Dzisiejszy wypad to
moja osobista porażka. A miało być tak pięknie :)
Dzionek wolny, więc
po pierwsze w końcu odespałem, co było bardzo fajne. Gorzej z
pogodą, która wciąż trzyma poziom szanującego się przełomu
listopada z grudniem. Padało, wiało, było zimno – jedna wielka
masakra.
Ale postanowiłem w
końcu zrealizować mały planik, który łaził mi po głowie od
jakiegoś czasu. Bowiem ile razy przejeżdżałem szosą przez
okolice Trzcielina, marzyło mi się na chwilę mieć przy sobie
drugi rower, żeby skręcić w bruk, pole i syf, żeby dotrzeć do
położonego w tych okolicach obszaru ochrony ścisłej Trzcielińskie
Bagno. Kompletnie nieznane, z kilkoma gatunkami rzadkich ptaków.
Czyli super sprawa.
Jako że warunki na
jazdę na wąskich kołach były średnie, znów postanowiłem wsiąść
na Czarnucha i w końcu nawiedzić wyżej wymienione miejsce. No i
ruszyłem, z Poznania przez Plewiska, Gołuski, Palędzie, Dopiewiec
i Konarzewo do Trzcielina. O samej jeździe nawet nie chcę pamiętać,
bo to był pełznący młynek w tempie ślimaczym. Jednym słowem
tragedia. Ale był cel, trzeba było zrealizować.
Z grubsza
wiedziałem, gdzie się kierować, jednak musiałem wspomóc się
nawigacją. Ta, jak się okazało, spieprzyła mi cały zamysł,
kierując faktycznie na miejsce, ale – pisząc dosłownie – od
dupy strony. Znalazłem się bowiem w sumie tam, gdzie powinienem,
lecz w okolicy, w której nie widać było dosłownie nic. Nawet
wlazłem na jedną z ambon (na szczęście ta była zamknięta)… ...wypatrzyłem to,
czego szukałem za drzewami… ...ale dostać już
tam się nie dało. Chodziło mi bowiem o wieżę widokową, która
GDZIEŚ tam mi zamigotała. Raz idąc, raz jadąc, poruszałem się
po lesie jak pijany w poszukiwaniu otwartego nocnego i… kicha.
Google Maps nie chciał mnie kierować, a dopiero w domu zobaczyłem,
że od początku jechałem źle – powinienem skręcić w pola i las
nie w Trzcielinie, a za inną wsią – Joanką. Cóż, będę
mądrzejszy na przyszłość.
I chyba już kolejny wypad jednak będzie bez roweru, bo dreptania było tam więcej niż kręcenia. Oto jakie widziałem atrakcje: Jedno się potwierdza - nazwa nie wprowadzała w błąd :) Naprawdę się nie poddawałem, próbowałem przedrzeć przez te mokradła, ale gdy w pewnym momencie zaczęło mi wsysać buta, zdezerterowałem :) Pokręciłem się jeszcze po okolicznych leśnych drogach, jednak okazały się ślepe - finalnie wylądowałem gdzieś w polu. Generalnie porażka. Ale przynajmniej próbowałem. Miałem smaka na foty ptactwa, a tymczasem to ja byłem obserwowany przez jedną jedyną Sikorę Mroku :) Aż mnie ciary przeszły. Aha, no i nieopodal na polach, dość daleko, widziałem samotnego koziołka (trzy sarny uciekły mi zresztą spod nosa na bagnach)... ...i dwa żurawie... ...jednak nie na to liczyłem. Raz co prawda przeleciał mi nad głową jakiś drapieżnik (chyba nawet błotniak stawowy), ale gałęzie nie dawały szans na zrobienie zdjęcia. A żeby było jeszcze bardziej depresyjnie, oto obszar Natura 2000 w wersji Polska 2021 :/ Gnoje...
Był jeden jedyny plus - wiatr w plecy podczas powrotu (Lisówki - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań). Choć też bez jakiegoś cudu. Aha, do tego padał jeszcze deszcz. Oraz śnieg. Miodzio :)
Komentarze (15)
Jedno jest pewne - tego nowego długo nie zapomnę, a buty szoruję do dziś, bo pralka nie dała rady :) Z wiatrem też różowo nie było :)
Ale co pojechałeś, to Twoje :D Nowe miejsce, zmiana percepcji, sikor-wampir i próba sprawdzania, czy to prawda z tym wciąganiem, no i wiatr Ci dziś sprzyjał - same plusy dodatnie :)
Roadrunner - ptaszory są różne, ale sikory mogą Ci spojrzeć prosto w oczy, jak widać :)
JPbike - dzięki :) Ja mam tak, że uwielbiam po lesie chodzić, wtedy wiem, że nic mi nie umknie, trafi się jakieś fajne zdjęcie, czasem zwierzak. Na rowerze to umyka, dlatego jestem miłośnikiem swoistego miksu - rower na szosie, spacer na nogach. Kompromis idealny, choć czasochłonny :) Ale miewam dni jak ten, że mi się zachciało w teren, choć skończyło się to średnio. Zapomniałem napisać, że skarpetki musiałem wyrzucić, bo oblazł mnie jakiś oset, którego nie mogłem wyskrobać :) Jedź, pewnie, przynajmniej będę wiedział gdzie :) Choć nie powiem, myślałem, że będę pierwszy, nie wyszło :)
No nieźle, jak na Twoje zamiłowanie do szosy - takie początki wypadu na góralu w bagno nazywamy wyrypą. Mi niemało razy coś podobnego się zdarzało i zdarza. To czy się podoba czy nie - kwestia charakteru. Ja mam taki że nawet jak wygram w lotto to dalej będę kręcił w krzakach :)
Hmm, tam jest wieża widokowa? Leciutko kojarzę, nawet wiem jak dojechać - pozwolisz mi czy mam poczekać aż sfocisz ją pierwszy? :)
Lapec - jedyny plus, że ambony nie da się otworzyć, bo się zaklinowała :) Prawie bym wracał z jednym butem, ale w porę udało mi się uciec przed "ślurp"... :)
Kolzwer - dzięki wielkie za tę mapę. Tak, to chyba ta wieża. Widzę, że nie miałem szansy do niej się dostać, chyba że jako topielec :) Będę musiał kiedyś zrobić drugie podejście, ale na razie mam dość :)
Marecki - to fakt, ale ten mój aparat już i tak jest na końcówce życia, powoli będę musiał wybierać: albo nowa szosa, albo następca foto :)
W lesie na małych krzaczkach widac nieśmiało rozwijającą się wiosnę, poza tym wciąz słabo to wygląda.. Ja chyba Tomek trochę przystopuje z fotami zwierzaków, jeśli nie będzie to ujęcie pewne, bo jednak takie strzelanie z automatu szybko dobija matrycę w aparacie :)
Z eksploracją nieznanych terenów bywa, że od razu nie trafia się w założone miejsce. Sam często po takim rekonesansie, wiedząc już gdzie da się przejść, jaka jest widoczność wracam w dane miejsce dla zdobycia lepszych ujęć ;) Obszar Natura 2000 i taka wycinka, coś tu nie gra, albo komuś sporo wpadło do kieszeni. Przy planowaniu tras w terenie polecam mapy OSM, są bardzo szczegółowe, sporo obiektów jest tam zaznaczonych i co ważne po pobraniu aplikacji działają offline, tu zapewne jest poszukiwana wieża: https://www.openstreetmap.org/query?lat=52.30654&lon=16.66304#map=15/52.3064/16.6626
Luboń bez KKK Rycerza żałośnie pozbawiony jedynej atrakcji nic dziwnego że nawet bagna wyżej w rankingu, zwłaszcza że i dziadygi na drodze do Mosiny już od dawna nie uświadczysz. Degrengolada, zgroza i upadek.
No, ale będzie co opowiadać na długie lata - nie tam żaden glut po Luboniu (z całym szacunkiem!), tylko porządna, pięćdziesięciokilometrowa męka wszelkiego sortu z Mroczną Wisienką na Chaszczu :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"