Średnioolewacz
Plus był jeden, podstawowy – wolny dzień, choć oczywiście nie do końca: jak zwykle miałem po południa do załatwienia jakiś miliard spraw. Nooo, może lekko przesadzam. Tysiąc :) Ale i tak rano się nie spieszyłem, bo coś mi śmierdziało deszczem. Jednak w końcu postanowiłem się zebrać, nawet zacząłem ubierać na rower i… wtedy zaczęło padać. Wniosek: nadgorliwość jest gorsza od tego, że kto rano wstaje, temu leje jak z cebra. Czy jakoś tak.
Przestało jakoś koło jedenastej, wtedy więc podszedłem do drugiej próby, taktycznie wybierając jednak crossa, w którym zamontowałem na szybko nowy zestaw błotników, w tym mały, mocowany rzepami na dole ramy. Jak się okazało – śmiało mogłem brać szosę, ale mądry mieszkaniec Unii Europejskiej po szkodzie :) Za to wiatr spowodował, że od samego początku postanowiłem olać ciśnięcie, bo denerwować jakoś mi się nie chciało. Poza tym i tak się zmienił po drodze według schematu "permanentny wmordewind czuwa".
Trasa dzisiejsza to kurs na północny zachód, jeden z klasyków: Dębiec – Górczyn – Jeżyce – Golęcin – Strzeszynek – Kiekrz – Rogierówko – Sady – Lusowo – Zakrzewo – Plewiska – Poznań. Na Wojska Polskiego prawie zostałem plackiem dzięki wybitnym umiejętnościom wyprzedzania kierowcy autobusu numer 60, którego zresztą potem dogoniłem, gdy stał na przystanku, zapukałem w okienko, wytłumaczyłem kulturalnie podstawy kodeksu drogowego, a po przeprosinach grzecznie rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę.
Jako że jechałem w klimacie średnioolewczym, to skręciłem też na chwilę na genialną leśną drogę do Jeziora Strzeszyńskiego, a i nad nim samym, w poniedziałek wyjątkowo pustym, spędziłem kilka spokojnych chwil, wydychając specyficzne nadwodne zapaszki.


Podczas powrotu prawie spod koła uciekł mi przepiękny, wielki ptak, na moje kania ruda. Spojrzeliśmy sobie w oczy, w moich był zachwyt, w jego - „co mi cholero przeszkadzasz w polowaniu”, starałem się jeszcze uchwycić go w locie, ale wyszło z tego zdjęcie z kalkulatora.









