Dodając po południu wpis z wypadu szosą, byłem pewien, że to koniec na dziś. A tu proszę - udało się ogarnąć codzienność o wiele szybciej, niż myślałem, do tego dostałem od niej możliwości wypełnienia czymś półtorej godzinki wolnego, więc...
No właśnie :) Kropa już została "rozplanowana", a mi zachciało się lasu. Na dwóch kółkach. Więc Wielkopolski Park Narodowy i najlepszy z najlepszych Nadwarciański Szlak Rowerowy był oczywistą oczywistością. Wykonany na odcinku z Poznania przez Luboń, gdzie skręciłem w okolice Kaczych (czy tam Żabich) Dołów, następnie piachami, korzeniami i singielkami do Puszczykowa (wysokość ośrodka wypoczynkowego), gdzie spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że jestem już spóźniony, czyli nastąpiła nawrotka, z grubsza swoimi śladami, choć z zaliczeniem gównianej śmieszki na Armii Poznań. Ten odcinek był najcięższy :)
Tym samym wpadło jeszcze lekko ponad 26 kilometrów, z czego jakieś 18-19 w terenie, i to niełatwym, bo piachy plus korzenie to elementy rozpoznawcze NSR-u. Bawiłem się świetnie, łapałem ostatnie chwile fajnej jesieni, do tego przyroda powodowała, że ryj mi się sam uśmiechał. W związku z tym wpis dodaję jako osobny, nawet mimo faktu, że średnia jest - jak to w terenie - koszmarna. W dupie mieć średnią! :) Relive TUTAJ.
Komentarze (16)
Chodziło mi o teorię w Twoim pojmowaniu Wielkopolski, a nie doznania z lubuskiego... :)
A Ty jak zwykle ekspert od teorii :) Przyjedź tu kiedyś latem lub suchą jesienią, zobaczysz, o czym piszę. No ale zapewne wolisz - tak jak o wiatrach na wielkopolskich pustyniach - oceniać nigdy po nich nie kręcąc :)
Lapec - oj, nie byłbym taki pewny. Chyba że tam każdy jeździ na pancernych oponach, mając takie śmieszki :)
Ania - no fakt, rzut beretem do lepszego świata. Dlatego właśnie już nie wyobrażam sobie lepszego miejsca do życia w Poznaniu niż Dębiec - na Dębinkę mam niecały kilometr, do WPN-u w linii prostej ze cztery, może pięć... :)
Evita - człowiek zszoszony ma trochę inną perspektywę :) Powoli dojrzewam do leśnego człapania, tu w ramach małej matury nawet wróciłem tą samą drogą, a nie asfaltem :)
Lapec - mam pomysł: weź kiedyś urlop i go w ostatniej chwili wycofaj. Może to zadziała? :) Stojaka chyba nic nie ruszy, choć na trasie widziałem kilka innych, już powalonych :( Chorzów mogę przyjąć na klatę, gorzej pewnie by było z Tychami :)
Huann - nie, już za późno. Błędy BS-owej młodości, gdy sporo kręciłem "po gruncie" i tego nie wpisywałem, wychodzą na starość. Bo jak by to wyglądało: "ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Od listopada 2013 przejechałem 105467.70 kilometrów, w tym 19 w terenie"? :) A co do jesieni - trzymam mocno kciuki!
Najwyższa pora oficjalnie zacząć odnotowywać km-y przejechane w terenie! A ciepła jesień ma znów wkrótce zawitać, więc to jeszcze nie jest jej absolutne finito :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"