Dożynkowo rozpoznawczo oraz dokrętka Nadwarciańska
Najpierw jednak o warunkach. Tu nie będzie zaskoczenia - wiało :) Mocno, tak jak wczoraj, i tak samo średnio przewidywalnie. No ale w zamian temperatura była całkiem, całkiem, więc... niech będzie. A o tym, że nie ściemniam, niech ponownie poświadczy dzisiejszy fałmaks.
Szosowa trasa: Poznań - Luboń - Łęczyca - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Dąbrówka - Plewiska - Poznań. Relive TUTAJ.

W Dopiewie zatrzymałem się na chwilę, bo zauważyłem jakąś akcję przy dożynce. Sądziłem, że jest demontowana, więc zapytałem osoby przy niej coś robiące, czy zdążę jeszcze cyknąć zdjęcie. Okazało się, że się pomyliłem, bo właśnie byłem świadkiem powstawania, a nie rozbiórki dzieła. Przy okazji napomknąłem, że mam już sporą kolekcję fotek dożynkowych, na co sympatyczny pan stwierdził: "aaaa, to pan jest tym, który umieszcza je na rowerowym blogu?". No proszę, miło mi się zrobiło (a i się lekko zdziwiłem), że te moje wypociny docierają gdzieś dalej. Chyba że to jednak nie ja, a jeszcze ktoś ma podobną do mnie fiksację :) W każdym razie po uściśnięciu dłoni wspomniałem o chyba najlepiej pamiętanych przeze mnie minionkach, bo choć Dopiewo ma koszmarne śmieszki rowerowe, to za dożynki należy się wielki szacun. Będę musiał obowiązkowo tu jeszcze raz podjechać, jak będzie już całkowicie dokończona tegoroczna - póki co poznałem twórców :) Choć powstawanie na zdjęciach momentami wyglądało... specyficznie, szczególnie w czasach RODO, więc bez wklejania danych wrażliwych, co lekko może zmienić perspektywę (tu pan montował chyba głośnik) :)



Już widać, że ponownie będzie godnie :)
Samego szosowania wyszło nieco ponad 52 kilometry i na tym miało się skończyć. Ale dostałem miły telefon z informacją, że w sumie to dziś mam wolne (cuda się zdarzają), więc na spontanie postanowiłem dobrze wykorzystać jeszcze godzinkę i pokręcić Nadwarciańskim Szlakiem Rowerowym. Wczoraj oceniłem warunki na nim (przyzwoite, choć piachu jak zwykle sporo). Wpadło więc kolejne 28 kilosów, w większości oczywiście w terenie, na trasie z Dębca przez lubońskie Kacze, czy tam Żabie Doły, potem lasem do Puszczykowa, skąd - o dziwo z wiatrem - do domu.
Chciałem temu poświęcić osobny wpis, ale na ósmym kilometrze, na jednym z mostków, wiatr przewrócił mi rower, a przy okazji wypadł licznik, który się zresetował (łącznie z ustawieniami, których nie chciało mi się uzupełniać, więc całkowicie wypiąłem). Dystans szacuję według Endomondo, średniej stamtąd nawet nie próbuję ufać, bo jak wiadomo autopauza to coś, co w tej apce najczęściej nie działa. Podpinam więc pod całość.
Kila fotek...







...w tym hit, czyli polska specjalność - zakaz jazdy rowerem. Tym razem w... środku lasu. Nie skorzystałem z sugestii :)

No i wpadła jeszcze jedna dożynka - z Łęczycy :)


Relive z NSR-u TUTAJ. W końcu jakiś taki bardziej zielony i zakręcony niż zazwyczaj :)
Oczywiście pies też miał spacer, więc dzionek uznaję za całkiem aktywny :)









