Przełęcz Karkonoska
Na dzisiejszy dzionek plan miałem jeden, za to zdecydowany: nie umrzeć. Zapowiadane temperatury bowiem znów miały przekraczać miliardy kresek na plusie, co przeraża mnie tak, jak preferencje wyborcze Polaków.
Żeby powyższy się udał, musiałem wstać w środku nocy (po szóstej) - udało się, choć trochę mi zeszło na wyprowadzeniu psów i wyjazd nastąpił "dopiero” po siódmej. Taki z tego plus, że było jeszcze w granicach dwudziestu stopni, czyli dało się oddychać. A kierunek? Opcje były dwie: albo pokręcę się gdzieś w upale po płaskich rejonach, albo – jeśli jednak tragedii pogodowej nie będzie - pyknę sobie na Przełęcz Karkonoską (od razu wiedząc, że psychicznie muszę nastawić się na koszmarną średnią). To taki – mitologizowany w "pewnych kręgach” podjazd, z nachyleniem faktycznie dochodzącym do 29%, najcięższy w Polsce, ale czy aż tak warty uwagi? Ja pamiętałem go sprzed dobrych kilkunastu lat (a może nawet ponad dwudziestu? Cholera wie) i szczerze mówiąc nie wrył mi się jakoś pozytywnie w pamięć, bo widokowo dupy od pewnego momentu nie rwał, a poza tym bardziej od samego (trzeba przyznać – godnego) przewyższenia na krótkim odcinku, męczyły mnie tam dziury, których momentami więcej było niż asfaltu.
Z centrum skierowałem się najpierw na Cieplice, następnie na chwilę przysiadłem przy Stawach Podgórzyńskich, okrutnie oszpeconych nowym budynkiem smażalni…


...bo po chwili znaleźć się w Podgórzynie, gdzie przywitałem się z sympatycznym muflonem.

Po pogłaskaniu czworonoga zacząłem wspinaczkę, bo słońce, choć coraz bardziej okrutne, dawało nadzieję, że nie zabije mnie w ciągu najbliższej godziny. A jeśli miałem jakiekolwiek wątpliwości co do dalszego kierunku, to nagle mi się one rozwiały. Czemu? Bo na horyzoncie zauważyłem pewną sylwetkę idącą z rowerem. W dół. Gdzie oczywiście można się było nieźle rozpędzić. Już wiedziałem – w końcu natknąłem się na… Morsa :)
Zaskoczenie – jak widziałem – było obustronne. Jednak po przedstawieniu się nastąpiło uroczyste cofnięcie "pod tramwaj”, w celu wykonaniu historycznej foty. Z wielu względów :)

Myślę, że do annałów przejedzie zaproponowane przeze mnie, porównywalne niemal do podania łapy przez Kaczyńskiego Tuskowi (lub odwrotnie), zbliżenie na stojące kolo siebie opony Dębicy i Schwalbe. Moja to ta po lewicy :)

W sumie podczas powrotu zauważyłem, że byłaby jeszcze lepsza miejscówka, ale było już po ptakach :)

Pogaworzyliśmy trochę o typowo rowerowych tematach: Ukraińcach, sytuacji na jeleniogórskim rynku czy chromach w BMW. Sam Mors wracał z jakiejś eskapady górskiej rozpoczętej o piątej rano. Szkoda, bo zaproponowałem wspólny wjazd na Przełęcz, jednak odmowę z tego powodu jestem w stanie nawet zrozumieć.
W międzyczasie dokręcił do nas sympatyczny kolarz, który jak się okazało już chyba 102 razy zdobywał Karkonoską. Nie powiem, podziwiam i nie rozumiem :) Dzisiaj jednak robił tylko okrętkę "dolnych rejonów”. Aha, jeździ też do córki do podpoznańskich Komornik, co było pewnym spoiwem porozumienia – wszystko fajnie, tylko za płasko :)
Czułem rosnącą temperaturę, więc trzeba było zakończyć spotkanie na szczycie. Na pożegnanie zostało mi jeszcze udowodnione, że zbieranie puszek i innych śmieci ze szlaków to nie ściema (to szanuję) i sprzedany patent z trzymaniem licznika w torbie przy ramie, żeby nie zarysować kiery (hmmm…), po czym każdy ruszył w swoją stronę. Mi los wylosował wspinaczkę.
Odcinek do końca Przesieki kręciłem już wiele razy, choć ostatnio nieczęsto, więc zatrzymałem się jedynie na fotę z cyklu klasyk...

...oraz przy… morsie. Obiecałem w końcu. Foczka poszła gratis :)

Za szlabanem, cudownie zamkniętym dla ruchu samochodów, zaczął się konkrecik.
I teraz te emocje, pytania zadawane w przestrzeń: wjechał czy nie wjechał? Dal radę czy nie dał rady?
Oczywiście, że wjechałem! Czemu miałbym tego nie zrobić? :)
Małe podsumowanie "przyjemności” z tej jazdy, którą miałem okazję dziś sobie przypomnieć: po ostrzejszych kawałkach trzeba faktycznie momentami kursować „pijanym wężykiem”, bo kiera leci do góry. Jednak da się to ogarnąć. Ja musiałem zatrzymać się raz, przez swój głupi błąd, bo chciałem zrobić jednocześnie fotę widoczku z tyłu i kręcić dalej. Nie wyszło, bo wjechałem w muldę :) Poza tym był jeszcze jeden stop, na niemal płaskim, w celu wymiany baterii w kamerce – jednak z filmiku i tak raczej nic nie będzie, bo zapomniałem wziąć z Poznania mocowania na kask, który jako rezerwowy trzymam w Jeleniej. A nagrania "z cyca” w górach wychodzą tak, że widać tylko drogę. No ale w wolnej chwili sprawdzę, może coś się z tego uratuje.
Poza tym Przełęcz Karkonoska jest jak najbardziej do ogarnięcia dla osoby, która ma jako taką kondycję, bo tu od niej ważniejsza jest głowa. Sporo oczywiście pomagają motywujące napisy, szczególnie na końcowym odcinku, gdzie jest "najciekawiej”.


Największym minusem – i tu się nic nie zmienia od wieków – jest koszmarny stan asfaltu. Podczas jazdy w górę przeszkadza mniej, ale już podczas jazdy kilka razy miałem ciepło w pewnych strategicznych miejscach, bo dziury po zimie są jedynie zrównane piachem (czy co to tam jest), więc tylko jako taki refleks uratował mnie przed upadkiem, tym bardziej, że moje hamulce wzbudzają przerażenie nawet na płaskim. Zamiast rekompensaty za wspinaczkę jest więc mały koszmarek, który kończy się dopiero po kilku kilometrach.
Kilka zdjęć z góry, robionych na szybko, bo zeszło mi trochę na pogaduchach z Morsem, a gonił mnie czas (planowany wypad "póki jeszcze się da” na Perłę Zachodu) oraz temperatura. Z tych względów już odpuściłem sobie Odrodzenie. Wpadnie następnym razem, choć w sumie nie wiem po co miałbym się tam pojawiać, bo znam wiele ciekawszych, szczególnie widokowo, miejsc w Sudetach :)





Wracałem przez Borowice, gdzie spotkałem wspomnianego sympatycznego "rekordowego” kolarza, który podał mi jeszcze rękę z gratulacjami (tylko za co? Przecież to tylko Karkonoska, hehe), Podgórzyn, Zachełmie, Sobieszów i Cieplice.
Karkonoska została zaliczona, po latach. Wniosek/retrospekcja - to jedno z niewielu miejsc, gdzie wolę podjazd od zjazdu, przynajmniej od/do granic "przełęczy właściwej". Czyli nic się nie zmieniło :) Przynajmniej przypomniałem sobie, czemu nie chciało mi się tu wracać :) No i ta średnia... :)
Największy sukces? To, że ten wpis powstał tego samego dnia :) Sorry za ewentualne błędy (tablet rządzi się swoimi prawami) - poprawię. Kiedyś. A zaległości na BS oczywiście nadrobię. Kiedyś. Na razie idę spać :)
Relive (niestety GPS trochę poszalał) TUTAJ.








