Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242779.75 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791371 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 61.35km
  • Czas 02:10
  • VAVG 28.32km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 132m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na sznekę

Środa, 14 kwietnia 2021 · dodano: 14.04.2021 | Komentarze 15

Kolejny wypad przedpracowy, w wersji zziębniętej i przewianej. Fuj :)

Wyjazd szosą, przed dziewiątą, na zachód. Trasa opatentowana, polna: Poznań - Plewiska - Gołuski - Palędzie - Dopiewiec - Konarzewo - Trzcielin - Lisówki - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.

Prócz tego, że było paskudnie i znów ludzie mieli z deklem podczas wyprzedzania, nie zdarzyło się nic nowego. Czyli generalnie nie zdarzyło się nic nowego :)

Odwiedziłem znajomego boćka. Zapracowany jest, nie da się ukryć, latał jak opętany. Skrupulatnie zbierał kolejne gałązki do gniazda...
Kolejna gałązka do gniazda
...namiętnie się drapał...
Higiena osobista ważna rzecz
...raz mnie zaskoczył nagłą ucieczką...
Zaskoczył mnie tym odlotem
...i chwalił swą brodą.
Znajomy bocian z brodą :)
Widziałem też pierwsze tegoroczne czajki, ale strasznie daleko i nie było szansy na ich wyraźne uchwycenie.
Mega niewyraźna czajka w locie
Trafiła się też jedna sarenka, jak to ostatnio - na tle autostrady.
Sarna na tle autostradyGłodny się zrobiłem, więc w Trzcielinie nawiedziłem sklepik, który zawsze mnie "nęcił" swym wyglądem. Pamiętam takie z przełomu lat 80. i 90. Niewiele się zmieniło wizualnie, choć asortymentu już nie ma nawet co porównywać.
Sklepik z cyklu

Ale za to jaka pyszna szneka! Co prawda z owocem, więc nie do końca z glancem, ale naprawdę godna.
Chwila na sznekę z glancem :)
No a tak ten dzionek wizualnie wyglądał. Mało atrakcyjnie.
Droga z Lisówek
Pochmurnie i paskudnie
No i jeszcze ciekawostka. Co jakiś czas pojawia się tu wątek wiarygodności podawanych przewyższeń. Jako że w nowej Sigmie zafundowałem sobie taki parametr, postanowiłem porównać wartości z GPS-a oraz licznika. I o dziwo... większą wartość pokazuje ten drugi! 205 kontra 132 metry. Z ciekawości zerkałem czy komputerek nie wariuje po drodze, ale nie - co wiadukt (a trochę ich było) to 3-4% wzniesienia, jak w dół to to samo, ale na minusie, na płaskim zero. No i co? Widocznie nie taka równa ta Wielkopolska :)

Dystans zawiera dojazd do pracy.




  • DST 61.50km
  • Czas 02:08
  • VAVG 28.83km/h
  • VMAX 50.80km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 101m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pod napięciem

Wtorek, 13 kwietnia 2021 · dodano: 13.04.2021 | Komentarze 18

Dzionek zaczął się średnio. Gdy już zwlokłem się z wyra, gdy zacząłem pić kawę w stanie mało przytomnym i gdy zabrałem za ogarnianie wyjścia na rower przed pracą, przypomniałem sobie, że uszkodzony mam licznik w szosie. Na szczęście (jak się okazało, nie do końca) w Czarnuchu i T-rek(s)ie posiadam taką samą podstawkę, wystarczyło więc wziąć komputerek (trochę uboższy) z pierwszego, ustawić parametry drugiego, przełożyć i... No właśnie. W momencie gdy zatwierdzałem średnicę, licznik nagle się zawiesił i... już nie wstał. Ani zmiana baterii, ani wszelkie możliwe resety nie pomogły - tym samym w przeciągu dwóch dni padły mi dwie Sigmy. Jedna miała prawo, bo spadła, przyznaję. Ale druga to przykład badziewia, jakim jest aktualnie ta firma. Przykre, bo młodzi może lekceważą albo nawet nie znają czasów :), gdy ich sprzęt był nie do zdarcia.

Dobrze, że miałem jeszcze zegarek i telefon, bo inaczej wyjazd nie miałby najmniejszego sensu :) A tak przynajmniej wiem z grubsza, jakie liczby wpisać.

Trasa zachodnia: Poznań - Plewiska - Skórzewo - Wysogotowo - Dąbrowa - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.

Względem reszty Polski pogoda chyba najgorsza nie była. Wiało wciąż paskudnie mocno, ale za to pojawiło się słońce. Dobre i to. Tak jak wyjątkowo miłe zachowanie kierowcy w Skórzewie, który sam z siebie wpuścił mnie na rondzie, gdy grzecznie chciałem poczekać aż przejedzie. Rąk mi zabrakło, żeby dziękować, bo w tym kraju uprzejmość za kółkiem to towar deficytowy.

Focić nie było czego i już myślałem, że wrócę bez żadnego zdjęcia bez obowiązkowego rowerowego, aż w końcu, pod sam koniec, przykuły moją uwagę drobne punkciki na jednym z wielu imponujących słupów energetycznych pod Plewiskami.
Te małe kropki to ludzie
Stacja elektroenergetyczna 400/220/110 kV Plewiska
Objechałem toto i aparat w łapę. No i proszę, dowód na to, że każdy się może znaleźć na wysokim stanowisku - wystarczy tylko chcieć :)
Człowiek zszedł z drzewa, a wrócił na slupy
To co, przerwa na energetyka? :)
Praca jak praca, hehe :)
Dzięki takim anonimowym Batmanom mamy prąd ;)
Jedno jest pewne - ciężko, żeby zabrakło tu energii do pracy. I jednocześnie dowód na to, że może i mamy ten XXI wiek, ale bez klasycznego klucza ani rusz ;)
XXI wiek, a bez zwykłego klucza ani rusz :)
Jeszcze fotka dwukołowa, z Więckowic...
Nawet pogodnie w Więckowicach
...oraz (z wczoraj) bogatka wcinająca chleb nasz powszedni.
Chleba naszego powszedniego... :)
Bogatka z kawałkiem chleba
Na koniec smętny widok. Tyle pokazują dwa liczniki z włożonymi doń działającymi bateriami.
Dwa trupy na przełomie trzech dni. Dzisiejsza Sigma to szajs nie z tej ziemi
Sigma to szajs! Najgorsze jest jednak to, że nie ma rozsądnej alternatywy i mam już zamówiony kolejny model. Może tym razem się mile zaskoczę?

Dystans zawiera dojazd do pracy.




  • DST 61.10km
  • Czas 02:26
  • VAVG 25.11km/h
  • VMAX 42.00km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 116m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przedsadystycznie :)

Poniedziałek, 12 kwietnia 2021 · dodano: 12.04.2021 | Komentarze 12

Wolny poniedziałek. Brzmi fajnie? Być może, ale punktem dnia była/będzie wizyta u dentysty (jeszcze przede mną). Chyba po tym zdaniu nagle stopniałą chęć komentarzy typu "zazdroszczę"? :)

Pogoda paskudna - wiało tak jak wczoraj, ale za to słońca nie było, do tego kilka razy zlał mnie deszcz. Słodko.

Wybrałem do jazdy Czarnucha. I słusznie, sam sobie dziękowałem za tę decyzję. A trasa to zachodni klasyk z północnymi wariacjami: Poznań - Plewiska - Skórzewo - Wysogotowo - Batorowo - Lusowo - Lusówko - Sierosław - Dąbrowa - Wysogotowo - Skórzewo - Plewiska - Poznań.

Za bardzo pisać nie ma o czym, bo jechało się koszmarnie, a sadysta powoli wzywa, od razu więc fotki. Na początek plaża w Lusowie.
Plaża nad Jeziorem Lusowskim
A z drogi doń sympatyczny dostawczak, który dał mi legalną możliwość NIE jechania tym szajsem w Lusowie....
Dziękuję parkującemu, że miałem wymówkę, żeby nie jechać tym szajsem :), Lusowo
...oraz wiatr, który zrobił własną interpretację plakatu wyborczego (w Dopiewie były wczoraj uzupełniające, po śmierci wójta) - zamiast Paweł Przepióra jest Paweł Przepić. Obietnica? :)
Wiatr zrobił własną interpretację plakatu wyborczego - zamiast Paweł Przepióra jest Paweł Przepić. Obietnica? :)
Zanim przejdę do zwierzaków, jeszcze motyw z Poznania, z granic Świerczewa i Dębca. Klasyk klasyków - jednokierunkowa droga rowerowa (druga jest część po lewej) i miłośnik jazdy pod prąd, Codziennie pouczam tam kilku takich.
Klasyk klasyków - jednokierunkowa droga rowerowa (druga jesj część po lewej) i miłośnik jazdy pod prąd, Poznań
No i czas na faunę. Potrzeszcz ładnie pozował, nawet udawał wampira...
Potrzeszcz-wampir :)
Przewiany potrzeszcz
...poniżej samotny żuraw...
Kolejny samotny żuraw
...spokojne kaczuchy z Lusowa...
Kaczki na pomoście
...oraz ledwo uchwycona kania ruda.
Kania w locie
Kania lustrująca pole
Trafiły się również znów sarenki. Zaraz przy drodze wojewódzkiej w Dąbrowie, nic sobie nierobiące z przejeżdżających aut.
Natura i cywilizacja
Kozioł sarny przed decyzją: jeść czy uciekać?
Kozioł z profilu
Poranna gimnastyka
Zaciekawiona sarna
No i na koniec scenka miłosna dwóch gołębi z Lusówka. I niech mi ktoś powie, że te ptaki są paskudne i w ogóle! :)
Zawichrowane podrywy
Łapanie za
Zaczepki i zaloty
Drapanie pod brodą :)
Przytulaski :)
Fajne, nie? :)

Potem jeszcze musiałem dostać się na Wildę, pozałatwiać kilka spraw. Wybrałem rower, wpadło więc jeszcze kilometrów, choć mam nauczkę - po raz kolejny sobie przypomniałem, że tam się nie jeździ, bo grozi to życiu i zdrowiu. No ale na szczęście udało się uratować przed glebą na śliskim torowisku...

Dobra, czas iść na rzeź :)




  • DST 53.80km
  • Czas 01:52
  • VAVG 28.82km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 140m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rzeźnicza niedziela

Niedziela, 11 kwietnia 2021 · dodano: 11.04.2021 | Komentarze 12

Jako człowiek, który rowerem przejechał już swoje, dobrze wiedziałem, że odbędzie się dzisiaj dwukołowa rzeź. Na drogi ruszą wszyscy, bo niedziela z dobrą pogodą oznacza, iż naród poczuje nieodpartą chęć odkopania jednośladu i zrobienie tych swoich pierwszych w tym roku pięciu, dziesięciu, a może nawet kilkunastu kilometrów. Oczywiście najlepiej w grupie, jadąc całą szerokością drogi, względnie z latoroślą, której najlepiej wychodzi jazda w poprzek, ewentualnie w najbardziej zatłoczonych miejscach z komórką w łapie, którą albo się cyka foty na Insta lub radośnie gaworzy przez łocapa.

Niestety się nie zawiodłem. Było dokładnie tak, jak sądziłem. Jak zwykle na początku wiosny zaczynam tęsknić za zimą :)

Oczywiście, mogłem wstać o piątej rano i ruszyć przed całym tym cyrkiem. Ale musiałem się wyspać, więc zagryzłem zęby i walczyłem z ludzką tępotą. Czasem musiałem nawet te zęby otworzyć i pouczyć niektórych, bo skończyłoby się tragedią. Z plusów - muszę przyznać, że sporo szoszonów pozdrawiało, co zapewne oznacza, że zimowi ludzie się nie poddali :)

Trasa to południowa pętelka: Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Żabinko - Żabno - Baranowo - Sasinowo - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań.

Łapy mi opadły nie tylko z powodu tłumów, ale także z powodu polskich realiów. Między Mosiną a Żabinkiem świeża wycinka, w sezonie lęgowym (!), ponownie na terenie Natura 2000, a dokładnie Ostoi Rogalińskiej. No i co z tym można zrobić? Tylko zakląć pod nosem, bo Lasy Państwowe zarządzane przez państwo śmieją nam się w pyski.
Konna wycieczka po
Ostoja Rogalińska, obszar Natura 2000, wycinka w sezonie lęgowym = Polska 2021
Poniżej dowód na to, że drwali jak widać zdolnych mamy :) Oczywiście drzewo mogło tam spaść samo, ale wszędzie dookoła straszy wycinka, więc mam swoje podejrzenie.
Prawdopodobnie robota fachowców od wycinek
Na szczęście "mój" las, na odcinku między Żabnem a Baranowem wciąż stoi. W drodze wyjątku nawet dałem swojego lajka za to, żeby tak zostało. Oczywiście w wersji nie do (a z) Poznania.
Na ukochanej leśnej ścieżce
Właściwy rowerzysta we właściwym miejscu, na nie do końca odpowiednim rowerze
Pod niebem i iglakami
Podjechałem na sprawdzony punkt do focenia ptaków, ale niestety chyba zaczyna się za niego dobierać jakaś deweloperka, bo teren wyrównany, a zwierzaków brak. Mam nadzieję, że jednak nie o to chodzi. W końcu teren wydaje się zalewowy. Niech taki zostanie :)
Punkt do wypatrywania ptaków, niestety orany, więc ptactwa brak
Minimalizm szosowy
Tereny zalewowe Warty
Zakręcająca rzeka Warta
Na szczęście nie wróciłem z niczym - udało się przyuważyć sarny w Sasinowie. Co prawda musiałem się cofnąć i ukryć na polu, ale warto było :)
Trójca mnie w końcu zauważyła
Analiza - niepokoić się czy nie?
Sarna buszująca w trawie
Sarny bawiące się w zające :)
No i niestety na dziurach w Mosinie wypiął mi się licznik. Spadł na ulicę i zdechł :/ Zanim się zorientowałem, że go nie mam, byłem kilkaset metrów dalej, więc zanim go znalazłem trochę potrwało. Ucieszyłem się, że jest cały, ale mina mi zrzedła, gdy zobaczyłem, że nie działa. W domu obejrzałem go dokładnie: wyleciał jeden ze styków w środku - temat nie do naprawienia. Kolejny nieplanowany wydatek mnie czeka :/

Aha, miałem jeszcze napisać o dzisiejszym wietrze. Ale... chyba się powstrzymam :)




  • DST 51.00km
  • Czas 01:52
  • VAVG 27.32km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 143m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na brodato

Sobota, 10 kwietnia 2021 · dodano: 10.04.2021 | Komentarze 14

Dzisiaj zaspałem. Skończyło się to po pierwsze tym, że zmokłem, a po drugie, że ledwo zdążyłem do roboty. Bo sobotę miałem pracującą, niestety.

Skoro zaspałem, to żeby się wyrobić musiałem się też zasapać. Gdy wyruszałem, pogoda jeszcze była w miarę w miarę, ale na piętnastym kilometrze zaczęło kropić i nie odpuściło do samego końca, nawet wręcz zamieniając się w regularny deszcz. Miałem nawet myśli o wcześniejszym powrocie, jednak wytrzymałem, z czego jestem dumny niczym paw. Taki puszczony po solidnej imprezie :)

Trasa: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Komorniki - Plewiska - Gołuski - Palędzie (nawrotka na zamkniętych rogatkach) - Gołuski - Plewiska - Poznań.

Trochę skróciłem dystans, bo inaczej bym się nie wyrobił, więc najpierw pojechałem do domu się ogarnąć, a potem dobiłem do pięciu dych trasą do centrum.

Było paskudnie i wietrznie. Już nie tak jak wczoraj, ale za to zmienił się kierunek podmuchów z południowego na północny, dokładnie kiedy wracałem, więc nie tylko musiałem uważać na kałuże, ale też walczyć z mordewindem.

W Palędziu trafił mi się pierwszy w tym roku bocian. I to jaki! Z brodą :) Widocznie długo leciał, po drodze barberzy polockdownowani, znajomości nie miał i proszę :) Fotka niewyraźna, bo mi zaparowało od deszczu.
Bocian z brodą :)
Pierwszy tegoroczny, lekko zdegustowany warunkami :)
Tamże wykonałem fotę artystyczną, którą nazwałem "uwaga, maluchy" :)
Uwaga, maluchy :)
Były jeszcze i niewyraźne sarenki. Najpierw w resztkach słońca...
Sarenki jeszcze przy resztkach słońca...a potem już kryjące się przed deszczem.
Sarny kryjące się przed opadami
No i obowiązkowa fotka z rowerem.
Chwila przed opadami
Gdzieś tutaj zaczęło mocniej kropić.

Generalnie zawsze mogło być gorzej. Rower usyfiony, ale jedyny słuszny dystans wykonany :)




  • DST 56.70km
  • Czas 02:01
  • VAVG 28.12km/h
  • VMAX 51.60km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 175m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z podzikowaniem :)

Piątek, 9 kwietnia 2021 · dodano: 09.04.2021 | Komentarze 14

No, w końcu mogłem dzisiaj posadzić cztery litery na szosie. Jak ja za tym tęskniłem! Fajnie co jakiś czas pojeździć po bagnach czy potaplać w błocku, ale jednak co twardy asfalt to twardy asfalt.

Wyjazd przed pracą, w stanie jak zwykle niewyspania kompletnego. Cieszyło, nawet bardzo, piękne słońce, co jednak nie oznacza, że było przyjemnie. Bowiem wciąż masakrycznie wiało, a temperatura była daleka od kwietniowego optimum. Postanowiłem więc nie walczyć, tylko spokojnie robić swoje bez szaleństw.

Trasa to dawno niezaliczane "kondominium": Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Kriosinko - Dymaczewo - Łódź - Witobel - Stęszew - Dębienko - Trzebaw - Rosnówko - Szreniawa - Komorniki - Poznań.
Słoneczny (w końcu!) widok na WPN
Będę w Góglu :) I to pewnie kilka razy, bo ich auto najpierw czekało na podporządkowanej, potem mnie wyprzedziło, a w końcu i ja je minąłem na światłach. Ciekawe zapewne będzie ujęcie z telefonem w łapie, gdy cykam mu zdjęcie :)
Będę w Góglu :)
Ze zwierzakami skromnie. Żurawie, w tym jeden na tle kibla...
Żuraw i kibel
Żuraw brodzący
Zbliżenie na żurawia
Od kupra strony
...oraz łabędź polno-podleśny.
Łabędź polno-podleśny
Skubany, a w sumie to skubiący, łabędź
Po powrocie szybkie ogarnięcie się i do pracy.

A wczoraj podczas spaceru z psem po Dębinie spotkałem dobrych znajomych. Generalnie w miejscach, gdzie najczęściej przebywają, biorę Kropę na smycz, ale i tak już się do naszej dębieckiej parki się przyzwyczaiła. Mogłem więc spokojnie porobić kilka ujęć.
Dogłębna lustracja autorstwa dzika :)
Marchewkowy uśmiech dzika :)
Jakaś marchewa wlazła między zęby :)
Jak widać leśniczy (prawdopodobnie) wysypał im marchew, więc Dzikowscy zajęci byli najważniejszą rzeczą w życiu - jedzeniem:) Jedna pani w panice zaczęła się cofać, ale uspokoiłem, że z daleka można je swobodnie podziwiać, byle ich nie prowokować, nie przychodzić do lasu z pachnącym żarciem (tak jak niedawno paniusie z popcornem, przez co najadły się, ale strachu, co był najmniejszym rodzajem kary) i dać im po prostu żyć. Podziałało, a młody człowiek miał genialną lekcję przyrody.
Grunt to spokój. Pani została uspokojona, że to
To spotkanie zmotywowało mnie do zmontowania kilku momentów z tego roku. kiedy miałem okazję spojrzeć dzikom oczy w oczy. Oto krótkie podsumowanie:




  • DST 54.60km
  • Czas 02:11
  • VAVG 25.01km/h
  • VMAX 41.00km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 148m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Misja "Trzcielińskie Bagno" (nieudana)

Czwartek, 8 kwietnia 2021 · dodano: 08.04.2021 | Komentarze 15

Dzisiejszy wypad to moja osobista porażka. A miało być tak pięknie :)

Dzionek wolny, więc po pierwsze w końcu odespałem, co było bardzo fajne. Gorzej z pogodą, która wciąż trzyma poziom szanującego się przełomu listopada z grudniem. Padało, wiało, było zimno – jedna wielka masakra.

Ale postanowiłem w końcu zrealizować mały planik, który łaził mi po głowie od jakiegoś czasu. Bowiem ile razy przejeżdżałem szosą przez okolice Trzcielina, marzyło mi się na chwilę mieć przy sobie drugi rower, żeby skręcić w bruk, pole i syf, żeby dotrzeć do położonego w tych okolicach obszaru ochrony ścisłej Trzcielińskie Bagno. Kompletnie nieznane, z kilkoma gatunkami rzadkich ptaków. Czyli super sprawa.

Jako że warunki na jazdę na wąskich kołach były średnie, znów postanowiłem wsiąść na Czarnucha i w końcu nawiedzić wyżej wymienione miejsce. No i ruszyłem, z Poznania przez Plewiska, Gołuski, Palędzie, Dopiewiec i Konarzewo do Trzcielina. O samej jeździe nawet nie chcę pamiętać, bo to był pełznący młynek w tempie ślimaczym. Jednym słowem tragedia. Ale był cel, trzeba było zrealizować.

Z grubsza wiedziałem, gdzie się kierować, jednak musiałem wspomóc się nawigacją. Ta, jak się okazało, spieprzyła mi cały zamysł, kierując faktycznie na miejsce, ale – pisząc dosłownie – od dupy strony. Znalazłem się bowiem w sumie tam, gdzie powinienem, lecz w okolicy, w której nie widać było dosłownie nic. Nawet wlazłem na jedną z ambon (na szczęście ta była zamknięta)…
Jedna z wielu ambon, ta na szczęście zamknięta, Trzcielińskie Bagno
...wypatrzyłem to, czego szukałem za drzewami…
Niestety, widok na Trzcielińskie Bagno tylko taki :/
Tablica informacyjna, Trzcielińskie Bagno
...ale dostać już tam się nie dało. Chodziło mi bowiem o wieżę widokową, która GDZIEŚ tam mi zamigotała. Raz idąc, raz jadąc, poruszałem się po lesie jak pijany w poszukiwaniu otwartego nocnego i… kicha. Google Maps nie chciał mnie kierować, a dopiero w domu zobaczyłem, że od początku jechałem źle – powinienem skręcić w pola i las nie w Trzcielinie, a za inną wsią – Joanką. Cóż, będę mądrzejszy na przyszłość. I chyba już kolejny wypad jednak będzie bez roweru, bo dreptania było tam więcej niż kręcenia. Oto jakie widziałem atrakcje:
Dalej nie ryzykowałem, a i tak mi prawie buta zjadło :), Trzcielińskie Bagno
Trzcielińskie Bagno w pełnej krasie
Fotka na szybko, zanim zacząl się zapadać :), Trzcielińskie Bagno
Tu się prawie utopiłem :), Trzcielińskie Bagno
W poszukiwaniu zaginionego roweru, Trzcielińskie Bagno
Jeszcze dzika dzikość, Trzcielińskie Bagno
Przejazdu zdecydowanie brak, Trzcielińskie Bagno
Jedno się potwierdza - nazwa nie wprowadzała w błąd :) Naprawdę się nie poddawałem, próbowałem przedrzeć przez te mokradła, ale gdy w pewnym momencie zaczęło mi wsysać buta, zdezerterowałem :) Pokręciłem się jeszcze po okolicznych leśnych drogach, jednak okazały się ślepe - finalnie wylądowałem gdzieś w polu.
Leśna droga, Trzcielińskie Bagno
Przy drodze na Trzcielińskie Bagno
Krzywe drzewa, Trzcielińskie Bagno
Łąka między bagnami, Trzcielińskie Bagno
Generalnie porażka. Ale przynajmniej próbowałem. Miałem smaka na foty ptactwa, a tymczasem to ja byłem obserwowany przez jedną jedyną Sikorę Mroku :) Aż mnie ciary przeszły.
Sikora Mroku :)
Aha, no i nieopodal na polach, dość daleko, widziałem samotnego koziołka (trzy sarny uciekły mi zresztą spod nosa na bagnach)...
Samotny koziołek
...i dwa żurawie...
Wędrujące żurawie
...jednak nie na to liczyłem. Raz co prawda przeleciał mi nad głową jakiś drapieżnik (chyba nawet błotniak stawowy), ale gałęzie nie dawały szans na zrobienie zdjęcia. A żeby było jeszcze bardziej depresyjnie, oto obszar Natura 2000 w wersji Polska 2021 :/
Obszar ochrony ścisłej... Taaa, przecież to Polska :/
W poszukiwaniu szlaku trafiła się wycinka :/, Trzcielińskie Bagno
Natura 2000. wersja PL 2021
Gnoje...

Był jeden jedyny plus - wiatr w plecy podczas powrotu (Lisówki - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań). Choć też bez jakiegoś cudu. Aha, do tego padał jeszcze deszcz. Oraz śnieg. Miodzio :)




  • DST 52.30km
  • Czas 02:05
  • VAVG 25.10km/h
  • VMAX 50.00km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 131m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Takiego wała

Środa, 7 kwietnia 2021 · dodano: 07.04.2021 | Komentarze 10

Dzisiaj miałem nawet okazję się wyspać, bo formalnie nic mi nie przeszkadzało. Ale widocznie zbyt komfortowe warunki to coś dziwnego dla mojego organizmu, bowiem w zamian co jakiś czas się budziłem. No nie ma lekko :)

Wyjazd więc znów na levelu "zombie". Do tego za oknem samochody jeszcze świeciły bielą po nocnych opadach śniegu, było cholernie zimno, no i wciąż wiało koszmarnie. Wybór padł więc znów na rower od mokrej roboty, czyli Czarnucha.

Trasa najprostsza jak to możliwe, z Poznania przez Luboń, Łęczycę, Puszczykowo, Mosinę, Krosinko i Dymaczewo Stare do Bolesławca, gdzie nastąpiła nawrotka.

Jako że pogoda robi nas w wała, ja też, korzystając z okazji, wybrałem wał. A w sumie wałek, wzdłuż Kanału Mosińskiego.
Takiego wała z tym wiatrem!
Prowadzi on do zapory, jak na taki mały ciek, całkiem konkretnej. Nawet udało mi się na niego zerknąć z dołu - bo był zakaz wchodzenia, ale nie jazdy :)
Był zakaz wstępu, ale nie zakaz wjazdu :)
Zapora na Kanale Mosińskim
Zdegustowany aurą był nawet myszołów. Nie dziwię mu się.
Nawet myszołów ma dość takiej wiosny
Jednak najważniejsze, że rozwiązała się zagadka, która nurtowała mnie od jakiegoś czasu. Daniele z Bolesławca wciąż są! :) Widocznie albo miałem pecha co do momentu, gdy tam bywałem, albo po prostu ktoś stwierdził, że nie ma sumienia ich wypuszczać na taką zimnicę. Dzisiaj więc udało się uwiecznić całe solidne stado.
Prawie całe stado
Trzy samce w dobrej komitywie
Stadko danieli
Co najważniejsze, pojawiło się sporo młodzieży.
Drapanko :)
Młódź wśród danieli
Tu trzy normalne, a jedno z autyzmem :)
Trzy młode daniele zaciekawione, jeden z autyzmem ;)
Widoczne tu poruszenie wywołał... kot.
Chyba widzieliśmy kotka! :)
Zacnie prezentował się również albinos.
Daniel-albinos
Miło było je zobaczyć. Tak samo jak królika :)
Zmarznięty króliczek
Szkoda, że światło do zdjęć żadne. No ale mogło być gorszej, W sumie było, bo wracałem w lekkim śniegu, przez który nawet nie pojechałem rowerem do pracy, dystans więc dzisiaj nieco krótszy.




  • DST 61.70km
  • Czas 02:28
  • VAVG 25.01km/h
  • VMAX 51.10km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 135m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ambonalnie

Wtorek, 6 kwietnia 2021 · dodano: 06.04.2021 | Komentarze 18

Mam wrażenie, że jakieś niecne siły się zmówiły, żebym w tym tygodniu wyspać się nie mógł. Święta to wiadomo, ciągle coś, dzisiaj za to zadziałał czynnik czworonożny. Bowiem wczoraj zaaplikowaliśmy Kropie zapobiegawczo tabletki odrobaczające, które zadziałały z opóźnionym zapłonem i o czwartej rano miałem niezwykłą okazję do podziwiania trawki na Dębcu. Oraz transportowania czegoś średnio pachnącego do kosza na psie odchody :)

Tak więc pobudka kilka godzin później była ciężka, tak samo jak uświadomienie sobie, że za oknem jest niewiele powyżej zera. Spoko, w lutym bym się cieszył z takich wartości, ale w kwietniu to jednak bym poprosił o to moje wymarzone plus piętnaście, a może nawet plus osiemnaście...

Do tego z zachodu zaczęły nadlatywać szare chmury. Pogodynki zapowiadały deszcze, więc zapobiegliwie wybrałem do jazdy Czarnucha. Miało to jeszcze jeden plus - wiało tak mocno, że tylko bym się wkurzał, że kręcę i kręcę, a średnia żałosna. A tak? Młynkiem, młynkiem, spokojnie, bezstresowo, do przodu, bez specjalnego patrzenia na licznik.

Trasa znów polna: Poznań - Plewiska - Gołuski - Palędzie - Dopiewiec - Konarzewo - Trzcielin - Lisówki - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.

Finalnie (na szczęście) z opadów nici, wręcz przeciwnie - wyszło piękne słońce. A ja skorzystałem z okazji, że mam pod tyłkiem ciężki sprzęt i zacząłem głębiej eksplorować okolice Lisówek. Niestety tylko przez chwilę, bo i tak byłem do tyłu z czasem. Znalazłem jednak raj dla grubych mend zwanych myśliwymi, czyli ambonę - typowo polski element sielksiego krajobrazu.
Gdyby nie to, że było blisko zera, to wizualnie faktycznie wiosna :)
Tak żeby grubasy mogły łatwiej mordować :/
Przy ambonie, Lisówki
Oczywiście nie mogłem się nie wdrapać :) A w środku normalnie Bizancjum, wszystko wyściełane, fiu fiu. Tylko pety nie pasowały, choć zabrakło mi walających się flaszek.
Wnętrze ambony niemal takie jak tej kościelnej :)
Widoczek sympatyczny. Takie wielkopolskie milusie łysiny :)
Widok z okna ambony, Lisówki
O sam las jedynie zahaczyłem kołem.
W lesie w okolicach Lisówek
Trzeba się tu kiedyś faktycznie wybrać na dłużej nie szosą. Ale do tego potrzebuję wolnego dnia.

Jakieś tam zwierzaki w pośpiechu cyknąłem po drodze. Zaspane bardziej ode mnie sarenki...
Obserwujący mnie koziołek
Ziewająca sarenka
...tutaj do wyboru, zamiast pyrek :)
Pyry albo sarenki - wybór należy do Ciebie :)
Jak zwykle wysoko na niebie latał myszołów.
Kołujący myszołów
Jednak najciekawiej było przy autostradzie. Jak zwykle bowiem czyhają tam sępy, takie rodzime :) Czyli kolejny myszołów, który oczywiście mi uciekł zanim wyjąłem aparat, udało się więc jedynie uchwycić niewyraźnie jego odlot - na dość ciekawym tle... pędzącego tira :)
Wznoszący się myszołów na tle tira przy autostradzie
A po drugiej stronie wypatrzyłem pliszkę siwą. Co ona tu robiła? Nie mam zielonego, a nawet biało-czarnego pojęcia :)
Pliszka siwa relaksująca się przy A2 :)
W domu nastąpiło szybkie ogarnięcie się i do pracy. Rowerem.




  • DST 54.10km
  • Czas 02:00
  • VAVG 27.05km/h
  • VMAX 51.60km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 184m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na sucho-mokro

Poniedziałek, 5 kwietnia 2021 · dodano: 05.04.2021 | Komentarze 19

Znów się nie wyspałem. Ale tym razem winna była tylko i wyłącznie pogoda, która miała się skopać maksymalnie w okolicach południa. Uprzedzając fakty – prognoza się wyjątkowo sprawdziła. I to jak!

Wyjazd rowerowy nastąpił o 9:30, gdy jeszcze było sucho. Ale za to jak wiało! Fiu, fiu… Napiszę tylko, że w połowie trasy miałem średnią gdzieś na poziomie 24 km/h, co jak na szosę jest wynikiem naprawdę zacnym. Dla stulatka :) Oj, ciężko było, podczas powrotu zdecydowanie lepiej, choć o dziwo bez cudów, bo kopało podmuchami dość często z boku. Cały wypad więc wyszedł/wyjechał poniżej krytyki.

Trasa to ”odwrotne kondominium”: Poznań – Luboń – Komorniki – Szreniawa – Rosnówko – Trzebaw – Dębienko – Stęszew – Witobel – Łódź – Dymaczewo – Krosinko – Mosina – Puszczykowo – Łęczyca – Luboń – Poznań.

Jak zwykle asfaltowy odcinek DDR-ki wzdłuż WPN-u z musu (zakaz) zaliczyłem…
Wietrznie, ale z klasycznym widokiem na WPN
...ale wciąż mi jakoś nie po drodze z bublem na styku Stęszewa z Witoblem. To znaczy po drodze, tej zwykłej :) O dziwo dzisiaj obyło się bez klaksonów, zapewne dzięki małemu ruchowi.
Ciągle mi z tym badziewiem nie po drodze. To znaczy po drodze, tej zwykłej :), Witobel
W samym Stęszewie w końcu udało mi się zatrzymać i uwiecznić ciekawą chatę, z taką typową zabudową tych okolic. Być może bamberską, ale pewności nie mam.
Typowa zabudowa w Stęszewie
O dziwo w ptactwo dziś obrodziło, choć takie średnio oryginalne. Hamowania więc było sporo. Przede wszystkim żurawie…
Zawiany żuraw
Żurawia wędrówka ku sobie
...kruk…
Kruk z brudnym dziobem
...ledwo widoczna dzierlatka…
Ledwo widoczna dzierlatka
...potrzeszcz…
Potrzeszczyk
...oraz gęgawy.
Dwie gęgawy
Gęgawa z boczku
A z daleka przyuważyłem jeszcze sarenki.
Polny klimacik w okolicach Dymaczewa
Generalnie warto było wstać wcześnie, bo jakieś pół godziny po powrocie lunęło. Najpierw nieśmiało, a potem już konkretnie. A po południu nawet zdarzyła się śnieżyca. W sumie lepsze to niż jakiś debilny śmigus-dyngus ludzkiego autorstwa :) Tylko spacer w deszczu był dość upierdliwy, ale z jednym wielkim plusem – lasem bez tłumów. Uwielbiam :)
Na spacerze też nie było lekko :)
Najgorzej ze zdjęciami, bo obiektyw mi albo parował, albo był zalewany. Jednak kilka kurdupli udało się uchwycić, niestety jakość jest… opadowa :)

Oto wściekłe gągoły…
Wściekłe gągoły :)
...zięba…
Zmokła zięba z jakimś jedzeniem w dziobie
...rudzik…
Rudzik, czyli kolejny zmoknięty kurdupel
Rudzik konsumuje kulruralnie, bo na stole :)
...kowalik…
Kowalik chowający się przed kroplami
...oraz sikora uboga.
Sikora uboga
Na koniec drzewolud ze śmieszki w Łęczycy. Fajny, no nie? Niestety, idzie do wycinki. Polska :/
Drzewo patrzy przerażone, bo jest oznaczone do wycinki :/
Kolejne dni mają być rzeźnicze pogodowo. Chyba całkiem realna jest przerwa od rowerowania. Za to powrót do roboty jest pewny. Wrrr.