Nieglut maltańsko-ślimaczy
Ale gdy już ogarnąłem psa i nawiedziłem piekarnię, stwierdziłem organoleptycznie, że w sumie już "tylko" pada i od biedy jechać się da. Od dużej biedy, takiej jak przez "osiem ostatnich lat" przed zapanowaniem nam na ziemi (tej ziemi) rządów jedynie słusznej partii jednego wodza :)
No to ruszyłem, od razu z zamiarem wykonania zaledwie gluta, bo było już po dziewiątej, a ja wczesnym popołudniem musiałem się stawić w pracy. Jako sprzęt wybrałem oczywiście Czarnucha, bo... Wystarczy spojrzeć, jak się nazywa :)
Początkowo było nawet lepiej niż się spodziewałem - na chwilę nawet pojawił się element bezopadowy, jednak szybko wszystko wróciło na z góry ustalone pozycje. Czyli mokre.
Na południowo-zachodnim odcinku Wartostrady, jak zwykle przy takiej aurze, musiałem poruszać się wężykiem, żeby nie zrobić ślimaczej rzezi. Chyba obyło się bez ofiar, a ja nawet na chwilę zniżyłem się do odpowiedniego poziomu :)

Pomysłu na kierunek nie miałem, skierowałem się więc klasycznie na Maltę, bo mimo soboty coś mi się wydawało, że tłumów tam nie zastanę :) I faktycznie, było praktycznie pusto, więc wykonałem dwa okrążenia tego jeziora - jedno wolniejsze, nastawione na zrobienie kilku zdjęć, drugie już z większym przytupem.


Licznik dawał radę, bo to jakaś tanizna z Martes Sport, w której wodoszczelność polega na tym, że telefon nie pada od kilku kropel, jak w przypadku Sigmy :)

Udało mi się w końcu "upolować" Maltankę, genialną kolejkę wąskotorową jeżdżącą na trasie do ZOO i z powrotem, z przystankami typu "Balbinka" czy "Ptyś" :) Dodam, że porusza się ona z prędkością jakichś kilkunastu kilometrów na godzinę, co bodajże dwa lata temu nie przeszkodziło we wjechaniu pewnemu kierowcy BMW (a jak!) pod jej koła :)

Z obrazków znanych i codziennych...

Tam to jest norma, nie pomagają znaki pionowe i poziome, nie pomaga co jakiś czas kręcąca się Straż Miejska... Pismo obrazkowe - nie do ogarnięcia dla rodaków.
Aha, na Malcie trwały treningi wioślarskie, więc kajaki na pełnej wodzie, trenerzy na rowerach na lądzie, a gdzieś obok "bawił" się jakiś jegomość na motorówce, oczywiście tworząc małe tsunami, więc nad jeziorem co chwilę można było usłyszeć gromkie "kurrrrrr..." :)
Kilometrów brakowało, więc przez rozkopaną Śródkę i Hlonda doczłapałem do Wartostrady, tam zrobiłem nawrotkę i przez Ostrów Tumski wróciłem na Dębiec.

Już pod domem zauważyłem, że pada coraz mniej (a nawet przestaje!), wpadłem więc na szatański (czyli najlepszy) pomysł, że brakujące dwadzieścia kilometrów wykonam kręcąc lekko naokoło do pracy. Szybko się ogarnąłem, wykąpałem, zmieniłem ciuchy na te jeszcze suche i - jak to mawiają rodzimi Ukraińcy - dawaaajj!
Tym razem przez Śródkę i Rataję (znów błąd - miliard świateł, do tego co krok to policja, widocznie mieli dziś jakąś akcję łapania delikwentów niedaleko PosnaniI) dotarłem do okolic... Malty, ale objechałem ją ulicami Dymka oraz Browarną, a następnie Warszawską, znów Środką i Grabarami (jak zwykle koszmar) doczłapałem do centrum. I nawet zdążyłem do pracy.
Relive TUTAJ, jedno z bardziej oryginalnych, jakie stworzyłem :)
Aha, dobiłem - chyba wczoraj - do dziesięciu tysięcy kilosów w tym roku. Cel minimum wykonany.








