Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242649.45 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791284 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

Ostatki na dzikim zachodzie

Piątek, 26 czerwca 2020 · dodano: 26.06.2020 | Komentarze 18

Będąc świadom prognoz (czasem się sprawdzają), jak i ograniczeń czasowych, wykonałem ponownie heroiczny wyczyn polegający na wyjściu z łóżka w środku nocy. 6:30 rano zdecydowanie zasługuje na to miano.

Ruszyłem jakoś po siódmej, wyjątkowo najedzony, żeby mieć siłę na szybką ucieczkę przed ewentualnymi piorunami. Uprzedzając fakty – na szczęście nie miałem ku temu okazji. Choć kilka razy sądziłem, że słońce, które co chwilę znikało za czarnymi chmurami, zrobi to na dobre.

Taktyka na wyjazd była jasna: brak taktyki :) Postanowiłem na kręcenie dookoła Jeleniej Góry, tak, żeby w każdej chwili móc zawrócić. Najpierw skierowałem się (przez Łomnicę oraz Miłków) na Karpacz. Co prawda miałem chęć wjechania na samą górę, ale widok na Karkonosze, a w szczególności na zamgloną Śnieżkę, lekko mnie utemperował. Oczywiście z czasem się wypogodziło.
Widok z dojazdu do Karpacza

Szczyty Karkonoszy we mgle
Coś już widać, Karpacz
Szczyt Śnieżki w pełnej krasie
Finalnie dojechałem do wysokości kościoła oraz deptaka (który jeszcze nie tak dawno temu deptakiem nie był) i pofrunąłem w dół, odbijając w pewnym momencie na Ścięgny. Przypomniałem sobie bowiem o jednym z pierwszych w Polsce przybytków z gatunku Western City. Dawno mnie tam nie było, ostatnio na specjalne zaproszenie jakoś w początkach studiów. Oj, pozmieniało się. Czy na lepsze – nie wiem, na pewno na bardziej obszerne :)
Wejście do Western City, Ścięgny
Chwila przerwy przy pustym Western City
Na bank 100% true indian :), Western City
Dwa technologiczne trupy na jednym pejzażu, Western City
Widok taki, że koń by się uśmiał, Ścięgny
Zjechałem do Miłkowa, a że sytuacja pogodowa zaczynała się chwilowo klarować, to wybrałem się jeszcze do Sosnówki…
Wszystko fajnie, tylko do wody człowiek się tu nie dostanie, Sosnówka
Znad Zalewu Sosnówka
...oraz Stawów Podgórzyńskich, gdzie prawie uciekł mi spod nóg perkoz :)
Stawy Podgózyńskie - widok dziś co najwyżej średni
Perkoz pędziwiatr :)
Perkoz dwuczuby przyłapany podczas śniadania
Sunący perkoz na Stawach Podgórzyńskich
Końcówka to Cieplice i dokrętka przez Czarne do centrum. Burzy oczywiście nie było, a jedynie lekko pokropiło kilkanaście minut po moim powrocie.

Koniec tego krótkiego wypadu w rodzinne górki. Swoje zrobiłem, trochę pokręciłem się po starych śmieciach, zaległości rodzinne zostały nadrobione. Jelenia Góra pożegnała mnie dość zabawnie, bo wiecem "do Dudy" na Placu Ratuszowym. Z ciekawości obszedłem go dookoła – a że zapewne nie wyglądam jak typowy zwolennik partii rządzącej, to mam wrażenie, iż jeśli spojrzenia mogą kroić, to aktualnie byłbym już kotletem mielonym :) W sumie szkoda, że póki co idzie cisza wyborcza, bo pooglądałbym sobie jeszcze kilka takich materiałów z ”Wiadomości” (jestem wiernym fanem tego kabaretu z marnymi aktorami i "dziennikarzami") jak ten, który - gdy oglądałem ”na żywo” - prawie skończyłby się interwencją dentysty, tak nisko mi szczęka opadła. A sądziłem, że TVP już dawno przekroczyła ostatnie granice oddzielające dziennikarstwo od partyjniactwa. Jak widać są one szersze niż sądziłem :)

A żeby nie kończyć pesymistycznie, na sam koniec panorama Jeleniej Góry widziana z wieży widokowej na Wzgórzu Krzywoustego. Zawitałem tam wczoraj, po raz pierwszy po remoncie. Kiedyś w tym miejscu były: syf, kiła i mogiła, co nie przeszkadzało w bywaniu tam z różnymi ludźmi w różnych konfiguracjach. A ile osób się z niej rzuciło, kończąc żywot - nie zliczę. Osobiście znałem tylko (czyli aż) jedną taką personę. Eh, a miało nie być pesymistycznie :)
Wieża widokowa na Wzgórzu Krzywoustego, Jelenia Góra
Panorama Jeleniej Góry z widokiem na Karkonosze i Rudawy
Centrum Jeleniej Góry - Plac Ratuszowy i okolice
Tam, gdzieś na drugim tle, się wychowywałem. Nie, nie w kościele! :)

TUTAJ Relive.


Kategoria Góry


Kapella, Sokolik oraz... fabryka trolli :)

Czwartek, 25 czerwca 2020 · dodano: 25.06.2020 | Komentarze 23

Drugi dzień pobytu w Sudetach i wreszcie przyzwoita pogoda. Co prawda w nocy jeszcze padało, ale obudziło mnie świecące słońce, które nawet momentami dało mi do wiwatu, bo z upływem czasu zaczęło mocno przygrzewać.

Wybór trasy - jak to u mnie - zależny był od wiatru. Ten był silniejszy niż wczoraj, ale nie jakoś specjalnie mocny. Odczuwalny i tyle. Gorzej z kierunkiem - raz dmuchał z północny, raz z południa, z grubsza jednak ze wschodu, tam więc się udałem. Jak zwykle z chęcią, bo tam właśnie znajdują się moje ulubione Rudawy Janowickie.

Najpierw jednak skierowałem się przez jeleniogórskie Zabobrze do Dziwiszowa, a następnie - co naturalne i logiczne - zacząłem wspinać się na Kapellę, a na jej szczycie - Łysą Górę. Czemu? Bo tak :) Chciałem sobie popatrzeć na góry (Karkonosze i Rudawy) z... góry, i to się udało. Widoczność w końcu jako taka, choć mogłoby być lepiej. Oto kilka zerknięć:
Wspinaczka na Kapellę
Rudawy Janowickie widziane z podjazdu Kapellą
Słońce dzisiaj miało wenę do cieni ;)
Szczyt Łysej Góry
Śnieżka widziana z Łysej Góry
Zerknięcie na Góry Kaczawskie
Pewnie da się tędy zjechać na sam dół... :), Łysa Góra
Napatrzyłem się i zjechałem, co jak wiadomo jest poezją (jakby ktoś chciał sobie obejrzeć, to proszę kiedyś nagrałem wjazd i zjazd).

Znalazłem się ponownie na Zabobrzu i oczywiście nie mogłem ominąć wspomnianych Rudaw. No to myk - do Maciejowej, potem obwodnicą (fajna jest, tylko to mikroskopijne pobocze...) do Radomierza, gdzie odwiedziłem ziomka... :)
Landszaft z koniem na Cycowisku :), Rudawy Janowickie
Ciekawskie stworzenie :)
...i spojrzałem sobie ciut bliżej na cyc... to znaczy Góry Sokole :) Najpierw z drogi do Janowic Wielkich...

Góry Sokole w pełnej miseczce :), Rudawy Janowickie
...a potem już z Trzcińska. Widok Sokolika zawsze cieszy mnie oczy, w końcu mogłem zrobić mu zbliżenie.
Rowerem na górę pewnie jakoś by się dało wspiąć..., Rudawy Janowickie
Sokolik w pełnej krasie, Rudawy Janowickie
Zbliżenie na mekkę wspinaczy, Rudawy Janowickie
Końcówka jazdy to Bobrów, Wojanów, Łomnica i do domu.

W samych Janowicach trafiło mi się czekanie na zamkniętym przejeździe kolejowym. Postanowiłem wykorzystać pauzę kreatywnie, po raz kolejny odwiedzając "swojegp" pobratymca, jak zwykle go lekko ulepszając :)
Troll niejedno ma imię :)
Zacząłem jednak przyglądać się spokojnie okolicy i trafiłem na... fabrykę trolli :) I nie tylko. Jak się okazało, te rzeźby to część pewnego malowniczego projektu, a w sumie firmy, które robi cuda z betonu. Kilka z nich uwieczniłem, bo udało mi się dostać do biura i na zaplecze firmy Betform Art.
Głowologia w Janowicach Wielkich
Zarośnięty elf, dzieło na wysyłkę (Betform Art)
Półgłowek w trakcie powstawania (Betform Art)
Genialne to. Dowiedziałem się, że trolla można mieć za trzy stówy. Nie powiem, myślę, żeby powoli zacząć odkładać :) Miła pani dała mi katalog, oto jego fragmenty:

Aż chce się mieć ogród, żeby tak go upstrzyć :)

W temacie pokrewnym - po południu czekała mnie jeszcze ogólnororzwojówka, czyli koszenie działki (po to między innymi przyjechałem, w ramach pomocy) kosiarką ręczną :) Miałem wsparcie, tym razem nie Kropy, która została z Żoną w Poznaniu.

Tyle na dziś. Niestety znów zapowiadane są odpady i burze, więc nie wiem czy jutro jeszcze zdążę pojeździć. Mam nadzieję, że tak, a sytuacja nie będzie na tyle poważna, żeby trzeba było zakładać kalosze :)

TUTAJ Relive, w kształcie jelonka.


Kategoria Góry


Zapora Szybowcowa :)

Środa, 24 czerwca 2020 · dodano: 24.06.2020 | Komentarze 33

Krótki międzycovidowy urlop trwa. Udało się w końcu zajrzeć w rodzinne strony, czyli do Jeleniej Góry, ogarnąć kilka rzeczy, a i przy okazji pokręcić się po Sudetach. Dawno mnie tu nie było, więc głodek mielenia korbą był już całkiem mocny :)

Zapewne nie jest przypadkiem, że wczoraj pięknie świeciło słońce, a dziś... nie świeciło :) Po co miałbym sobie patrzeć na widoczki w komfortowych warunkach, skoro mogę robić to ze szczytami przysłoniętymi chmurami? No ale nie czepiajmy się szczegółów - mogło być gorzej. A w sumie pod sam koniec tak było :)

Dobrze, że wyjechałem dość wcześnie (najpierw musiałem odkurzyć zoMTBiaka), jakoś przed dziewiątą, bo coś tam się ze swoich miejscówek udało zobaczyć. Na pierwszy rzut wpadł Jeżów Sudecki i Góra Szybowcowa. Lubię ten sympatyczny wjazd i spojrzenie na miasto ze szczytu.
W dole Kotlina Jeleniogórska i panorama Sudetów
Przy raju dla paralotniarzy, Góra Szybowcowa
Siedziba Aeroklubu Jeleniogórskiego, Góra Szybowcowa
Panorama Jeleniej Góry z Góry Szybowcowej
Niestety widoczność średnia, Góra Szybowcowa
Udało mi się wyzoomować centrum Jeleniej, skąd przyjechałem (7 kilometrów w dół, około 220 metrów różnicy w pionie)...Centrum Jeleniej Góry, zerknięcie z Góry Szybowcowej
...oraz ukochane Rudawy Janowickie, wraz z ich symbolem :)
Wyzoomowane Sokoliki w Rudawach Janowickich
Gdy już się napatrzyłem, zjechałem z powrotem do Jeżowa i skierowałem swe rowerowe kroki do Siedlęcina i w końcu do Pilchowic. A skoro Pilchowice, to nie mogło się obyć bez tamtejszej zapory na Bobrze. Zanim jednak ona, najpierw sama wieś, położona malowniczo wzdłuż rzeki. Trochę straszy tam fabryka tektury, ale śluzy dają radę...
Fabryka tektury, Pilchowice
Jedna ze śluz na Bobrze, Pilchowice
...tak samo jak wiadukt kolejowy na trasie do Lwówka Śląskiego.
Wiadukt kolejowy na trasie do Lwówka Śląskiego, Pilchowice
Sama zapora oraz położona przy niej elektrownia jak zwykle dawały radę. Kawał dobrej roboty :)

Zapora i elektrownia w Pilchowicach
Schodki XXXXXXXXXXXXL :), Pilchowice
Zapora w Pilchowicach wraz z panoramą
Nad Jeziorem Pilchowickim
Jezioro Pilchowickie cieszy oko
Malownicze cyple nad Jeziorem Pilchowickim
W tle nieczynna kolejowa stacja Pilchowice
Po zjeździe zabrakło jeszcze kilometrów, więc postanowiłem nawiedzić mało popularną miejscówkę, czyli położoną wśród Wzgórz Radzionowskich wieś Maciejowiec.
Szeroko to tu nie jest :), most w Pilchowicach
Rzeka Bóbr, widok z Pilchowic
Spojrzenie w dół podczas wspinaczki
Na górze jest kompleks interesujących zabytków (jest potencjał: kościół, dwór oraz pałac), niestety część albo niedostępna, albo w stanie rozkładu. Normalnie Polska w ruinie :)
Riuny zabytkowgo dworu, Maciejowiec
Polska w ruinie :), Maciejowiec
Kaplica w Maciejowcu
Przytuliłem się też do upadłego olbrzyma. Może średnio widać, ale na zdjęciu jest też rower :)
Upadły olbrzym, rower przy nim jest jak mrówka
Powrót do Siedlęcina nastąpił swoim śladem, skorygowałem tylko samą końcówkę, wspinając się przez wieś do krajówki. Gdzieś w połowie zaczęło kropić, a potem centralnie lać, więc do samej Jeleniej dotarłem mokry. Przecież nie mogło być inaczej :)

TUTAJ Relive.


Kategoria Góry


  • DST 52.30km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.06km/h
  • VMAX 52.40km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 137m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Porannie i horrorowo

Wtorek, 23 czerwca 2020 · dodano: 23.06.2020 | Komentarze 14

Wstałem dziś o godzinie, która nie istnieje. O 6:30. Rano!

Musiałem, bo dzionek należał do aktywnych i bym się nie wyrobił. Do tego miałem obawy, czy znów nie czeka mnie jakiś defekt, bo wczoraj założyłem ostatnią dostępną w domu oponę. Na szczęście obyło się bez niespodzianek. Uff.

Trasa zachodnia: Poznań - Plewiska - Skórzewo - Wysogotowo - Dąbrowa - Sierosław - Lusówko - Lusowo - Batorowo - Wysogotowo - Skórzewo - Plewiska - Poznań. TUTAJ Relive, a na nim to, co mnie dziś zmasakrowało, czyli wielgachne korki. Chciałem ich uniknąć, omijając Poznań, a tu niespodzianka: wsie były w tym aspekcie gorsze. I do tego śmieciarki wypuszczone w świat w godzinach porannego szczytu. No nie miałem okazji poszaleć :)

Jezioro Lusowskie i łabędzia ekwilibrystyka jednak złagodziły doznania.
Plaża nad Jeziorem Lusowskim
Łabędź niemy w całej okazałości
Ekwilibrystyka stosowana :)
Tyle z Wielkopolski. Miałem dzisiaj dodać resztę zdjęć a Radzewic, ale chyba jednak to musi poczekać na inną okazję, bo wylądowałem dziś kawałek pod Wrocławiem, we wsi Mieczków, na kompletnym zadupiu, gdzie nawet psy boją się szczekać wiadomo czym. Wizyta  była gospodarczo-cmentarna (ale nic bieżącego), więc przy okazji miałem sposobność podpatrzenia resztek starego, poniemieckiego muru. Zapewne była tu nekropolia ewangelicka, mało co z niej zostało, lecz wciąż trzyma klimat.
Pozostałości niemieckich nagrobków, Mieczków (Dolny Śląsk)
Niemieckie aniołki, Mieczków (Dolny Śląsk)
Jest klimat!, Mieczków (Dolny Śląsk)
Generalnie cała wieś mogłaby bez większych retuszów być areną dobrego horroru :) Nawet kot sprawiał wrażenie, że moje oczodoły i krtań to najlepszy możliwy przysmak pod słońcem :)
Wiejski bandzior - oko w oko




  • DST 75.10km
  • Czas 02:50
  • VAVG 26.51km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 221m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Orkowo oraz powrót z agrotrollystyki :)

Poniedziałek, 22 czerwca 2020 · dodano: 22.06.2020 | Komentarze 15

Po sympatycznie spędzonym wieczorze, oraz o dziwo w miarę przespanej nocy (prócz jednego incydentu, gdy pani, która chyba lekko przesadziła z domowymi naleweczkami, prawie wlazła nam do pokoju – na szczęście przezornie je zakluczyliśmy) w radzewickiej agroturystyce, rano przed wyjazdem postanowiłem się pokręcić po okolicy. Niestety, asfalty w nich nie należą do tych najbardziej wypasionych, więc na co dzień je omijam – dziś była okazja pokręcić się po nich Czarnuchem.

Najpierw jednak trzeba było wyjechać. Kropa nie ułatwiała zadania :) Po dwudziestu rzutach kijkiem była gotowa na… kolejne tysiąc. Nie ze mną te numery!
Niełatwo było dziś ruszyć, kijek się sam nie rzuci :)
Jest kijek, jest radocha! :)
Początkowo skierowałem się na południe – miałem bowiem na trasie jeden cel, który musiałem zaliczyć ze względów ideologicznych. Chodziło o wieś Orkowo. Czemu? Bo wszyscy miłośnicy Tolkiena i Śródziemia wiedzą, że trolle oraz orki to sojusznicy, którzy ramię w ramię walczą z paskudztwami typu elfy czy ludzie :)

Byłem, odwiedziłem, po drodze zobaczyłem coś, czego się nie odzobaczy…
Kolejne miejsce, gdzie BYŁ las :/ - Trójkolne Młyny
To ten... tego... ta polityczna sekta czy inna, każda psuje widok
...i dojechałem do Śremu, gdzie zawróciłem. Bo jeszcze na łeb nie upadłem, żeby dobrowolnie pchać się na tamtejsze - najbardziej polskie z polskich - śmieszki, oczywiście połączone z zakazami jazdy rowerem wzdłuż.

Znów dotarłem do Radzewic....
Klimaty rodzinne
...ale że brakowało mi jeszcze około dwudziestu kilometrów do pięciu dych, to zaliczyłem jeszcze odcinek przez Rogalin, Rogalinek i Sasinowo, za którym wróciłem do agro. Tam śniadanko, ostatnie zerknięcie z tarasu na wielkopolskie pola zalewowe…
Ostatnie spojrzenie z tarasu na wielkopolskie łąkowe klimaty - Radzewice
...oraz asysta przy psich pożegnaniach...
Coś tam sobie szepczą...  :)
Buziaki na pożegnanie :)
Orange is the new black :)
...i do domu, trasą przez Czapury i Starołękę.

Wczoraj miałem genialny wiatr w plecy, dziś… dokładnie odwrotnie :) Jednak nie był aż tak mocny, jak w dalszej części dnia, więc jakoś wielkiego wstydu ze średnią nie ma. TUTAJ Relive z części pierwszej, TU z drugiej.

Więcej zdjęć z agroTROLLystyki być może jutro. Na razie muszę się ogarnąć.




  • DST 23.05km
  • Czas 00:46
  • VAVG 30.07km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Podjazdy 74m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Agropech - część druga, bardziej MTB-owa

Niedziela, 21 czerwca 2020 · dodano: 21.06.2020 | Komentarze 13

Kontynuacja lekko pechowej misji z TEGO wpisu.

W skrócie: w planach była jedna noc w znajomej agroturystyce w Radzewicach, z mojej strony dojazd szosą, która miała defekt (przebita opona). Nastąpił powrót do Poznania i zmiana środka transportu na drugi jedyny słuszny, czyli... inny rower :)

I powiem tak: chyba pierwszy raz w życiu wiatr pomógł mi, gdy się spieszyłem (bo jak się umawiam, również z rodziną, lubię być w miarę punktualny). Tu się nie udało, ale opóźnienie duże nie było. Duło mi albo z boku, albo w plecy, no bajka. Średnia więc - jak na rower MTB - wyszła przyzwoita :)

Trasa: Dębiec - Las Dębiński - Starołęcka - Czapury - Wiórek - Sasinowo - Rogalinek - Rogalin - Świątniki - Radzewice.

Jest późno, więc tylko fotki z drogi...
Smętny widok sponsorowany przez Nadeśnictwo Babki
Wiórek - spojrzenie na brzeg Warty
...oraz z samej genialnej miejscówki. Będzie więcej, ale zostawię sobie to na zwykłe relacje, nie te pisane na szybko na tablecie. To samo z nadrabianiem zaległości na BS  - obiecuję, że to zrobię :)
Jedyne słuszne agro :) Radzewice
Takie przywitania w agro to ja lubię :) - Radzewice
Trzeba wiiedzieć, gdzie zaparkować - Radzewice
Czyki dzionek spędzony będzie udanie :) - Radzewice
Dobre perspektywy - Radzewice
Atak!!! :) - agro w Radzewicach
Pełna radocha - Radzewice
Boczny rozlew Warty - Radzewice
TUTAJ Relive. Dobranoc :)




  • DST 31.05km
  • Czas 01:01
  • VAVG 30.54km/h
  • VMAX 52.80km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 131m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Agropech - część pierwsza, szosowa

Niedziela, 21 czerwca 2020 · dodano: 21.06.2020 | Komentarze 14

Oj, prawa Murphy'ego zdecydowanie nie są mitem, szczególnie gdy człowiek ustawia się na jakąś godzinę. Przekonałem się o tym kolejny (miliardowy?) raz.

Ale po kolei (i w skrócie, bo wpis powstaje na tablecie tylko z jednego powodu - nie lubię mieć zaległości). Jako że do Wielkopolski zjechał na kilka dni mój Ojciec, do sprawdzonej agroturystyki w Radzewicach, oczywistą oczywistością było spotkanie. Wykombinowaliśmy, że czemu nie zjechać na jeden dzionek do wspomnianej miejscówki i nie odpocząć od miasta? Czas był, wolne było, do dzieła.

Ja oczywiście rowerem. Żeby jutro móc się pokręcić po okolicy właśnie tym środkiem transportu. A jak najszybciej? Oczywiście szosą. Głosów oporu nie było, więc rano (po ustaniu opadów) w drogę.

Początkowo żarło dobrze - lekko naokoło (zgodnie z założeniami) wybrałem trasę przez Komorniki, Rosnowo...

...Szreniawę i... no właśnie. Za nią nastąpiło to:
Drugi dzien z rzędu :( Diagnoza: jednak opona
Drugi dzień z rzędu :( Po zweryfikowaniu stanu opony znalazłem powód - coś, co przebiło antyprzebiciówkę. Wymiana nastąpiła szybko, ale decyzja co do tego, co robić dalej łatwa nie była. Wozu technicznego wzywać nie chciałem, odpuszczać rower również, wymyśliłem wiec, że dopompuję do kilku barów i wrócę najkrótszą drogą do domu, a do Radzewic dojadę Czarnuchem. Takoż zrobiłem, na szczęście bez kolejnej pany.

Relive TU. A część druga dzionka TUTAJ.




  • DST 62.40km
  • Czas 02:09
  • VAVG 29.02km/h
  • VMAX 53.80km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 200m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Łyżkobrak

Sobota, 20 czerwca 2020 · dodano: 20.06.2020 | Komentarze 17

Znów miało padać, a jakoś nie padało. Super. Problem w tym, że chmury nie dawały żadnej gwarancji, że taki stan utrzyma się dłużej, zapobiegliwie więc wziąłem ze sobą plecak, w który zapakowałem między innymi rowerową kurtkę, przynajmniej częściowo wodoszczelną. Najczęściej jeżdżę z czymś mniejszym i bardziej sportowym na plecach, więc musiałem przepakować niezbędne klamoty, które wożę ze sobą. Wydawało mi się, że w pośpiechu (bo do roboty musiałem dotrzeć w samo południe) wszystko wziąłem, jak się okazało w praktyce - niekoniecznie.

Jak się o tym przekonałem? O tym za chwilę. Najpierw o samej trasie: wiało solidnie z północnego-zachodu, kierunek w związku z tym wybrałem pokrewny, w znacznej części miejski: Dębiec - Górecka - Grunwald - Jeżyce - Golęcin - Strzeszyn - Psarskie - Kiekrz - Rogierówko - Kobylniki - Sady - Swadzim - Batorowo - Lusowo - Zakrzewo - Plewiska - Poznań. TUTAJ Relive.

Okolice koźlaka w Rogierrówku wyglądają jak plac budowy. Nie wiem, co będzie się tam konstruowało, ale aktualnie przypomina to Woodstock. Abo Wiatrostock :)

Przygód nie było, bo przecież próba zabicia mnie przez troglodytkę próbującą wymusić pierwszeństwo w Kiekrzu niczym wyjątkowym nie jest. Jedyną "atrakcją" była pana, która trafiła mi się dokładnie przy wjeździe na rondo w okolicach Strzeszynka. Ok, wymiana dętki to żadna filozofia, ale jeśli dysponuje się tylko jedną łyżką, robi się malutki problem w przypadku kół szosowych. A właśnie tej drugiej - jak się okazało - nie przełożyłem. Jakoś jednak dałem radę, choć dziesięć minut cennego czasu uciekło.

Oczywiście pompka ręczna ma swój limit, więc przez większość drogi kręciłem na może sześciu barach. Odpuściłem walkę :)

Zdjęć - jak widać - dziś prawie nie ma. Jakoś weny nie miałem, a i chęci. W zastępstwie więc dwa spacerowe kadry z Dębiny, w tym jeden mało wyraźny, bo ruda była nie tylko zmęczona życiem, ale i strasznie ruchliwa :)
To jaką masz maksymalną szerokość tego kadru? :)
Ruda, lekko styrana życiem wiewióra :)
Dystans zawiera dojazd do pracy.




  • DST 54.30km
  • Czas 01:55
  • VAVG 28.33km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 170m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wcześniak

Piątek, 19 czerwca 2020 · dodano: 19.06.2020 | Komentarze 19

Oj, jak dobrze, że musiałem dzisiaj wcześnie wstać. Bo gdybym ruszył jakieś pół godziny później, wracałbym w ulewie. A tak - miło, sympatycznie i komfortowo spędziłem owe pięćdziesiąt kilometrów.

Nooo, bez przesady. Tak fajnie to nie było. Wmordewinidzik znów kręcił swoje, pomagać nie chciał, coś tam delikatnie pokropiło, nad głową miałem zaś ciemne chmury. Przejechałem więc to, co należało, bez ciśnienia, bez walki, ot, jedynie w poczuciu obowiązku :)

Trasa zachodnia: Poznań - Plewiska - Skórzewo - Wysogotowo - Batorowo - Lusowo - Lusówko - Sierosław - Dąbrowa - Plewiska - Poznań. TUTAJ Relive.

Uwiesić oka na czym za bardzo nie było, więc muszą wystarczyć gęgawy znad Jeziora Lusowskiego, jak i samo jezioro.
Stała gęsia miejscówka w Lusowie
Gęgawy, już zaniepokojone moim przybyciem
Oko w oko, dziób w dziób
Synchronizacja przede wszystkim :)
Pomost nad Jeziorem Lusowskim
Aha, trafił się jeszcze jakiś kurdupel. Z ogona wygląda mi na młodą pliszkę siwą.
Młoda pliszka siwa
Maszerujący kurdupel pliszki
A na granicy Poznania i Plewisk ukazał mi się kulturalny, w końcu niezahaczający o wandalizm, przykład inteligentnej walki na sztandary :)

Jeszcze słówko o wczorajszym powrocie z pracy. Nad miastem nagle pojawiła się burza, która zalała ulice, parkingi, przejścia podziemne, torowiska, wywaliło też studzienki. Ja się oczywiście do roboty wybrałem rowerem, więc był problem. Pierwsza wersja: wrócę tramwajem, z dwoma kółkami w środku. Jednak okazało się, że z powodu awarii na Dębiec nie jechało nic. Nie miałem wyjścia - musiałem pokonać te pięć kilometrów w takich oto warunkach:


Sorry za jakość kadrowania, ale ledwo trzymałem telefon w łapie :) Nie powiem, były emocje, gdy zastanawiałem się, jak głębokie są dziury pod tymi hektolitrami wody na ulicach. Jakoś udało się dotrzeć do domu, momentami na nogach, więc w sumie triathlon mogę sobie wpisać w życiowe doświadczenie :)




  • DST 60.40km
  • Czas 02:14
  • VAVG 27.04km/h
  • VMAX 42.10km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 157m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

No i powidłowo

Czwartek, 18 czerwca 2020 · dodano: 18.06.2020 | Komentarze 21

Największy plus dzisiejszego dnia: jednak nie padało! A miało. Nawet grzmieć i straszyć. Tymczasem w nocy coś tak pokropiło, nad ranem trafiły się jeszcze jakieś ostatki, ale podczas jazdy nie spadła mi na łeb nawet kropla. Zapobiegliwie wziąłem dziś pod tyłek Czarnucha, jak się okazało, niepotrzebnie. Ale nie ma tego złego - mimo bowiem, że czas mnie gonił, miałem okazję zawitać w kilka ciekawych i dziwnych miejsc :)

Przede wszystkim, skoro już poruszałem się czołgiem, gdy już wyjechałem z Dębca i dotarłem do okolic Żegrza, postanowiłem przetestować stan infrastruktury rowerowej po remoncie. Ujdzie, ale bez cudów. Natomiast gdy znalazłem się na Spławiu i przypomniałem sobie, że tam jest dopiero koszmar, jednak ją doceniłem :) Potem kierunek Tulce, które zamierzałem szybko ominąć, ale coś przyciągnęło moją uwagę. Nie była tym czymś przydrożna wycinka sprzed kilku miesięcy, bo byłem na nią już przygotowany psychicznie. Tym razem znalazłem ścieżkę przyrodniczą "Skarby lasu". Tak się ona prezentuje:
Ścieżka przyrodnicza
Legenda do koła fortuny, Tulce
Przyrodnicze koło fortuny, Tulce
Niby spoko, ale coś mi śmierdziało. A konkretnie masa świeżo wyglądających pieńków. Postanowiłem więc zagadać pewnego pana z pieskiem:

- Przepraszam, czy w tym miejscu nie było lasu?
- No był. I to jaki!
- Czyli rozumiem, że żeby powstała ta polanka, poleciało wiele drzew?
- I to ile! A w ogóle, był pan kawałek dalej? Tam dopiero wycięli wszystko, jak leci...
- Eh, widząc nazwę Nadleśnictwa, wcale mnie to nie dziwi... Co do tego miejsca: sprawdza się?
- Tak. Żuli i pijaków tutaj nie brakuje, syf tu robią, śmiecą. Trageda.

Podziękowałem. Sympatyczny miejscowy poszedł w swoją stronę (życzyliśmy sobie lepszych czasów), ja się jeszcze pokręciłem, poczytałem i dowiedziałem się między innymi, że "las wzbogaca rynek pracy, wzmacnia obronność kraju" oraz "dostarcza drewna oraz innych płodów leśnych, zapewnia powtarzalność produkcji, co umożliwia trwałe użytkowanie drewna i surowców nierdzewnych, w tym użytków gospodarki łowieckiej". Oczywiście nie miałem wątpliwości, iż ów bełkot pochodzi od kogoś z podleśnictwa Babki. 
Nadleśnictwo Babki i jego bełkot:
Regulamin też jest inspirujący: teren rekreacyjny, czyli... zakaz wejścia z psem i obowiązek podporządkowania się (uwaga, uwaga) Straży Łowieckiej.
Teren rekreacyjny - w polskich warunkach zakaz wejścia z psem i obowiązek podporządkowania się... Straży Łowieckiej, Tulce
Zmasakrowany mentalnie ruszyłem dalej. Tym razem przez Garby do Swarzędza. 
Chwila odpoczynku przy jeszcze niewyciętych drzewach, okolice Tulec
Genialne graffiti na elewacji, ciągle zachwyca, Swarzędz
Kolejnym etapem testów była droga do Gowarzewa przez Kruszewnię. Również wyremontowana, z przyzwoitą asfaltową śmieszką. Oczywiście kompletnie niepotrzebną, ale skoro ma być, to niech będzie taka. Ale mnie zatrzymało tam coś innego, na tyle, że aż zawróciłem. Jabłkomat :)
Jabłkomat w Kruszewni! :)
Płatność w Jabłkomacie tylko gotówką, a szkoda :)
W środku akurat nie było już... jabłek. Ale za to soki i inne przetwory owszem. Niestety płatność tylko gotówką a ceny do najniższych nie należą, więc skusiłem się tylko na powidła śliwkowe za całe 9 PLN. Jestem już po testach - rewelacja!
Powidła śliwkowe z Jabłkomatu - miód w gębie :)
W tym samym budynku była też maleńka kawiarnia, więc pozwoliłem sobie jeszcze na pączka. Genialny. Polecam miejscówkę!

Z Gowarzewa dokręciłem ponownie do Tulec, natykając się już na ostatnie resztki rzepaku...
Jeszcze raz resztki rzepaku
...by we wspomnianej miejscówce po raz kolejny dać po hamulcach. Co tym razem? Ano z boku tamtejszego sanktuarium maryjnego natrafiłem na jakiś dziwny bunkier.
Taka oto dziwna miejscówka w Tulcach
Wygląda niczym wejście do bunkru, Tulce
Jakieś muzeum? Schron? Zagadkowa sprawa. Z duszą na ramieniu wszedłem do środka, a tam... grób. Go tego na kółkach. I z wystającymi kablami. Oraz (chyba) całun. Hm. Tego się nie spodziewałem :)

Tymczasem w środku owego bunkru..., Tulce
W samym Poznaniu trafił się jeszcze... eeee... Roman Dmowski naszych czasów... :)

...a z motywów zwierzęcych dzisiaj tylko krówki. Szczęśliwe, jak sądzę. I uczuciowe.
Stado zapewne szczęśliwych krów
Krowa z zezem :)
Uczucie, zwierzęta mają je tym bardziej
Sporo dziś atrakcji było, nie powiem. Relive TUTAJ, a ja o dziwo nawet zdążyłem do pracy (dystans wliczony).