Formalnie dziwny to
był dzień. Niby zwykły roboczy poniedziałek, lecz - jak się finalnie
okazało - jednak wolny, tyle że ustanowiony na zasadzie ”wódz
chcieć, partia robić”, jak zwykle bez użycia dość praktycznego organu zwanego mózgiem, przez co o tym, że nie muszę iść do
roboty dowiedziałem się dopiero na cztery dni przed. Kupa czasu na
planowanie, z przewagą kupy :)
Jednak darowanemu
koniowi… Za wolne należy podziękować, bo czym jak czym, ale
leniuchowaniem nie pogardzę :) Wyspałem się, zjadłem porządne
rodzinne śniadanie i ruszyłem po jedenastej, czyli tak, jak się
ruszać powinno, a nie jak zwykle, do czego bywam zmuszany przez
pracę: głodny i śpiący.
Zacząłem od
przejazdu z Dębca przez pustą Hetmańską, ale na Starołęce już
tak różowo nie było, bo ta ulica jest tak inteligentnie
skonstruowana, że wystarczy już jeden samochód, żeby zrobił się
korek :) Jednak dzięki olaniu śmieszki jakoś bez ubytków na
psychice dotarłem do Czapur, następnie przez Wiórek dopchałem się
do Rogalinka, gdzie przyuważyłem pędzącego kilkaset metrów
przede mną kolarza. Cisnął całkiem konkretnie, więc dogonienie
go łatwe nie było, ale jako że nie ma dla mnie lepszego
motywatora, to udało się to w Rogalinie i razem dotarliśmy do
moich ulubionych Radzewic – kolega poleciał dalej do Zaniemyśla,
ja jak zwykle skręciłem odetchnąć pełną piersią w
nadwarciańskim rzecznym porcie. Jak widać na zdjęciach, wojaki
wczoraj widocznie celebrowały niepodległość :)
Chwilę sobie
posiedziałem i zawróciłem częściowo swoimi śladami do
Rogalinka, wyprzedzając jeszcze po drodze trójkę szoszonów w
wersji ”unisex”, następnie skorygowałem końcówkę trasy,
zaliczając jeszcze Mosinę, Puszczykowo, Łęczycę i Dębiec.
Rowerzystów było niczym w ”sezonie”, czyli jak mrówków, ale w
listopadzie przynajmniej wszyscy kumają o co chodzi z pozdrawianiem
i uśmiechaniem się do siebie. Brawo.
A najważniejsze
zostawiłem na koniec – wiatr chyba w końcu stwierdził, że warto
dać mi choć jeden dzień oddechu od swojego paskudnego charakteru i
nie tylko nie był silny, ale przede wszystkim zachowywał się
sprawiedliwie, wiejąc tak, jak powinien – pół na pół. Co
skrzętnie wykorzystałem. Oj, nóżka podawała, czy co tam się
pisze jak się jest pro. Nie jestem, więc jedynie przyznam, że było
godnie jak na jazdę solo, a gdyby nie miejskie fragmenty, mogło być jeszcze godniej
:)
Jutro podobno od
rana ma lać :( Zapowiada się przerwa.
W maju dojechałem do Łęczycy i nawrót. W urlop raz brakło dnia, a raz Kuzyn miał inny plan. Następnym razem se namiot zapakuje i choćby po nocy zajadę :P
A to prawda co napisałeś, u nas też rowerzyści bardzo fajnie pozdrawiali :)
Radzewice jak zwykle w klimacie :) Tak, to będzie jedna z moich porażek - dwa przyjazdy na Poznań i zero Radzewic ;/ Przy następnej okazji "pójdą" na start, a po nich Mosińska Kolej Drezynowa. A o Starołęckiej mi nie przypominaj, proszę :P
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"