Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 239634.85 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 783662 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 54.75km
  • Czas 01:56
  • VAVG 28.32km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 184m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wciąż na wojnie

Wtorek, 16 kwietnia 2019 · dodano: 16.04.2019 | Komentarze 12

Wiatr się nie poddaje. Ja też :)

Wojna trwa! :)

Plus (w temacie mojego znudzenia jeżdżenia tymi samymi szlakami), że wspomniany ruch powietrza skorygował kierunek na mniej północny, a bardziej wschodni, mogłem więc pokręcić w rejony ostatnio rzadziej uczęszczane. W związku z tym wykonałem "pieska": Dębiec - Las Dębiński - Starołęcka - Czapury - Babki - Daszewice - Kamionki - Borówiec - Gądki - Robakowo - Dachowa - Szczodrzykowo - Śródka - Krzyżowniki - Tulce - Żerniki - Jaryszki - Krzesiny - Starołęcka - Las Dębiński - dom. 

Przygód znów brak - i dobrze. Generalnie - mimo podmuchów udupiających średnią - jechało się zaje...świetliście :)

Zwracam uwagę na dopasowanie terenu do kształtu ramy :)

W Szczodrzykowie jest takie miejsce, gdzie za cholerę nie da się wykonać ostrego zdjęcia, mimo dobrego światła. Próbuję któryś raz i wciąż kicha.

A już niedaleko domu klasyk. Pismo obrazkowe to wciąż temat zbyt skomplikowany dla części rodaków :)

Suport powoli mi się poddaje. Zaczynam wykonywać powolne działania w kierunku jego wymiany.




  • DST 52.50km
  • Czas 01:52
  • VAVG 28.12km/h
  • VMAX 52.70km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 255m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Północnik

Poniedziałek, 15 kwietnia 2019 · dodano: 15.04.2019 | Komentarze 10


Kolejny kursik na północny wschód za mną. Lekko już rzygam tym kierunkiem, ale póki weje (wciąż mocno) właśnie z NE, nie za bardzo mam wyjście, jeśli nie chcę mieć psychicznej masakry na myśl o powrocie.

Wciąż jest zimno, lecz czuć w powietrzu, że idzie ku lepszemu. Obym nie zapeszył :) 

Wykonałem dziś trasę: Dębiec - Wartostrada - Bałtycka - Gdyńska - Koziegłowy - Kicin - Kliny - Mielno - nową trasą do Dębogry i Karłowic - Wierzonka - Kobylnica - Janikowo - Miłostowo - Górna - Śródka - Wartostrada - dom. Tak jak na Reive.



Nie chciało mi się pędzić, więc wszystko wykonane w tempie dość sennym. Podczas drogi też nie za wiele mnie pobudzało do życia, choć widok wielkiego, pędzącego dobermana na Wartostradzie na chwilę mnie zelektryzował.

Na szczęście leciał sobie tylko za piłeczką, który jakiś mało rozgarnięty właściciel rzucał zamiast na trawę, to właśnie na drogę pieszo-rowerową. Biedny piesek, przykro pewnie mieć właściciela nieogara, a nawet niedobermana :)

Od kiedy jeżdżę niemal codziennie przez Park Mazowieckiego, napotykam taką oto ekipę "rezydentów", każdy z najtańszym browarem lub winiaczem w łapce, część sobie podsypia, część pije...

Jestem już na tyle doświadczony, że wiem, iż najlepiej w tym miejscu za głęboko nie oddychać, bo ekpię najpierw czuć, a potem widać. Myślę, że nawet w nocy i po ciemku wiedziałbym, gdzie się znajduję :)




  • DST 55.50km
  • Czas 02:07
  • VAVG 26.22km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 161m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Cichacz koński, półmaratoński

Niedziela, 14 kwietnia 2019 · dodano: 14.04.2019 | Komentarze 26

Dziś rano, gdy spojrzałem za okno, zdziwił mnie deszcz-cichacz. Zawsze bowiem podczas opadów mam pełną perkusyjną symfonię dochodzącą z parapetu, tym razem nic. Pełen zaskok, tym bardziej, że prognozy mówiły o końcu deszczu jeszcze w nocy.

Trochę mi to skomplikowało plany, bo z powodu roboty trzeba było wyruszyć rano, a tu taki zonk. Szybko ogarnąłem więc crossa, bo szosy szkoda, i lekko po dziewiątej byłem na trasie. Choć ciężko powiedzieć, żebym daleko zajechał - już na pierwszym kilometrze musiałem ją skorygować. Zapomniałem bowiem, że znów w Poznaniu jest jakiś półmaraton, jeden z tysiąca podobnych tego typu imprez, które różni jedynie nazwa sponsora i nazwisko ("amatora" oczywiście) Kenijczyka, który go wygrywa. Szczegół, że na Dębcu pierwszy biegacz mógł się pojawić za jakieś półtorej godziny, trzeba było postawić policjantów i strażników już teraz, żeby zablokowali ulicę.

W sumie zły nie byłem, bo przejazd Dębinką to zawsze dla mnie przyjemność - tego nigdy za dużo. W tym samym czasie opady ustały.


Jednak nie żałowałem wyboru roweru - korzystając, że mam czołg pod tyłkiem, po dotarciu do Starołęki postanowiłem wykonać dość ryzykowny test, polegający na wbiciu się w pustynne okolice Żegrza i Rataj. I cóż, jak koszmarnie tam było, tak jest, ale powoli coś dziergają i może za jakiś czas zagłębienie się w te rejony na dwóch kółkach nie będzie ryzykowne dla zdrowia i życia.

Odwiedziłem też nasze poznańskie "metro" :)

Następnie przez Franowo i wzdłuż Dymka na Kobylepole, a stamtąd w końcu otwartym szlakiem do Zalasewa i Swarzędza. Stamtąd DK92 do Paczkowa i powrót przez Siekierki, Gowarzewo, Tulce, Żerniki, Jaryszki, Krzesiny, Starołękę i znów Las Dębiński do domu. Spokojnie, na luzie, bez ciśnienia - tym bardziej, że wciąż mocno wiało.

Gdy czekałem - a jak - przy zamkniętych rogatkach na Krzesinach, miałem okazję do spowiedzi. A przynajmniej do obejrzenia jej reklamy, a przy okazji do zastanowienia, czy aby taka tablica przybita do drzewa i palika jest legalna, czy to jakaś kościelna samowolka :)

A kawałek dalej... Hm, tego jeszcze nie widziałem. Ja nie na DDR-ce, w zamian na niej, w pełnej krasie...

W sumie większość śmieszek mamy takich, że koń by się uśmiał, ale mimo wszystko wydaje mi się, że mandacik by mógł być :) Tym bardziej, że jeszcze miałem okazję zobaczyć, jak jeździec zgrabnie pokonuje rondo na Minikowie przez... jego środek.

Na koniec jeszcze motyw maratoński. Miasto znów stało.

Naprawdę nie wiem, jaki ćwierćmózg wymyślił, że zablokuje Poznań akurat w niedzielę handlową, przez co tramwaje miały około dwudziestu minut do pół godziny opóźnienia. Dzięki temu miałem znów okazję popedałować sobie rowerem miejskim (dystans dodaję do ogólnego) - tym razem trafił mi się egzemplarz ze skrzywionym pedałem, więc po zejściu z niego poruszałem się jak kaczka. Oby to nie poszło dalej, do mózgu :)

Relive TUTAJ.




  • DST 53.30km
  • Czas 01:57
  • VAVG 27.33km/h
  • VMAX 53.00km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 263m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Słupkując

Sobota, 13 kwietnia 2019 · dodano: 13.04.2019 | Komentarze 31

Zimy, wrrrrróććć, wiosny ciąg dalszy. Weekend mam pracujący, więc na rower trzeba się było zwlec zaraz po nocnych przymrozkach, na szczęście już w momencie, gdy był niewielki, ale jednak plus. No i wiatr znów gnoił, wiejąc ni to z północy, ni to ze wschodu, czyli bez stałego i przewidywalnego kierunku, prócz tego jednego, który miał konkretny cel - uwalić rowerzystę.

Udało mu się, niestety. Cóż, nie po raz pierwszy, nie ostatni, ważne, żeby ze stoickim spokojem mieć to w dupie :)

Trasa wyszła lekko kombinowana: Dębiec - Wartostrada - Rondo Rataje - Malta - Śródka - Główna - Miłostowo - Janikowo - Kobylnica - dojazd do zjazdu na Uazarzewo - Kobylnica - Wierzonka - Mielno - Kicin - Koziegłowy - Gdyńska - Bałtycka - Wartostrada - dom. Tak jak na Relive.

Ta środkowa kombinacja, czyli przejazd odcinkiem między Kobylnicą a drogą do Uazarzewa, który dawno nie był przeze mnie odwiedzany, miał jeden cel - zobaczenia na własne oczy pewnej abstrakcji, którą przyuważyłem kiedyś w jednym z wpisów kolegi Grigora. Chodziło mi konkretnie o takie coś:


Pytanie moje, kompletnie nie oceniające, brzmi: co za debil to wymyślił? ;) Po jaką cholerę postawiono tu te słupki, jeśli ten pas po prawej nie jest drogą rowerową (ewentualnie może służyć za chodnik), gumowe, czyli nie chroniące przed niczym? Przecież to jedynie utrudnia wykonanie kierowcom jakichkolwiek manewrów usprawniających ruch (na przykład ciągnikowi, który nie chce być zawalidrogą), o dziwo też ów wynalazek napaćkany jest tylko po jednej stronie.

No i najważniejsze: inteligenci, którzy to opatentowali, zapomnieli, iż trzeba co jakiś czas sprzątać. Efekt? Proszę bardzo:

Piaskownica z kamienicą w jednym. Po prostu brawo. No i oczywiście rodzi się kwestia, jaki sprzęt sprzątający zmieści się na tak szerokim, wygrodzonym poboczu. Chyba tylko rower z funkcją mopa :)

Zobaczyłem, przetestowałem, podziękowałem. Następnym razem zabiorę zatyczki do uszu i pojadę jak każdy szanujący się użytkownik drogi właśnie po niej, a nie po jakimś getcie.

Na koniec widoczek sprzed Koziegłów, jakieś trzy kilometry od granicy ponad półmilionowego miasta :)
 




  • DST 52.20km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.22km/h
  • VMAX 52.40km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 172m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Do-eko-ła

Piątek, 12 kwietnia 2019 · dodano: 12.04.2019 | Komentarze 24

Troszkę - minimalnie - wiatr zluzował. To zdecydowanie wiadomość dnia. Nie znaczy to oczywiście, że było dziś komfortowo, bo wciąż duło solidnie, ale przynajmniej dało się jechać bez bluzgu lecącym za bluzgiem.

Miałem już lekko dość północnych kursów, ruszyłem więc na wschód. Oznaczało to niestety ponownie sporą dawkę miejskich atrakcji, jednak choć minimalnie udało się je zminimalizować przez sprawne wykorzystanie zasobów Wartostrady oraz drogi wzdłuż Malty, przez które dostałem się do Warszawskiej. Potem już nie było zmiłuj, krajówka przez Swarzędz do Paczkowa to masakra, ale już po nawrotce, czyli na szlaku przez Siekierki, Gowarzewo, Tulce, Żerniki, Jaryszki, Krzesiny, Starołękę i Las Dębiński do domu, dało się nawet sympatycznie kręcić. Choć - jak widać po średniej - chęci do ciśnięcia nie były wielkie.

Maltę zaliczyłem dziś nieprzypadkowo, bo zbliża się weekend, co oznacza jedno: nie zbliżać się w te okolice, z powodów wiadomych i oczywistych :) Jak ja lubię to miejsce, gdy nie ma tysiąca osób na milimetrze kwadratowym...


Gdy jechałem sobie wzdłuż DDR-ki na Dolnej Wildzie (tej fajnej, bo są dwie), zauważyłem trzy takie oto kupki, każda z tym samym zapytaniem: "Is this yours?":

To akcja (tutaj info) Hiszpana o nazwisku Miquel Garau Ginard, który mieszka w Poznaniu zaledwie pół roku, a już zdążył nas zawstydzić, a także namówić prezydenta miasta do wspólnej akcji sprzątania śmieci. Brawo!!!

Akurat "idealnie" zgrało mi się powyższe z pewnym motywem popołudniowym. Udało mi się bowiem jeszcze zaliczyć spacer z Kropą przez Dębinę nad Wartę (łącznie 10 km)...

...gdzie zobaczyłem między innymi taki widok:




Było tego więcej, jednak nie miałem ze sobą reklamówki i pomysłu, jak to zebrać (rękawiczek również brak). Będę mądrzejszy następnym razem. Widoku chusteczek w rzece i tamponu w pniu drzewa w tym miejscu oszczędzę.

Teraz uwaga, proszę o zaprzestanie czytania następnego akapitu przez osoby, które uważają, że ludzkość to jakakolwiek wartość czy powód do dumy. Sorry, ale muszę wylać to z siebie.

Smutno mi jest, że takie człowiecze ścierwa, których sens życia zamyka się zapewne w kilku prostych czynnościach: żarciu, piciu, wydalaniu, kopulowaniu oraz konsumowaniu komercyjnej medialnej papki, ktoś zdecydował powołać na tę planetę. Nie rozumiem, po co płodzić takie istoty, jeśli nie jest się w stanie przekazać im najprostszej wartości, jaką jest ochrona środowiska, w którym - marnie bo marnie - ale egzystują. Pół biedy, jeśli takie bezmózgi niszczyłyby tylko swoje zdrowie czy otoczenie, jednak przez tego typu zachowania uwalają dobro, z którego wspólnie korzystamy. Oczywiście, nikt nie jest święty (w tym i ja), ale nie mogę ogarnąć, jak można być aż taką ludzką mendą, żeby nachlać się w lesie, zarzygać śmieciami okolicę i oddalić się bez refleksji. Nie kumam tego po prostu.

Na koniec napotkana na Dębcu szprycha optymizmu. Jakie to zarówno proste, jak genialne. Lepsze nawet niż "biała kiła" :)

Relive TUTAJ.




  • DST 55.50km
  • Czas 02:02
  • VAVG 27.30km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 253m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Niezły młyn

Czwartek, 11 kwietnia 2019 · dodano: 11.04.2019 | Komentarze 7

Jeśli chodzi o warunki pogodowe, to dzisiaj znów nihil novi. Mocny wiatr z północy, dość słonecznie, bez opadów. Jedynie jeszcze bardziej czuć wiosnę made in Poland - nad ranem minus jeden na termometrze, podczas powrotu już prażyłem się w plus czterech. Szaleństwo.

Na sam początek czekało mnie przepychanie się przez zachodnią część miasta, gdzie niestety czegoś podobnego do Wartostrady nie uświadczysz, za to świateł czerwonych jest z grubsza miliard, jak nie więcej. Oczywiście wszystkie moje. 

Z Dębca przez Górecką, Grunwald i Jeżyce dotarłem do Golęcina, na wysokości którego skręciłem w kierunku Piątkowa, zahaczając jeszcze o Sołacz, całkiem ładnie już kwitnący zielenią.

Po kolejnym tysiącu świateł dostałem się w końcu na teren nie tylko otwarty, ale też lekko hopkowany, czyli na Morasko, które uwielbiam zaliczać z górki, a niemal zawsze robię to pod górkę. Jakoś tak wychodzi.

Miejscem docelowym na dziś było Biedrusko, do którego aktualnie prowadzi całkiem sympatyczna asfaltowa DDR-ka. Miałem troszkę więcej czasu przed pracą, więc zaliczyłem ją na spokojnie, dzięki czemu odkryłem tytułowy młyn, który dotychczas jakoś nie rzucał mi się w ślepia. A jak się okazało, gdy na chwilę zatrzymałem się nad wodą, warto było przycupnąć.






Jak potem doczytałem, formalnie nazywa się to miejsce Łysym Młynem i jest ośrodkiem edukacji przyrodniczej. Podoba mi się, miejsce trzeba będzie kiedyś zaliczyć nierowerowo.

Przed samym Biedruskiem jak zwykle wylądowałem w okopach. Ruskich i Szkopów nie odnotowano.

W miasteczku na chwilę przycupnąłem koło pałacu.


I dalej w dół, w kierunku Bolechowa, oczywiście ślepnąc od śmieszek, przynajmniej przy zjeździe. Niestety za mostem z daleka przyuważyłem radiowóz, więc zadziałał instynkt samozachowawczy i jednak przywitałem się z kostką. Na chwilę, gdyż...


Oczywiście prychnąłem i włączyłem się normalnie do ruchu. Ale znów tylko na moment, gdyż wiedząc, iż i tak średnią mam dziś spieprzoną koszmarnie, postanowiłem jeszcze uwiecznić jedną z większych podpoznańskich abstrakcji, czyli to COŚ:

Gdy tak sobie tańczyłem koło powyższego potworka, zauważyłem, że przypatruje mi się jeden z fachmanów nadzorujących rozkopy z poprzedniego zdjęcia, by w końcu do mnie przyjść i zapytać:

- Przepraszam, widzę,że robi pan zdjęcia. Ma pan jakieś zastrzeżenia?
- Nie no, w sumie nie, prócz jednego: cała trasa stąd do Biedruska to jedno wielkie zastrzeżenie :)

Okazało się, że pan zagadał mnie nieprzypadkowo, a po to, żeby poinformować, iż działają właśnie w celu poszerzenia tej DDR-ki, skasowania krawężnika i takie tam. Dodatkowo przyznał, że robią aktualnie co mogą, ale niestety kostka musi zostać, zgodnie z planami. Życzył mi szerokiej drogi i przyznał, że rozumie moje cierpienia :) Miło w sumie :)

Sam powrót odbył się już główną drogą, przez Owińska (tam znów koszmar), Czerwieńsk, Koziegłowy, Gdyńską, Bałtycką i Wartostradę. Przy zjeździe z niej ponownie szukałem gumki od słuchawek, ale oczywiście nadzieje płonne, do tego nie ma już opisywanej wczoraj kanapy. Idealnie zdążyłem z jej obfoceniem.

Relive TUTAJ.




  • DST 53.20km
  • Czas 01:56
  • VAVG 27.52km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 234m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na kanapie, bez gumy

Środa, 10 kwietnia 2019 · dodano: 10.04.2019 | Komentarze 9

Już widzę, jak na sam widok tytułu rodzime mohery zaczynają szykować co większe elementy bruku, żeby wykonać na mnie egzekucję za obrazę moralności. Spokojnie, wytłumaczę się :)

Najpierw jednak o aurze - zimniej niż wczoraj, za to bardziej słonecznie. Tylko wiatr wciąż ten sam - arktyczny, przenikliwie zimny, mocny i zniechęcający do jakiegokolwiek mocniejszego tąpnięcia. Co widać po ostatecznym wyniku.

Duło raz z północny, raz ze wschodu, więc znów miałem okazję przeturlać się przez całe miasto. Wyszła z tego "pietruszka": Dębiec - Wartostrada - Malta - Główna - Janikowo - Kobylnica - Wierzonka - Mielno - Kicin - Koziegłowy - Gdyńska - Bałtycka - Wartostrada - Dębiec.

Dobra, to czas na rozminowanie tytułu, ale najpierw jeszcze jeden motyw. Żeby pasowało do konwencji, to będzie nim... Dziewicza Góra :) Dziś z daleka, czyli z wysokości Klinów:


Wiem, wiem, Rysy to to nie są, a ja muszę wymienić owijkę :)

Co do kanapy... Proszę bardzo, można się sadowić :) 

Jeśli ktoś jest zainteresowany, to znajduje się ona na wjeździe na Wartostradę od strony Drogi Dębińskiej. Oczywiście nie biorę odpowiedzialności za ewentualne choroby wywołane przez żyjące w niej istotki :)

A gumka? Gdy ruszałem po zrobieniu powyższego zdjęcia, zauważyłem po jakichś pięciuset metrach, że brakuje mi właśnie tego elementu od jednej ze słuchawek. Zawróciłem, ale oczywiście tropienie zguby przypominało szukanie igły w stogu siana, albo - bądźmy na czasie - winy Tuska przez Antoniego dziewięć lat temu pod Smoleńskiem. W związku z tym - nie chcąc ryzykować - objechałem całość na mono.

Tak, rękawiczki wyglądają obleśnie po kilku sezonach, ale tylko w przybliżeniu :)

Na koniec moje lekkie zdziwienie, które pojawiło się, gdy podczas podjazdu na Czechosłowackiej ledwo dogoniłem taki oto rowerek:

Ciut zwątpiłem, ale po chwili mi ulżyło - elektryk (silniczek widać na prawo od lewej nogi). W sumie dziwne, że młody koleś pyka czymś takim (emeryta bym zrozumiał), ale w końcu mamy czasy dopalaczy, więc to chyba znak naszej epoki...




  • DST 53.30km
  • Czas 01:58
  • VAVG 27.10km/h
  • VMAX 50.50km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 287m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dziewiczo, (O)wińsko i wariatkowo + spotkanie pod szczytem :)

Wtorek, 9 kwietnia 2019 · dodano: 09.04.2019 | Komentarze 15

Jak ja uwielbiam stabilność pogody w naszym kraju... Nie dalej jak przedwczoraj tłumaczyłem, że w związku z prażącym słońcem olewam rękawiczki, a dziś były mi niezbędne. Te z... długimi palcami :) Wczoraj było około dwudziestu stopni, dziś w momencie wyjazdu... dwa.

No i wiaterek wrócił do swojego ukochanego sposobu komunikacji z rowerzystami, czyli walił w pysk. A podczas powrotu złagodniał i uderzał z boku. Do tego ktoś skasował to żółte, dokoła czego krąży ziemia.

Trasa dzisiejsza miała być nieskomplikowana, ale... nie wyszło :) Jednak od początku.

Z Dębca wystartowałem w kierunku Wartostrady, ale zanim do niej dojechałem, zatrzymałem się na chwilę przy samej rzece, zrobić początkowe zdjęcie z wypadu.

Po chwili mogłem podziwiać samobój... wrrróćć, pasjonatów kajakarstwa, którzy ledwo utrzymywali pion na Warcie. W sumie szacun :)

Na Śródce koło ICHOT-u kolejna pauza...

...tak jak pod mostem przed Bałtycką :)

Po pokonaniu Gdyńskiej zaczęła się rzeź - nie tylko przeszkadzał wiatr, ale i spory ruch. Doczłapałem przez Koziegłowy i Czerwonak do granic Owińsk, gdzie jak zwykle zostałem zabity przez combo: zakaz jazdy rowerem plus najbardziej gówniana z polskich DDR-ek. O taka (tu fota z drogi powrotnej):

Oczywiście najzupełniej przypadkiem widziałem kursującą w tę i z powrotem Straż Gnijną, czy co tam mają :)

Jako ze w perspektywie miałem jeszcze jeden taki odcinek, postanowiłem "zaszaleć" i zamiast niego pozwiedzać nowe (dla mnie) drogi w kierunku Puszczy Zielonki. Cóż... kicha, przynajmniej na szosie. Próba numer jeden, gdy już pokonałem półtorej kilometra kostki...

Nawrotka!

Próba numer dwa, gdy już pokonałem coś, co było asfaltem jakieś pięćdziesiąt lat temu...


Nawrotka!

Za to w końcu udało mi się zlokalizować miejsce, o którym od dawna myślałem, ale na miejscu jakoś zapominałem, czyli ruiny opuszczonego szpitala psychiatrycznego - miejsca jednej z pierwszych masowych egzekucji wykonanych przez Niemców podczas II Wojny Światowej (akcja T-4). Potem było to ośrodek szkolenia dla SS-manów. Niestety do środka już dostać się nie można, żeby zrobić zdjęcie, więc jedyne wyraźne wykonałem zza płotu. 

Tak samo przez płot pyknąłem widok na dawny kompleks cysterski.

Wracając miałem w głowie, że muszę dokręcić jeszcze kilka kilometrów do pięciu dych. Miałem jednak już w głowie plan na kolejny skok w bok, z Czerwonaka w kierunku Dziewiczej Góry. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Przy okazji wyhaczyłem solidny mural z Powstańcami. Początkowo co prawda myślałem, ze część po prawej to jakaś sztuka nowoczesna i rozstrzeliwany jest laptop, ale po przyjrzeniu się drugi raz skorygowałem pierwsze wrażenie :)

Chwilę później, gdy ruszałem, miałem okazję się... zatrzymać :) Bowiem w sylwetce pędzącego w dół rowerzysty na MTB rozpoznałem BS-owego Kamila, który też mnie skojarzył, mimo że na razie widzieliśmy się na żywo jakieś... pół raza :) Ręce uściśnięte, parę słów zamienionych, pamiątkowe cyknięcie (wersja lekko ocenzurowana, bo zło - tu można wstawić moich przeszłych, teraźniejszych i przyszłych pracodawców - nie śpi)...

 ...i już miałem kompana do wspinaczki na Dziewiczą Bazę, czyli punkt wypadowy do kolejnego etapu, już niestety nie dla szoszonów. Wstyd przyznać, ale byłem tam po raz pierwszy (raz się pogubiłem i pojechałem gdzieś w innym kierunku), tym razem z przewodnikiem trafiłem do celu. Podobało mi się, może to nie prawdziwe górki, ale kilmacik jest zachowany :)

Razem zjechaliśmy do głównej drogi, gdzie z musu poleciałem pierwszy już solo - niestety pech chciał, że musiałem być w pracy o godzinę wcześniej niż kolega. Kamil, miło było poznać i pogadać, dzięki za oprowadzkę, dzielnie cisnąłeś :) Jesteśmy wstępnie ugadani na jesień na szosę!

Powrót przy bocznych porywach, Gdyńską i Wartostradą. Średnia wyszła tragiczna, ale dziś priorytetem było zwiedzanie oraz ratowanie się przed wiatrem. 

Relive ze wszystkimi moimi dzisiejszymi wariacjami TUTAJ.




  • DST 53.70km
  • Czas 01:47
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 53.20km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 196m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zacność pogodowa oraz rekonwalescencja WPN-owska

Poniedziałek, 8 kwietnia 2019 · dodano: 08.04.2019 | Komentarze 13

O dziwo fajna pogoda utrzymała się przez więcej niż jeden dzień. Szok i niedowierzanie :) Ale spoko, jutro wraca normalność - w nocy trochę ledwo powyżej zera, a w dzień coś koło siedmiu w najcieplejszym momencie. No i oczywiście silny wiatr.

Jednak jeszcze dziś było miodzio. Milusia temperatura, podmuchy do ogarnięcia, zachodnie generalnie, lecz z wariacjami do wyboru, przez które skierowałem się delikatnie na północ, czyli przez miasto. Jak zwykle miałem obawy, lecz i tu nie było źle, bo co prawda tranzyt oraz czerwone światła zrobiły swoje, jednak ruch było o wiele mniejszy niż zazwyczaj. Mam swoją teorię, chyba nawet prawdziwą, że to dzięki wybitnym negocjatorom z partii rządzącej, która po trudnych rozmowach podpisała porozumienie sama ze sobą i tylko ze sobą, więc dzieciaki mogły w poniedziałek olać szkołę, a co za tym idzie - korki zniknęły. Mała dygresja - pan Proksa, szef Solidarności i zarówno radny PiS, w jednym usłyszanym przeze mnie zdaniu użył "włANczania" oraz "standarTów". Zaiste, inteligent :)

Dobra, wracam do rowerowania :) Gdy już przejechałem przez Górecką, Grunwald i Jeżyce do Golęcina, stanąłem na kilka minut przed zamkniętym szlabanem. Potem Koszalińską dotarłem w okolice Jeziora Strzeszyńskiego, gdzie postanowiłem zrobić na chwilę skok w bok.


Pusto, cicho - genialnie. Nawet na Koszalińskiej rowerzystów okrągłe zero. Nie chcę wiedzieć, co tu było wczoraj :)

Reszta trasy to już klasyk - Psarskie (gdzie... poczekałem kilka minut przed szlabanem), Kiekrz, Rogierówko, Kobylniki, SS-ka (Sady i Swadzim), Lusowo, Zakrzewo, serwisówki, Plewiska i do domu.

Średnia - mimo miasta - wyszła przyzwoita. A tu Relive.

Jako że wzięliśmy z Żoną dziś wolne "na psa", bo jeszcze wieczorem nie wiedzieliśmy, czy nie będzie trzeba lecieć na sygnale do weterynarza, to dalsza część dnia była wolna. Na szczęście Kropa rano wróciła do pełni normalności, czyli zareagowała podskokami na hasło "jeść!", można było więc odetchnąć. A w nagrodę zrobiliśmy rodzinnie około ośmiu kilometrów po Wielkopolskim Parku Narodowym, zaliczając m.in. Wiry, Puszczykowskie Góry oraz same Puszczykowo. Warunki do spaceru również były idealne, zielono się robi w imponującym tempie.
Moczenie kija :) - WPN
Agrobiznes - WPN
O taką wiosnę walczylim! - WPN
Zając! :) - WPN
Cel wyznaczony - WPN
Tylko iść - WPN
Upadły rycerz - WPN
Skolioza - WPN
Jesieniowiosna - WPN
Lokatora nie udało się wywabić :( - WPN
Borostwór - WPN
Błocko, błocko, błocko! - WPN
Górki, górki, górki! - WPN
Dziko rosnące opony - WPN
Puszczykowskie Góry w tle - WPN
Człowiek opryskliwy - WPN
A na koniec ogłoszenie. Jakby ktoś gdzieś widział lub coś wiedział o jakiejś szajce kradnącej czerwone Mercedesy, to podaję kontakt na jednego z poszkodowanych :)




  • DST 52.40km
  • Czas 01:43
  • VAVG 30.52km/h
  • VMAX 53.60km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 267m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pochwalony. I... nie :)

Niedziela, 7 kwietnia 2019 · dodano: 07.04.2019 | Komentarze 22

Obiecałem - co prawda tylko sobie, ale to zawsze coś - że pochwalę pogodę, gdy na to zasłuży. No i... oficjalnie mogę to zrobić. Było GENIALNIE. Oczywiście dojdzie do zachwytu łyżka dziegciu, lecz niezwiązana z aurą :)

Wiatr się uspokoił - wiał, ale tak milusio, czyli flagi powiewały, jednak w końcu człowiek nie stawał w miejscu przy wietrznej ścianie. Super sprawa, czemu nie może być tak codziennie? Wiem, bo życie nie jest sprawiedliwe, chłoszcze i bla bla bla, no ale kurde... :)

Najpierw o trasie, związanej z północno-wschodnimi podmuchami: Dębiec - Wartostradą przez Śródkę do Bałtyckiej - Chemiczna - Gdyńska - Koziegłowy - Kicin - Kliny - Mielno - Dębogóra - Karłowice - Wierzonka - Kobylnica - Janikowo - Bałtycka - Wartostrada - Dębiec.

Było i pięknie...

...i tak typowo polsko, jak od kilku lat.

Odkryłem też nową (?) drogę przez Dębogórę do Wierzonki, która jeszcze jakiś czas temu była szutrowo-piaskowo-syfiasta. Teraz jest... kostka (bo po co asfalt?), ale taka przyzwoita, do przejechania nawet na szosie. Zatrzymałem się na chwilę przy jednej z kapliczek, bo wydawała się całkiem zabytkowa, a i gustowna, choć do zostania wybitnym miłośnikiem kultu maryjnego jeszcze nie dorosłem :)

Jednak bardziej ucieszyło mnie towarzystwo napotkane chwilę wcześniej. Zapoznałem się bowiem z kolejną sympatyczną koleżanką (KOlezaŃką?). której mi się szkoda zrobiło, bo trawka rosła wszędzie, tylko nie w zagrodzie. Nakarmiłem, a w zamian dostałem możliwość pogłaskania po chrapach :)



Przy okazji - oficjalnie przestałem jeździć w rękawiczkach, żeby uniknąć odwróconego syndromu hydraulika - czyli białych dłoni oraz brązowych rąk :)

Dobra, czas na największą masakrę tego dnia. O co chodzi? Oczywiście o ludzi - gdy ruszałem koło dziesiątej, było jeszcze nawet przyzwoicie, ale co minuta, to gorzej. A Wartostrada była jedną wielką rzeźnią - było na niej WSZYSTKO: od pieszych przez rowerzystów, rolkarzy, biegaczy, monoelektrycznocosiów, no i oczywiście hitu sezonu - użytkowników elektrycznych hulajnóg, które już szczerze znienawidziłem, po zaledwie kilku miesiącach ich egzystencji w Poznaniu. Oczywiście ilość ludożerki była odwrotnie adekwatna do ilości jej szarych komórek, do tego stopnia, że - choć starałem się być bardzo tolerancyjny - pod sam koniec już nie wytrzymałem i grubą łaciną musiałem uświadomić kilkoro bezmózgom, na czym polega poruszanie się we wspólnej przestrzeni oraz co oznaczają pewne znaki i piktogramy. Wybuchłem, gdy musiałem kilka razy nagle hamować, oczywiście przez zupełnie nieprzewidywalne manewry.

Proszę, oto mały kolaż. Choć kolarzy na częściach rowerowych tu niewiele.

Za to jedną delegację muszę pochwalić :) Ale to chyba jakaś zagraniczna wycieczka.

Po południu jeszcze spacer z Kropą, która czuje się już lepiej i lata za kijkiem jak zawsze, ale wciąż ma jakieś problemy żołądkowe (zrobiła sobie głodówkę, co nie jest u niej normalne i chyba jutro trzeba będzie jednak zawitać do weterynarza). Tu również trafił mnie szlag, bo przez moją - w tygodniu genialnie pustą - Dębinę dziś nie dało się przejść. Piesi ok, ale już z rowerzystami pełzającymi tak, że nawet zatrzymywanie się, żeby ich przepuścić trwało kilka minut, był duży problem. A takich były dziś setki. Chwilę spokoju można było znaleźć dopiero nad samą Wartą, gdzie już nie dało się dotrzeć inaczej niż przedzierając się przez chaszcze.



Raz jeszcze powtórzę swój stały apel: otwórzcie te cholerne galerie w niedziele, bo niedługo zabraknie powietrza, żeby upchnąć to wszystko, co normalnie by się w nich mieściło. Najgorsze jest to, że praktycznie gdziekolwiek się pojedzie (testowałem) jest to samo - ludzkie robactwo łazi bez ładu i składu w tę i z powrotem, zamiast klasycznie robić to, co uwielbia, czyli wydawać bez sensu kasę. A tak to zrobiły się wszędzie Krupówki, nawet na równinach. Koszmar.

Rowerowe Relive TUTAJ. A kropkowe (z jakimiś dziwnymi literówkami) - TU.