Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 246155.08 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.46 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 799329 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 55.10km
  • Czas 01:50
  • VAVG 30.05km/h
  • VMAX 52.40km/h
  • Temperatura 30.0°C
  • Podjazdy 207m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kórłeczko

Niedziela, 28 lipca 2019 · dodano: 28.07.2019 | Komentarze 13

Dzisiaj najważniejszym elementem dnia była możliwość wyspania się. Spełniłem swoje marzenie, choć niestety koło dziewiątej musiałem już być na nogach, ze względów niezależnych od operatora pościeli, a gdzieś koło dziesiątej już w trasie.

Ową trasą było kórłeczko, czyli trasa z Kórnikiem w środku: Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Rogalinek - Rogalin - Świątniki - Mieczewo - Moszczenica - Kórnik - Skrzynki - Borówiec - Koninko - Jaryszki - Głuszyna - Starołęka - Hetmańska - Dębiec.

Było gorąco, wietrznie (ale przewidywalnie, na szczęście), więc walka o jakąś w miarę przyzwoitą średnią była niełatwa, jednak jakoś poszło. Sama jazda bez historii, choć - jak to w niedzielę - rowerzystów jak mrówków - szoszoni to jedno, ale trafiła się i poziomka, i jakiś miliard ludzi na mtb, których w Puszczykowie oraz koło Rogalinka wyprzedzałem hurtowo. Oczywiście w miłej atmosferze :)


W Borówcu koła przeszły bojowy chrzest na tamtejszych płytach, a ja ryzykując wiele jechałem szosą lubońską ulicą Armii Poznań, gdzie jak zwykle jest wesoło. Nawet gdy się oleje śmieszkę, są do pokonania dwa urocze torowiska - jedno nieczynne, ale oczywiście nikt nie wpadnie na to, żeby je zrównać z ziemią, drugie jest używane sporadycznie jako bocznica prowadząca do fabryki, zbudowana pod takim kątem, że są emocje są gwarantowane za każdym razem. Tylko raz zawiodła mnie tam technika, chyba ze trzy lata temu, w czasie deszczu, co skończyło się wizytą na SOR-ze i rehabilitacją po skręceniu stawu skokowego. A piszę o tym, bo zapomniałem podziękować Luboniowi za tę możliwość poznania arkanów rodzimej służby zdrowia.

Relive TUTAJ.

A jutro niby ma lać od rana :/




  • DST 63.70km
  • Czas 02:15
  • VAVG 28.31km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 249m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przez Mielno i na Wczasy

Sobota, 27 lipca 2019 · dodano: 27.07.2019 | Komentarze 15


Po raz kolejny, tym razem na szczęście, pogodynki dały ciała i z zapowiadanego na rano deszczu było błękitne niebo. Fajno. Za to zgadzał się wiatr - dość mocny, upierdliwy, zmienny, raz północny, raz wschodni. Niefajno.

Trasa to lekko zmodyfikowana " pietruszka": Dębiec - Hetmańska - Wartostrada - Śródka - Bałtycka - Gdyńska - Koziegłowy - Kicin - Mielno, tam objazdem do  Dębogóry - Karłowice - Wierzonka - Kobylnica - Janikowo - Bałtycka - Wartostrada - Dębiec.

Sama jazda bez ciśnienia i spiny, bo wiatr plus masa czerwonego (szczególnie na Batyckiej) skutecznie mnie zniechęciły do walki.

Miałem wątpliwą przyjemność ujrzeć na żywo już niby ukończoną śmieszkę w Koziegłowach. No i jest beznadziejnie jak to na polskich wiochach bywa - kostka (niby niefazowana, a wygląda paskudnie jak każda), krawężniki, piach, skosy, znaki na środku... 




Najgorsze jest to, że w swej łaskawości urzędasy postanowiły wykonać owo dzieło po dwóch stronach drogi, więc... klaksoniarze będą mieli co robić :) A ja już wiem, że Koziedupy aspirują do miana drugiego Lubonia, przynajmniej pod tym względem.

Dystans zwiera (jak to ostatnio) kilometry do pracy, na razie w jedną stronę. A ja po robocie jadę na... Wczasy :) Przynajmniej na chwilę, bo akurat zespół o takiej nazwie będzie występował wieczorem w genialnym miejscu, jakim jest Wolny Dziedziniec Urzędu Miasta, jeszcze niedawno parking, aktualnie przestrzeń, gdzie latem odbywają się ciekawe imprezy kulturalne. Same Wczasy to dziwne połączenie The Cure z Papa Dance, okraszone smutno-śmiesznymi tekstami o ludziach, którym w życiu nie wyszło. I nie wyjdzie. Już sobie ostrzę ząbki :)
EDIT: dodałem dystans z powrotu oraz krótki filmik z Wczasów :) Niestety z telefonu, więc jakość jak z liczydła. A sam koncert był bardzo udany - ci panowie będą kiedyś gwiazdami. Lat 80. :)




  • DST 57.80km
  • Czas 01:57
  • VAVG 29.64km/h
  • VMAX 52.50km/h
  • Temperatura 28.0°C
  • Podjazdy 141m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Piaskudnie

Piątek, 26 lipca 2019 · dodano: 26.07.2019 | Komentarze 13

Dzisiaj na szczęście upały z gatunku 30+ chwilowo odpuściły, były jedynie te lekko poniżej owej magicznej granicy, po przekroczeniu której mózg mi się lasuje. Tym razem tylko momentami zamieniał się w zupę :)

Wiało zmiennie z wschodu i północy, co oczywiście nie oznaczało, że nie było sporej ilości podmuchów z zachodu, szczególnie gdy już wracałem. Trasę zrobiłem jedną z klasycznych, zawierającą sporą ilość miejskich rozkoszy, co niestety wpłynęło na średnią: Dębiec - Wartostrada - Malta - Warszawska - Antoninek - Swarzędz - Paczkowo - Siekierki - Gowarzewo - Tulce - Żerniki - Jaryszki - Krzesiny - Starołęka - Las Dębiński - Dębiec. TUTAJ Relive.

Teraz wytłumaczenie tytułu. Zawitałem bowiem nad Maltę...

...w jednym konkretnym celu - obejrzeć dzieła, które pojawiły się tamże z okazji pierwszej edycji Festiwalu Rzeźby Piaskowej (Poznań Sand Festival). Niestety nie udało mi się zobaczyć wszystkich (kilka chyba albo powstawało od nowa, albo były wykonywane jakieś poprawki), jednak i tak było co podziwiać, tym bardziej, że temat był mi zdecydowanie bliski: ukazanie zwierząt zagrożonych wyginięciem.
Żółw olbrzymi - Poznań Sand Festival
Wyjący wilk - Poznań Sand Festival
Nosorożec - Poznań Sand Festival
Do nosorożca podejście drugie, smutniejsze - Poznań Sand Festival
Pingwiny - Poznań Sand Festival
Szczególnie martwy nosorożec z odciętym rogiem robi przygnębiające wrażenie... No nic, nie wzmocniło to mojej wiary w ludzkość, a w sumie zwiększyło niewiarę, ale może jakieś osoby postronne dzięki temu zrozumieją, że to człowiek jest największym szkodnikiem tej planety...

Tym mało optymistycznym akcentem kończę, dodając jeszcze do całości dystans "dopracowy".




  • DST 63.50km
  • Czas 02:10
  • VAVG 29.31km/h
  • VMAX 50.80km/h
  • Temperatura 30.0°C
  • Podjazdy 181m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Otwarcie piekarnika

Czwartek, 25 lipca 2019 · dodano: 25.07.2019 | Komentarze 16

Oj, przyszły znów ciężkie dni... Afryka dzika wróciła do Polski i ma zamiar tu jeszcze niestety trochę pobyć, co oznacza, że - tak jak dziś - więcej będzie człapania niż jazdy. 

Gdy ruszałem, dało się jeszcze żyć, pod koniec już się dało umierać :) Swoje zrobił też wiatr, dość słaby, ale za to upierdliwy przez swą zmienność (najpierw wschodni, potem zachodni, do tego północny i południowy), który spowodował, że poruszałem się jeszcze bardziej muchosmolnie.

Trasa to "muminek": Dębiec - Las Dębiński - Starołęka - Minikowo - Krzesiny - Jaryszki - Koninki - Szczytniki - Sypniewo - Głuszyna - Babki - Czapury - Wiórek - Sasinowo - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań.

Już na samym początku, na Dębinie, prawie bym skasował dzikiego kota, który nagle wskoczył na szutrową drogę z krzaków. Na szczęście jego refleks i moje hamulce okazały się kompatybilne.

W Rogalniku przywitałem się z dawno niewidzianymi koleżankami...

...wykonałem klasyczną fotę nadwarciańską...

...oraz dostosowywałem momentami tempo do temperatury (w sumie to wyrazy dość podobne...).

W sumie bez historii, kontrowersji, górnolotnych tematów. Po prostu otwarcie piekarnika. Do dystansu dodaję ten Czarnuchem do roboty.

Dla fanów Kropy jeszcze kilka zdjęć z wczorajszego spaceru.







  • DST 57.70km
  • Czas 01:55
  • VAVG 30.10km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Podjazdy 237m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Fox news

Środa, 24 lipca 2019 · dodano: 24.07.2019 | Komentarze 10

Na początek zacznę od samego "news" - kółka w szosie póki co śmigają godnie. Jak długo - się okaże, ale na razie jestem zadowolony. Nawet bardzo.

Fajnie było w końcu usiąść na mniej stabilnym, za to bardziej zrywnym sprzęcie. Jazda na mtb ma wiele plusów (w tym miejscu dziękuję Czarnuchowi za może nieplanowany, lecz mimo wszystko ciekawy tydzień), ale dla zdrowia psychicznego muszą pojawiać się co jakiś czas zmiany.

Pogoda dziś rano była jeszcze dość przyjazna, szczególnie gdy patrzy się na prognozy na najbliższe dni. Te maksymalne 26 stopni dało się jeszcze wytrzymać, nawet wiatr szczególnie nie komplikował jazdy, w przeciwieństwie do miejskich odcinków, po których kręcenie było dość upierdliwe.

Trasa: Dębiec - Górecka - Hetmańska - Grunwald - Jeżyce - Golęcin - Strzeszyn - Psarskie - Kiekrz - Rogierówko - Sady - Swadzim - Batorowo - Lusowo - serwisówki - Plewiska - Poznań. TUTAJ Relive.

Tak się prezentuje T-re(k)s z nowymi kołami:


Początek okazał się małym falstartem, bo na drugim kilometrze zorientowałem się, że nie wziąłem bidonu i musiałem wracać. Jednak dzięki temu udało mi się znaleźć taki oto skarb:

Gdy robiłem zdjęcie, pojawił się kierowca, który widząc, że to robię, zaczął pukać się w głowę i mówić, że samochód mu się zepsuł. I pewnie bym uwierzył, tym bardziej, że to Lanos (jeszcze na starych blachach), ale nasz mistrz parkowania (wychodzący z prywatnego domu) miał pecha, bo jechałem tamtędy jakieś pięć minut później i auto doznało widocznie cudownego uzdrowienia, bo nie było po nim śladu :) Tak więc fota tu jest i będzie.

No i czas na tytułowego foxa. Proszę Państwa, oto liś :)

Proszę państwa, oto liś :) - Golęcin, Poznań
Szedł sobie takowy po DDR-ce na Golęcinie jak gdyby nigdy nic, ale na szczęście widząc mnie poszedł za instynktem i uciekł. Znaczy się - wścieklizna raczej odpada, a i interwencja raczej niepotrzebna :)

Spoko wypad, przyzwoita średnia (mimo miasta), lis - w sumie jestem zadowolony :)




  • DST 62.30km
  • Czas 02:22
  • VAVG 26.32km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 21.0°C
  • Podjazdy 157m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Żurawinowo

Wtorek, 23 lipca 2019 · dodano: 23.07.2019 | Komentarze 12

Rano przywitał mnie dźwięk kropli deszczu bębniących o parapet, co oznaczało, że jeśli uda mi się w ogóle wyruszyć, to w żadnym wypadku nie mam brać szosy. Decyzję ułatwiał fakt, że wciąż jej nie miałem :)

Gdy opady zamieniły się w najpierw w mżawkę, a potem już praktycznie zanikły, mogłem startować, oczywiście dosiadając Czarnucha. Niebo było jakieś szare (jak śpiewa Klasyk), ale w sumie jechało się fajnie, znów głównie po drogach i znów walcząc z paskudnym, zmiennym wiatrem. Czyli znów pseudoszoszing, ale tym razem z marnym skutkiem :)

Trasa: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań. Relive TUTUTU :)
Dożynki w wersji saute
Z ogłoszeń parafialnych: jakby ktoś planował spotkanie z Matką Boską, to już może sobie wpisać w grafik 12-13 grudnia, bo wtedy będzie w Konarzewie :)

W okolicach Rosnówka miałem okazję ponownie zaobserwować dwa przepiękne, potężne żurawie, które gratis zafundowały mi jeszcze koncert swojego śpiewu. Piękna rzecz. A ja po raz miliardowy żałowałem, że nie miałem przy sobie porządnego sprzętu do robienia zdjęć, więc wyszła jedynie pikseloza:


No i rzecz najważniejsza - pod koniec wypadu dostałem upragnione info o możliwości odbioru szosy. Oto na czym stanęło: po analizie wszystkich plusów i minusów, zamiast jeszcze czekać i inwestować dwie i pół stówy w same części, zakupiłem w fajnej cenie komplet nowych kół, zdecydowanie budżetowych, ale traktuję je testowo. Nie chciałem inwestować w jakieś wypasy, te mają z grubsza to, co mi się sprawdziło - względnie niską wagę, płaskie szprychy, piastę dającą możliwość zmiany kasety z 10 na 11, co mnie zapewne czeka przy kolejnej wymianie napędu (już nie za tak długo...). Stare koła są w stanie: przednie w bardzo dobrym, tylne (jeśli uda mi się znaleźć gdzieś jakiś cudem na jakieś aukcji bębenek lub zareklamować) do odratowania, choć misja to niełatwa, więc przy odrobinie szczęścia może będę miał dwa komplety. Najważniejsze, że saga póki co się skończyła, pan serwisant zachował się wporzo, a jak się będzie jeździło? Się okaże. Na razie wykonałem tylko test podczas jazdy do i z pracy (doliczony do dystansu).




  • DST 63.10km
  • Czas 02:22
  • VAVG 26.66km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 134m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Misja ratunkowa

Poniedziałek, 22 lipca 2019 · dodano: 22.07.2019 | Komentarze 10

Na początek info z serialu "Daleko od szosy". Jest jeszcze bardziej ciekawie niż było ostatnio. Okazało się bowiem, że z zamówionych trzech (!) bębenków, które w teorii musiały pasować do T-rek(s)a, nie pasuje... żaden. Bontrager ma bowiem jakiś swój system, który nie jest kompatybilny z moją kasetą, a pewnie i z większością innych. Pan serwisant zadzwonił nawet do sklepu Treka z zapytaniem o dostępność tej części i owszem, może być, na specjalne zamówienie, za... 250 złotych. Zamienników brak (nawet znalazłem o tym wątek na jednym z forów). Stanęło więc na tym, że mi złoży to koło do stanu pierwotnego, zamontujemy inne (jeszcze myślę, czy wziąć z Ventyla czy kupić jakieś inne), a z tym udam się w miejsce zakupu i podpytam o reklamację. Problem w tym, że przejechane jest już ponad 22 tysiące kilosów, a bębenek mogłem zamordować sam, przesadzając z ilością psikaczy używanych do czyszczenia. Klu jest takie, że cokolwiek postanowię, jutro lub pojutrze być może w końcu uda mi się odebrać pacjenta ze szpitala. Oby.

Dzisiaj jeszcze Czarnuchem, tym razem tylko po drogach, bez kombinowania w terenie. Trasa: Poznań - Plewiska - Skórzewo - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań. Tak jak na Relive.

Gdy w Więckowicach ruszałem po zrobieniu tego zdjęcia...

...czekało mnie nagłe hamowanie, bo na poboczu, z niepokojącymi ciągotami do pojawienia się na samej drodze, zauważyłem takiego oto kurdupla (sorry za jakość):




Jak widać miał ewidentne problemy z lataniem i nie był w stanie wznieść się ani na centymetr do góry. Koło niego latał jeszcze jeden, jakby zachęcając go do aktywności. 

Jako że nie byłem nie tylko w stanie określić, co to za ptak (najbliżej mu było albo do jaskółki dymówki, albo do brzegówki), a tym bardziej stwierdzić, czy jest ranny, czy dopiero się uczy korzystać ze skrzydeł, a bałem się, że zaraz zostanie krwawą miazgą na asfalcie, postanowiłem najpierw zmusić go do schowania się w szuwarach lub trawie (nauczony, żeby nie dotykać, działałem na zasadzie "taś taś"), a gdy to się udało, zadzwonić do najbliższej straży gminnej, tej w Dopiewie, zapytać, czy mają kogoś, kto się tym zajmuje. Niestety, nikt nie odbierał. Upewniłem się więc, że mały gnojek jest już na tyle wystraszony, że raczej nie wyściubi dzioba przez jakiś czas i pokręciłem te pięć kilometrów, żeby odnaleźć realną siedzibę, co łatwe nie było, jednak się udało (dla zainteresowanych - zaraz obok stacji PKP, w dość obskurnym kurniku). Jednak i tam napotkałem głuchą ciszę.

Wstępnie już wyrobiłem sobie teorię na temat tej służby, ale - żeby mieć czyste sumienie, że zrobiłem wszystko, co możliwe - wszedłem do pobliskiego urzędu, gdzie miłe panie jak najbardziej potwierdziły, iż strażnicy u nich zajmują się interwencjami w sprawach zwierząt i podały numer bezpośrednio do jednego z nich. Ku mojemu zaskoczeniu od razu odebrano, pan dopytał o szczegóły, powiedział, że akurat wracają z Poznania, ale oczywiście podjadą sprawdzić. Nie powiem, miałem lekkie wątpliwości, ale już było lżej na sercu, więc pokręciłem do domu, wysyłając im jeszcze jedno z powyższych zdjęć, bo pytali o gatunek i wielkość zgłaszanego delikwenta.

A gdy byłem już pod domem, w piekarni, zadzwonił telefon, a miły pan najpierw podziękował za wysłaną fotę, a potem dopytał, gdzie dokładnie ostatni raz widziałem tego kurdupla, bo są na miejscu, wstępnie przeszukali teren, ale nie znaleźli. Obiecali jednak, że będą przeczesywać dalej. Ha, powiało optymizmem :) Ja tylko mam nadzieję, że to był młodziak, nauczył się latać, żaden kot go nie zjadł, a całą aferę rozpętałem niepotrzebnie :) 

W ramach ucywilizowywania Czarnucha po raz pierwszy dałem mu okazję na zaprezentowanie się w barwach kredkowych :)

Dystans zawiera dojazd do pracy.




  • DST 54.20km
  • Czas 02:05
  • VAVG 26.02km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 232m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

O wierz... wieży :)

Niedziela, 21 lipca 2019 · dodano: 21.07.2019 | Komentarze 14

Hm. Niedziela jeszcze nie upalna, powietrze fajnie przerzedzone nocnymi lekkimi opadami, co prawda mocny wiatr, ale to norma... Więc co? Może na moją ukochaną szosę?

A nie, szosa wciąż czeka na serwisowaną część.

Taki czarny, mało zabawny humor się mnie trzyma.

Skoro czarny, to oczywista oczywistość, że Czarnuch znów poszedł w ruch. Przez ten tydzień tak się ze sobą zżyliśmy, że aż żal mi go będzie skazywać zimą na bycie podstawką, czyli rowerem głównym na syfiaste dni. Oby ich nie było za dużo!

Sama dzisiejsza trasa, jeszcze bez detali: Poznań - Luboń - Wiry - WPN - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Dąbrówka - serwisówki - Plewiska - Poznań.

A teraz kilka szczegółów. Najpierw, korzystając z luzu "średniowego", jaki daje rower mtb, wspiąłem się na Wzgórze Papieskie w Luboniu. Ciekawe to miejsce w tym naszym "laicikim" kraju - powstało przy okazji budowy autostrady A2, na terenie dawnego wysypiska śmieci, oczywiście na cześć jedynego słusznego papieża, a co roku w rocznicę jego śmierci o godzinie 21.37 odprawiana jest msza z udziałem władz Lubonia. Cóż, przeszkadzać mi to nie przeszkadza, bo czemu by miało, ale bawi - owszem :) Dzięki temu miałem okazję do wykonania Krossowi foty pod - nomen omen - krzyżem.
Kross i krzyż - Wzgórze Papieskie, Luboń
Obok jest ciekawy pomnik o nazwie "Świadectwo Miłości". Wizualnie nawet dość intrygujący, lecz przesłanie wiadome (wyryty znacznie okrojony cytat z Biblii: "Wybierajcie życie, abyście żyli...") - a skoro poświęcił je arcybiskup Jędraszewski (ten od porównywania wytykania księżom pedofilii do propagandy nazistowskiej), to wiedz, że wszystko jest na swoim miejscu :)

Hm................ - Wzgórze Papieskie, Luboń
Koniec abstrakcji na dziś, jedziemy za to teraz w las. W Wirach bowiem wkroczyłem na teren Wielkopolskiego Parku Narodowego, którym dostałem się do Szreniawy. Łatwo nie było, ale Czarnuch dzielnie kroił piaskowe zaspy niczym PSL nadzieje opozycji na wygranie kolejnych wyborów, a bieżnik znakomicie sprawdził się w tych warunkach.
Koło piaskownicy - Wielkopolski Park Narodowy
Cywilizowany kawałek - Wielkopolski Park Narodowy
Lekka parówa - Wielkopolski Park Narodowy
Skoro już byłem, gdzie byłem, postanowiłem odnaleźć wieżę widokową. Znalazłem (fajne mikrowspinanko wpadło przy okazji), ale niestety spotkał mnie zawód. Jest ona zamknięta do odwołania z powodu... zagrożenia pożarami. Ciekawe wytłumaczenie, bo jakoś nie gryzie się ono leśnikom z prowadzoną ciągle wycinką, do tego w sezonie lęgowym ptaków - logiko, gdzie jesteś?
Hopka miniaturka - Wielkopolski Park Narodowy
Wieża widokowa w Szreniawie, zakaz wstępu gratis - Wielkopolski Park Narodowy

Polski leśny widok codzienny - Wielkopolski Park Narodowy
Fajnie, że jest podpórka, szkoda, że taka - Wielkopolski Park Narodowy
Od Szreniawy do końca trasy już tylko asfalty (prócz epizodu w Dopiewie), które zmęczyły mnie strasznie, bo walka z wiatrem w czołgu jest jeszcze bardziej upierdliwa niż na wąskich kołach. Aha, znów mijałem kilku szoszonów, dla których odpowiedzenie na pozdrowienie człowieka na mtb to dyshonor - cóż, pozostaje mi zapewnić, że ja do takowej "szlachty" nie należę.

A po południu w końcu swoje należne dostała Kropa - porządny spacer po Dębinie, którego psu zdecydowanie brakowało.
Przydomowy
Przegląd stomatologiczny - Las Dębiński, Poznań
Kropka jako kropka :) - Las Dębiński, Poznań
Klasyczna klasyka - Las Dębiński, Poznań
Pod koniec trafiliśmy na wciąż jeszcze budowany ale częściowo już oddany, nowy park z funkcjami naukowymi, który powstaje dzięki Poznańskiemu Budżetowi Obywatelskimi na Dębcu. Aż żal człowiekowi d...iplodoka ściska, że nie jest już dzieckiem :)
Aż żal d...inozaura ściska, że już się nie jest dzieckiem :) - Poznań Dębiec
Relive z jazdy - TU, a ze spaceru TUTAJ.




  • DST 62.20km
  • Czas 02:17
  • VAVG 27.24km/h
  • VMAX 61.10km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 242m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pseudoszoszing

Sobota, 20 lipca 2019 · dodano: 20.07.2019 | Komentarze 12

Jazda w terenie to naprawdę fajna sprawa, ale mam już lekki przesyt, więc dzisiaj nastawiłem się na kręcenie głównie po asfaltach. Co prawda nie zaspokaja to braku szosy, ale chociaż można poudawać sam przed sobą :)

Trasa to niemal klasyczne "kondominium": Poznań - Luboń - Wiry - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Krosinko - Dymaczewo - Łódź - Witobel - Stęszew - Dębienko - Szreniawa - Komorniki - Poznań.

Z motywów terenowych w sumie tylko jeden - podjazd na Osową Górę od strony Puszczykowa, zupełnie inny niż Pożegowską, bo częściowo po szutrze, lecz też całkiem sympatyczny. Na górze rano jeszcze tłumów nie było, za to osowogórskich "wspinaczy" było już trzech :)
Osowa Góra w wersji full: glinianki plus wieża
Na zjeździe osiągnąłem póki co rekord prędkości dla Czarnucha, czyli ponad 61 km/h. A mogło być więcej, tylko akurat wiało w pysk :)

Gdy w Krosinku odpisywałem na smsa, doszedł mnie szoszon, ale jakiś taki dziwny, bo pozdrowił sam z siebie (tak jak my, mtb-owcy, hehe). W związku z tym co prawda usiadłem mu początkowo na kole, ale po pierwsze to zakomunikowałem, a po drugie nawet udało mi się dać sporą zmianę. W Łodzi kolega postanowił zrobić sobie przerwę, na którą ja nie miałem czasu, pogadaliśmy więc tylko chwilę i musiałem śmigać dalej.

Oto widok z rzadko spotykanej przeze mnie perspektywy, czyli znad swoich grubych kół, goniącego kolarza. Dokąd ten świat podąża? :)

Średnia - oczywiście jak na kręcenie czołgiem - wyszła przyzwoita. Mimo wszystko jednak to jedynie pseudoszosing.

Do całości doszedł dojazd do pracy.




  • DST 62.10km
  • Czas 02:23
  • VAVG 26.06km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 244m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rezerwat Krajkowo

Piątek, 19 lipca 2019 · dodano: 19.07.2019 | Komentarze 9

Powoli robi się ze mnie rasowa terenówka. Czy tam terenowiec :) Jestem już bowiem na takim etapie, że cieszy mnie perspektywa wyjazdu czołgiem, a tęsknota za szosą jest minimalna. Niestety paczka z bębenkiem wciąż krąży między jakimiś działami, więc wrócę na wąskie koła dopiero po weekendzie. Życie. Przynajmniej będzie bardziej smakowało.

Dzisiaj od początku do końca wiedziałem, jaki będzie cel wycieczki, ale nie do końca wiedziałem, jak owa końcówka będzie wyglądać. I chyba dobrze :) 

Postanowiłem dostać się w miejsce jeszcze przeze mnie nieodkryte - to znaczy kilka razy się kręciłem obok, niekoniecznie rowerowo (na przykład podczas tego wypadu), a trafić nie mogłem. Tym samym najkrótszą drogą, z Dębca przez Luboń, Łęczycę, Puszczykowo, Mosinę, Sowiniec...

...oraz Baranowo dotarłem do wsi Krajkowo, w której kończy się nie tylko asfalt, ale i świat. A chciałem dostać się do bardzo mało znanego, lecz bardzo chwalonego przez wielkopolskich ornitologów miejsca, czyli Rezerwatu Krajkowo. 

I tu się zaczęła walka :) Oto z czym musiałem się mierzyć (screeny z kamerki, więc jakoś żadna). Przy wyzwaniu pod tytułem "nie zejść z roweru, bo mnie piaski wciągną" wszelkie Przełęcze Karkonoskie to mały pikuś. Udało się, co jest moim małym zwycięstwem :)


Jakoś doczłapałem na kołach do granic samego rezerwatu.




Od razu na dzień dobry przywitał mnie polujący myszołów, którego jednak uwiecznić nie zdążyłem, za to zacząłem się zagłębiać dalej w las. Znów relacja "kamerkowa", żeby udowodnić, że nie było lekko :)


Dopchałem się w końcu do miejsca, które na mapie wygląda arcyciekawie...

...a w realu też całkiem przyzwoicie:


Tam chwilę postałem, poodganiałem się od miliarda much i komarów, by zawrócić swoimi śladami te dobre kilka kilometrów ku cywilizacji.

Niestety, miałem pecha i nie widziałem już żadnego większego ptactwa (widocznie byłem ciut za późno lub za wcześnie), lecz słychać było wszędzie w gąszczu, że ono tam jest. Rower jednak robi taki hałas, że lepszym wyjściem jest wybranie się tam innym środkiem transportu i skupić się na spokojnym spacerze, bo miejsce jest genialne - nie spotkałem ani jednego człowieka, jak to na prawdziwym końcu świata. Aż by się chciało tam zostać... :)

Nie odjechałem jednak z kwitkiem, bo tuż przed samym końcem szutru wyskoczyło mi na drogę takie coś:

Nie, to nie zając, tylko pełnokrwista sarna, tyle że w wersji mini i niewyraźna. Zdjęcia oczywiście zrobić nie zdążyłem, więc to jedyny dowód, że takowa tam żyje.

W samej wsi wpadły mi w oko jeszcze dwa bociany...

...i mogłem z czystym sumieniem wracać do domu. Oj, odcywilizowałem się za wszystkie czasy - cudowne uczucie. I to niecałe trzydzieści kilometrów od Poznania.

Jeszcze hit z Lubonia. Znów postanowiłem być hardkorem i zaliczyć śmieszkę na Armii Poznań, bo co mi tam na mtb grozi (kozak ze mnie), po gorszym gównie się jeździło. Ale już pod sam koniec, zaraz przez wiaduktem, gdy zjechałem z jednego z krawężników, usłyszałem i poczułem, że coś ciężkiego mi wypadło. Pierwsza myśl - telefony. Ale nie, są. Koła na miejscu. Siodełko też. Zerknięcie na ramę i... bingo. Odpadł bidon, przy okazji łamiąc koszyczek. 

Nie pozostało mi nic innego, jak spakowanie napoju do tylnej kieszeni, puszczenie wiązanki na temat Lubonia w eter i pojechaniu dalej. A jeśli ktoś jest ciekawy, jak wygląda miejsce, w którym się to wydarzyło, to proszę, poniżej do obejrzenia, myślę, że warto:

Cudo, prawda? Kwintesencja "lubońskości". Wpadło mi na myśl, żeby pozwać zarządcę, ale myślę, że 15 PLN nie jest warte zachodu :)

TUTAJ Relive. A ja nawet o dziwo zdążyłem do pracy :)