kawka i upewnienie się, że nie zagrażam sobie oraz ludzkości spowodowała, że po dziesiątej mogłem ruszać. Wybrałem szosę, ale już po chwili miałem wątpliwości czy decyzja była słuszna. Po prostu fragmentami było bardzo ślisko - minimalnie poniżej zera oraz delikatna warstwa lodu na drodze to nie jest idealne połączenie. Pierwotnie chciałem jechać trasą "kondomikową". ale gdy przypomniałem sobie o wyskakujących tam co jakiś czas ddr-kach, na sto procent usyfionych, zmieniłem zdanie i pokręciłem po prostu na zachód, przez Plewiska, Dąbrówkę, Palędzie, Dopiewo, Trzcielin, Konarzewo, Rosnowo, Komorniki i znów Plewiska. Nie powiem, ciekawie było, a szczególnie na zakrętach, rondach i wiaduktach zadawałem sobie pytanie natury filozoficznej: wykopyrtnę się w końcu czy nie? Na szczęście odpowiedź była optymistyczna - nie :)

A w ogóle to było też całkiem ładnie. Szron na drzewach jak zwykle urzekał, a mrozek przy niebieskim niebie zawsze mnie nastrajał lepiej niż upał przy niebieskim niebie. Ot, takie zboczenie :)


Podczas zjazdu Chomęcic do Rosnowa znów (ostatnio to norma) aż się musiałem zatrzymać i cofnąć. Ja rozumiem, że temat opłat za parkowanie od niedawna irytuje kierowców, ale jak widać niektórzy nie wiedzą, że strefa obowiązuje tylko w mieście. A przyzwyczajenia do "nielegali" zostają :)

Co najlepsze - upewniłem się, że nikogo w środku nie ma, co prawda nie chciałem być ciekawski i oglądać samochodu dokładnie, tym bardziej, że chwilę przede mną jechała tędy policja, która (jak zakładam) jeśli się nie zatrzymała to znała temat. Jednak gdy w domu powiększyłem sobie to zdjęcie to okazało się, że w za kierownicą jest jakieś odbicie, jakby ducha, zjawy? Bo gdyby to był człowiek to zgodnie z prawami fizyki głowa osoby nieprzytomnej nie mogłaby być skierowana do góry... No i teraz mam mroczną zagwostkę czy to złudzenie czy może... :)

Do pracy się lekko spóźniłem, bo wiatr w ogóle nie chciał współpracować, ale to już znamy. Za to nie padało, czego powiedzieć nie mogę o prognozach na jutro. Zresztą już jak widzę sypie za oknem, więc na 99% nie pokręcę ;/




  • DST 52.20km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.22km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura -1.0°C
  • Podjazdy 205m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Siebzehn

Piątek, 16 grudnia 2016 · dodano: 16.12.2016 | Komentarze 4

Dziś już dzionek bez możliwości komfortowego wyspania się. Życie chłoszcze :) Ruszyłem po ósmej rano przy temperaturze minus dwa. Co chyba wytłumaczyło zaskakujące pustki na zapełnionej latem ścieżce nad Wartą w kierunku na Starołęcką. Trzeba korzystać z większej przepustowości, bo majowe poranki będą zgoła odmienne. Tak strzelam :)

Wykręciłem na spokojnie jeden z "południowo-wschodnich klasyków", przez Starołęcką, Czapury, Wiórek, Rogalinek, Rogalin, Świątniki, nawrót na Rogalinek, Mosinę, Puszczykowo, Wiry, Luboń i Poznań. Bez przygód, czysta nuda. Prócz niezdecydowanego wiatru, ale przecież to też nuda :)

Tym samym dobiłem do siedemnastu tysiaków. Jest to wynik gorszy niż w roku poprzednim, ale niewiele, poza tym starość nie radość :) W przyszłych latach więcej nie będzie, bo i tak już mi ciężko się zorganizować czasowo, ale póki mogę - kręcę. Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis pozbawiony głębszych przemyśleń, za to z tytułem po niemiecku :)




  • DST 61.15km
  • Czas 02:11
  • VAVG 28.01km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 163m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pan B. był jeden

Czwartek, 15 grudnia 2016 · dodano: 15.12.2016 | Komentarze 13

Mój jedyny wolny dzień w tym tygodniu rozpoczął się późną pobudką (przed dziesiątą) oraz przykrą informacją o śmierci Bohdana Smolenia. Osobiście pana Bohdana widziałem na własne oczy tylko dwa razy - pierwszy kilka lat temu, wracając z przejażdżki po Lasku Dębińskim udało mi się go przyuważyć i pozdrowić na przejściu dla pieszych, gdy w samochodzie kierował się (prawdopodobnie) na "swoje" Baranówko. Drugie spotkanie, już bezpośrednie, odbyło się jakieś trzy czy cztery lata temu, podczas "zakulisowych" odwiedzin u dobrych znajomych (zresztą jego przyjaciół "od zawsze") występujących na koncercie charytatywnym dla Fundacji Stworzenia Pana Smolenia. Tak skromnej i jednocześnie zakłopotanej twarzy się nie zapomina - tak samo jak widocznego smutku w oczach jednej z najbardziej znanych w tym kraju osobistości kabaretowej. Wielka, wielka, szkoda... :(

Ruszyłem więc w nastroju dość średnim. Zapodałem sobie kolejny audiobook Cobena na uszy i zacząłem walkę z miastem, bo w związku ze zmianą kierunku wiatru na północny (ale nie silny, proszę odnotować u mnie te słowa) wybrałem trasę przez calutki Poznań. Szło jak zwykle - z Dębca do Radojewa miałem równiutkie dwadzieścia kilosów, z czego jechałem płynnie może przez jeden. No, może dwa, bo moraskie hopki były w miarę przejezdne :) Ale za to druga w życiu jazda przez odnowioną Kaponierę skończyła się nawrotem - po prostu się zgubiłem na pasach dla rowerów. Rada dla poznaniaków - olejcie je.

Odcinek do Biedruska był poezją - w końcu kawałek przestrzeni, a i była w końcu szansa na rozpędzenie się, bo te dwadzieścia kilosów po mieście skończyło się średnią na poziomie ćwiartki. Na miejscu zmieniłem decyzję co do powrotu - stwierdziłem, że nie mam zdrowia na powtórkę gehenny i zamiast zawrócić na pięcie pojechałem dalej, kierując się na Promnice. Coś z kostki po prawej przypomniało mi, że już kiedyś kilka razy zrobiłem ten błąd, ale przecież to było dawno, na pewno się coś poprawiło względem infrastruktury rowerowej, prawda....?

No nieprawda.

Tu już nie miałem wyjścia. Polska "G" wciąż się mocno trzyma. Aha, jakby ktoś nie widział po lewej zgodnej ze standardami drogi dla pieszych i rowerów to nie musi umawiać się do okulisty. Jej tam nie ma. Jest... aaa, nie będę się wyrażał.

Czymś takim dotarłem do Bolechowa-Osiedle i w końcu do trasy z Murowanej Gośliny do Poznania, którą zresztą niedawno opisywałem, razem ze smaczkami podobnymi do tych z dzisiejszego zdjęcia. No i znów nie ogarnąłem Gdyńskiej po remoncie, więc rozdziewiczyłem ulicę Chemiczną po tym samym - tę ogarniam. Asfalt, żadnych ścieżek, lubię to :)

Końcówka poznańska to fajny kawałek Wartostradą, potem korki w centrum, na Garbarach, a następnie Dolna Wilda i wylot z miasta do Lubonia, bo musiałem wpaść do oddziału swojego kołchozu (w końcu dzień wolny...) po jeden sprzęt. Tam chwila na gadu gadu i kurs do domu. Przed którym stałem znów dobre dziesięć minut na przejeździe kolejowym. Ja dziesięć, a reszta chyba ze trzy razy dłużej, analizując zastany tam sznurek aut. Kolejarze wciąż testują widocznie nowy system zarządzania ruchem szynowym. Od tygodnia dzięki temu Poznań (a chyba i cała linia pomiędzy północą a południem Polski) stoi na każdym styku PKP-droga. Dobra zmiana!




  • DST 52.15km
  • Czas 01:54
  • VAVG 27.45km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 2.0°C
  • Podjazdy 67m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

100WD

Środa, 14 grudnia 2016 · dodano: 14.12.2016 | Komentarze 4

Pod tym tajemniczym tytułowym kryptonimem kryje się jedno - 100% wmordewindu. A z takim właśnie pieszczoszkiem miałem dziś do czynienia na trasie. Wiem, wiem, zaraz się odezwą głosy, że przesadzam i mitologizuję, ale nikt mi nie wmówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe :) Po prostu gdy jechałem na zachód to wiało mi w pysk, tak było na trasie z Dębca przez Luboń, Wiórek, Komorniki, Chomęcice, Konarzewo i Trzcielin, gdy zakręciłem na północ to wiało mi pysk już centralnie, gdy za Dopiewem skierowałem się na wschód zamiast pomocy dostałem kuksańce, a gdy już byłem na ostatniej prostej, czyli między Gołuskami, Plewiskami a Poznaniem to zaczęło duć z południa. No zes...tresować się można :)

Plusy dodatnie są takie, że było delikatnie powyżej zera na termometrze, więc mokre drogi nie wymagały szosowej ekwilibrystyki, a jedynie dość ostrożnej jazdy. Nie miałem też zapachowego motywatora, bo resztki imponujących kopczyków ziemniaków, które okazały się burakami, były dziś na moich oczach wywożone wielkimi ciężarówkami gdzieś w świat, więc woń przetrawionego alkoholu nie towarzyszyła mi na trasie. Jak nie w Polsce się czułem :)




  • DST 53.00km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.65km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura -2.0°C
  • Podjazdy 121m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Mrozu

Wtorek, 13 grudnia 2016 · dodano: 13.12.2016 | Komentarze 11

Dzionek zacząłem od pobudki o 6:45 (rano!). Cel - wykonanie badania krwi. Akurat przychodnię mam pod domem, więc po powrocie lotem nurkowym znów wylądowałem w ciepłym łóżku. Na pięć minut.

Gdy obudziłem się prawie... dwie godziny później stwierdziłem, że jakiś gnojek ukradł mi czas. Niestety pod ręką nie napatoczył się żaden winny do ukarania, w związku z czym zamiast dokonać brutalnej egzekucji zrobiłem sobie w pośpiechu kawę, a po jej wypiciu ubrałem w kilka warstw rowerowych ciuchów i ruszyłem w świat.

Tam... piękne, błękitne niebo, słaby i umiarkowany wiaterek... Tylko te minus trzy na stracie lekko zaburzyły mi idyllę letniego, sympatycznego wyjazdu. No tak, mamy grudzień. Postanowiłem pokręcić na południe, najpierw zahaczając o Luboń, do którego dostałem się z racji dębieckich korków odnalezionym dziś objazdem. Potem Wiry, Łęczyca, Puszczykowo, Mosina. Tam chwila na wstępne omówienie "spraw pomocowych" z nowym właścicielem sklepu rowerowego, bo poprzedni - Bartek - postanowił wyjechać za granicę i niestety sprzedał przybytek. 

Czasu nie miałem dużo, więc prędko ruszyłem dalej. Na szczęście już trochę się ociepliło, temperatura skakała między minus dwa a zerem, ale najważniejsze, że poznikały lodowe placki, przez które poruszałem się do tej pory jak rowerowa baletnica. Gdzieś przed Witobelem usłyszałem za sobą podwójny dźwięk klaksonu. Jak ja to lubię :) Ale... okazało się, że to było pozdrowienie, bo po chwili wyprzedziła mnie jakaś niewiasta w aucie o kolorze... eee... morskim? eee... nie wiem jakim? z włosami koloru blond, pozdrawiając mnie podniesionym w górę kciukiem. Zabijcie mnie, ale nie wiem kto to był. Może ktoś tu, coś, się przyzna? :)

W Stęszewie zakręciłem na Poznań, miało być łatwiej i by było, gdybym nie władował się między ciągnik a tiry, przez spory kawałek pełznąc z prędkością 20 km/h. W końcu udało się wyminąć zawalidrogę, ale mimo szczerych chęci niedoborów nie nadrobiłem, więc do domu jechałem na spokojnie. No i bez gleby, czego obawiałem się wybierając dziś szosę.




  • DST 52.40km
  • Czas 01:53
  • VAVG 27.82km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 2.0°C
  • Podjazdy 114m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Gdyńsko

Poniedziałek, 12 grudnia 2016 · dodano: 12.12.2016 | Komentarze 3

Niestety wczorajsze prognozy się sprawdziły - cały dzień lało, więc standardowo wskoczyła tylko godzinka na chomiku (33 km, średnia lekko ponad 32 km/h, ostatni odcinek "Gro o tron" zakończony). Dziś udało się ruszyć w świat, choć nie powiem, żeby była to komfortowa wycieczka.

Miałem wyjechać wcześniej, ale - zupełnie niespodziewanie - rano znów padało. Dospałem więc to, co mi należne, a ruszyłem już gdy zrobiło się w miarę sucho, czyli równo o dziesiątej. Po kilku dniach ciepłych, ale z koszmarnie mocnym wiatrem, od dziś nastąpiła zmiana - było zimno (dwa stopnie), ale za to z...  koszmarnie mocnym wiatrem. Super. Do tego jego kierunek zmienił się na północny, co oznaczało jedno - sympatyczną jak zawsze jazdę z południa na północ Poznania i z powrotem. Łącznie prawie trzydzieści kilometrów. Było bossssko... :)

Jakoś dopchałem się do wysokości ulicy Gdyńskiej, która jak sądziłem jest już gotowa do użytku zgodnego z logiką. Ale nie. O co tam chodzi? Jakieś wiadukty, mostki, tunele, urywające się ddr-ki... Kosmos kompletny. W sumie dopiero po dzisiejszej jeździe wpadłem na to skąd wzięła się nazwa ulicy - pod koniec lipca miałem podobne problemy z wydostaniem się właśnie z Gdyni w kierunku na Władysławowo, bo tamtejszy system ścieżek wzdłuż portu był tak czytelny, że finalnie wylądowałem w jakichś krzakach, skąd wyratował mnie przypadkowy rowerzysta wskazując drogę. No ale nic, może jak już formalnie wszystko dokończą, czyli za jakieś dziesięć lat, ogarnę ten system :)

Od Koziegłów do Czerwonaka na całej długości wprowadzili system pt. "dopuszczony ruch rowerowy", czyli jak na moje najgenialniejszy na świecie, bo zadowoleni są i chodnikowcy, i ja. Miałem nadzieję, że zgodnie z tym duchem zmieniło się coś w Owińskach, ale gdzie tam - jak były zakazy, tak są i trzeba ryzykować uzębieniem jadąc po kostce. Lub mandatem. Ja dokręciłem w końcu do dzisiejszej połówki dystansu, czyli Murowanej Gośliny, osiągając podczas walki z miastem i wiatrem, a potem już "tylko" wiatrem zabójczą średnią 24,8 km/h. Zakręciłem sobie na stacji paliw i od tego momentu przypomniałem sobie na czym polega radocha z jazdy rowerem - mogłem się w miarę rozpędzić, oczywiście z przerwą na Owińska.

Końcówka to już rzeźnicza rzeź. Prawie dosłowna, bo gdy karnie odczekałem swoje na czerwonym na skrzyżowaniu Bałtyckiej i Hlonda zostałbym skasowany przez kierowcę, który widząc zieloną strzałkę jakby zapomniał, że istnieje coś takiego jak zielone dla pieszych i rowerzystów, co oboje przypłaciliśmy hamowaniem. No ale trzeba przyznać, że choć przeprosił. A mógł zabić :)

Zmarzłem, głównie stałem, a nie jechałem, średnią osiągnąłem na poziomie kontuzjowanego przedszkolaka. Ale kolejne kilosy w grudniu wpadły i to się liczy.




  • DST 52.75km
  • Czas 01:53
  • VAVG 28.01km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 66m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Prawie :)

Sobota, 10 grudnia 2016 · dodano: 10.12.2016 | Komentarze 15

Ponownie dziś zebrałem się później niż zamierzałem. Ale wolny dzień (znów się udało) ma swoje prawa. Niniejszym więc ruszyłem po jedenastej. Dżizas, jak było genialnie ciepło - dycha na plusie w grudniu. Chcę tak co roku!

Ruszyłem... Hmmm. Duże słowo. Chwilę po tym jak wyniosłem szosę (bo tym razem właśnie ten sprzęt był pode mną) stanąłem. W gigantycznym jak na sobotę korku. Miał dokładnie kilometr i pół (z ciekawości zmierzyłem), a w jego środku znajdował się zamknięty przejazd kolejowy na Dębcu. Gdy dopchałem się pod same rogatki, klucząc między samochodami, zakwitłem właśnie pod nimi. Przejechały dwa pociągi, szlaban zamknięty. Dopiero po trzecim łaskawie można było kontynuować, w sumie jeszcze nierozpoczętą, jazdę. Na wspomnianym przejeździe spędziłem prawie dziesięć minut, podczas których ogarnięty dróżnik puściłby ruch trzy razy, tak długie przerwy były między pojawieniem się składów. No ale ten lub ta był/a bardzo odporny/a psychicznie, nic nie robiąc sobie z dźwięku klaksonów co bardziej krewkich kierowców. A w ogóle to jak wyczytałem później właśnie trasa kolejowa na południe była dziś jedną wielką masakrą - kolejarze postanowili bowiem przetestować nowy system zarządzania ruchem, dzięki czemu było tak sprawnie, że godzinne opóźnienie było najmniejszym wymiarem kary. Brawo dla tych państwa :)

Sama trasa to walka z wciąż rzeźniczym wiatrem (takim jak przez ostatnie dni, więc nic więcej chyba nie muszę dodawać) i lekką początkowo mżawką. Pojechałem na zachód, przez Plewiska, Gołuski, Palędzie, Dopiewo, Fiałkowo, Więckowice, Sierosław, Wysogotowo, Skórzewo, znów Plewiska i na Dębiec. Pod koniec opad był już całkiem konkretny, przez co dotarłem do domu mimo wszystko zmarznięty. Ale że czekała na mnie niespodzianka w postaci suto zastawionego pysznego szwedzkiego stołu od Żony na późne śniadanie to szybko odżyłem. Dzięki :) Za to jutro wedle prognoz ma lać cały dzień, więc z kręcenia zapowiadają się nici :(

Na koniec smaczek z Plewisk. Aż się musiałem cofnąć, bo kawałek drogi mi minął zanim mózg mi potwierdził: tak, widziałeś to. Ktoś tu się naczytał pewnie całkiem rozsądnych podręczników na temat budowy współczesnych dróg pieszo-rowerowych. I zrobił jedną z nich, przy chyba ślepej uliczce Zielarskiej, prawie zgodnie z zaleceniami. Prawie robi... wiadomo co :) Smakowite znalezisko.