Tytułowa sinusoida
to chyba jedyne słowo, które pasuje mi do dzisiejszego wyjazdu. Ze
szczególnym uwzględnieniem członu ”sin”, bo w pewnym momencie
zadałem sobie pytanie – za jakie grzechy? :)
Gdy wstawałem,
lekko po wpół do ósmej rano, zerknięcie za okno spowodowało, że
ryj mi się uśmiechnął – wbrew prognozom bowiem nie zobaczyłem
tam ulic zamienionych w lodowisko, a zwykłe, przejezdne trakty. Dla
pewności jeszcze zweryfikowałem temat podczas krótkiego spaceru z
psem i pełen nieplanowanego optymizmu zabrałem się przygotowania
do wyjazdu, a w końcu przeszedłem do czynu.
Początkowo wydawało
się, że czeka mnie całkiem sympatyczny wyjazd – było co prawda
te minus cztery na termometrze, ale powoli się już do takich
wartości zacząłem przyzwyczajać, do tego wiatr już nie miażdżył
tak jak ostatnio. Dość zgrabnie minąłem Luboń, zjechałem do
Łęczycy, przedarłem się przez Puszczykowo, ciesząc się, że w
ogóle jadę. Aż tu nagle, gdzieś przed granicą Mosiny, zaczęło
prószyć. Ok, pewnie zaraz przeleci, uspokajałem się. Niestety…
Na asfalt zaczęło nawiewać śniegu, pojawiały się wysepki lodu,
co przy wąskich oponkach było zdecydowanie średnio komfortowe.
Decyzja mogła być jedyna słuszna – zawracam. Rodziła się
również w głowie opcja powrotu pociągiem lub autobusem
podmiejskim, jednak stwierdziłem, że luzerem nie będę i jakoś
dam radę.
Zwolniłem z grubsza
o połowę i wzdłuż Mocka dotarłem do Puszczykowa, gdzie częściowo
drogą, częściowo śmieszką zacząłem ostrożną podróż
powrotną. No i, przy zachowaniu sporej dozy rozsądku, okazało się,
iż da się jechać. Były nawet fragmenty, gdzie dzięki drzewom
(ponownie – chwała im!) w ogóle śnieg nie dotarł.
Gdy wspinałem się
ulicą Łęczycką do Wirów, ze zdziwieniem stwierdziłem, że te
okolice zostały potraktowane o wiele lepiej, postanowiłem więc
zrobić eksperyment i sprawdzić, jak będzie wyglądała sytuacja na
głównych drogach Komornik i Lubonia, którymi finalnie doczłapałem
do Poznania, a w sumie to pod sam dom. Tam stwierdziłem, że na
liczniku jest dopiero spory glut, czyli lekko ponad 35 km, czasu
przed pracą jeszcze trochę mam, mój rowerowo uzależniony mózg
dodał jedno do drugiego i… Tym samym kręciłem dalej, ale już
tylko małe kółko dokoła Lubonia, z zahaczeniem ponownie o Wiry. To był zdecydowanie akt desperacji, bo w normalnych warunkach jazda przez te okolice to tortury porównywalne z dźganiem miękkimi podusiami.
Finalnie skończyłem
na jedynym słusznie dystansie, kilka momentów sprawiło, że mimo
mrozu było mi nawet ciepło, a średnia zeszła na nie tylko daleki,
ale nawet na ostatni istotny plan. Ważne jest jedno – otworzyłem
grudzień na dwóch kółkach, czego w sumie się nie spodziewałem,
więc sinusoida kończy się górką :) A Relive TUTAJ.
No i jak zwykle
podsumowanie poprzedniego miesiąca – łącznie wszyło 1577 km, ze
średnią 28,7 km/h, na co złożyła się znakomita pierwsza połowa
listopada oraz koszmarna druga (wichury, mrozy, deszcze). Kręcenie
głównie odbywało się szosą, ale były i epizody crossowe.
Odbyte, zapomniane.
A ja przypominam, że wiele dachów się poddaje z tego samego powodu (np. podczas targów w Katowicach) i przez to ginie wielu ludzi. Zlikwidować dachy! :)
"Były nawet fragmenty, gdzie dzięki drzewom (ponownie – chwała im!) w ogóle śnieg nie dotarł" - przypominam, że wiele konarów drzew z powodu śniegów poległo. I to poległo na drogi. ;p
Huann - całkiem możliwe. Ty tu jesteś w tej tematyce specjalistą :)
JPbike - już tłumaczę :) Czasem inne wartości podaje Strava, a inną Endomondo, co ciekawe - z tego samego telefonu. Relive importuję z Endo, a bardziej wiarygodne wskaźniki są z tej drugiej apki i te wpisuję.
Jurek - hmm... mogło tak być, choć chyba jednak ciut później się zaczęło - przed 9. byłem za Puszczykowem i przed Mosiną, dopiero wtedy pojawił się prószek. Menda jedna :)
Jacek - To tak jak relacja z marszu niepodległości w wykonaniu TVP : TVN
Rano o 3 w Buku w nocy było (-5) sucho. O 6 we Środzie było (-8) sucho. Śnieg zaczął padać około 7-7:30 (okolice Mosiny) Około 9 (Dopiewo) zaczęło się robić ślisko (0+1)
Gizmo201 - w Poznaniu to samo :/ Z pracy wracałem wieczorem bardzo szanując każdy kroczek. Jeśli do jutra rana to się utrzyma, to pozostanie mi jedynie ostrożny spacer z psem.
Michuss - znam to. Przypominają się czasy studiów, gdy na pierwszym roku wieczorami ciężko było co jakiś czas utrzymać pion :)
BUS - no i na rondach... Prócz wspominanych przez Ciebie fragmentów to właśnie na nich jest najwięcej emocji :)
Grigor - na szczęście nie liznąłem dosłownie :) To w ogóle ciekawe, że na południu było gorzej niż na północy.
Katana - oj tak :) A ile w tym było wewnętrznej walki ze sobą! :)
A u nas cały dzień słonecznie i dopiero po 15.00, zamiast zajść za horyzont, słońce zaszło za czarną chmurę sunącą gdzieś od zachodu. To pewnie ta sama, ale póki co - nic z niej nie napadało :) No i gratu listopadu!
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"